Słynne ucieczki PolakówTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Okładka i strony tytułowe

Mariusz Kula

Redakcja i korekta

Agnieszka Pawlik-Regulska

Dyrektor projektów wydawniczych

Maciej Marchewicz

Skład i łamanie

TEKST Projekt

ISBN 978-83-8079-365-1

Copyright © by Andrzej Fedorowicz

Copyright © by Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2018

Wydawca

Fronda PL, Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: kontakt@wydawnictwofronda.pl

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

Konwersja: www.epubeum.pl



Spis treści

Wstęp

Skradzionym okrętem z tajnymi aktami z Kamczatki do Europy

Ucieczka z Syberii, o której mówiła cała Europa

Z bolszewickiego piekła przez Mongolię i Chiny do Polski

Ucieczka „złotego konwoju”, czyli jak ewakuowano polskie zapasy złota

„Specjaliści od ucieczek” wymykają się z pruskiej twierdzy

Jak fałszywe komando ośmieszyło komendanta Auschwitz

Buntownicy z obozu śmierci

Z sowieckiego łagru przez dziką tajgę do polskiej konspiracji we Lwowie

Jak miłość matki pokonała sowiecką bezpiekę

Słynna ucieczka z sowieckiego więzienia do antykomunistycznej partyzantki

Bibliografia

wstęp

Statkiem, konno, samochodami, pociągami lub na własnych nogach. Tygodnie, miesiące, a czasem lata pełnych śmiertelnych niebezpieczeństw wędrówek. Tysiące kilometrów pokonanych w jednym celu – by udowodnić, że Polak nigdy nie będzie niewolnikiem.

Bohaterami tych niezwykłych historii kierowały różne uczucia i motywacje. Wanda Pawłowska uciekła z Kazachstanu, bo tęskniła za synkiem. Maurycy Beniowski był dumnym polskim szlachcicem, któremu honor nie pozwalał pogodzić się z myślą o niewoli gdzieś na zapomnianym przez Boga i ludzi krańcu świata. Kazimierz Piechowski postanowił udowodnić, że można pokonać nieludzki system i uciec z miejsca, którego nazwa do dziś budzi grozę – Auschwitz. Wiara, miłość, determinacja i poczucie obowiązku napędzały tych, którzy, ryzykując życiem, dokonali rzeczy, wydawałoby się, niemożliwych.

Ale aby plan się powiódł, potrzebna była też wiedza i inteligencja. Opisy przygotowań do ucieczek z twierdzy Srebrna Góra czy KL Auschwitz to gotowe scenariusze sensacyjnych filmów; trudno uwierzyć, że do tej pory takie nie powstały. Czasem oprócz sprytu potrzebna była też wola walki. Maurycy Beniowski i jego towarzysze zesłania, żydowscy więźniowie obozu śmierci w Sobiborze czy akowcy-jeńcy sowieckiej NKWD ze Skrobowa musieli wzniecić zbrojne bunty i odnieść zwycięstwa, zanim znów mogli zakosztować smaku wolności.

Każda z tych ucieczek była inna. Rufin Piotrowski samotnie pokonał pięć tysięcy kilometrów z Syberii. Bronisław Szeremeta i Ferdynand Ossendowski mogli liczyć na wsparcie jednego lub kilku towarzyszy. Wywiezienie z Polski we wrześniu 1939 roku ogromnego skarbu – wartych dziesiątki milionów dolarów zapasów złota – wymagało z kolei zakrojonej na wielką skalę, skoordynowanej akcji wielu osób.

A jednak wszystkie opisane zdarzenia coś łączy. To głęboka wiara, że bycia Polakiem nie da się pogodzić z biernym fatalizmem. Bohaterowie tej książki to zaledwie niewielka garstka spośród ogromnej rzeszy ludzi, którzy dla wolności gotowi byli na największe poświęcenie i ryzyko. Jednym się udało, innym nie, ale warto wiedzieć, że naszą historię pisali również słynni uciekinierzy.

Naprawdę, trzeba było mieć pecha, żeby dostać do pilnowania Polaka…


Skradzionym okrętem z tajnymi aktami z Kamczatki do Europy

Maurycy Beniowski, 1771–1774

21 września 1771 roku na wodach przy półwyspie Makau u wybrzeży Chin pojawił się tajemniczy trójmasztowiec pod nieznaną nikomu banderą. Gdy miejscowa forteca powitała go dwunastoma zwyczajowymi strzałami, wpłynął do portu Guia, głównej bazy morskiej portugalskiej kolonii. Statek nosił nazwę „Święty Piotr i Paweł”, a jego dowódcą był młody człowiek podający się za szlachcica. Nazywał się Maurycy Beniowski, był polskim zesłańcem politycznym, a statek porwał w odległym o niemal sześć tysięcy mil porcie Bolszereck na półwyspie Kamczatka. Wcześniej wszczął tam zbrojne powstanie zakończone zabiciem miejscowego gubernatora. Przez niezbadane dotąd przez Europejczyków wody kilku mórz buntownicy z Kamczatki żeglowali ponad cztery miesiące.

Równie niesamowity jak rejs statku był jego ładunek: złoto, perły i tysiące skór zwierząt o ogromnej wartości. Jednak tym, co natychmiast uaktywniło obecnych w Guia szpiegów kilku krajów i kompanii handlowych, było jeszcze coś innego – tajne rosyjskie archiwa z dokumentami i mapami opisującymi plany ekspansji tego kraju w Azji i Ameryce Północnej. Historia ucieczki trzydziestoletniego Polaka i jego załogi z końca świata błyskawicznie rozniosła się po Makau, budząc niebywałą sensację. Kim był ten trzydziestolatek, który nagle pojawił się w portugalskiej enklawie w Chinach z wielomilionowej wartości ładunkiem?

* * *

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes


Jest wrzesień 1770 roku, niespełna rok przed zawinięciem „Świętego Piotra i Pawła” do portu w Makau. Eskortowana przez oddział Kozaków kibitka wiezie na dalekie zesłanie Maurycego Beniowskiego, jednego z dowódców konfederacji barskiej. Ten zbrojny związek szlachty polskiej utworzony w mieście Bar w 1768 roku w obronie wiary katolickiej i niepodległości Rzeczypospolitej domagał się zniesienia ustaw narzuconych podupadającej Polsce przez Rosję. Konfederacja barska, uważana dziś przez wielu historyków za pierwsze polskie powstanie narodowe, szybko przerodziła się w krwawą wojnę o niepodległość. Wzięło w niej udział sto tysięcy ludzi; kilkadziesiąt tysięcy zginęło, a czternaście tysięcy zostało zesłanych w głąb Rosji, gdzie mieli pozostać do końca życia. Jednym z takich zesłańców był Maurycy.

Urodził się na Węgrzech, w Werbowie, jako syn Samuela Beniowskiego, generała w służbie austriackiej, i węgierskiej baronówny Róży de Ravay. Nauki pobierał w Wiedniu, najpierw w kolegium, a potem w szkole wojskowej. Jako zaledwie piętnastolatek w randze podporucznika brał udział w swojej pierwszej wojnie – z Prusami. Mając siedemnaście lat był już weteranem cesarskiej armii i wtedy też postanowił opuścić ją na wieść, że mieszkający na Litwie bezdzietny stryj przepisał na niego majątek. Był rok 1758, kiedy Maurycy poczuł w sobie polską krew. Jego rodzina zawsze była wielonarodowa, ale to właśnie z Polską młodzieniec zaczął identyfikować się najmocniej.

Na wiadomość o śmierci ojca wrócił jednak na Węgry, by przejąć część należnych sobie dóbr. Kiedy spotkał się z oporem ze strony szwagrów, postanowił rozwiązać problem staropolską metodą – po prostu urządził zajazd. Odzyskanym majątkiem nie cieszył się jednak długo, gdyż na skutek intryg austriacki rząd go skonfiskował. Wrócił więc do Polski, by gospodarować na dobrach odziedziczonych po stryju, jednak niespokojny charakter nie pozwolił mu długo cieszyć się życiem ziemianina.

Były to czasy wielkich oceanicznych wypraw. Floty Wielkiej Brytanii, Holandii czy Francji pokonywały ogromne odległości, nawiązując nowe handlowe kontakty z odległymi krajami i dokonując geograficznych odkryć. Polsko-węgierski szlachcic, starosta na Litwie, też chciał wyprawić się do dalekich krajów. Nie spodziewał się jednak, że marzenie to spełni się w tak dramatycznych okolicznościach.

Gdy dwudziestoparoletni Beniowski postanowił zostać żeglarzem i pojechał do Gdańska, by zdobyć teoretyczną wiedzę oraz odbyć morska praktykę, Rzeczpospolita stawała się państwem coraz bardziej uzależnionym od Rosji. Słaba politycznie i militarnie nie była w stanie przeciwstawić się ingerencjom w swoje wewnętrzne sprawy ze strony dworu Katarzyny II ani obecności na swoim terytorium coraz liczniejszych obcych wojsk. Kiedy więc Maurycy Beniowski zdobywał morskie szlify w czasie rejsów do Hamburga, Amsterdamu czy Plymouth, które miały poprzedzić planowaną przez niego wielką podróż do Indii, w kraju dojrzewało polityczne przesilenie. Znalazło ono swój wyraz w zawiązanej 29 lutego 1768 roku w Barze na Podolu antyrosyjskiej konfederacji. Mimo że król Stanisław August Poniatowski wyraził zgodę, by stłumiły ją wojska rosyjskie wraz z wojskami Rzeczypospolitej, do szlacheckiego sprzysiężenia przyłączały się kolejne województwa prowincji małopolskiej, a wkrótce objęła ona także Wielkopolskę i Litwę. Doszło do pierwszych starć.

 

Wiadomość o wybuchu walk zastała Beniowskiego na Spiszu, gdzie znalazł się, wracając z Węgier po kolejnej bezskutecznej próbie odzyskania majątku po ojcu. Gdy w drodze powrotnej zachorował, gościny udzielił mu szlachcic Heński, ojciec trzech córek. W jednej z nich, Zuzannie, Maurycy się zakochał i nie namyślając się długo, wziął z nią ślub. Nie minął jednak miesiąc miodowy, jak Beniowskiego znaleźli na Spiszu wysłannicy konfederacji i w imię posłuszeństwa władzom sprzysiężenia wezwali do zbuntowanego Krakowa, pod który nadciągały już rosyjskie wojska.

Kolejny rok w życiu Maurycego to podjazdowa wojna z Rosjanami toczona ze zmiennym szczęściem. Dowodzone przez niego oddziały atakowały rosyjską armię, nie pozwalając jej odciąć Krakowa od dostaw broni i żywności, napadały na konwoje wiozące pieniądze dla króla z żup solnych w Wieliczce, prowokowały rosyjską armię do pościgu, pozwalając w tym czasie przejąć inicjatywę innym konfederackim oddziałom. Mijało już dziesięć lat, od kiedy Beniowski, z własnego wyboru, postanowił zostać Polakiem i teraz bronił ojczyzny, płacąc za to siedmioma ranami od kul, szabel i pik. W końcu po roku wojaczki fortuna przestała mu sprzyjać. 19 maja 1769 roku został w jednej z potyczek ranny w bok odłamkiem kartacza i dwukrotnie szablą. Tak trafił do niewoli.

Pierwszym miejscem zesłania był Kazań, dawna tatarska stolica nad Wołgą. Dla takiego doświadczonego partyzanta jak Beniowski ucieczka stamtąd nie stanowiła problemu. Niestety po schwytaniu nie mógł już liczyć na łagodne traktowanie. Kolejnym miejscem zesłania dla niepokornego Polaka miała być odległa o ponad dziewięć tysięcy kilometrów Kamczatka.

* * *

Podróż do miejsca zesłania zajęła Beniowskiemu prawie rok. W styczniu 1770 roku grupa więźniów eskortowana przez oddział siedemdziesięciu Kozaków ruszyła z Tobolska na wschód. Z powodu ostrej zimy konwój posuwał się powoli. Do Tary nad Irtyszem zesłańcy dotarli dopiero pod koniec marca. W Tomsku z powodu roztopów spędzili prawie trzy tygodnie, wyruszając 11 maja do Krasnojarska, do którego przybyli po siedemnastu dniach podróży. Stamtąd czekała ich kilkumiesięczna podróż do Jakucka, skąd we wrześniu wyruszyli do Ochocka. W tamtejszym porcie 23 listopada zakuto ich w kajdany i wysłano statkiem na wyspę Sachalin, z której przez Morze Ochockie popłynęli do leżącej na zachodnim wybrzeżu Kamczatki osady Bolszereck. Maurycy Beniowski trafił tam 4 grudnia 1770 roku.

Bolszereck składał się z jednej długiej ulicy, wzdłuż której stało około 500 domów zamieszkanych w większości przez Kozaków. Stanowili oni największą grupę osadników na tym odludnym, liczącym 1200 kilometrów długości półwyspie, a ich obecność była dowodem na rosyjskie panowanie na Kamczatce. Za osadą znajdowała się forteca z pięcioma bastionami, po pięć armat w każdym, która była jednocześnie siedzibą miejscowego gubernatora, pułkownika Niłowa, i koszarami dla 280 rosyjskich żołnierzy. Zesłańcy mieszkali pół mili za Bolszereckem, pod lasem, gdzie wydzielono im niewielkie działki. Tam mieli pozostać do śmierci.

Zasady pobytu na zesłaniu były proste. Następnego dnia po przybyciu więźniowie byli wypuszczani na wolność z zapasem żywności na trzy dni, a potem każdy miał radzić sobie sam. Od rosyjskiego rządu dostawali strzelbę, proch, ołowiane kule, kilka noży i narzędzia ciesielskie, żeby samemu wybudować sobie chatę i upolować coś do jedzenia. Otrzymany ekwipunek powinni spłacić w ciągu roku za pomocą futer zwierząt o wartości stu rubli, mieli też obowiązek dostarczać określoną liczbę futer gubernatorowi. Nie wolno im było oddalać się od miejsca zamieszkania na dłużej niż dwadzieścia cztery godziny bez powiadomienia władz. Chociaż zesłańcy mogli posiadać broń i domy, nie mieli prawa do żadnej osobistej własności; żołnierze mogli w każdej chwili wejść do ich chat i wziąć, co im się podoba.

Kiedy Beniowski przybył do Bolszerecka, osadę dla zesłańców zamieszkiwało kilkadziesiąt osób, mężczyzn i kobiet, w zdecydowanej większości Rosjan. Niektórzy z nich byli na wygnaniu już dwadzieścia lat. Maurycy znalazł schronienie u zesłańca nazwiskiem Krustiew. Był on na Kamczatce już osiem lat i sprawiał wrażenie pogodzonego ze swoim losem. Kiedy gospodarz odczytał Polakowi treść ukazów dla zesłańców, wydanych jeszcze przez cara Piotra Wielkiego, ten nie wytrzymał.

– Przyjaciele, dlaczego znosicie tak długo to podłe jarzmo i nie próbujecie wyzwolić się z niego? Czyż się śmierci lękacie? Śmierć jest przecież stokroć pożądańsza od takiego upodlenia! I takie prawa wydał człowiek, którego Europa nazywa wielkim?

Wzburzony chciał mówić dalej, jednak Krustiew poprosił go, by przestał. Już przy pierwszym spotkaniu stało się jednak jasne, że przybycie Polaka zmieni życie zesłańców w Bolszerecku na zawsze.

Od pierwszych dni wykształcony, inteligentny i pełen energii Beniowski zaczął skupiać wokół siebie elitę zesłańców. Byli wśród nich oficerowie gwardii, szambelan cesarzowej Elżbiety, archidiakon, kapitan kozacki, eksksiążę, a nawet jeden Polak, starosta Kazimierz Bielski. Wszyscy byli więźniami politycznymi zesłanymi na ten koniec świata jako wrogowie stanu. Nie minęło kilka dni, jak Beniowski zaproponował założenie tajnej organizacji, której celem byłoby przygotowanie ucieczki. Zalążkiem konspiracji stała się ośmioosobowa Rada Sekretna z Maurycym na czele. Wkrótce do organizacji zostało wciągniętych kolejnych piętnaście osób. Nie minął tydzień pobytu Beniowskiego na Kamczatce, jak założone przez niego stowarzyszenie obejmowała już niemal połowę mieszkających w Bolszerecku zesłańców.

Ponieważ z Kamczatki wydostać się można było wyłącznie morzem, plan ucieczki od początku zakładał porwanie statku. Grupa spiskowców, po zgromadzeniu odpowiednich zapasów broni i żywności, miała udać się w tym celu do przystani w Czekawce i tam opanować jakikolwiek okręt, a następnie wyruszyć nim do Europy. Przed tymi z Rosjan, którym ten kierunek ucieczki nie odpowiadał, Beniowski roztoczył wspaniałą wizję. Zaczął opowiadać im o Państwie Słońca – wyspie Tabrobanie.

– Każdy, komu źle powodzi się na ziemi, może przyjechać do Państwa Słońca. Wszystkich przyjmują tam z radością, dają schronienie, jedzenie i odzież. Płynąć zaś tam trzeba przez ocean kursem na południe. Czas podróży z Kamczatki – pięćdziesiąt dni – mówił zafascynowanym słuchaczom.

Skąd wziął ten pomysł? Prawdopodobnie zainspirowała go utopijna powieść Miasto Słońca włoskiego teologa Tommaso Campanelli, którą czytał jeszcze w młodości, a może także opis jednej z wysp archipelagu Marianów, który poznał w czasie swojej morskiej edukacji w Gdańsku.

Jednocześnie z urabianiem zesłańców Beniowski zaczął wkradać się w łaski bolszereckiej elity – władz kamczackiej guberni. Ponieważ był człowiekiem wykształconym i znającym kilka języków, szybko zaproponowano mu pracę przy czytaniu listów i sprawozdań. Tak znalazł się w najbliższym otoczeniu gubernatora Niłowa, który szybko zaczął zabierać błyskotliwego więźnia na spotkania towarzyskie. Na jednym z nich Beniowski usiadł do partii szachów z „numerem trzy” w miejscowym rządzie, kozackim pułkownikiem Czernychem, człowiekiem, którego będzie nazywać Hetmanem. Ten po upokarzającej przegranej w pięciu ruchach z polskim zesłańcem początkowo był wściekły, szybko jednak zorientował się, że mając pod ręką tak znakomitego szachistę, może zarobić wielkie pieniądze. Zaproponował układ: Maurycy będzie grać dla niego z urzędnikami i kupcami za dziesięć procent wartości zakładu.

Polak się zgodził. Stawki z partii na partię rosły: 500, 1000, 1500 rubli… Po jednym z wyjątkowo udanych wieczorów uradowany Hetman obdarował Beniowskiego takim zapasem masła, mięsa, wódki i ryżu, że zapewniały one wyżywienie na pięć dni wszystkim zesłańcom. Towarzyskie zalety Polaka miały jeszcze jeden skutek: zakochała się w nim jedna z córek gubernatora, szesnastoletnia Afanazja. Maurycy już wcześniej był proszony przez jej matkę, by udzielać lekcji języków obcych, czytania i arytmetyki Afanazji oraz trójce jej rodzeństwa. Sprawy szybko jednak wymknęły się spod kontroli. Panna sama wyznała miłość przystojnemu Polakowi i dała mu jasno do zrozumienia, że chciałaby go mieć za męża. W roli zięcia chętnie widziała też Beniowskiego jej matka, jak się okazało – córka szwedzkiego pułkownika-zesłańca, tym bardziej, że gubernator chciał wydać Afanazję za miejscowego niezbyt dobrze wykształconego i mało kulturalnego oficera.

Teraz rozpoczęła się podwójna konspiracja. Beniowski informował o wszystkim Radę Sekretną, która doradziła mu, by dla dobra sprawy zgodził się na ślub. Żonaty już Polak wzbraniał się początkowo, wiedząc, że i tak małżeństwo będzie nieważne, w końcu jednak postanowił utrzymywać pozory. Za wiedzą matki doszło do zaręczyn Afanazji z Maurycym. Postawiony przed faktem dokonanym gubernator Niłow był początkowo wściekły, potem jednak doszedł do wniosku, że ślub córki z bystrym cudzoziemcem-szlachcicem, któremu bądź co bądź przysługiwał po matce tytuł barona, nie jest wcale złym rozwiązaniem. Aby jednak sprawa stała się w świetle prawa możliwa, trzeba było uwolnić zesłańca. Niłow zrobił to osobiście, powołując się na zasługi Beniowskiego dla rządu kamczackiej guberni i jednocześnie wystąpił do swojego zwierzchnika, gubernatora irkuckiego, z wnioskiem o nadanie Polakowi jakiegoś godnego stanowiska.

Tymczasem Maurycy grał na zwłokę, chcąc odwlec datę ślubu jak najdalej. Była wciąż zima, wody wokół Kamczatki były pełne lodu i niebezpieczne dla żeglugi, ucieczka mogła odbyć się najwcześniej w kwietniu lub maju. Beniowski postawił więc Niłowowi warunek: nie stanie przed ołtarzem, dopóki na półwyspie nie powstanie rolnicza osada, w której zamieszka również on z Afanazją. Pod pretekstem przygotowań do powstania kolonii zaczął się werbunek kolejnych uczestników spisku, których liczba wzrosła wkrótce do sześćdziesięciu, a także półlegalne gromadzenie zapasów broni, prochu i narzędzi. Dzięki temu posunięciu w posiadaniu spiskowców było wkrótce 100 pudełek z kartaczami, 60 długich noży, 16 pistoletów, 36 siekier i 200 pik. Z takim wyposażeniem można było zaczynać zbrojny bunt. Okazja do tego nastąpiła, gdy władze w Bolszerecku wpadły w końcu na trop spisku.

* * *

Nie było to trudne, gdyż konspiratorzy, coraz bardziej pewni siebie, zaczęli w końcu całkowicie ignorować zasady bezpieczeństwa. Jako jedna z pierwszych o planie ucieczki dowiedziała się pokojówka Afanazji, której tajemnicę zdradził kochanek, jeden z uczestników spisku. Przekonana, że narzeczony chce ją porzucić tuż przed planowanym ślubem, Afanazja poszła do niego i zalewając się łzami, zażądała wyjaśnień. Beniowski w obawie, by zrozpaczona dziewczyna nie opowiedziała o wszystkim ojcu, postanowił wtajemniczyć ją w sprawę.

– Przysięgam ci, że nigdy bym stąd bez ciebie nie wyjechał – przekonywał. – Tak, chcę stąd uciec. Zamierzałem cię porwać i zabrać ze sobą.

Te słowa zrobiły wrażenie na córce gubernatora. Nie tylko wybaczyła narzeczonemu, że skrywał przed nią tajemnicę, ale obiecała, że ostrzeże go, gdyby miało mu grozić niebezpieczeństwo.

Na tę chwilę nie trzeba było długo czekać. Informacja o spisku dotarła w końcu do gubernatora Niłowa, przekazana przez naczelnika kancelarii. Pułkownik długo nie chciał wierzyć, że człowiek, o którego wolność zabiegał i któremu odczytał akt uwolnienia zaledwie kilkanaście dni wcześniej, a który miał zostać mężem jego córki, mógł zawiązać tajne stowarzyszenie wymierzone przeciwko jego władzy. W pierwszym odruchu sklął donosiciela przekonany, że oczernianie Beniowskiego jest elementem jakiejś intrygi.

– To niemożliwe, by szlachcic mógł być tak przewrotny! – krzyczał Niłow i sam poinformował Maurycego, by uważał na ludzi, którzy próbują go oczerniać.

Gdy jednak ochłonął, pewne odizolowane dotąd zdarzenia zaczęły układać mu się w niepokojącą całość. Zlecił więc dyskretną obserwację zesłańców.

Na rezultat nie trzeba było długo czekać. Wkrótce do Niłowa dotarły informacje o odbywających się u Beniowskiego spotkaniach. Wyglądało na to, że w tajnym sprzysiężeniu bierze już udział cała osada zesłańców. Nie namyślając się, pułkownik kazał wysłać do domu Polaka pięciu żołnierzy z rozkazem doprowadzenia go do twierdzy. Kiedy jednak dowódca oddziału wszedł do środka zaproszony przez Beniowskiego na kieliszek wódki, zobaczył wymierzone w siebie lufy czterech pistoletów. Wyprowadzony do innego pokoju został przesłuchany, a następnie kazano mu po kolei wywoływać stojących przed domem żołnierzy. Tych spiskowcy częstowali na początek wódką, by zaraz powalić, związać i zamknąć w piwnicy. Wiadomo było jednak, że gdy posłańcy nie wrócą z Beniowskim przed zmierzchem, gubernator rozkaże wysłać do osady większe siły wojska. Trzeba było działać, by przejąć inicjatywę.

 

Jest 26 kwietnia 1771 roku, gdy Beniowski na czele grupy buntowników rusza na pałac gubernatora. Już za potokiem natyka się na oddział żołnierzy; padają pierwsze strzały i pierwsi zabici. Odgłosy walki alarmują kolejnych spiskowców, którzy biegną na pomoc. Wkrótce oddział liczy już kilkudziesięciu uzbrojonych po zęby ludzi. Pułkownik Czernych-Hetman wysyła przeciwko nim żołnierzy z armatą, ci jednak zostają przepędzeni salwą i nie zdążywszy oddać żadnego strzału z działa, uciekają do pobliskiego lasu. To był błąd, który doświadczony partyzant Beniowski od razu wykorzystał. Blokując strzałami możliwość powrotu żołnierzy do twierdzy, kazał swoim ludziom zabrać armatę z powrotem do fortecy. Gdy dotarli pod nią, było już ciemno. Słysząc odgłosy toczonego działa, wartownicy wzięli buntowników za powracający oddział żołnierzy.

– Prowadzicie jeńców? – spytali.

– Tak, otwórzcie! – zawołał jeden ze spiskowców.

Po chwili zwodzony most był już opuszczony. Beniowski na czele grupy wpadł do środka, szybko rozprawiając się ze strażnikami. Wkrótce jednak rozegrał się dramat. Gdy Polak wszedł do pokoju gubernatora, prosząc go o złożenie broni, pułkownik strzelił do niego z pistoletu, raniąc w ramię, a potem rzucił się na niego i zaczął dusić. Przed śmiercią uratował Beniowskiego celny strzał jednego ze spiskowców, Panowa, który pozbawił Niłowa życia. Wszystko to działo się na oczach rodziny gubernatora, w tym Afanazji, która pod wpływem szoku zemdlała.

Jeszcze tej samej nocy Kozacy próbowali odbić fortecę, jednak przyniesione przez nich drabiny były za krótkie, a oddana przez powstańców salwa z kilku dział szybko przepędziła atakujących. Chociaż Beniowski z kompanami był bezpieczny za murami fortu, sytuacja nie wyglądała najlepiej. Żołnierze i zmobilizowani do rozprawy z buntem Kozacy z osady mogli prowadzić oblężenie miesiącami, do momentu, aż buntownikom skończą się zapasy żywności. Zamknięcie w forcie uniemożliwiało też realizację planu ucieczki z półwyspu. Trzeba było znów przejąć inicjatywę.