Słynne ucieczki Polaków 2Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kapitan Grudziński wyszedł z kajuty całkowicie pozbawiony złudzeń. Oto dowódca postanowił opuścić rejon walk w tajemnicy zarówno przed dowództwem, jak i własną załogą oraz kolegami z innych okrętów. Pierwszym człowiekiem, z którym Grudziński podzielił się tą informacją, był Piasecki. To wówczas pierwszy raz padło słowo „dezercja”.

– Jak można wyjść z sektora bez rozkazu? – pytał porucznik. – Jak potem spojrzymy w oczy Krawczykowi, Karnickiemu czy Romanowskiemu, którzy nadstawiają za nas karku? Co powiemy; że dowódca miał dość wojowania i zdezerterował, a my na to pozwoliliśmy? A może prawdą jest, to co mówili o nim… Że kiedy budowano „Orła” w Holandii i „Kłocz” tam pojechał, miał aferę z jakąś prostytutką. Może Niemcy zaczęli go szantażować, a on dał się zwerbować? To by tłumaczyło, skąd to spóźnienie pierwszego września i wszystko potem. Ja wiem, że dla starszych oficerów „Kłocz” jest bogiem, ale młodsi stracili już do niego szacunek. Chcemy walczyć, a nie chować się na dnie i wymykać po nocach. Sam powiedz, co zrobimy, gdy okaże się, że mamy na pokładzie zdrajcę?

– Dość! – przerwał kapitan Grudziński. – Nie słyszałem tego, co przed chwilą powiedziałeś. Jesteś doświadczonym oficerem i wiesz doskonale, że rozkaz trzeba wykonać. Koniec dyskusji, bo zacznie się anarchia.

W rejon Gotlandii dotarli 5 września rano. Od tamtej pory atmosfera na pokładzie pogarszała się z każdym dniem. Przesilenie nastąpiło 12 września, gdy po tygodniu obserwowania pustego morza zauważyli wreszcie przepływający w niewielkiej odległości niemiecki zbiornikowiec „Bremen”. Oficerowie prosili dowódcę, by wydał rozkaz ataku torpedowego lub abordażu. „Kłocz” opuścił w końcu kajutę, ale wyłącznie po to, by zakazać jakiejkolwiek akcji, twierdząc, że jednostka nie jest załadowana.

Po tym wydarzeniu kapitan Grudziński zrozumiał, że dłużej czekać nie można. Trzeba było pozbyć się komandora, przejąć dowództwo nad statkiem i wrócić do walki. Byli to winni nie tylko swoim kolegom, ale wszystkim Polakom. Kapitan doskonale pamiętał ten dzień – 10 lutego 1939 roku, gdy przybycie „Orła” do Gdyni z holenderskiej stoczni we Vlissingen stało się narodowym świętem. Całe miasto i molo zostało udekorowane biało-czerwonymi flagami, portretami prezydenta Ignacego Mościckiego, marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza i obrazami przedstawiającymi zaślubiny Polski z morzem. 30 tysięcy ludzi przyszło na nabrzeże, a po uroczystej mszy świętej generał Kazimierz Sosnkowski wszedł na pokład okrętu, by przy dźwiękach hymnu odsłonić umieszczoną na przybudówce okrętu srebrną pamiątkową tablicę.

„Ku chwale Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej, ku czci Pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego, staraniem komitetu Jego Imienia, wśród wojska i marynarki wojennej zebrano 2.644.567 zł, wśród całego społeczeństwa na Fundusz Obrony Morskiej wysiłkiem Ligi Morskiej i Kolonialnej 5.555.433 zł. Razem 8.200.000 zł. Za sumę powyższą wybudowany został O.R.P. »Orzeł«, który w dniu 10 lutego 1939 r. przybył z Holandii do Gdyni i powiększył naszą Siłę Zbrojną na morzu”.

Tak naprawdę „Orzeł” kosztował niemal dwa razy więcej, ale ogromna ofiarność społeczeństwa miała kluczowe znaczenie dla powstania tego supernowoczesnego, wspaniałego okrętu. I teraz ci ludzie, którzy oddawali ostatni grosz na Fundusz Obrony Morskiej, ginęli daleko stąd pod niemieckimi bombami, a oni siedzieli bezczynnie koło Gotlandii! Mieli przecież pełny zapas amunicji – 20 torped, 125 sztuk pocisków do działa 105 mm i ponad 1000 sztuk amunicji do działka 40 mm. Musieli wrócić do walki, byli to winni wszystkim Polakom. Aby to zrobić, musieli się jednak pozbyć tchórzliwego dowódcy. A do tego potrzebny był tylko dobry pretekst.

* * *


Zauważyli przepływający niemiecki zbiornikowiec „Bremen”. Oficerowie prosili dowódcę, by wydał rozkaz ataku torpedowego. „Kłocz” opuścił w końcu kajutę, ale wyłącznie po to, by zakazać jakiejkolwiek akcji, twierdząc, że jednostka nie jest załadowana.

Po tym wydarzeniu kapitan Grudziński zrozumiał, że dłużej czekać nie można.

Pretekstu dostarczył okrętowy mechanik, porucznik Florian Roszak.

– Awaria, panie kapitanie. Pękł cylinder sprężarki elektrycznej, będą kłopoty z tłoczeniem powietrza. Próbowaliśmy lutować, ale nic to nie daje. Bez warsztatów sobie nie poradzimy – zameldował Grudzińskiemu. Kapitan przekazał wiadomość komandorowi Kłoczkowskiemu żądając jednocześnie zgody na zawinięcie do neutralnego portu i przekazania dowództwa. „Kłocz” wyraził wstępną zgodę, która – razem z informacją o jego chorobie – została przekazana przez okrętową radiostację na Hel. Dowództwo Floty zgodziło się na takie rozwiązanie, jednak Kłoczkowski dalej zwlekał z wydaniem rozkazów. Incydent z „Bremen” spowodował jednak, że załoga postawiła sprawę na ostrzu noża. Na zwołanym pilnie zebraniu podporucznik Marian Mokrski zaproponował wprost, by Kłoczkowski wsiadł na szalupę i sam popłynął na Gotlandię.

Za coś takiego wcześniej „Kłocz” zapewne kazałby oddać go pod sąd za bunt przeciw dowódcy. Teraz jednak, widząc, że ma przeciwko sobie wszystkich, stłumił wybuch.

– Płyniemy do Tallina! – zdecydował. – Tam zejdę na ląd i pójdę do szpitala. A póki co, to jeszcze ja tutaj dowodzę!

Wśród oficerów zapanowała konsternacja. Spośród wszystkich neutralnych portów, poza Finlandią, Tallin leżał najdalej. Najbliżej było szwedzkie Visby, po drugiej stronie Gotlandii, do którego rozwijający na powierzchni prędkość niemal 20 węzłów – 37 kilometrów na godzinę – „Orzeł” mógł dopłynąć w ciągu zaledwie paru godzin. W podobnej odległości leżały łotewskie porty Windawa i Lipawa. Do Tallina było niemal trzy razy dalej, poza tym „Kłocz” swoją decyzję uzasadniał jedynie kontaktami, jakie nawiązał tam w czasie służby w rosyjskiej marynarce i później, w czasie kurtuazyjnych wizyt polskich okrętów w Estonii. To wyglądało na kolejną samowolę dowódcy, jednak oficerowie postawili ostatni raz ustąpić. 14 września wieczorem, po trwającym kilkanaście godzin rejsie, polski okręt wszedł na wody Zatoki Tallińskiej i stanął na redzie przed portem.

„Mam ciężko chorego na pokładzie i awarię maszyn. Czy mogę wejść do portu?” – brzmiała nadana przez radio depesza. Wkrótce podpłynęła motorówka. Pilot przywiózł wiadomość, że mają czekać na decyzję władz portu, odmówił też zabrania na pokład komandora Kłoczkowskiego.


Nastąpiły godziny nerwowego oczekiwania. Marynarze „Orła” wiedzieli, że zgodnie z międzynarodowym prawem okręty państw wojujących mogą skorzystać z 24-godzinnego postoju w portach państw neutralnych w celu dokonania napraw.

Bosman Józef Stelmaszczyk, gospodarz działu broni podwodnej.

Nastąpiły godziny nerwowego oczekiwania. Oficerowie „Orła” wiedzieli, że zgodnie z międzynarodowym prawem okręty państw wojujących mogą skorzystać z 24-godzinnego postoju w portach państw neutralnych w celu dokonania napraw. Przepis ten stosowano jednak w przypadku uszkodzeń grożących zatonięciem jednostki, a z „Orłem” tak nie było. Również choroba dowódcy nie była wystarczającym pretekstem, by uzyskać azyl. Każdy kraj miał jednak swoje wewnętrzne przepisy w tej sprawie i można było liczyć na to, że tradycyjnie przychylni Polakom Estończycy zastosują ich korzystniejszą interpretację. Nadzieje szybko jednak prysły.

Był już 15 września, gdy o godzinie 1.30 do „Orła” podpłynęła kolejna motorówka. Na jej pokładzie znajdowała się grupa oficerów marynarki i wywiadu, która na polecenie szefa sztabu Marynarki Wojennej Estonii, komandora Rudolfa Linnuste, miała dokonać oględzin okrętu. Gościom pozwolono wejść na pokład. Po krótkiej wymianie uprzejmości komandor Kłoczkowski zabrał się z nimi do portu. Po powrocie oznajmił, że Estończycy zgadzają się na wejście „Orła”, przyślą też motorówkę po zepsutą sprężarkę. Łódź rzeczywiście wkrótce przypłynęła, ale zaraz za nią do burty polskiego okrętu dobiła kolejna motorówka pełna estońskich marynarzy, którzy bez uprzedzenia zaczęli zeskakiwać na zewnętrzne balasty, by dostać się na pokład.

– Cała naprzód! – nakazał kapitan Grudziński. Okręt szarpnął gwałtownie, Estończycy powpadali do wody. „Człowiek za burtą!” – Polacy przystąpili do zaimprowizowanej akcji ratunkowej, gdy tymczasem w stronę „Orła” zaczęła płynąć estońska kanonierka „Laine”.

– Obsadzić działo! – zabrzmiał znów głos kapitana. Żarty się skończyły.

– Trzeba stąd wiać i to jak najszybciej! – porucznik Piasecki nie ukrywał swoich obaw.

– Dość tego! Ja tu dowodzę i decyduję! – zareagował natychmiast komandor Kłoczkowski. – A poza tym władze zgodziły się na nasz czasowy pobyt w Tallinie.

Komandora udało się pozbyć dopiero rano, gdy udał się na ląd w towarzystwie podporucznika Mokrskiego, który postanowił usunąć bolący ząb. Po powrocie na okręt dowódca zaczął pakować osobiste rzeczy, w tym prywatną maszynę do pisania i myśliwską strzelbę. Dla załogi był to dowód, że na pokład wracać już nie zamierza. Wkrótce „Kłocz” opuścił „Orła” w towarzystwie sanitariusza, mata Mariana Barwińskiego. Poinformował krótko, że idzie do szpitala, a dowództwo przekazuje w ręce kapitana Jana Grudzińskiego. Ten szybko zwołał zebranie oficerów. Zastępcą dowódcy został porucznik Andrzej Piasecki, „torpedowym” dotychczasowy nawigator ppor. Mokrski a jego miejsce zajął drugi mechanik, ppor. Stanisław Piechrzlewski.

Fakt, że „młodzi” przejmowali okręt – Piechrzlewski był świeżo upieczonym absolwentem Szkoły Podchorążych Marynarki Wojennej – wzbudził spore niezadowolenie wśród starszych oficerów. Dla Grudzińskiego i Piaseckiego był to jednak teraz najmniejszy problem.

 

– Słuchajcie, na tym porannym spotkaniu u estońskiego dowódcy, komandora Valeva Meere, na którym byłem z „Kłoczem”, był też polski attache wojskowy w Tallinie, podpułkownik Stanisław Szystowski. Powiedzieli, że nasz pobyt musi się przedłużyć, bo z portu wychodzi dziś niemiecki statek „Thalatta”. Zgodnie z przepisami jako okręt wojenny mamy prawo wyjść dopiero 24 godziny po nim, czyli dopiero 16 września wieczorem. Mówię wam, oni coś knują – relacjonował podporucznik Mokrski.

Jego przypuszczenia szybko się sprawdziły. Tuż przed południem do „Orła” podpłynęły kanonierka „Laine” i torpedowiec „Sulev” w towarzystwie holownika. Na pokład wszedł oficer z jakimś dokumentem w ręku. Nadeszła oficjalna decyzja naczelnego dowódcy estońskich sił zbrojnych, generała Johana Laidonera, o internowaniu polskiego okrętu. Pretekstem był fakt, że zgłoszone przez Polaków uszkodzenia nie były poważne, a także… przedłużający się ponad 24 godziny pobyt „Orła” w Tallinie.

– Przecież to nonsens! – protestował kapitan Grudziński. – Weszliśmy na redę dopiero o 21.30 wieczorem poprzedniego dnia! Nie minęło nawet 15 godzin od kiedy jesteśmy w Tallinie! Możemy stąd odpłynąć choćby zaraz!

– Ja tylko wykonuję rozkazy – odpowiedział oficer, po czym podszedł do rufy i zerwał z drzewca polską banderę. Polacy już mieli się na niego rzucić, ale Estończyk wskazał tylko na wycelowane w „Orła” lufy dział i karabinów maszynowych z „Laine” i „Sulevy”. Po czym wszedł do mesy i zabrał z niej dziennik okrętowy, przyrządy nawigacyjne i wszystkie mapy. Okręt został wzięty na hol, zaprowadzony do basenu portowego i zacumowany przy nabrzeżu rufą w kierunku wyjścia z portu, by utrudnić ewentualną ucieczkę. Obok „Orła” zacumowały estońskie okręty, a na pokładzie zainstalował się estoński podoficer, któremu doprowadzono bezpośrednią łączność telefoniczną z dowództwem. Na trapie postawiono wartownika, drugi pełnił dyżur przy posterunku straży portowej. W takiej asyście władze estońskie rozpoczęły rozbrajanie okrętu. Z działek wymontowano zamki i zabrano broń palną załogi, a z wyrzutni na dziobie za pomocą dźwigu portowego zaczęto wyciągać torpedy. Praca szła wyjątkowo powoli, gdyż nawet dla fachowców było to trudne zadanie, a Polacy bynajmniej pomagać nie zamierzali.

Pierwsza noc w niewoli minęła niespokojnie. Grudziński i Piasecki pocieszali się mówiąc, że być może sprawę uda się rozwiązać na drodze dyplomatycznej. Jednak następny dzień, 16 września, przyniósł złe wiadomości. Zarówno sprzeciw złożony przez kapitana Grudzińskiego, jak i nota protestacyjna złożona przez ambasadora RP w Tallinie, Wacława Przesmyckiego, zostały odrzucone. Minister spraw zagranicznych Estonii Karl Selter powiedział wprost polskiemu dyplomacie, że obietnice komandora Meere w czasie pierwszego spotkania w porcie były dane na wyrost. Co gorsza, zarówno ambasador Przesmycki, jak i attache Szystowski najwyraźniej pogodzili się z tą decyzją i więcej protestować nie zamierzali, gdyż poradzili kapitanowi Grudzińskiemu, by stosował się od tej pory do zaleceń estońskich władz.

Kapitan miał coraz większą pewność, że Estończycy zmienili zdanie pod naciskiem Niemców. Sprawa z wyjściem „Thalatty” była szyta grubymi nićmi i wszystko wskazywało na to, że obecność w porcie niemieckiego statku została po prostu wykorzystana do wydłużenia czasu azylu ponad 24 godziny, by mieć pretekst do internowania „Orła”.


W tallińskim porcie w stronę „Orła” zaczęła płynąć uzbrojona w działko estońska kanonierka „Laine”.

– Panowie, jest źle – poinformował kapitan załogę na zwołanym szybko spotkaniu. – Estończycy chcą najwyraźniej przejąć okręt. Bosman Kotecki i bosmanmat Świebocki – zajmiecie się niszczeniem tajnych dokumentów. Spalcie je w umywalni, polewając benzyną przy włączonej cały czas wentylacji, aby nie było czuć dymu. Kto chce uciekać, ma moje pozwolenie.

– Panie kapitanie, nie porzucimy „Orła” – odezwał się jeden z marynarzy. – Uciekajmy z okrętem.

– To będzie trudne, bo postawili nas rufą do wyjścia z portu i obstawili kanonierkami. Ale jest jedna dobra wiadomość. Dziś jest sobota, jutro niedziela, więc w porcie nie ma pełnej obsady. Dlatego mimo rozkazu generała Laidonera o jak najszybszym wyokrętowaniu załogi pozwolono nam zostać na pokładzie, abyśmy pomogli w rozbrajaniu „Orła”. Panowie, nie muszę mówić, co macie robić – odpowiedział Grudziński. Wszyscy w mig pojęli słowa dowódcy. Prace należało opóźniać, ile się da.


Prasowe echa ucieczki „Orła”. Estońskie gazety opisują „porwanie” estońskich marynarzy przez załogę polskiego okrętu podwodnego.

Drugą dobrą wiadomość przynieśli sami Estończycy. Okazało się, że dźwig portowy ma za krótkie ramię, by sięgnąć do rufowych wyrzutni długiego na 84 metry „Orła” i wyjąć z nich torpedy. Okręt trzeba było następnego dnia przestawić dziobem w kierunku wyjścia z basenu, co znakomicie zwiększało szansę na ucieczkę. Nastroje natychmiast się poprawiły.

Gdy wznowiono wyciąganie torped z wyrzutni dziobowych, na okręcie niespodziewanie zaczęli pojawiać się goście. Byli to mieszkający w Tallinie Polacy, a także zwykli Estończycy, którzy wiedząc o toczonej z Niemcami wojnie przyszli do załogi „Orła” ze słowami otuchy.

– Uciekajcie – mówił jakiś mężczyzna. – Estonia to już nie ten kraj, co kiedyś. Niemcy mocno naciskają na rząd.

Przyszedł też wojskowy lekarz, który pobieżnie zbadał załogę oraz jakiś oficer, który przyniósł odezwę wzywającą Polaków do wstąpienia do estońskiej marynarki wojennej. Wieczorem pojawił się drugi sekretarz brytyjskiej ambasady w Tallinie, 52-letni pułkownik Brian Giffey. Było raczej pewne, że pracuje dla wywiadu, a Brytyjczycy, którzy dowiedzieli się o internowaniu „Orła”, są żywo zainteresowani, co dzieje się z okrętem i załogą. Niestety, kapitan Grudziński nie mógł porozmawiać na osobności z przedstawicielem sojusznika, ponieważ Estończycy przydzielili pułkownikowi oficera obstawy, który nie opuszczał go na krok.

– Mam dla was prezenty – powiedział Giffey, wręczając kapitanowi dwa pudła czekoladek i bukiet biało-czerwonych róż, mrugając przy tym porozumiewawczo okiem. Gdy zszedł z pokładu, Grudziński zwrócił uwagę na dwa przyczepione do bukietu bilety wizytowe. Otworzył karteczki.

Na pierwszej widniał napis „God bless you” – „Niech wam Bóg błogosławi”, na drugiej „Good luck” – „Powodzenia”. To był kolejny sygnał, że trzeba uciekać.

* * *

Zebranie całej załogi zwołano jeszcze tego samego dnia wieczorem.

– Czy podejmą się panowie wyprowadzić okręt z Tallina? – zapytał któryś z podoficerów. To było skierowane do wszystkich starszych rangą. Najwyraźniej niektórzy wciąż nie wierzyli w dowódcze zdolności Grudzińskiego i jego zastępcy. Pierwszy zareagował porucznik Piasecki.

– Bez was nie zrobimy nic. Kto chętny do ucieczki, ręka w górę! – zarządził.

Podniosła zdecydowana większość z załogi. Jedynie niewielka grupka starszych podoficerów skupionych wokół bosmana Gwiaździńskiego kombinowała na boku, czy nie lepiej przeczekać wojnę w Tallinie. „Przecież niedługo się skończy” – mówili. Prawie nikt ich jednak nie słuchał.

Nieformalnym przywódcą i organizatorem ucieczki został więc Andrzej Piasecki. Kapitan Grudziński chętnie zaakceptował go w tej roli – porucznik był odważny, zdecydowany i miał autorytet wśród załogi. Szybko stworzono sztab, który miał opracować szczegóły akcji. W jego skład poza Piaseckim weszli bosmanmat Józef Adamowicz i mat Teodor Pokrywka.

– Panowie, dziś musimy mieć gotowy plan. Jutro robimy przygotowania i uciekamy następnej nocy, z 17 na 18 września – zdecydował kapitan Grudziński. Większość załogi rozeszła się do kajut, kilku zaufanych ludzi Piasecki odwołał jednak na bok. Po kilkugodzinnej naradzie rozdzielił zadania.

– Dobra, plan jest taki. Kiedy jutro holownik przestawi nas dziobem do wyjścia, trzeba spowalniać pracę przy wyładunku torped, kiedy będą robili to Estończycy. Wczoraj i dziś udało im się wyciągnąć tylko cztery z dwudziestu, więc pokażemy im, jak się to sprawnie robi. Wyjmiemy na pokaz jedną albo dwie, żeby zostawili nam tę robotę. Jak to zrobią, trzeba unieruchomić dźwig – mówił porucznik.

– Bosman Kotecki i bosman Foterek – nie wolno wam dopuścić do demontażu żyrokompasu, radiostacji i rozłączenia wałów napędowych – kontynuował Piasecki. – Kombinujcie tak, żeby do wieczora Estończycy tego nie zrobili. Bosman Narkiewicz – twoim zadaniem będzie wziąć ponton i pływać po basenie portowym mierząc jego głębokość. Możesz udawać, że łowisz ryby. Mat Olejnik i mat Świebocki – zrobicie rano rozpoznanie w porcie, a potem zajmiecie się strażnikiem na rufie. Bosman Piegza unieszkodliwi tego z centrali okrętu. Meldunki i dalsze szczegóły jutro rano. Czy wszystko jasne?

Mężczyźni kiwnęli głowami i rozeszli się do swoich kajut.

Kolejny dzień zaczął się jednak dramatycznie. 17 września estońskie radio przyniosło wiadomość o przekroczeniu polskiej granicy przez Armię Czerwoną. Stalin odkrył karty. Atakowana ze wszystkich stron Polska nie miała szans na przetrwanie tym bardziej, że sojusznicza Francja wciąż nie rozpoczęła walk na zachodzie. Ale nowe wydarzenia dotyczyły też bezpośrednio „Orła” i jego załogi. Teraz do niemieckich nacisków, by przejąć okręt, mogli też dołączyć Sowieci. O tym, że wyjście „Thalatty” w morze było tylko pretekstem do internowania „Orła” świadczył fakt, że niemiecki statek wciąż cumował w tallińskim porcie.

Wielu ludzi z załogi polskiego okrętu miało rodziny na terenach, na które właśnie wkraczały sowieckie wojska. Nie pora było jednak o tym rozmyślać. Opracowana w nocy akcja w niedzielny poranek ruszyła pełną parą. Matowie Ignacy Świebocki i Jan Olejnik wyszli z przepustkami do portu, by „zaprzyjaźnić się” z estońskimi marynarzami. Mieli dowiedzieć się od nich, o której godzinie muszą wracać na okręty i jakie są zwyczaje władz portu. Ich zadaniem było także ustalenie, jak rozmieszczone są portowe reflektory i stanowiska artylerii.

Matowie Paweł Giełdoń i Feliks Prządak zgodnie z planem przekonali Estończyków, by ci pozwolili im samodzielnie mocować torpedy do liny portowego dźwigu. Nie było to trudne, gdyż Estończycy z wielką obawą podchodzili do zawierających 300 kilogramów trotylu, ponad sześciometrowych stalowych cygar i obchodzili się z nimi dosłownie jak z jajkiem. Kiedy zostali w końcu sami, jedynie pod nadzorem estońskiego oficera, porucznik Piasecki podszedł do niego i poprosił „na słówko”. Ta chwila wystarczyła, by Giełdoń z Prządakiem za pomocą hydraulicznych szczypiec do sieci przeciwokrętowych przecięli linę dźwigu. Robota stanęła i to na co najmniej kilka godzin. W tym samym czasie dwóch innych ochotników delikatnie nadpiłowało cumy łączące burtę „Orła” z nabrzeżem i jego dziób z kanonierką „Laine”.

Wkrótce wrócił na pontonie bosman Władysław Narkiewicz.

– Panie kapitanie, molo zewnętrzne ma dwa wyjścia, ale tylko jedno jest oświetlane w nocy. W basenie trzeba uważać na środek – jest tam mielizna z kamieniami, oznaczona wiechami z gałęzi – zameldował. Kolejne doniesienia też były pomyślne. Bosman Henryk Kotecki, który miał rozebrać żyrokompas i wymontować radiostację pod okiem estońskiego radiotelegrafisty zrobił spięcie w instalacji. – O kurcze, coś się zepsuło – rozłożył bezradnie ręce. – Trzeba będzie naprawić.

Gdy speszony Estończyk zostawił go samego, szybko uruchomił urządzenia na nowo. Trudniejsze zadanie miał bosman Waldemar Foterek z maszynowni, któremu kazano rozłączyć wały napędzające śruby. Tonem nie znoszącym sprzeciwu oznajmił, że zanim to zrobi, wszystko musi zostać starannie wyczyszczone i naoliwione. To była robota na co najmniej resztę dnia. Estończycy znów niechętnie ustąpili.

Na wieczornej odprawie zapadła decyzja – uciekać mieli tuż po północy.

– Sygnał do rozpoczęcia akcji i unieszkodliwienia strażników da kapitan Grudziński. I pamiętajcie panowie, ż załatwiamy sprawę delikatnie, bez rozlewu krwi. Jak to zrobimy, ogłaszamy alarm bojowy. Wszyscy mają być na stanowiskach. A teraz do kajut, żeby nie budzić podejrzeń – zdecydował porucznik Piasecki.

Wszyscy rozeszli się z wyjątkiem bosmana Jana Piegzy, który miał pełnić wachtę w centrali razem z dyżurującym tam estońskim matem. Nazywał się Roland Kirikmaa, miał 28 lat i Piegza nawet go polubił, ale teraz czekało go niewdzięczne zadanie. Musiał sterroryzować Estończyka swoim pistoletem – jedynym, który udało się ukryć z całego osobistego arsenału załogi „Orła” – i uniemożliwić mu wszczęcie alarmu w porcie przez podciągnięte na okręt łącze telefoniczne. Siedzieli więc i rozmawiali łamanym niemieckim, tymczasem zbliżała się północ.

 

W porcie wygaszono część świateł i kapitan Grudziński miał już dać sygnał do rozpoczęcia akcji, gdy na okręcie niespodziewanie pojawił się gość. Był to dowódca oddziału pilnującego „Orła”. Początkowo jego pojawienie się wzbudziło konsternację, szybko jednak wyszło na jaw, że oficer chce się po prostu z kimś napić i pogadać. Zadanie to wziął na siebie Piasecki, jednak Estończyka łatwo spławić się nie dało. Półtorej godziny męczył w mesie porucznika swoimi opowieściami zanim w końcu sobie poszedł. Dochodziła już druga w nocy, gdy padł sygnał do rozpoczęcia akcji.

– Ręce do góry kolego i ani słowa – bosman Piegza wyciągnął schowany w kieszeni pistolet i przyłożył go do piersi zaskoczonego Rolanda. – A teraz wstań, odwróć się do mnie tyłem i powoli opuść ręce.

Błyskawicznie związał Estończyka, założył mu knebel i popchnął w stronę kajut.

– Pokrywka, wynieś ten telefon na nabrzeże! Tylko ostrożnie, żeby nie zerwać kabla, bo zorientują się i będzie alarm – porucznik Piasecki, który natychmiast pojawił się w centrali okrętu, zawołał jednego z matów. Ten wziął aparat i zaczął zwijać pociągnięty do „Orła” kabel. Po drodze minęli go Olejnik i Świebocki, niosący związanego i zakneblowanego marynarza, który pełnił wartę na nabrzeżu. Zwabili go na pokład pod pozorem pokazania elementów działa i tam obezwładnili bez najmniejszego odgłosu. Estończyk nazywał się Boris-Nikolai Mahlstein i – chcąc nie chcąc – on także musiał popłynąć razem z nimi.

– Chojecki, do roboty – zakomenderował Piasecki. Starszy marynarz chwycił siekierę, wyszedł na nabrzeże i jednym ruchem przeciął kabel zasilający „Orła” z sieci portowej. Z przewodu sypnęły iskry, wokół nabrzeża zapadła ciemność – bezpieczniki nie wytrzymały zwarcia. W tym momencie na okręcie rozległ się dźwięk alarmu. Kapitan Grudziński był już na pomoście.

– Oba motory naprzód! – wydał polecenie maszynowni.

„Orzeł” szarpnął do przodu, po czym nagle wyhamował – nadpiłowane cumy trzymały kilka sekund, ale po chwili puściły i okręt ruszył jak wystrzelony z procy. Byli wolni, ale płynęli po omacku siłą inercji przez ciasny basen portowy. 84-metrowa maszyna obchodziła prawą stronę znajdującą się pośrodku mieliznę, ale przed sobą nie widzieli nic. Po chwili kapitan Grudziński zauważył wyłaniającą się z ciemności zachodnią ostrogę falochronu. „Orzeł” zmierzał prosto na nią.

– Zatrzymać silniki! – zakomenderował dowódca, ale było już za późno. Okręt uderzył w falochron. Dziób podniósł się o dobre pół metra do góry i tak pozostał. Zaklinowali się, a tymczasem ich ucieczkę odkryła załoga „Suleva”.

Reflektory na kanonierce zostały skierowane w stronę „Orła”. Widać było, jak obracają się wieże działowe. Strzały jednak nie padły – widocznie dowódca czekał na rozkaz.

– Zwolnić zbiorniki dziobowe i zalać balasty rufowe! – rozkazał kapitan Grudziński. Zawyły pompy, po chwili dziób okrętu zaczął powoli unosić się w górę. – Cała wstecz! – padła kolejna komenda. „Orzeł”, wibrując jakby miał się za chwilę rozpaść, wychodził z pułapki. Poczuli drgnięcie, jednak w tym momencie o kiosk okrętu zabębniły kule. Nie strzelał jednak „Sulev”, tylko szkolna kompania z portu, która zajęła pozycje na nabrzeżu. Mieli broń ręczną i maszynową, nie byli więc groźni, chociaż mogli podziurawić zewnętrzny pancerz. Gdyby strzelała kanonierka, mogła z tej odległości zrobić z nich miazgę. Działa „Suleva” jednak milczały. Po chwili od lądu zawiała bryza, która porwała kłęby dymu wydobywające się z rur wydechowy potężnych dieslowskich silników „Orła” o mocy prawie pięciu tysięcy koni mechanicznych. Gęsty czarny tuman spowił okręt, zasłaniając go na kilkadziesiąt sekund przed oczami Estończyków.

Szybko sprawdzono szczelność okrętu – ani zderzenie z falochronem, ani kule nie spowodowały przecieków. Kapitan Grudziński ostrożnie wycofał okręt spod falochronu i wydał komendę „naprzód”. Minęli wejście do portu i wyszli na wody Zatoki Tallińskiej. Dochodziła trzecia w nocy 18 września 1939 roku. Znów byli wolni, ale czekała ich daleka i pełna niebezpieczeństw droga.

* * *

Płynęli szybko, by minąć redę, na której byli w zasięgu artylerii przybrzeżnej i dwie pilnujące wejścia do portu w Tallinie wyspy – Aegnę i Naissaar – gdzie znajdowały się baterie dział dużego kalibru. Te dały znać o sobie tuż po czwartej, gdy w świetle silnych reflektorów ponad 100 metrów od „Orła” zaczęły spadać pociski. Załoga świętowała jeszcze na pomoście udaną ucieczkę i chociaż ogień był niecelny, kapitan Grudziński wydał rozkaz zanurzenia. Głębokość zatoki sięgała już w tym miejscu 20 metrów i płynąc pod wodą mogli szukać większej głębi, na której zamierzali przeczekać spodziewany pościg.

Całą noc i następny dzień przeleżeli na dnie. Ucieczka pod wodą nie miała sensu. Na pełnych zbiornikach „Orzeł” mógł pokonać na powierzchni aż 7 tysięcy mil morskich płynąc na dieslach, ale pod wodą, przy dwa razy mniejszej prędkości, mógł pokonać na silnikach elektrycznych zaledwie 100 mil morskich. Tymczasem baterie okrętu były rozładowane w 80 procentach i aby je powtórnie naładować należało wynurzyć się na powierzchnię. To mogło nastąpić jednak dopiero następnej nocy.

Mieli więc cały dzień by przeanalizować sytuację. Gdzieś w oddali słychać było wybuchy bomb głębinowych – Estończycy wysłali na poszukiwania „Orła” okręty i samoloty, ale najwyraźniej nie zamierzali tropić go zbyt intensywnie. Fakt, że ostrzelanie w porcie i na wodach Zatoki Tallińskiej było raczej symboliczne, a pilnujący ich „Sulev” nie otrzymał rozkazu otwarcia ognia chociaż miał ich „na muszce”, dawał do myślenia. Czy zadziałały tu więzi estońsko-polskiej sympatii? Czy może Estończycy 17 września zrozumieli, co może spotkać również ich kraj i mimo niemieckich oraz niewątpliwie sowieckich nacisków nie zrobili wszystkiego, by uniemożliwić ucieczkę?

Póki co, nie znali odpowiedzi na te pytania, tymczasem w mesie oficerskiej trwały gorączkowe narady. Gdy minęła pierwsza euforia trzeba było odpowiedzieć na pytanie „co dalej?”. Estończykom łatwo się było wymknąć, ale teraz czekał ich rejs po Bałtyku opanowanym przez wrogą niemiecką i sowiecką flotę, która z pewnością przyłączy się do polowania na „Orła”. Sowieci przecież doskonale wiedzieli, że ten okręt, podobnie jak bliźniaczy „Sęp”, zostały zbudowane właśnie przeciwko ich pancernikom klasy „Gangut”, by uniemożliwić im spodziewane w razie wojny przejście z Kronsztadu do Zatoki Gdańskiej. Po 17 września Sowieci musieli liczyć się z odwetem, tym bardziej, że „Orzeł” znajdował się na wodach Zatoki Fińskiej.

Kapitan Grudziński był jednak zdecydowany płynąć na zachód, by włączyć się do walki przeciwko niemieckim statkom i okrętom.

– Musimy zrehabilitować się za haniebną ucieczkę „Kłocza” z pola walki i poszukać celów dla naszych ocalałych torped. Będziemy to robić, dopóki starczy nam paliwa, prowiantu i wody do picia. Potem, zgodnie z rozkazami dowództwa, popłyniemy do Anglii – oznajmił kapitan. Porucznik Piasecki poparł jego pomysł.

– Ale jak, kapitanie? – zapytał jeden z oficerów. – Przecież do Anglii jest półtora tysiąca mil, a my nie mamy żadnych map!

– Dziś wieczorem wynurzymy się, aby naładować akumulatory i wtedy wyślemy depeszę na Hel. Może oni coś nam podpowiedzą – odpowiedział kapitan.

Dowództwo na Helu potwierdziło odebranie depeszy. To była dobra wiadomość – polski cypel wciąż trwał i odpierał niemieckie ataki. Nie odpowiedziano im jednak, gdzie mogą dostać mapy, być może z obawy, by nie wpadli na Niemców. Bosman Kotecki dalej wysyłał alfabetem Morse’a sygnały z pytaniami o mapy. Odpowiedział jakiś okręt, który przedstawił się jako polska łódź podwodna, ale nie podał swojej nazwy. Grudziński i Piasecki zgodnie stwierdzili, że sprawa śmierdzi na kilometr niemiecką prowokacją i postanowili nie skorzystać z oferty.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?