Słynne ucieczki Polaków 2Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

* * *

„Łaskawy Panie Zarządzający X Pawilonem” – zaczynało się podanie napisane 18 października. „Brat w czasie dzisiejszego wiszenia powiedział mi, że nie pozwolono mu na widzenie się z moją małżonką na tej podstawie, że jakoby she is not my wife. Do chwili obecnej staram się odgadnąć sens tych słów i nie mogę pojąć, co ten sen oznacza. O ile wiadomo mi nie zostałem pozbawiony dotąd praw stanu no i w tym przypadku as much as I know konieczna jest zgoda żony na rozwiązanie związku małżeńskiego, a ja nie sądzę, żeby moja żona mogła się dobrowolnie zgodzić na takie wyjście. Zostaje mi więc wyrazić przypuszczenie, że to jest jeden z tych smakowitych owoców z drzewa poznania dobrego i złego, jakimi mnie tu częstują. And I have assure, this fruit is finest af all and most agreable! Teraz dopiero przypomniałem sobie, że pan podpułkownik Gnoińskij podczas naszego aresztowania uporczywie zapytywał kilkakrotnie – czy pozostajemy w legalnym związku małżeńskim. Oczywiście przecież w Polsce nie tak tolerancyjnie odnoszą się do nielegalnych związków jak w Rosji. But the whole affair seems to me to be so strange and awfull that although I Saw here very much I never expected formerly, I can not help again. You, Sir, if it would not be too much! Ne sera-t-il pas trop fort, ca, Monsieur! At any rate, proszę Pana najpokorniej o wyjaśnienie mi tego zagadnienia. Przecież w tym wypadku chodzi już nie o mnie, lecz o sprawy i honor osoby, za którą powinienem odpowiadać przed swoim sumieniem. I hope, Sir, You will be kind ynough to under stand my situation and will not as formerly stay without answering to me. Przeto mam honor podpisać się jako najpokorniejszy Pana sługa. J. Piłsudski Osadzony w Nr 26 tego Zakładu Dobroczynnego” (zapis oryginalny).

Dopominanie się o prawa Marii do kontaktu z rodziną było doskonałym pretekstem do bombardowania kierownictwa więzienia chaotycznymi, pełnymi angielskich i francuskich wtrętów listami, które miały być pierwszym dowodem, że więzień oszalał. Wkrótce doszedł kolejny – histeryczne reakcje na widok żandarmów i odmowa przyjmowania posiłków w obawie przed otruciem. Piłsudski zgodził się tylko na dostarczanie do celi gotowanych jaj w nienaruszonych skorupkach, ale kiedy już mu zbrzydły, odmówił jedzenia, dopatrując się na nich podejrzanych kropek i skaz. Zażądał wówczas sucharów w specjalnym opakowaniu, następnie czekolady w tabliczkach, jednak nic więcej nie jadł i cały czas tracił na wadze.

Najbardziej zrozpaczony sytuacją był Siedielnikow, nieświadomy tego, że przekazując więźniowi grypsy od doktora Radziwiłłowicza sam przykłada rękę do jego głodówki. Chcąc przełamać opór Piłsudskiego kupił nawet podręcznik kuchni litewskiej i kazał żonie gotować najbardziej wymyślne potrawy. Dla osadzonego zaczęły się chwile prawdziwej męki, gdy do jego celi zaczęły trafiać barszcz, kołduny, ulubione poziomkowe konfitury czy zakupiony w oficerskim kasynie prawdziwy pasztet strasburski czyli foie gras produkowane ze stłuszczonych wątróbek kaczych i gęsich – jedna z najdroższych potraw kuchni francuskiej. Ponieważ musiały być podawane w obecności żandarmów, zostały nietknięte. To ostatecznie przekonało kierownictwo Cytadeli, że sprawa jest poważna i więzień, który był już bardzo wyczerpany, rzeczywiście zwariował. Informacje o tym trafiły do „Gintry” od Siedielnikowa. Teraz trzeba było znaleźć lekarza, który postawi nie budzącą wątpliwości diagnozę.

Na doktora Radziwiłłowicza ani żadnego innego lekarza-Polaka Rosjanie z pewnością by się nie zgodzili. W Warszawie był jednak wybitny psychiatra, lekarz naczelny Szpitala Świętego Jana Bożego, Iwan Michajłowicz Sabasznikow. Ten urodzony na Syberii czterdziestopięciolatek był postacią niezwykłą. Władał dwunastoma językami i oprócz tłumaczeń na rosyjski najnowszych podręczników psychologii i psychiatrii przekładał też poezje Rabindranatha Tagore i Adwina Arnolda. Jego bliskim kuzynem był starszy o sześć lat najsłynniejszy rosyjski psychiatra, Wiktor Kandinski.


Lekarz naczelny Szpitala Świętego Jana Bożego, Iwan Michajłowicz Sabasznikow, (na zdjęciu pierwszy z prawej), był postacią niezwykłą. Władał dwunastoma językami i oprócz tłumaczeń na rosyjski najnowszych podręczników psychologii i psychiatrii przekładał też poezje Rabindranatha Tagore i Adwina Arnolda.

Najcenniejszą jednak cechą Sabasznikowa był fakt, że nie identyfikował się wcale z Rosjanami. Urodzony w buriackiej Kiachcie na południe od jeziora Bajkał, uważał się za rdzennego Sybiraka i nie miał żadnych rusyfikatorskich zapędów. Do niego więc uderzyła „Gintra” , prosząc o diagnozę dla Piłsudskiego. Sabasznikow nie tylko zgodził się, ale też wziął na siebie napisanie odpowiednio sformułowanego podania do władz. Aby uniknąć podejrzeń, złożyć miała je wiekowa już „ciotunia” Piłsudskiego, Stefania Lipman. Ta doświadczona konspiratorka trafiła na Syberię jeszcze przed narodzinami Józefa za udział w postaniu styczniowym. Po powrocie z zesłania zamieszkała w Zułowie pomagając Marii Piłsudskiej w wychowaniu licznego potomstwa. „Ciotunia” była jej bliską kuzynką – obydwie pochodziły z tej samej rodziny Billewiczów. Potem przeniosła się do Wilna.

Powiadomiona przez „Gintrę” Stefania Lipman natychmiast pojawiła się w Warszawie. W podaniu zaznaczono, że zna ona doktora Sabasznikowa z Petersburga, leczyła się u niego i uważa go za wybitnego specjalistę. Z tego też powodu prosi władze o zgodę na zbadanie przez niego aresztowanego siostrzeńca, który popadł w obłęd. Jednocześnie „ciotunia” zobowiązała się w piśmie, że pokryje wszystkie koszty konsultacji, było bowiem pewne, że Rosjanie odmówią płacenia. Sabasznikow oświadczył jednak, że żadnych pieniędzy od ludzi pozostających bez zarobku nie bierze, nie ma też zwyczaju karać rodziny za to, że ich krewny znalazł się w biedzie. „Gintra” odetchnęła z ulgą: partyjna kasa z powodu wydatków na nową maszynę drukarską była pusta, a honorarium takiej lekarskiej sławy jak Sabasznikow z pewnością należało liczyć w setkach rubli.

Badanie odbyło się 6 listopada, kilka dni po złożeniu podania przez Stefanię Lipman. Sabasznikow wszedł do celi w towarzystwie lekarza wojskowego z Cytadeli. Ponieważ Piłsudski zareagował na widok munduru atakiem paniki, doktor zażądał pozostawienia go z więźniem sam na sam. Rozpoczęli pogawędkę, któryś z nich wspomniał o Syberii i rozmowa ruszyła. Piłsudski wspominał piękno nadbajkalskich okolic, Sajanów, polowania z Buriatami i herbaty przy ogniskach. Jego słowa były jak miód na serce Sabasznikowa, który rodzinnych stron nie widział od wielu lat. Miejscowość, w której się urodził, była oddalona o zaledwie 500 kilometrów od Tunki, gdzie przebywał na zesłaniu Piłsudski – jak na syberyjskie odległości, niemal po sąsiedzku. Rozmawialiby tak pewnie bez końca, gdyby po godzinie nie przerwali im żandarmi z informacją, że czas na badanie minął.

Jeszcze tego samego dnia do Szpitala Świętego Jana Bożego na Lesznie przyszła „Gintra”. Doktor zaczął od wylewnych podziękowań za umożliwienie mu poznania człowieka o tak bogatej duszy i wybitnej indywidualności. „To była najmilsza godzina w moim życiu” – powtarzał kilkakrotnie, po czym wręczył kopię orzeczenia o stanie zdrowia Józefa Piłsudskiego. Pełno było w niej łacińskich formułek, jednak z pisma wynikało jednoznacznie, że stan psychiczny więźnia jest groźny, co spowodowane jest otoczeniem i nieodpowiednimi warunkami życia w X Pawilonie. Doktor twierdził, że w normalnych warunkach pacjent szybko wróci do zdrowia i sugerował skierowanie go na obserwację szpitalną.

Złożone następnego dnia orzeczenie, podpisane przez medyczną sławę, zrobiło wrażenie na władzach Cytadeli tym bardziej, że trzy dni przed Sabasznikowem Piłsudskiego badał lekarz z X Pawilonu. Nie był co prawda specjalistą od zaburzeń nerwowych, jednak z pisma skierowanego przez pułkownika Iwanowa do władz więzienia wynikało, że u Polaka stwierdzono pobudzenie układu nerwowego z początkowymi oznakami majaczenia. Zaraz po tym badaniu Iwanow zasięgnął wiedzy, gdzie można by było umieścić więźnia. W warszawskim lazarecie Aleksandryjskim, gdzie leczono więźniów politycznych, nie było miejsc dla psychicznie chorych i brakowało lekarza specjalisty. Tworki pułkownik odradzał sam, powołując się na wcześniejszy o rok przypadek więźnia politycznego, Stanisława Żmigrodzkiego.

„Wraz z umieszczeniem oskarżonego Żmigrodzkiego w szpitalu w Tworkach wyznaczono posterunek żandarmerii, lecz bez względu na tę straż, dzięki przychylności administracji szpitalnej Żmigrodzki miał dużą swobodę w kontaktach z rodziną i bez przeszkód wysyłał i otrzymywał wszystko, czego pragnął, miał także wiele widzeń ze swoimi znajomymi; w końcu uznano go za obłąkanego i dlatego przekazano pod opiekę rodziny; lecz jak się później okazało Żmigrodzki był zupełnie zdrowy; udało mu się uniknąć grożącego mu aresztu i aktywnie mógł prowadzić przestępczą propagandę w kraju” – pisał Iwanow obawiając się powtórki tego samego scenariusza. „W związku z powyższym wnoszę do Departamentu Policji o przeniesienie Józefa Piłsudskiego do Sankt-Petersburga, gdzie może być umieszczony w odpowiednich warunkach celem leczenia”.

Orzeczenie Sabasznikowa przesądziło sprawę, jednak rosyjska biurokracja jeszcze miesiąc zwlekała z podjęciem ostatecznej decyzji. W tym czasie Józef Piłsudski niemal stracił nadzieję, że symulacja choroby pozwoli mu opuścić Cytadelę. Jednak paradoksalnie ta zwłoka mu pomogła.

„Była to niezmiernie przykra gra. Nie mówiąc o głodzie, który mi bardzo dokuczał, tym bardziej, że żandarmi przysyłali mi w tym czasie wyszukane i smaczne obiady, które musiałem odrzucać… lecz samo udawanie obłędu, ciągła baczność na ruchy, na wyraz twarzy, konieczność wypowiadania od czasu do czasu jakichś nonsensów, męczyła mnie niezmiernie, a czasem wprost śmieszyła widokiem przerażenia, jakie wzbudzało moje zachowanie w żandarmach… Po kilku tygodniach byłem tak zmęczony, iż postanowiłem przerwać. Siły mnie opuszczały, ledwo chodziłem… Wydawało mi się czasami, że stoję na brzegu jakiejś otchłani, w którą zapadnę się już bezpowrotnie. Przestałem więc udawać, zacząłem jeść i zachowywać się zupełnie naturalnie. Myślałem sobie, że się nie powiodło! Ha, trudno!… Cóż robić!… Wtem drzwi otwierają się i wchodzą żandarmi, wołają mnie do kancelarii, niosą za mną rzeczy… Mam jechać do Petersburga, do szpitala Świętego Mikołaja. Okazało się, że przerwa w obłędzie właśnie była potrzebna do rozwoju choroby, że ona ostatecznie przekonała obserwatorów, że jestem chory!” – wspominał Piłsudski po latach.

 

15 grudnia 1900 roku więzienny konwój wyruszył z Cytadeli na dworzec kolejowy, skąd pod silną eskortą więzień miał zostać wysłany w dwudniową podróż do Petersburga. Informacja o tym została natychmiast przekazana do tamtejszej komórki PPS. Szpital Świętego Mikołaja Cudotwórcy, chociaż był placówką zamkniętą, to jednak znacznie słabiej pilnowaną niż X Pawilon. Był też miejscem doskonale znanym doktorowi Radziwiłłowiczowi, który 11 lat wcześniej objął tam stanowisko asystenta. PPS miał więc doskonałe informacje o położeniu i rozkładzie szpitala, a planowanej akcji sprzyjał fakt, że placówką od 1881 roku kierował Polak, doktor docent Otton Czeczot. Uwolnienie Piłsudskiego stawało się więc realne. Jednocześnie udało się uzyskać zwolnienie z więzienia za kaucją 500 rubli Marii Dąbrowskiej-Juszkiewiczowej, żony „Wiktora”, która miała wrócić do Wilna z zakazem opuszczania miasta.

17 grudnia 1900 roku wraz z więźniem sprawę Józefa Piłsudskiego przejął petersburski oddział ochrany. Wyzwanie rzucić miała mu studencka organizacja PPS w mieście i wysłany tam emisariusz, Aleksander Sulkiewicz.

* * *

Szpital Świętego Mikołaja Cudotwórcy w Petersburgu był największą placówką dla psychicznie chorych w Rosji. Ogromny, szaro popielaty, trzypiętrowy i składający się z trzech skrzydeł gmach obwiedziony wysokim, iście więziennym murem znajdował się na wyspie utworzonej przez zakole rzeki Priażki, która z jednej strony wpadała do Newy a z drugiej do pobliskiej Mojki. Frontowa ściana i główna brama szpitala skierowane była ku rzece i biegnącej wzdłuż niej ulicy Nadbereżmej. Tylna brama wejściowa prowadząca przez wydłużony dziedziniec prowadziła do wylotu wąskiego zaułka, będącego przedłużeniem ulicy Oficerskiej.

Cały gmach, z mieszkaniami dla głównego lekarza, dozorców i służby pomocniczej stanowił niemal osobną, zamkniętą dzielnicę. Miał własną pralnię, kuchnię, magazyny i ogród, a wszystkie bramy były przez całą dobę pilnowane przez stróżów. Sześć oddziałów szpitalnych – trzy męskie i trzy kobiece – znajdowało się na wyższych piętrach. Przebywało na nich około dwóch tysięcy pacjentów, którymi opiekowało się dwunastu lekarzy-ordynatorów, zarówno mężczyzn jak i kobiet, mających do pomocy kilkudziesięciu felczerów i felczerek, pielęgniarzy i pielęgniarek oraz osób personelu pomocniczego.

W szpitalu, gdzie na jednego lekarza przypadało 150 pacjentów, leczenie psychiatryczne było fikcją. Sprowadzało się głównie do stwierdzania każdego dnia licznych obrażeń cielesnych wśród podopiecznych, którzy zadawali je sobie i innym w czasie kolejnych ataków szału. Wiele obrażeń było też dziełem niższego personelu, traktującego chorych jak zwierzęta, lekarzy-psychiatrzy musieli więc częściej występować w roli zszywających rany chirurgów niż w swojej właściwej specjalności. W takim właśnie miejscu miał spędzić kolejne miesiące na obserwacji Józef Piłsudski.

Informację o jego umieszczeniu w Szpitalu Świętego Mikołaja Cudotwórcy przekazał petersburskiej organizacji PPS Aleksander Sulkiewicz. Ten rówieśnik Piłsudskiego w rzeczywistości nazywał się Iskander Mirza Duzman Beg Sulkiewicz i był pochodzącym z Litwy Tatarem. Chociaż jego ojciec służył jako rotmistrz w armii imperium rosyjskiego, Iskander-Aleksander kontynuował patriotyczne polskie tradycje rodziny, w której jednym z jego krewnych był generał z powstania kościuszkowskiego, Józef Bielak. Jednocześnie Sulkiewicz był jednym z założycieli PPS i ważną postacią w partii. Ponieważ był muzułmaninem, rosyjskie władze nie podejrzewały go o niepodległościowe dążenia, dzięki czemu udało mu się znaleźć pracę w carskiej administracji. Początkowo był urzędnikiem izby skarbowej w Suwałkach, a na następnie celnikiem na granicy rosyjsko-pruskiej. To właśnie przez jego placówkę w Wierzbołowie szedł główny przemyt nielegalnej partyjnej „bibuły” oraz urządzeń drukarskich z Londynu i Genewy dla PPS w kraju.


Informację o umieszczeniu Piłsudskiego w Szpitalu Świętego Mikołaja Cudotwórcy przekazał petersburskiej organizacji PPS Aleksander Sulkiewicz (na zdjęciu – drugi z lewej).Ten rówieśnik Piłsudskiego w rzeczywistości nazywał się Iskander Mirza Duzman Beg Sulkiewicz i był pochodzącym z Litwy Tatarem.

W 1900 roku Sulkiewicz, obawiając się dekonspiracji, porzucił pracę carskiego urzędnika, poświęcając się całkowicie pracy partyjnej. Był jednym z organizatorów przenosin tajnej drukarni „Robotnika„ z Wilna do Łodzi, a po jej uruchomieniu, na zmianę z Aleksandrem Malinowskim, pełnił funkcję łącznika między Józefem Piłsudskim a centralą partii. Jemu też zlecono zaplanowanie i koordynowanie akcji uwolnienia ze szpitala Świętego Mikołaja Cudotwórcy towarzysza „Wiktora”.

Większość petersburskiej organizacji PPS, składającej się głównie ze studiujących w stolicy Rosji Polaków, znała Józefa Piłsudskiego wyłącznie pod tym imieniem. Chociaż bywał w Petersburgu dość często, stał się postacią na wpół legendarną. Mniej wtajemniczeni wiedzieli tylko, że jest najwybitniejszym członkiem Centralnego Komitetu PPS, niestrudzonym rewolucjonistą i bojownikiem o wolność Polski. Starsi, pamiętający jeszcze tradycje 1863 roku, nazywali go „emisariuszem” na wzór tych, którzy w powstaniu utrzymywali łączność między konspiratorami na ziemiach polskich i na emigracji. „Wiktor”, na zmianę z Sulkiewiczem i Malinowskim, przywoził do miasta nielegalne wydawnictwa oraz rozkazy partii. Jeden z nich brzmiał, by po rezygnacji Sulkiewicza z pracy w urzędzie celnym rolę organizatora przemytu „bibuły” do Rosji wzięła na siebie petersburska organizacja PPS.

Jeden z członków organizacji, Bohdan Dębicki, zatrudnił się wówczas w miejscowej komorze celnej i zamieszkał w letniskowym miasteczku Terioki, na granicy Rosji i Wielkiego Księstwa Finlandii, które podobnie jak Polska było wówczas pod zaborem. Odtąd tamtędy szedł główny przerzut pepeesowskiej „bibuły” z Londynu do kraju przez Szwecję i Finlandię. Dębicki przywoził ją każdego dnia do Petersburga z oddalonego o kilka stacji kolejowych miasteczka i przekazywał towarzyszom. Ryzykował wiele – nie tylko wolność, ale też doskonale zapowiadającą się karierę inżyniera, którą był gotów jednak poświęcić dla działalności niepodległościowej.

Ten sukces był dowodem, że niewielka, ale karna, dobrze zorganizowana i składająca się z zaufanych ludzi komórka PPS poradzi sobie z wyzwaniem, jakim było uwolnienie „Wiktora”. Tym bardziej, że nagłośniona przez rosyjską prasę wpadka drukarni „Robotnika” i aresztowanie Józefa Piłsudskiego spowodowały duże przygnębienie wśród działaczy z Petersburga. Odcięci od bezpośrednich informacji z centrali partii, skazani na plotki i domysły, szeptali między sobą o licznych aresztowaniach w Królestwie i na Litwie, a nawet rozbiciu całego kierownictwa PPS. Przywiezione przez Sulkiewicza informacje zostały więc przyjęte z wielką ulgą i nadzieją. Niemniej emisariusz zdecydował się wtajemniczyć w plan akcji jedynie najbardziej zaufanych członków organizacji. Główne role odegrać mieli absolwent Petersburskiego Instytutu Technologicznego Ksawery Prauss i jego żona Zofia, Konstanty Demidowicz-Demidecki, student Marian Chruszczyński i Władysław Mazurkiewicz, absolwent Cesarskiej Wojskowej Akademii Medycznej.


Chociaż szpital Świętego Mikołaja Cudotwórcy był dobrze pilnowany, władze policyjne nakazały umieszczenie Piłsudskiego w izolatce. Był jedynym więźniem politycznym w placówce, do tego doświadczonym konspiratorem, obawiano się więc, że będzie sprawiał problemy lub spróbuje uciec.

* * *

Chociaż szpital Świętego Mikołaja Cudotwórcy był dobrze pilnowany, władze policyjne nakazały umieszczenie Piłsudskiego w izolatce. Był jedynym więźniem politycznym w placówce, do tego doświadczonym konspiratorem, obawiano się więc, że będzie sprawiał problemy lub spróbuje uciec. Początkowo ochrana planowała nawet wysłanie do szpitala żandarmów w celu pilnowania więźnia, ostatecznie jednak zrezygnowano z tego pomysłu, gdy dyrektor Otton Czeczot ostro się sprzeciwił i zagroził dymisją. Wobec nieugiętej postawy profesora władze skapitulowały. Chciano uniknąć niepotrzebnego rozgłosu, a Czeczot, od 20 lat dyrektor szpitala oraz wykładowca psychologii i neurologii na stołecznych uczelniach, był w Petersburgu postacią znaną i szanowaną.

Tak naprawdę, dyrektor bardziej niż obecności żandarmów obawiał się sytuacji, że pacjenci ze Świętego Mikołaja na widok mundurów wpadną w szał, zaatakują strażników i odbiorą im broń, co mogłoby skończyć się rzezią. Sam Piłsudski – jak przekonywał – nie stanowił zagrożenia, gdyż jego organizm był zbyt wyczerpany prowadzoną w Cytadeli głodówką. I rzeczywiście, po roku od aresztowania, „Wiktor” był cieniem samego siebie. Pobyt w petersburskiej „psychuszce”, pełna napięcia atmosfera, przerywana słyszanymi w całym budynku krzykami oraz niezwykle brutalny stosunek pielęgniarzy i dozorców do chorych były dla niego kolejnym ciężkim doświadczeniem. Nie miał już siły dłużej udawać psychicznie chorego, nie było zresztą sensu, gdyż doświadczony doktor Czeczot natychmiast zorientował się, że ma do czynienia z symulantem. Dyrektor doskonale orientował się, o jaką stawkę toczy się gra. Dlatego postanowił jak najdłużej odwlekać wydanie ostatecznej opinii o psychicznym stanie pacjenta.

Tymczasem po zwolnieniu z izolatki Józef Piłsudski został dołączony do innych pacjentów, gdzie czekały go kolejne wyzwania. Jednym z jego sąsiadów na sali był chory, który przygotowywał właśnie – jak twierdził – zamach na życie cara, a z innymi wyimaginowanymi spiskowcami porozumiewał się tupiąc w podłogę. Inny przedstawiał się jako Jezus Chrystus i był w tym na tyle przekonujący, że dorobił się w szpitalu całkiem sporego grona wierzących w jego boskość wyznawców. Jednak nawet on musiał ustępować terroryzującemu całą salę, potężnie zbudowanemu mężczyźnie, który w atakach szału rzucał się na wszystkich, aby ich bić. Z wyjątkiem Piłsudskiego, przed którym czuł dziwny respekt i w pełen szacunku sposób tytułował go „baronem”. Był też zadziwiająco posłuszny jego poleceniom. Gdy podczas jednego z ataków agresji rzucił się na chorych, Piłsudski powstrzymał go słowami: „Zawtra budesz bit!” – „Będziesz bił jutro!”. I następnego dnia, dokładnie o tej samej porze, agresor zaatakował pacjentów tłumacząc, że tak kazał mu „baron”. Ta nietypowa ochrona nie zabezpieczała jednak Polaka przed atakami ze strony pacjentów z innych sal. Szczególną zawiść budziły przysyłane do szpitala przez rodzinę papierosy. Piłsudski, namiętny palacz, musiał więc czasem sam bronić swoich cygaretek.

Pierwszy kontakt z „Wiktorem” udało się nawiązać petersburskiej organizacji PPS dopiero po trzech miesiącach od jego przewiezienia z Warszawy, w marcu 1901 roku. Pomógł w tym pracujący w szpitalu Polak, doktor Sylwanowicz. Pierwszy, sporządzony na gorąco plan uwolnienia „Wiktora” przewidywał wykorzystanie doktora do zorganizowania ucieczki, jednak Piłsudski sprzeciwił się temu pisząc w grypsie, że organizacja PPS musi przeprowadzić akcję własnymi siłami. Do kolejnego wariantu operacji wyznaczony został Marian Chruszczyński, którego teściowa, pani Wojczyńska, pracowała w szpitalu. W jej mieszkaniu w pobliżu Świętego Mikołaja mieszkał też zięć z córką, planowano więc, by przy jej pomocy Chruszczyński przedostał się do szpitala, przemycając niezbędne do ucieczki przedmioty. Student okazał się jednak psychicznie nieprzygotowany na takie wyzwanie i zaczął zachowywać się w sposób zbyt nerwowy, co groziło dekonspiracją całej akcji. Postanowiono więc całkowicie go wycofać i przemyśleć temat na nowo.

Kilka kolejnych pomysłów także odrzucono. Przemycenie do szpitala pił do cięcia krat i lin było możliwe, jednak „Wiktor” był w zbyt słabej kondycji, aby uwolnić się samodzielnie. Pomysł podrobienia kluczy okazał się mało realny. W końcu wybrano projekt podsunięty przez Aleksandra Sulkiewicza, wymagający dłuższych przygotować, ale dający największą szansę na sukces. Chodziło o umieszczenie w szpitalu własnego człowieka jako odbywającego praktykę lekarza. Do roli tej najbardziej nadawał się Władysław Mazurkiewicz. Nie tylko dlatego, że ukończył medycynę, ale również z tego powodu, że jego ojciec był mającym szerokie wpływy w Petersburgu profesorem.

 

Mazurkiewicz skończył Cesarską Wojskową Akademię Medyczną z myślą, by jako lekarz rozpocząć praktykę w Łodzi, a jednocześnie prowadzić działalność polityczną w środowisku robotniczym. Do psychiatrii zamiłowania nie miał, bez wahania zaakceptował jednak decyzję organizacji. Jeszcze tego samego dnia poinformował rodziców, że zmienia plany zawodowe i ma zamiar poświęcić się nowej specjalności. Jednocześnie prosił ojca, by ten przez swoje stosunki z gubernatorem Petersburga, generałem Nikołajem Kleigelsem oraz byłym ministrem spraw wewnętrznych, Iwanem Goremykinem załatwił mu posadę ordynatora w szpitalu Świętego Mikołaja Cudotwórcy.

Protekcja zadziałała błyskawicznie. Już pod koniec marca 1901 roku Mazurkiewicz z listami polecającymi w ręku zjawił się w gabinecie dyrektora Ottona Czeczota i został natychmiast przyjęty do pracy. Pierwszą praktykę miał odbyć na oddziale kobiecym z ostrymi wypadkami. Natychmiast zaczął studiować układ pomieszczeń ogromnego gmachu, najlepsze drogi ewakuacji oraz możliwości wyjścia na zewnątrz. Poznawał też lekarzy dysponujących kluczami do sal pacjentów oraz dozorców pełniących dyżury w budynku i przy bramach.

Doktor Czeczot, nie poinformowany o prawdziwych zadaniach Mazurkiewicza, nabrał do niego dużej sympatii i zaufania, a także szczerze interesował się jego karierą psychiatryczną. Zapraszał go na posiedzenia naukowe, powierzył zarząd pracowni mikroskopowo-chemicznej i często oprowadzał po oddziałach, prezentując co ciekawsze przypadki. Pewnego dnia zaprowadził go na oddział męski i ściszonym głosem poinformował, że tu właśnie przebywa aresztowany redaktor „Robotnika”.

– On jest naturalnie zupełnie zdrów i nawet przestał symulować, ale póki jestem dyrektorem sprawa wydania opinii ostatecznej będzie odwlekana – wyznał. – Chociaż, naturalnie, nie mogę ręczyć, że mi go nie sprzątną pierwszego lepszego poranka – dodał doktor robią aluzję do możliwości wszechwładnej ochrany.

Dla bezpieczeństwa Mazurkiewicz postanowił początkowo nie nawiązywać kontaktu z Piłsudskim, który znał go z wizyt w petersburskiej organizacji PPS. Łącznikiem między „Wiktorem” a partią miał pozostać praktykujący na oddziale męskim doktor Sylwanowicz. Tymczasem młody lekarz nawiązywał kolejne znajomości, co nie było łatwe, gdyż większość kolegów widziała w nim sprytnego karierowicza, który dostał pracę dzięki protekcji. Z dwoma lekarzami, doktorem Landauem i doktorem Omelczenką, udało mu się jednak nawiązać przyjacielską więź. Towarzyszył im na dyżurach, poznając zakres władzy i działania ordynatorów, był móc jak najszybciej objąć samodzielną pracę.

Przy okazji dowiedział się też rzeczy, mającej pierwszorzędne znaczenie w przygotowywanej ucieczce. W szpitalu było stałą praktyką, że podejrzewanych o symulację pacjentów sprowadzano na polecenie dyżurującego lekarza na dół, do sali ordynacyjnej, w celu dokładnego ich zbadania. To był właśnie sposób, w jaki można by zabrać „Wiktora” z oddziału nie budząc żadnych podejrzeń, a następnie wyprowadzić go na zewnątrz. W połowie kwietnia plan ucieczki dojrzał. Pozostawało czekać na moment, gdy Władysław Mazurkiewicz zostanie mianowany ordynatorem i obejmie pierwszy samodzielny dyżur.

* * *

Nadeszły dni gorączkowego wyczekiwania. Czas naglił, gdyż nieubłaganie zbliżały się słynne petersburskie „białe noce”, które mogły znacznie utrudnić ucieczkę. Nerwowość konspiratorów zwiększyły pogłoski o możliwej dymisji dyrektora Czeczota, przez co cały plan mógł spalić na panewce. W końcu pewnego dnia dyrektor wezwał Mazurkiewicza i uroczyście pogratulował mu wobec kolegów nominacji na ordynatora. Pierwszy samodzielny dyżur młody lekarz miał objąć wieczorem 30 kwietnia w zastępstwie doktora Landaua. Termin był doskonały – następnego dnia przypadało święto pracy i właśnie w ten dzień władze organizowały w Petersburgu wiele publicznych imprez, mających odciągnąć uwagę robotników od pierwszomajowej agitacji. Do ich ochrony skierowana została większość policjantów, a w przemieszczającym się po ulicach tłumie łatwo było się ukryć. Ponadto w dniu rozpoczęcia dyżuru dyrektor Czeczot miał wyjść ze szpitala wcześniej niż zwykle.

Do dyżuru pozostało kilka dni, które Władysław Mazurkiewicz wykorzystał do przemycenia w teczce wszystkich części garderoby, w której Józef Piłsudski miał opuścić szpital. Ukrył je w jednej ze skrytek w pracowni mikroskopowo-chemicznej, do której klucze miał tylko on. Jednocześnie ustalono godzinę i plan akcji. Niedaleko głównej bramy, przy nabrzeżu Mojki, oczekiwać mieli Aleksander Sulkiewicz i Konstanty Demidowicz-Demidecki, uzbrojeni w rewolwery na wypadek, gdyby miały zajść jakieś komplikacje. Stamtąd mieli przewieźć Piłsudskiego i Mazurkiewicza łodzią na wyspę Wasiljewską w centrum Petersburga, gdzie przygotowana była zakonspirowana kwatera.

30 kwietnia o godzinie 8 rano Władysław Mazurkiewicz rozpoczął swój pierwszy i ostatni samodzielny dyżur w szpitalu Świętego Mikołaja Cudotwórcy. Już po obiedzie zorientował się, że łatwo nie będzie. Personel placówki, widząc niedoświadczonego lekarza, natychmiast rzucił się z wnioskami o urlopy, by móc skorzystać z organizowanych przez władze atrakcji. Gdy w końcu Mazurkiewicz dał wolne dużej części personelu i opędził się od pielęgniarzy i pielęgniarek, niespodziewanie przyprowadzono do niego dziennikarza. Był to korespondent „Petersburskiego Listka”, sensacyjnej gazety, która drukowała właśnie sensacyjne historie o grasujących na terenie miasta oraz w Moskwie „rozpruwaczach kobiet”. Temat budził wielkie emocje, gdyż działający kilkanaście lat wcześniej w Londynie seryjny morderca, Kuba Rozpruwacz, doczekał się w Rosji licznych naśladowców. Dziennikarz chciał w tej spawie uzyskać opinię psychiatry, ale ponieważ nie było już doktora Czeczota, skierowano go do Mazurkiewicza.

Kolejną godzinę lekarz spędził więc, tłumacząc dziennikarzowi motywację seryjnych morderców i zerkając nerwowo na zegarek. Jednak najgorsze chwile nastąpiły, gdy został sam.

Mazurkiewicz był młodym człowiekiem, kariera stała przed nim otworem. Wiedział, że wyprowadzając Piłsudskiego ze szpitala pogrzebie ją bezpowrotnie. Dla ochrany stawał się podejrzanym numer jeden i wrogiem publicznym na równi z samym Piłsudskim. To oznaczało konieczność ucieczki za granicę rosyjskiego imperium. Zostawiał w nim rodzinę, która też automatycznie trafiała w krąg podejrzanych o współudział w zorganizowaniu ucieczki jednego z najbardziej znienawidzonych przez carską policję i władze więźniów politycznych.

„Przecież on jest już tak wyczerpany więzieniem, że nikomu i do niczego więcej się nie przyda” – mówił głos w głowie młodego lekarza. „Nic łatwiejszego, niż za pomocą zmyślonej historyjki wyprowadzić w pole towarzyszy mówiąc, że nie udało się – i basta”. Jednak za chwilę pojawiła się inna, przerażająca myśl. „Jeśli tego nie zrobię, ten człowiek zostanie pogrzebany przeze mnie na zawsze w więziennych murach!”. W tym momencie Mazurkiewicz zrozumiał, że nie tylko życie Piłsudskiego, ale i przyszłość Polski leżą wyłącznie w jego rękach. Wziął głęboki oddech: decyzja została podjęta.