Słynne ucieczki Polaków 2Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Okładka

Fahrenheit 451

Redakcja i korekta

Jacek Fronczak

Dyrektor projektów wydawniczych Maciej Marchewicz

Copyright © Andrzej Fedorowicz Copyright © for Fronda PL Sp. z o.o., Warszawa 2020

ISBN 9788380795259

Wydawca

Wydawnictwo Fronda Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: fronda@fronda.pl

Konwersja

Epubeum

Spis treści

CZĘŚĆ 1. Z rosyjskiego psychiatryka do góralskiej chaty. Józef Piłsudski, kwiecień-sierpień 1901

CZĘŚĆ 2. Z Estonii do Anglii pod nosem Niemców. ORP „Orzeł”, 17 września – 14 października 1939

CZĘŚĆ 3. Odyseja marszałka. Edward śmigły-Rydz, 18 września 1939 – 27 października 1941

CZĘŚĆ 4. Trzy konspiratorki uciekają nocą z Pawiaka. Ewa Dreżepolska, Teofila Ull i Zofia Przybytkowska, 16 stycznia 1942

CZĘŚĆ 5. Kochankowie z Auschwitz opuszczają obóz śmierci. Jerzy Bielecki i Cyla Cybulska, 21-31 lipca 1944

CZĘŚĆ 6. MIG-iem do wolności. Franciszek Jarecki, 5 marca 1953

CZĘŚĆ 7. Superszpieg i jego rodzina znikają z Warszawy. Ryszard Kukliński, 7-11 listopada 1981


CZĘŚĆ 1. Z rosyjskiego psychiatryka do góralskiej chaty. Józef Piłsudski, kwiecień-sierpień 1901

22 lutego 1900 roku o godzinie 3 w nocy grupa żandarmów pod dowództwem pułkownika Gnoińskiego weszła do mieszkania w kamienicy przy ulicy Wschodniej 19 w Łodzi. Według rejestru mieszkańców lokal na pierwszym piętrze zajmował adwokat Józef Dąbrowski z żoną Marią oraz służącą, który wprowadził się tam pół roku wcześniej. Budynek położony zaledwie 15 minut spacerkiem od Dworca Fabrycznego nie wzbudziłby zapewne żadnych podejrzeń żandarmów, gdyby nie fakt, że pojawił się tam śledzony przez agentów carskiej ochrany, od samej Warszawy, Aleksander Malinowski vel Aleksander Korsak, jeden z czołowych działaczy Polskiej Partii Socjalistycznej.

Malinowski przyjechał do Łodzi pociągiem 19 lutego, ciągnąc za sobą ogon szpicli. Najbardziej podejrzaną rzeczą, jaką zrobił, był zakup dużej ilości papieru w składzie Zybera przy ulicy Piotrkowskiej. Właśnie z tym ładunkiem wybrał się dorożką na Wschodnią i zniknął pod numerem 19. Parter budynku zajmował skład bawełny i pończoch, na piętrze było kilka mieszkań. Dyskretny wywiad pozwolił na ustalenie, że papier został dostarczony do mieszkania numer 4. Malinowskiego aresztowano na Dworcu Fabrycznym około północy 21 lutego, gdy zbierał się do wyjazdu do Warszawy. Trzy godziny później oddział żandarmów pod dowództwem Gnoińskiego wszedł cicho przez kuchenne drzwi do podejrzanego mieszkania.

W dużym pokoju zastali śpiącego na kanapie młodego mężczyznę. Już pierwszy rzut oka na lokal spowodował, że pułkownik gwizdnął ze zdumienia. Tego się nie spodziewał.

W pokoju stała maszyna drukarska, ryzy papieru i pojemniki z farbą, a na stole leżały wydrukowane pierwsze strony nielegalnego, podziemnego organu Polskiej Partii Socjalistycznej – czasopisma „Robotnik”. „Triumf wolnego słowa!” – krzyczała pierwsza strona gazety, za której redakcją rosyjska ochrana bezskutecznie uganiała się od sześciu lat! Nierównej, ale zwycięskiej walce socjalistów-niepodległościowców z carskim reżimem kibicowali Polacy pod wszystkimi zaborami, w tym nawet niechętni PPS-owi endecy. Wściekłość ochrany budził fakt, że pismo nie tylko krzewiło wywrotowe idee, ale także ostro krytykowało politykę rusyfikacji, a nawet publikowało imienne listy szpiclów i donosicieli, współpracujących z rosyjską policją.

I nagle tu, w Łodzi, w ręce żandarmów nieoczekiwanie wpadł sam mózg tego przedsięwzięcia. Pułkownik Gnoiński nie miał już wątpliwości, kim jest leżący na kanapie mężczyzna. Po raz pierwszy ochrana rozesłała za nim listy gończe 13 lat wcześniej. „Państwowy przestępca, Józef Piłsudski, szlachcic” – napisano w dokumencie. „Wzrost 1 metr 75 centymetrów, oczy szare, włosy ciemnoblond, zęby nie wszystkie, podbródek okrągły. Szczególne znamiona: brwi zrastają się nad nosem, na końcu prawego ucha brodawka”. Wszystko się zgadzało. Po trwającej ponad dziewięć godzin rewizji Józef i Maria zostali przewiezieni do ponurego więzienia na ulicy Długiej 13.

Widomość o aresztowaniu Piłsudskiego lotem błyskawicy obiegła miasto i dotarła do władz PPS. „Łódzka katastrofa” była największym ciosem, jaki partia otrzymała dotąd od rosyjskiej policji. Przepadła 120-kilogramowa maszyna drukarska, pieszczotliwie zwana Babcią, i wydrukowany już w połowie 36. numer pisma. Najgorsze było jednak aresztowanie towarzysza Wiktora, bo taki pseudonim nosił Piłsudski w konspiracji. Ten 33-latek był już wówczas legendą ruchu, jednym z najwybitniejszych i najbardziej charyzmatycznych jego wodzów. Pewne było, że na oskarżeniu o nielegalny druk się nie skończy. Za to tylko, Piłsudski mógłby dostać najwyżej osiem lat zesłania na Syberię, istniało więc wielkie ryzyko, że policja wrobi go jeszcze w kilka innych spraw. Mogła mu grozić szubienica.

* * *

Gdy w kierownictwie PPS trwały gorączkowe narady, Józef Piłsudski siedział w małej, śmierdzącej celi łódzkiego więzienia, gdzie nie wolno było nawet palić tytoniu. Nie było to jego pierwsze aresztowanie. Kiedy miał niespełna 20 lat, został zatrzymany za przypadkowy dość kontakt z Frakcją Terrorystyczną ruchu Narodna Wola, planującą zamach na życie cara Aleksandra III. Kierował nią Aleksander Uljanow, starszy brat słynnego później Lenina.

1 marca 1887 roku ochrana aresztowała na ulicy w Petersburgu sześcioosobową grupę spiskowców z gotową już bombą. Czekali na przejazd cara na rocznicowe nabożeństwo żałobne. Ładunek skonstruował Polak z Wilna, Józef Łukaszewicz, gimnazjalny kolega braci Piłsudskich. Studiował on wówczas w Petersburgu, podobnie jak Bronisław Piłsudski, starszy o rok brat Józefa, który udostępnił spiskowcom z Frakcji Terrorystycznej swoje studenckie mieszkanie. Zdobywał też dla nich pieniądze, a w Wilnie organizował niezbędne do zbudowania bomby chemikalia i noclegi dla podróżujących członków organizacji. W tych ostatnich sprawach prosił o pomoc Józefa, który przebywał wówczas w mieście, załatwiając formalności związane z przenosinami ze studiów medycznych z Charkowa do Dorpatu. To wystarczyło, by młodszy Piłsudski został również zaliczony do grona spiskowców, usiłujących zabić rosyjskiego cara.

Aresztowano go 22 marca 1887 roku i po dziewięciodniowym pobycie w wileńskim więzieniu przewieziono pod eskortą do twierdzy Piotra i Pawła w Petersburgu. Pod koniec kwietnia sprawę „piętnastu zamachowców” rozpatrzyła specjalna komisja Senatu. ochrana nie zdobyła niezbitych dowodów na bezpośredni udział w spisku Józefa Piłsudskiego, toteż wyłączono go z głównego śledztwa. Pozostali zostali skazani na kary śmierci, jednak większość car ułaskawił, zamieniając wyroki na bezterminowy pobyt w twierdzy szliselburskiej lub wieloletnie zesłanie na Syberię. Na szubienicę trafił Uljanow i czterech innych zamachowców. Józef Piłsudski za pomoc spiskowcom został skazany na pięć lat zesłania na Syberii Wschodniej.


Syberia go zahartowała: zmężniał, stał się twardy. Znajomi i rodzina nie poznali go. Miał twarz koloru czystej miedzi.

Józef Piłsudski. Zdjęcie z roku 1899.

Najwięcej czasu spędził w Tunce, niewielkiej wsi w kraju Buriatów, u podnóża gór Sajańskich. To miejsce zmieniło go. Zaczął chodzić na wyprawy myśliwskie z zesłańcami oraz miejscowymi Buriatami i Sybirakami. Polował na sarny zwane kazulami oraz marale, rodzaj jeleni, a także na kaczki i inne ptactwo. Latem wyprawy takie odbywały się pieszo lub konno, zimą, przy sięgającym minus 30 stopni mrozie, na nartach. Wyprawy kończyły się tradycyjnym piciem herbaty przy ognisku i obrzędowym wyjadaniem szpiku z rozbijanych kości upolowanych zwierząt.

Ten okres Piłsudski wspominał jako najzdrowszy czas w swoim życiu. Co najmniej trzy razy w tygodniu całe dnie spędzał w lesie, czasem wychodził z kilkoma towarzyszami na liczące 40-50 kilometrów wyprawy w góry, by ścinać drzewa i spławiać je po rzekach Irkut i Tunka do Tunki. W buriackiej wsi przeżył psychiczne odprężenie, prawie nie chorował, wcześniejsze obawy, że może mieć początek gruźlicy poszły w niepamięć. Przeżył też swoją pierwszą młodzieńczą miłość – do Leonardy Lewandowskiej, córki zesłańców.

W chwilach wolnych od zajęć więźniowie, Polacy i Rosjanie, spotykali się w którejś z kwater, by pić herbatę, grać w szachy lub karty, a przede wszystkim dyskutować. W gorących politycznych sporach ścierały się dwa nurty – powstańczy i socjalistyczny, ale nie były one wobec siebie wrogie. Łączył je wspólny cel – walka z caratem. Piłsudski odzywał się mało, ale nasiąkał buntowniczą atmosferą rozmów, dużo też czytał. Kiedy w maju 1892 roku został zwolniony z zesłania, był już innym człowiekiem. Syberia go zahartowała: zmężniał, stał się twardy, ale przede wszystkim zyskał w życiu cel. Była nim walka, taka, w której mógł w pełni poświęcić się idei, stać się maszyną do realizacji marzenia o wolności od społecznego i narodowego ucisku. Z głową pełną buntowniczych myśli wrócił do Wilna 18 czerwca 1892 roku.

 

Organem PPS był wydawany nielegalnie w Warszawie od lipca 1894 roku „Robotnik”. Po aresztowaniu jego redaktora naczelnego, Jana Stróżeckiego, rola ta przypadła Józefowi Piłsudskiemu.

Znajomi i rodzina nie poznali go. Miał długą brodę i twarz koloru czystej miedzi. Bardziej przypominał Indianina niż Polaka. Był też niezwykle chudy – ważył zaledwie 53 kilogramy – ale w jego ruchach widać było energię i zdecydowanie. Od razu zaczął działać w socjalistycznych kręgach Wilna. W lutym 1893 roku był już korespondentem wydawanego w Londynie pisma „Przedświt”, organu Zagranicznego Związku Socjalistów Polskich. Szybko znalazł się w czołówce Polskiej Partii Socjalistycznej na Litwie. Organem PPS był wydawany nielegalnie w Warszawie od lipca 1894 roku „Robotnik”. Po aresztowaniu jego redaktora naczelnego, Jana Stróżeckiego, rola ta przypadła Józefowi Piłsudskiemu. Latem 1894 roku we wsi Lipniszki w powiecie oszmiańskim na Wileńszczyźnie ruszyła tajna drukarnia, ulokowana w specjalnie w tym celu założonej aptece. Tak zaczęła się trwająca sześć lat zabawa w chowanego, którą „Wiktor” prowadził z rosyjską ochraną.

Początki w konspiracji nie były łatwe. Ściągnięty przez Piłsudskiego do Lipniszek zecer nudził się jak mops w zapadłej litewskiej wsi, nawiązał więc romans ze służącą z pobliskiego majątku. Po pełnej miłosnych uniesień nocy zwierzył się jej, co tak naprawdę robi w aptece. Gdy jednak jego uczucia osłabły i zaczął dążyć do zerwania związku, dziewczyna bez ogródek oświadczyła, że ujawni tajemnicę władzom. Zrozpaczona pani domu musiała od tej pory spełniać każdą zachciankę służącej, która dosłownie weszła swoim pryncypałom na głowę. W końcu, zdesperowana, postanowiła odwołać się do uczuć religijnych dziewczyny i zawieźć ją na Jasną Górę. Tam służąca miała się wyspowiadać ze swoich grzechów, co zrobiła nader szczerze, opowiadając ojcu paulinowi ze szczegółami o tajnej drukarni i swoim flircie z zecerem. Uprzedzony przez panią domu spowiednik zbeształ dziewczynę i wymógł na niej przysięgę, że nikomu tajemnicy nie zdradzi.

Incydent ze służącą uświadomił Piłsudskiemu, jaką estymą cieszył się „Robotnik” w polskim społeczeństwie pod zaborami. Bez względu na poglądy polityczne czy przekonania religijnie wszyscy kibicowali tajnej drukarni, z niecierpliwością czekając na wydanie kolejnych numerów pisma i ciesząc się na widok szalejących z bezsilnej wściekłości żandarmów. Nie było jednak sensu zostawiać akcji na łasce zranionej w uczuciach dziewczyny. W maju 1895 roku redakcja i drukarnia przeniosły się więc do Wilna. Tam pismo było już drukowane na przemyconej z Londynu przez Stanisława Wojciechowskiego ps. Adam maszynie systemu Model Press, dzięki czemu nakład pisma wzrósł do 1300 egzemplarzy. Jak na podziemne wydawnictwa w tamtym czasie była to liczba wręcz kosmiczna.

* * *

W Wilnie, Piłsudski jako redaktor i Wojciechowski jako zecer wydawali „Robotnika” przez niemal cztery lata, podając na pierwszej stronie dla zmylenia rosyjskiej policji jako miejsce druku Warszawę. Kiedy jednak w latach 1898-1899 przez miasto przetoczyła się fala aresztowań członków PPS, pojawiły się obawy o los drukarni. Latem 1899 roku Józef Piłsudski zebrał trzech swoich braci – Jana, Adama i Kazimierza – i oznajmił im, że przenosi się z Wilna do innego miasta, by tam prowadzić tajną działalność. Nazwy miasta nie zdradził, jednak wybór został już dokonany. Miała to być Łódź, najszybciej rosnący ośrodek przemysłowy w Kongresówce, mający też dobre połączenie kolejowe z Warszawą, do której trafiało najwięcej egzemplarzy „Robotnika”. Piłsudski musiał się tam jednak pojawić z zupełnie nową tożsamością. Bracia zdecydowali, że najlepszym sposobem będzie zawarcie przez niego związku małżeńskiego pod fałszywym nazwiskiem. Ale z kim? W Wilnie była tylko jedna taka kobieta.

Nazywała się Maria Juszkiewicz i była dwa lata starsza od Józefa. Już w młodości woziła nielegalną „bibułę” z Petersburga do Wilna. Aresztowana w wieku 20 lat, została jednak zwolniona z więzienia z braku dowodów. Wyszła za mąż za inżyniera Juszkiewicza, nie było to jednak szczęśliwe małżeństwo. Maria prowadziła w Wilnie salon, przez który przewijali się ludzie związani z niepodległościową konspiracją. Słynąca ze swojej urody, nazywana w PPS „Piękną Damą” lub „Piękną Panią”, poznała dwóch mężczyzn, którzy zrobili na niej duże wrażenie. Zresztą z wzajemnością. Jeden nazywał się Józef Piłsudski, drugi – Roman Dmowski. Ostatecznie rywalizację wygrał pierwszy, co stanie się w przyszłości powodem szczerej wzajemnej nienawiści obu polityków.

Ślub odbył się 15 lipca 1899 roku w Paproci Dużej niedaleko Zambrowa. Pan młody przedstawił tam fałszywy paszport na nazwisko Józef Władysław Dąbrowski, panna młoda na nazwisko Maria Karczewska. Dla Marii Juszkiewicz wejście w związek z Józefem Piłsudskim stanowiło pewien problemem, gdyż nie miała rozwodu ze swoim mężem, zresztą według obowiązującego wówczas prawa uzyskanie go było prawie niemożliwe. Dlatego, dla uniknięcia posądzeń o bigamię, ślub został zawarty w kościele luterańskim. Wcześniej para konspiratorów musiała przejść konwersję na protestantyzm.

Oboje wrócili jeszcze do Wilna, nie ujawniając jednak związku. Tam, 1 października wyszedł ostatni „litewski” numer „Robotnika”. Wkrótce zaczęła się trwająca kilka tygodni konspiracyjna przeprowadzka. Państwo Dąbrowscy pojawili się w Łodzi w połowie października, szukając dobrego miejsca na redakcję i drukarnię. Wielkie, przemysłowe miasto zrobiło na nich wrażenie, jednak zadanie okazało się nadspodziewanie trudne. Najlepsze na ulokowanie drukarni byłoby mieszkanie na parterze lub w suterenie, skąd hałas pracującej maszyny nie przenosiłby się na inne kondygnacje, a częściowo byłby zagłuszany szumem ulicy. Tymczasem w Łodzi lokale takie były zajęte przez sklepy, składy czy małe warsztaty.

Ostatecznie Józef Piłsudski zdecydował się na wynajęcie czteropokojowego mieszkania na pierwszym piętrze w kamienicy przy Wschodniej. Była to, jak mówili mu partyjni towarzysze, innowacja. Sama lokalizacja była dobra, gdyż umożliwiała łatwy transport wydrukowanych egzemplarzy „Robotnika” na Dworzec Fabryczny, skąd pociągami trafiał do Warszawy i innych miast. Kolportaż organizowała niezwykle odważna i dynamiczna Maria Gertruda Paszkowska o pseudonimie Gintra . Jak to robiła, nie ujawniała nawet „Wiktorowi”. Wiadomo było jednak, że przemytowi sprzyjała ówczesna kobieca moda. Pod wielkimi kloszami spódnic ukryć można było naprawdę sporo „bibuły”, a w tamtych czasach żaden policjant nie ośmieliłby się zrewidować kobiety…

Ostatecznie państwo Dąbrowscy wynajęli mieszkanie pod numerem czwartym. Wkrótce, razem z meblami, trafiła do niego przemycona z Wilna w częściach przez Aleksandra Malinowskiego „Babcia” wraz z kompletem czcionek. Ulokowano ją w głównym pokoju, do którego zabroniono wstępu służącej, którą „mecenas” Józef i jego żona musieli zatrudnić dla zachowania pozorów dobrze sytuowanego małżeństwa.


Nazywała się Maria Juszkiewicz i była dwa lata starsza od Józefa. Słynąca ze swojej urody, nazywana w PPS „Piękną Damą” lub „Piękną Panią”.

Praca nad kolejnym, bożonarodzeniowym wydaniem „Robotnika” ruszyła w listopadzie. Nie było to zadanie łatwe. Nakład 12-stronicowego pisma miał wzrosnąć do 1900 egzemplarzy, a każdą stronę trzeba było odbijać osobno, rozsmarowując co 50 egzemplarzy farbę na matrycy. Praca zaczynała się tuż po godzinie 9.00, kiedy do mieszkania przychodził Kazimierz Rożnowski – oficjalnie pomocnik adwokata, a w rzeczywistości zecer. Wypijali herbatę i zabierali się do drukowania. W ciągu godziny mogli odbić 300-400 pojedynczych stron, w zależności od tego, ile hałasu można było w danej chwili zrobić. Praca trwała zwykle do godziny 18, ale zdarzało się, że kończyła się dopiero po 20. W ten sposób, pracując po 9-11 godzin dziennie, Piłsudski z Rożnowskim drukowali cały nakład pisma w 15-16 dni.

Chociaż była to niezwykle ciężka praca, początkowo wszystko szło jak po maśle. Mimo nietypowej lokalizacji i hałasu sprawianego przez maszynę oraz szeleszczący papier ani sąsiedzi, ani nawet służąca nie domyślili się, co naprawdę dzieje się w pokoju „mecenasa”. Na Wschodniej zostały bez problemu wydrukowane dwa numery pisma. W trzydziestym piątym numerze, wydanym z datą 31 grudnia 1899, redaktor naczelny ostro krytykował rusyfikację oświaty, ustanowienie policji fabrycznej i defraudowanie przez właścicieli fabryk robotniczych składek potrącanych na opiekę lekarską. Zamieścił też korespondencje z kilkudziesięciu fabryk oraz tekst „Kolędy robotniczej”, zaczynającej się od słów:

Bracia robotnicy, zrozumcie na Boga,

Że my w ruskim carze zawsze mamy wroga,

On wspólnie z tyrany,

Nas kuje w kajdany,

Hej kolęda, kolęda!

Za to fabrykantom dobrze się powodzi,

Bo ta ruska małpa w pomoc im przychodzi,

Nasyła żołdaków,

By bili biedaków,

Hej kolęda, kolęda!

Numer kończyła jak zwykle publikacja listy zdrajców i donosicieli. „Bracia Dębowscy – krawcy z Łodzi. Starszy, wysoki szatyn z dużym wąsem, młodszy niski blondyn. Obydwaj są szpiegami, starszy prowadzi prowokatorską robotę. Jan Biszof, piegowaty, wzrostu średniego. Syn restauratora z rogu Karolkowej i Wolskiej. Konstanty Paśniewski, zdrajca, ślusarz z fabryki Rohna i Zielińskiego, brunet średniego wzrostu. Stanisław Grabowski – ryży, wzrost niski, zęby nadzwyczaj czarne, był górnikiem na Saturnie, później pisarzem w gminie Gałkówek”.

Pojawienie się kolejnego numeru niezmiennie doprowadzało rosyjską policję do szału. Ochrana szukała jednak głównie w Warszawie, gdyż ją właśnie wskazywano na pierwszej stronie jako miejsce wydania „Robotnika”. Na początku stycznia 1900 roku aktywność szpicli znacznie wzrosła. „Dotychczas takiej masy nie widziałem, wszędzie ich pełno, wyglądają tak jakby, fioły, chciały urządzić jeszcze jedną porządną brankę” – notował Piłsudski 7 stycznia. Nie spodziewał się, że jeden ze szpiclów, śledzący Aleksandra Malinowskiego doprowadzi do „łódzkiej katastrofy”.

* * *

Po ośmiotygodniowym pobycie w łódzkim więzieniu Józef Piłsudski został przewieziony wraz z Aleksandrem Malinowskim do Warszawy, gdzie dzień wcześniej trafiła jego żona. „Wiktor” jechał w specjalnie przygotowanym wagonie, strzeżony przez kilku żandarmów, w innym przedziale niż jego towarzysz. Było jasne, że carskie władze boją się odbicia więźnia. O godzinie 6 rano na Dworcu Wiedeńskim Malinowskiego wyprowadzono z pociągu i w asyście sześciu żandarmów zabrano więziennym powozem. Piłsudskiego przesadzono do osobnego wagonu, który został odstawiony na bocznicę, a następnie trasą obwodową pojechał na Dworzec Nadwiślański. Stamtąd pod silną eskortą zaprowadzono „Wiktora” na Cytadelę. Kilku działaczom PPS udało się wtedy go zobaczyć. „Towarzysz Piłsudski zmienił się do niepoznania, schudł, blady był więcej niż zwykle, ale twarz miał spokojną i szedł powoli, nie oglądając się” – relacjonował jeden z nich.

W PPS myślano już w tym czasie intensywnie, jak pomóc „Wiktorowi”. Główną koordynatorką akcji była „„Gintra” . Szefowa kolportażu „Robotnika” działała też w tajnej Kasie Pomocy Więziennej, będącej największą w zaborze rosyjskim organizacją pomocy więźniom politycznym. Dzięki temu miała liczne i cenne kontakty, również wśród sympatyzujących z Polakami członków carskiej administracji. Tymczasem Piłsudski trafił do celi numer 39 w X Pawilonie warszawskiej Cytadeli. Tam też przetrzymywana była jego żona.

Słynna na całe rosyjskie imperium katownia polskich działaczy niepodległościowych, w tym członków Rządu Narodowego z powstania styczniowego, była strzeżona jak prawdziwa twierdza. Tu żadne sztuczki stosowane dotąd przez „Gintrę” nie działały. W innych więzieniach jej organizacja wypracowała skuteczne metody kontaktów z więźniami: zapiekanie kartek w cieście, zaszywanie grypsów w bieliźnie lub ubraniu, kropkowanie liter w dostarczanych więźniom książkach i wiele innych. Jednak w X Pawilonie obowiązywały zupełnie inne zasady. Żywności z miasta nie przyjmowano wcale, książki musiały być nowe i z nierozciętymi kartkami. Na każdorazowe dostarczanie bielizny i ubrań trzeba było mieć specjalne, trudne do zdobycia pozwolenie, na które czekało się tygodniami. Widzenia z więźniem były rzadkie, krótkie i odbywały się przez dwie kraty, między którymi stali czujni żandarmi. Teoretycznie nie było więc żadnej możliwości dostarczenia „Wiktorowi” ważnych informacji. A taką „„Gintra” właśnie zamierzała mu przekazać.

 

Po przewiezieniu Piłsudskiego do Cytadeli zaczęły się przesłuchania. Początkowo żandarmi triumfowali. Ich zdaniem wpadka drukarni na Wschodniej oznaczała definitywny koniec sześcioletniej walki redakcji „Robotnika”.

– Niełatwo będzie zdobyć się raz jeszcze na taki wysiłek, niełatwo zorganizować podobną rzecz na nowo – mówił jeden z przesłuchujących. ­– Ależ panie rotmistrzu – odpowiedział Piłsudski. – Jestem przekonany, że w tej może chwili już się drukuje następny numer!

Odcięty od świata „Wiktor” dobrze znał swoich towarzyszy. Zaledwie kilka dni po tej rozmowie ukazał się kolejny, trzydziesty szósty, pierwszomajowy numer „Robotnika”. Pismo datowane na 26 kwietnia 1900 roku na pierwszej stronie informowało o wpadce łódzkiej drukarni, dodając jednak: „Przypadkowy tryumf żandarmów organizacji naszej złamać nie mógł. Po dwumiesięcznej przerwie oddajemy dziś w ręce czytelników Nr. 36 »Robotnika« z treścią zmienioną odpowiednio do potrzeb bieżącej chwili. Gdyby jednak i ta drukarnia wpadła w ręce żandarmów to i to nas nie zgnębi i »Robotnik« będzie znów wychodził tak długo tajnie, aż zaświta na ziemi naszej słońce wolności, które pozwoli nam mówić i działać jawnie”. Podpisano: Centralny Komitet Robotniczy.

Jakby tego było mało, redakcja zamieściła na czwartej stronie wzruszające pożegnanie skonfiskowanej przez żandarmów „Babci”. W artykule pt. „Nasza stara maszynka” opisana została prowadzona przy jej pomocy walka o prawo do wolnego słowa. „Żal nam tej staruszki” – pisał „Robotnik”. „Ze złamanym palcem sznurkiem przewiązanym, z naddartemi osiami i obluzowanemi śrubami (blisko dwa miliony uderzeń wykonano na niej) nie przedstawiała już dla nas wielkiej wartości, ale była drogą temi wspomnieniami, które się na niej skupiły, temi troskami i niepokojami, które przeżyliśmy przy niej. Ale przy nowej maszynie już wkrótce zapomnimy o starej i z każdym numerem będą nas z nią wiązały coraz silniejsze węzły przebytych przygód”.

Rosyjska policja znów szalała z wściekłości. Pismo wyglądało co prawda, jakby zrobili je nowi, niedoświadczeni zecerzy i redaktorzy w jakiejś prymitywnej drukarni gdzieś na głębokiej prowincji. Była to jednak celowa dezinformacja. W rzeczywistości nowy „Robotnik” został wydany w Londynie pod kierownictwem przebywającego tam Stanisława Wojciechowskiego i przemycony do Polski. Kolejnym zadaniem towarzysza „Adama” w Anglii było kupno nowej maszyny i przewiezienie jej do Kijowa, gdzie PPS zamierzała zorganizować kolejną drukarnię podziemnego pisma.

Równolegle z tymi działaniami szukano sposobu na przeniesienie Piłsudskiego z więzienia w Cytadeli w miejsce, z którego będzie można mu zorganizować ucieczkę. Pomysł na to podsunęła „Gintrze” historia sprzed czterech lat. Wtedy właśnie do Cytadeli trafił działacz PPS, student Antoni Rokita. Wkrótce wystąpił u niego ostry stan psychotyczny z objawami paranoi. Naczelnik X Pawilonu pisał 30 kwietnia 1896 roku do kierownictwa więzienia:

„Antoni Rokita dnia wczorajszego został przeniesiony do miejscowego lazaretu wojskowego, ponieważ jego stan psychiczny uległ znacznemu pogorszeniu, a obecność współtowarzysza nie przyniosła pożądanych rezultatów tym bardziej, że Rokita odnosił się do niego nader wrogo, będąc przekonanym, że jest on przebranym żandarmem. W przeciągu trzech ostatnich dni Rokita całymi nocami nie spał, codziennie po kilka godzin z rzędu chodził nago po celi, będąc w stanie silnego pobudzenia, a także okrywszy się prześcieradłem stawał przy ścianie i wzniósłszy dwa palce prawej ręki w górę wyobrażał sobie, że składa komuś przysięgę. W przypadku wejścia do niego i spytania się czy nie potrzebuje czegokolwiek, natychmiast podnosił rękę w górę i do każdego żądania oraz słowa dodawał „w imię Pana Imperatora żądam”. Od czasu do czasu stan pobudzenia przechodził w szał, wówczas rwał bieliznę, poduszkę i łamał przedmioty, które wpadły mu w ręce. Taki stan Rokity wymagał przeniesienia go do lazaretu. Noc spędził tam wyjątkowo niespokojnie. Dzisiaj zgodnie z pozwoleniem, a także zgodnie z zaleceniem lekarza, odbyło się widzenie z ojcem. W czasie spotkania sprawiał wrażenie normalnego, lecz z jego wypowiedzi i pewnych zachowań widać było, że jest chory, szczególnie pod koniec widzenia: gdy po dość długim czasie doktor zaproponował rozstanie się z ojcem, Rokita od razu rzucił się z groźnym spojrzeniem na doktora i wyrażając się wulgarnie stwierdził, że to nie lekarz lecz człowiek, który specjalnie przywiódł go do szpitala, chcąc go zgubić. Donosząc zarządowi o powyższych faktach nadmieniam, że obecnie jego stan psychiczny uległ zaostrzeniu i że wymaga on jak najszybszego uwolnienia celem wysłania do szpitala dla psychicznie chorych. O powyższym powiadomiłem też prowadzącego śledztwo rotmistrza Szlykiewicza”.

Ostatecznie 20 maja 1896 roku Warszawski Sąd Okręgowy uznał Antoniego Rokitę za osobę psychicznie chorą i polecił niezwłocznie oddać go pod opiekę rodzinie. Student miał pozostawać pod nadzorem policji, ale wkrótce również ta decyzja została cofnięta. Przypadek Rokity pokazywał, że gdyby Piłsudskiemu udało się skutecznie zasymulować chorobę psychiczną, istniałaby szansa na wydostanie go z twierdzy. Konspirator tej rangi nie zostałby z pewnością przekazany pod opiekę rodziny, a skierowany do jakiegoś zamkniętego ośrodka, ale wydostanie go stamtąd było w porównaniu z X Pawilonem dziecinną igraszką. „Gintra” miała więc dwa zadania. Pierwsze to znaleźć lekarza-fachowca, który udzieli wskazówek, jak skutecznie udawać chorobę psychiczną. Drugie to znaleźć zaufanego człowieka w Cytadeli, który przekaże te instrukcje „Wiktorowi”.

Pierwsza rzecz okazała się prosta. Zaufanym człowiekiem PPS był czterdziestoletni lekarz Rafał Radziwiłłowicz, od dziewięciu lat ordynator Warszawskiej Lecznicy dla Obłąkanych w Tworkach. Chociaż nie należał do partii, był szczerym niepodległościowcem i demokratą. Po objęciu stanowiska w Tworkach zaczął bezwzględnie tępić korupcję wśród rosyjskiej administracji szpitala, za co carskie władze chciały go nawet uhonorować orderem. Odmówił jednak jego przyjęcia, powołując się na uczucia patriotyczne. Radziwiłłowicz miał bogatą praktykę lekarską i wiele publikował, a jego szpital bywał też schronieniem dla ściganych przez ochranę działaczy PPS. Od razu zgodził się na propozycję „Gintry”, aby napisać instrukcję dla „Wiktora” i konsultować go w przemycanych do Cytadeli grypsach. Szansę na sukces zwiększał fakt, że Piłsudski miał za sobą rok studiów medycznych w Charkowie, dzięki czemu mógł właściwie odczytać sugestie Radziwiłłowicza.

Pozostawało jeszcze znaleźć człowieka, który będzie dostarczał grypsy więźniowi. I tu „Gintra” dokonała rzeczy niemal niemożliwej. Udało się jej zwerbować do współpracy jednego z najcenniejszych ludzi w Cytadeli. Był to pomocnik zawiadowcy X Pawilonu, a jednocześnie intendent więzienia, Aleksy Siedielnikow. Ten głęboko wierzący, prawosławny Rosjanin, którego żona była Polką, szczerze współczuł osadzonym w Cytadeli więźniom, wiedząc, że wielu z nich nie wyjdzie już z niej żywych. Wyświadczał im więc drobne – w jego mniemaniu – przysługi, takie jak przekazywanie listów od rodzin i kartek ze słowami otuchy do bliskim. Siedielnikow wiedział, że jeśli ktoś na niego doniesie, trafi na Sybir. Wierzył jednak w szlachetne intencje osadzonych w Cytadeli więźniów i kierowały nim głębokie przekonania. Ponieważ Rosjanin miał swobodny dostęp do wszystkich cel w X Pawilonie, lepszego kontaktu „Gintra” znaleźć nie mogła.

Jesienią 1900 roku było już jasne, że carskie władze szykują Piłsudskiemu pokazowy proces. Wytoczono mu aż cztery sprawy: zagraniczną, kowieńską z 1895 roku, łódzko-warszawską i będzińską. W tej ostatniej miał być niesłusznie oskarżony o udział w zabójstwie Jana Mazura, konfidenta z Zagłębia. Było jasne, że ochrana dąży do pozbyciu się problemu raz na zawsze i skazania „Wiktora” co najmniej na wieloletnie więzienie. Na początku października 1900 roku instrukcje doktora Radziwiłłowicza za pośrednictwem Siedielnikowa dotarły do rąk więźnia, a w X Pawilonie zaczął się prawdziwy cyrk.