BuntowniczkiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Andrzej i Irena Fedorowicz, 2019

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

Zdjęcie na okładce

© Biblioteka Narodowa;

ze zbiorów Muzeum Historycznego Miasta Krakowa/Forum;

East News; Wikimedia Commons

Ilustracje w środku

© East News; Forum; Biblioteka Narodowa;

Wikimedia Commons;

Muzeum Powstańców Wielkopolskich

im. Generała Józefa Dowbora Muśnickiego w Lusowie

Redaktor prowadzący

Adrian Markowski

Redakcja

Maria Talar

Korekta

Sylwia Kozak-Śmiech

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-8169-700-2

Warszawa 2019

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Wstęp

„Nie jestem aniołem i nie będę nim, dopóki nie umrę. Będę sobą” – mawiała angielska poetka i pisarka Charlotte Brontë. Pod tą frazą mogłyby się podpisać bohaterki tej książki. Jedne już we wczesnej młodości przeczuwały, że pisane jest im niezwykłe i trudne życie, inne dojrzewały do tego dłużej. Ale jeśli warto dziś o nich pisać i czytać, to dlatego, że z wybranego celu nigdy nie zrezygnowały. Celem tym była wolność i niezależność.

Ktoś mógłby spytać, co takiego łączy natchnioną mistyczkę Feliksę Kozłowską, założycielkę nowego Kościoła wyklętą przez papieża, z ikoną ruchów lewicowych Różą Luksemburg, poza tym, że żyły w tych samych czasach i te same zdarzenia wpływały na ich życie? Obie nie akceptowały świata, który je otaczał, i były gotowe pójść na wojnę nawet z największymi autorytetami epoki. Dodajmy – męskimi autorytetami. Ale nie znaczy to, że były wrogami mężczyzn. To właśnie oni stawali się ich największymi zwolennikami, otaczając „buntowniczki” aurą niewyobrażalnego wręcz uwielbienia.

Życiorysy niektórych bohaterek są tak niezwykle współczesne, że sprawiają wrażenie, jak gdyby przeniósł je w odległą epokę jakiś tajemniczy wehikuł czasu. Bo jak wytłumaczyć fakt, że nastolatka z prowincji, Regina Rusiecka, robi błyskawiczną karierę na dworze sułtana imperium tureckiego, jednego z najpotężniejszych ludzi osiemnastego stulecia? I do tego żyje w muzułmańskim kraju tak, jak chce, według własnych zasad – niezależna, wolna, nie zwracając uwagi na konwenanse.

Wiary w siebie i tupetu z pewnością Reginie nie brakowało. Podobnie jak Joannie Żubr, która w męskim przebraniu wstąpiła do armii napoleońskiej, by zostać pierwszą Polką odznaczoną orderem Virtuti Militari. Albo Marii Konopnickiej, pisarce i poetce sprowadzonej dziś do roli szlachetnego rupiecia polskiej literatury, podczas gdy ona, zabierając ze sobą szóstkę dzieci, porzuciła męża nieudacznika i – mając skończone trzydzieści lat – rozpoczęła życie niezależnej freelancerki. A także Helenie Rubinstein – ta z kolei, aby uniknąć niechcianego małżeństwa z rozsądku, po prostu… stworzyła koncern, do dziś będący jedną z najbardziej znanych kosmetycznych marek świata.

Pierwszą Polką terrorystką była Wanda Krahelska, a pilotką – Janina Lewandowska, jedyna kobieta zamordowana w Katyniu. Za decyzjami obydwu tych niezwykłych bohaterek stały osobiste dramaty. Nie brakowało ich też w życiu Narcyzy Żmichowskiej, której rewolucyjne poglądy na wychowanie ukształtowały kolejne generacje Polek.

Czasem życiorysy przeplatają się w niezwykły sposób. Wychowanką i przyjaciółką Narcyzy Żmichowskiej była Wanda Żeleńska, przyszła matka znanego pisarza Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Jego kochankami były dwie kolejne, niezwykłe postacie z tej książki: aktorka Jadwiga Mrozowska i pisarka feministka Irena Krzywicka. Pierwsza, po porzuceniu sceny u szczytu sławy, została znaną podróżniczką, a jej ekspedycje do Indii, Tybetu i Pamiru – zupełnie inne niż te, które możemy dziś oglądać – naprawdę zapierają dech w piersiach. Druga dzięki swym bezkompromisowym tekstom i erotycznej swobodzie zdobyła miano największej skandalistki dwudziestolecia międzywojennego.

Wiele z naszych buntowniczek żyło na szczęście na tyle długo, by pozostawić po sobie barwne – i zdumiewająco szczere – wspomnienia. Po wielu dekadach, a nawet wiekach od ich powstania to wciąż niezwykle inspirująca lektura. Zasiane przez nie ziarno buntu kiełkuje wciąż w nowych pokoleniach Polek.

MATKA POLKA BUNTOWNICZKA

Maria Konopnicka


W grudniu 1891 roku przy stole w małym, wychłodzonym mieszkaniu w Mediolanie siedziała ubrana w kilka warstw ubrań pięćdziesięcioletnia kobieta. W rękawiczkach bez palców trzymała pióro, pisała tekst na zamówienie jednego z warszawskich wydawnictw. Wcześniej, aby zdobyć pieniądze na zapłacenie czynszu i jedzenie, oddała do lombardu zegarek. Do Mediolanu dojechała drugą klasą zamiast trzeciej, unikając zaduchu, tłoku, brudu i pluskiew, ale nie dlatego, że chciała, tylko wstyd jej było przed odprowadzającymi ją na dworzec ludźmi. Trzęsącą się z zimna pisarką była Maria Konopnicka, jedna z najpopularniejszych autorek w swoim kraju. Bez problemu mogła mieć stałą pracę i dochody, gdyby tylko zechciała skorzystać z propozycji wpływowych znajomych. Ona jednak wybrała życie nomadki, z ciągłym brakiem pieniędzy i tanimi, ciasnymi mieszkaniami. Dzieliła je z młodszą o dziewiętnaście lat kobietą. Dlaczego?

Traktowana dziś jak „szlachetny rupieć” Maria Konopnicka wykonała w życiu wiele zadziwiających wolt. Gdy czytelnicy chcieli ją widzieć w roli narodowej wieszczki, ta o tworzonych na zamówienie patriotycznych wierszach nie mówiła inaczej jak „ta literacka plaga”1. Pisała je, bo sprzedawały się dobrze, a ona potrzebowała pieniędzy na utrzymanie, wykształcenie i wywianowanie szóstki dzieci. Ale nie raz próbowała się wyrwać z narzuconego jej przez krytykę i czytelników gorsetu. Po odejściu od męża wiązała się z młodszymi od siebie mężczyznami, a później z kobietą. Wielbiono ją, by za chwilę odsądzać od czci i wiary. Kiedy w końcu zawiodła ją własna córka, powiedziała „dość”. Z brutalną szczerością rozprawiła się z dotychczasowym życiem i postanowiła zacząć nowe, włócząc się po Europie i nie licząc się z nikim i z niczym.

Był 23 maja 1842 roku, gdy w Suwałkach urodziła się Maria Stanisława, druga córka Józefa i Scholastyki Wasiłowskich. Po niej na świat przyszła jeszcze trójka rodzeństwa – brat i dwie siostry. Ojciec pełnił funkcję obrońcy Prokuratorii Generalnej i patrona Trybunału Cywilnego I Instancji Guberni Augustowskiej. Pierwsze siedem lat w Suwałkach minęło szczęśliwie. Chociaż Maria, jej starsza siostra Wanda i brat Jarosław miewali w tym czasie osobliwe zainteresowania. Fascynowały ich opisy męczeństwa świętych, którymi, nie szczędząc drastycznych szczegółów, raczyła ich jedna ze służących. Siostry i brat godzinami potrafili się spierać, czyj rodzaj śmierci był bardziej bolesny i okrutny. Później Marię fascynować będą ludzie, którzy w obronie idei gotowi są zginąć.

Kiedy miała siedem lat, ojciec dostał nowe stanowisko i rodzina przeprowadziła się do Kalisza. Tam Maria była świadkiem wielkiego pożaru, który całkowicie zrównał z ziemią dzielnicę żydowską. Widziała rozpacz i nędzę, ale też pomoc, którą pogorzelcy mogli znaleźć u sąsiadów. W porównaniu z sielskim życiem w Suwałkach to był inny świat. Maria chłonęła opowieści o prawdziwych ludzkich nieszczęściach, a nie koloryzowane historie świętych. Ją samą dotknęła tragedia, gdy skończyła dwanaście lat. Śmierć trzydziestoczteroletniej matki całkowicie zmieniła życie rodziny. Ojciec Józef został z czterema córkami i synem; od tego czasu był religijnym samotnikiem, bez reszty oddanym dzieciom. Czytał im wiersze, w tym zakazanego przez Rosjan Mickiewicza, ale także własne przekłady psalmów i poezję antyczną. Życie w domu coraz bardziej przypominało klasztor, Wasiłowskich nikt nie odwiedzał i oni nie składali nikomu wizyt. Jeśli gdzieś wychodzili, to na grób Scholastyki na kaliskim cmentarzu.

Pan Wasiłowski chciał jednak zadbać o wykształcenie dzieci. Kiedy najstarsze córki kolejno kończyły trzynaście lat, wysyłał je do warszawskiej pensji sióstr sakramentek. Edukacja Marii trwała zaledwie rok – ojca było stać tylko na tyle – ale to wystarczyło, by dziewczyna odkryła zupełnie nowy świat. Na pensji panowała ścisła dyscyplina, ale brak było religijnej indoktrynacji. Mieszkające w internacie dziewczęta uwielbiały opowiadać historie o tajemnicach z życia zakonnic. Wśród uczących się u sakramentek stu nastolatek były też wyjątkowo zdolne panny; szczególnie wyróżniała się starsza od Marii o rok Elżbieta Pawłowska – ma talent literacki, pisze więc koleżankom wypracowania. Maria poszła w jej ślady. Znajome z pensji zaprzyjaźnią się jednak wiele lat później, gdy znane już będą pod innymi nazwiskami. Marysia Wasiłowska będzie Marią Konopnicką, a Ela Pawłowska – Elizą Orzeszkową.

Powrót do Kalisza otworzył nowy etap w życiu Marii. Zaczęło się szukanie męża; ojciec nie bez powodu zainwestował w krótką, ale prestiżową naukę w Warszawie. Posagu zapewnić nie mógł, atutem córek miało być więc ich wykształcenie i „światowe maniery”. Nastał czas balów, koncertów i przyjęć – panny muszą się pokazać i zrobić dobre wrażenie. Oczywiście w prowincjonalnym Kaliszu na Bóg wie co liczyć nie można. Pan Wasiłowski jest więc szczęśliwy, gdy udaje mu się w 1861 roku wydać dwudziestoletnią Wandę za starszego o dziewięć lat właściciela majątku Kozuby. Rok później Maria poślubia starszego o dwanaście lat Jarosława Konopnickiego zarządzającego rodzinnym majątkiem Bronów.

 

***

Była w siódmym niebie, kiedy pan młody zajechał po nią w dwa powozy, ze służbą, kwiatami i bombonierkami. Podobała się jej taka zmiana. „Piękna rzecz! – Przerzucają cię w inny świat, inne życie – dają ci nowe nazwisko, położenie i stosunki – sercu nawet twemu każą bić taktem jakichś obcych uczuć”2 – napisze w liście do stryja. Ignacy Wasiłowski, młodszy brat ojca, niedługo przed ślubem Marii wrócił z Syberii. Trafił tam za udział w konspiracji, kiedy ona miała zaledwie rok. Chociaż ludzie szemrali, że Ignacy wsypał swoich kolegów ze Związku Narodu Polskiego, w zamian za co dostał łagodny wyrok i na zesłaniu zajmował się pracą biurową, w rodzinnej legendzie był bohaterem. Tak też traktowała go Maria – jako męczennika za narodową sprawę. Z czasem Ignacy Wasiłowski stał się jednym z najbliższych jej ludzi.

Tymczasem Maria zafascynowana była mężem i nowym miejscem. Bronów leżał na równinie między Nerem a Wartą, w posiadaniu Konopnickich – szlachty herbu Jastrzębiec – był od osiemnastu lat razem z sąsiednim Spędoszynem, kupionym siedem dekad wcześniej. Bardziej jednak przypominał chłopskie gospodarstwo niż ziemiańską siedzibę. Niewielką, krytą strzechą chatę młodzi dzielili z ojcem Jarosława, Wawrzyńcem. Marii to nie przeszkadzało. Poza domem miała dla siebie mnóstwo przestrzeni, stare jesiony i graby, pod którymi lubiła spędzać czas, wizyty licznego rodzeństwa męża, sąsiadki, z którymi można było pogawędzić o dzieciach, mężach i zwierzętach. Dzieci pojawiły się szybko, kiedy wybuchło powstanie nazwane później styczniowym, Maria była w ciąży z synem Tadeuszem.

Jarosław nie wziął udziału w walkach. Rosjanie na krótko aresztowali go pod zarzutem przechowywania powstańców i broni, ale w czasie rewizji nie znaleziono nic. „Wąsaty anioł” – jak go nazywała Maria – chciał chronić ciężarną żonę. Przekroczyli więc granicę zaboru pruskiego i w Niemczech czekali, aż sytuacja się uspokoi. W Wielkopolsce dotarła do Marii wiadomość, że w walkach z Rosjanami zginął jej młodszy o rok brat. Ciężko to przeżyła. Przez długi czas nie będzie chciała uwierzyć w śmierć Jana, pisząc listy do ludzi o takim samym imieniu i nazwisku z nadzieją, że zaszła pomyłka. Z faktami pogodziła się dopiero, gdy towarzysze broni z oddziału Ludwika Mierosławskiego pokazali jej zakrwawioną koszulę brata.

Trzeba było wrócić do zwykłego życia w Bronowie, który szczęś­liwie nie został zniszczony ani skonfiskowany przez carskie władze. Tam urodził się Tadeusz (1863), a po nim nastąpił prawdziwy wysyp dzieci. Niestety dwaj kolejni synowie Władysław i Stefan zmarli zaraz po narodzinach. Później rok po roku przychodzą szczęśliwie na świat: Zofia (1866), Stanisław (1867), Jan (1868), Helena (1869) i Laura. W 1870 roku Maria ma dwadzieścia osiem lat i jest już matką sześciorga dzieci. Jednak w małżeństwie z „wąsatym aniołem” coś się zaczęło psuć.

Dwa lata wcześniej rodzina pozbawiła Jarosława zarządu nad Bronowem. Majątek był potężnie zadłużony. Po uwłaszczeniu chłopów skończyła się trwająca od wieków gospodarka oparta na pańszczyźnie. Jarosław nie miał pomysłu, jak działać w nowych warunkach. Ale sposobu życia zmieniać nie zamierzał; tak jak przodkowie był przekonany, że szlachcic powinien przede wszystkim żyć z fasonem. Większość czasu spędzał więc poza domem, z kompanami zwanymi w okolicy „uniejowską hordą”. Polowania, zabawy, pijatyki trwały tygodniami. Kiedy brakowało pieniędzy, Jarosław po prostu zaciągał kolejne długi i nie oddawał ich, co powodowało nieustanne procesy z wierzycielami.

Do Marii powoli zaczynało docierać, że jej „wąsaty anioł” to w rzeczywistości prowincjonalny szlachciura bez ambicji. Nie miała złudzeń, że się zmieni – taki sposób życia był w rodzinie Jarosława tradycją od pokoleń. Maria miała pretensje do ojca, który jako urzędnik sądowy w Kaliszu wiedział doskonale o procesach wytaczanych Konopnickim przez wierzycieli. Dlaczego jej nie powiedział? Czy naprawdę był aż tak zdeterminowany, by wydać córkę za mąż? Tymczasem coraz bardziej męczyło ją życie z mężem, który w domu najczęściej zjawiał się pijany. Na wymówki reagował agresją. Ucieczką dla Marii stały się książki i podróże.

Te pierwsze niespodziewanie znalazła na strychu własnego domu. To był prawdziwy skarb; zakurzone, nadgryzione przez myszy Próby Montaigne’a, Pamiętniki Ogińskiego, Meyers Konversations-Lexikon, Opisanie Polski Cellariusza. Dziesiątki tomów dał kiedyś na przechowanie Konopnickim spokrewniony z nimi pułkownik Korycki i już się po nie nie zgłosił. Kiedy więc tylko Maria ogarnęła gromadę dzieci, siadała pod jesionami za domem i czytała. Zaczęła też coraz częściej jeździć po okolicy – do Łęczycy, Zduńskiej Woli, Turka, Uniejowa, Sieradza. Książki obudziły w niej ciekawość świata, w Bronowie zaczynała się dusić. Czy jednak ucieczka stąd była możliwa? Od prawie dziesięciu lat prowadziła życie wiejskiej szlachcianki. Miała szóstkę małych dzieci. W wielkim świecie nikogo nie znała i nikt nie znał jej. Szanse na wydostanie się z Bronowa wydawały się równe zeru.

Maria coraz częściej wspominała Warszawę. Czuła, że potrzebuje kogoś, z kim będzie mogła porozmawiać o świecie i poprosić o radę, kogoś, kto zrozumie jej potrzeby. Okazja trafiła się w 1872 roku, kiedy rodzina Jarosława zdecydowała, że nieudolny gospodarz i jego żona muszą opuścić Bronowo. Kiedy Konopniccy przenoszą się do odległego o kilkanaście kilometrów Gusina, Maria wymusza na mężu zatrudnienie nauczyciela dla najstarszych dzieci.

Jej wybór pada na osiemnastoletniego Konstantego Krynickiego. Ów młody człowiek z nieznanych powodów przerwał studia medyczne i został wędrownym prywatnym nauczycielem. Maria, „najświatlejsza niewiasta w okolicy”, zrobiła na nim ogromne wrażenie. Inteligentna, oczytana, zmysłowa – może nie piękna, ale ma w sobie coś, co na mężczyzn działało jak magnes. Trzydziestoletnia mężatka i młodszy o dwanaście lat nauczyciel zostają kochankami.

***

Czy Jarosław Konopnicki wiedział, że Maria go zdradza? I czy był to jej świadomy plan, by doprowadzić do rozpadu nieudanego związku? W czasach, gdy w zaborze rosyjskim rozwód był niemożliwy, a unieważnienie małżeństwa oznaczało dla kobiety utratę pozycji, majątku i dzieci, Maria podjęła ryzykowną grę. Niedługo po Konstantym, którego nazywała Kociem, znalazła kolejnego przyjaciela. Był nim wdowiec z sąsiednich Krasek, Korneli Dąbrowski. Pod wieloma względami nie różnił się on od męża Marii, tyle że uwielbiał na organizowanych przez siebie balach i spotkaniach recytować okolicznościowe wiersze. I właśnie pan Korneli namówił sąsiadkę, by chwyciła za pióro.

Dla Marii, która ostatni raz pisała coś poza listami kilkanaście lat wcześniej, na pensji w Warszawie, było to duże wyzwanie. Wiele wierszy po prostu podarła, jednak to, co pokazywała Dąbrowskiemu, niezmiennie budziło jego zachwyt. Po trzech latach takiej literackiej zabawy sąsiad namówił w końcu Marię, by wysłała do redakcji lokalnej gazety, „Kaliszanina”, wiersz, który wyjątkowo mu się spodobał:

Wyiskrza się słońce – zestrzela promienie –

Tęczowe odblaski swej głowy...

Ze skarbów wszechświata śle drogie kamienie

W ten mroźny poranek zimowy.3

Tak zaczynał się Zimowy poranek, wiersz, którym Maria Konopnicka zadebiutowała publicznie, mając trzydzieści trzy lata. Podpisała go pseudonimem Marko. Chociaż po latach uzna utwór za miernotę i będzie się go wstydziła, po pojawieniu się w druku pierwszego własnego dzieła była w euforii. Pisała coraz więcej i pan Korneli znów zasugerował, by wysłała wiersz do czasopisma w Warszawie. Tak w czerwcu 1875 roku, w popularnym „Bluszczu”, pojawił się pierwszy podpisany przez Marię nazwiskiem wiersz Idylla:


Na wiosnę wśród braci słowików i róż,

Idylla wstaje...

Powojem ukwieca zielone tła wzgórz,

Konwalią gaje...

Nad rzeczką w wilgotnych oporach, we mgle,

Zasiada z fletnią,

I kwiaty uśpione w miłosnym pół-śnie,

W noc budzi letnią.4

Równie pretensjonalne jak poprzednie dzieło przeszło całkowicie niezauważone przez krytyków. Jednak fakt, że żona Konopnickiego wydrukowała coś w Warszawie, stał się w Gusinie sensacją i okazją do plotek. Nie raz widziano przecież Marię, jak szła pod rękę z Kornelim Dąbrowskim, zawzięcie o czymś dyskutując. Tajemnicą poliszynela były też ciepłe uczucia, jakimi darzyła nauczyciela swoich dzieci. Wszystkie te plotki były jednak niczym wobec skandalu, który wybuchł, kiedy Maria oznajmiła mężowi, że wyjeżdża na dwa miesiące do Szczawnicy „do wód” w towarzystwie pana Korneliego i Kocia.

Czy Jarosław Konopnicki zdawał sobie sprawę, że żona przyprawia mu rogi? Z pewnością musiał, był chyba jednak zbyt oszołomiony jej zachowaniem, by w zdecydowany sposób zaprotestować. W prowincjonalnej szlacheckiej rodzinie nigdy dotąd coś takiego się nie zdarzyło. Nie można było nawet interweniować u ojca Marii, gdyż pan Józef, po przejściu na emeryturę, przeniósł się do Warszawy ze swoją nową żoną, z którą miał dwoje dzieci. Na szczęście dla Jarosława Maria postanowiła zabrać „do wód” jeszcze jedną kobietę, swoją rówieśniczkę, warszawiankę Wandę Umińską, co pozwalało przynajmniej na zachowanie pozorów. Ale i tak plotkom nie było końca. Taki bunt w wydaniu kobiety, szczególnie na prowincji, był wówczas czymś nie do pomyślenia.

Tymczasem czworo kuracjuszy na cały lipiec i sierpień wynajęło pokoje w pensjonacie w Górnej Szczawnicy. Jak wyglądało życie w towarzystwie dwóch kochanków i koleżanki, Maria Konopnicka nigdy nie zdradziła. Oficjalnie czas płynął na długich górskich wędrówkach, leczniczych kąpielach i piciu mineralnej wody zaprawianej, zgodnie z radami lekarzy, owczym lub kobylim mlekiem. Jednak Maria wykorzystuje czas także na pisanie. W Szczawnicy powstaje cykl dziewięciu wierszy W górach.

Po powrocie do Gusina Maria, za radą pana Korneliego, wysyła wiersze do redakcji warszawskiego „Tygodnika Ilustrowanego”. Jego redaktor, Ludwik Jenike, decyduje się opublikować utwór Przygrywka w 30., lipcowym numerze pisma z 1876 roku. Traf chce, że kilka tygodni później ten właśnie numer tygodnika dociera do przebywającego w Stanach Zjednoczonych Henryka Sienkiewicza. Popularny dziennikarz i pisarz reaguje entuzjastyczną recenzją w „Gazecie Polskiej”, z którą współpracuje:

„Zacząłem go czytać z lekceważeniem, jak wszystkie ulotne takie poezyjki, a skończyłem zachwycony. Cały ten wstęp śpiewa jak mazurek Chopina; na własną nutę, w której słychać szmer świerków górskich, kosodrzewin i odgłosy ligawek pastuszych. Pod wierszem znalazłem napis »Maria Konopnicka«. Nie znam tej poetki. W każdym razie ta panna lub pani ma prawdziwy talent, który prześwieca przez wiersze jak promienie świtu przez mgłę”. 5

Te kilka zdań zmienia życie Marii na zawsze.

***

Jak potoczyłyby się losy Marii Konopnickiej, gdyby jej wiersz nie dotarł do rąk Sienkiewicza? Przyszły noblista przebywał w tym czasie w osadzie Anaheim, w kalifornijskim Orange County, gdzie razem ze sławną aktorką Heleną Modrzejewską, jej mężem, synem i grupą przyjaciół zamierzali stworzyć samowystarczalną artystyczną komunę. Plan okazał się mrzonką, jednak pisane przez Sienkiewicza korespondencje – wydane później jako Listy z podróży po Ameryce – chociaż w większości zmyślone, podnosiły nakłady „Gazety Polskiej” do niespotykanych dotąd poziomów. Trzeba było niesamowitego zbiegu okoliczności, by jeden z najpopularniejszych polskich dziennikarzy, piszący dla znanej gazety, gdzieś na drugim końcu świata dostał do rąk polskie czasopismo z debiutanckim wierszem wiejskiej poetki. Maria zdawała sobie sprawę, jak niezwykłe szczęście ją spotkało. I postanowiła wykorzystać je jak najlepiej.

Recenzja w „Gazecie Polskiej” podziałała jak iskra rzucona na beczkę prochu. Kolejny rok Maria spędziła na pisaniu – i przygotowywaniu planu ucieczki z Gusina. Pretekstem miała być konieczność zapewnienia edukacji dzieciom. Najstarszy syn, Tadeusz, kończył właśnie czternaście lat, najmłodsza córka, Laura – siedem. Dzieci zamierzała zabrać ze sobą; nie chciała, by pod opieką ojca i krewnych wyrosły na ograniczonych ignorantów. W pamięci miała zapewne obraz ojca, który jako czterdziestojednoletni wdowiec sam opiekował się nią, trójką jej sióstr i bratem. Maria, uskrzydlona recenzją Sienkiewicza, gotowa była się rzucić na głęboką wodę. Jedna tylko rzecz nie dawała jej spokoju. Sienkiewicz napisał o niej w recenzji „ta panna lub pani”. Czy sądził, że jest młodą autorką? W rzeczywistości Maria była od niego cztery lata starsza. Dlatego właśnie tyle ujęła sobie przed wyjazdem do Warszawy.

 

Zszokowany buntem żony Jarosław Konopnicki nie wiedział, co robić. Z jednej strony było mu na rękę, że z Gusina wyjedzie kobieta, przez którą dorobił się opinii „rogacza”. Z drugiej – z pewnością był rozżalony, że żona porzuca go w trudnej sytuacji. Kolejne dzierżawy Jarosława szły bowiem równie źle jak gospodarowanie w Bronowie. Maria natomiast uznała te okoliczności za dodatkowy argument, by porzucić utracjusza i nieudacznika. Sprawa nie była jednak prosta. W podobnym położeniu znalazły się bowiem tysiące właścicieli majątków ziemskich, których dekret o uwłaszczeniu chłopów pozbawił taniej siły roboczej. Być może w decyzji Marii była także kalkulacja, że szlacheckie życie na wsi nigdy nie będzie już tak łatwe jak wcześniej. Do miast za chlebem emigrowały w tym czasie tysiące ludzi. Ale samotne kobiety z dziećmi wciąż były wśród nich wielką rzadkością. A ona chciała wyjechać z sześciorgiem potomstwa…

Nadzieją był ojciec mieszkający od dwóch lat w Warszawie. Chociaż miał nową rodzinę, Maria mogła liczyć na jego pomoc. Obiecał wsparcie, być może z poczucia winy, że zaaranżował jej tak niedobrane małżeństwo. Jednak zaledwie trzy miesiące po przeprowadzce córki do Warszawy sześćdziesięcioczteroletni Józef Wasiłowski zmarł w majątku jednej ze swoich sióstr, którą pojechał odwiedzić w chorobie. Po jego śmierci, kiedy niełatwe już od dawna stosunki z macochą stały się jeszcze bardziej napięte, Maria prosi Konstantego Krynickiego, też będącego w Warszawie, o pomoc w znalezieniu taniego mieszkania. Dostaje trzy pokoje bez bieżącej wody w starej, sypiącej się kamienicy przy ulicy Piekarskiej. Przyzwyczajona do przestrzeni i przyrody trzydziestosześcioletnia Maria zamieszkuje pod jednym z najgorszych warszawskich adresów. Na zaniedbanym Starym Mieście panuje wówczas trudny do opisania brud i fetor. Jednak tylko na tyle ją stać – honoraria za wydrukowane dotychczas wiersze poszły w całości na opłacenie przeprowadzki do Warszawy.

Maria szybko zrozumiała, na jak głęboką wodę zdecydowała się rzucić. Życie w mieście oznaczało nie tylko konieczność płacenia za mieszkanie, ale też kupowania żywności dla licznej gromadki dzieci. O to, co mieszkając na wsi, miała za darmo, teraz musi się targować do upadłego na warszawskim rynku. Pisze po nocach, ale – o dziwo – w tych koszmarnie trudnych warunkach jej wiersze stają się coraz lepsze. Czytelnicy żądają kolejnych, na Piekarską płyną więc z redakcji kolejne zamówienia. W końcu na jeden z opublikowanych wierszy zwraca uwagę niewidziana od ponad dwudziestu lat dawna koleżanka z pensji.

Eliza Orzeszkowa jest już znaną pisarką i przymierza się do uruchomienia własnego wydawnictwa. Niesamowite przeistoczenie Marii z „wiejskiej baby” w popularną autorkę, i to w tym wieku, zrobiło na niej wrażenie. Orzeszkowa postanawia pomóc koleżance, nie podejrzewając, że kolejną woltę Konopnicka wykona w jej własnym wydawnictwie.

***

Była niezmiernie wdzięczna Sienkiewiczowi za jego pierwszą recenzję, ale kolejne zaczynały ją męczyć. Dziennikarz wciąż próbował wcisnąć Marię w gorset pisarki łatwej, lekkiej i przyjemnej, w którym powoli zaczynała się dusić. Owszem, pisane na zamówienie literackich czasopism wiersze cieszyły się wielką popularnością. Było w nich wiele ze Słowackiego, Mickiewicza, urzekały czytelników prostą formą, świeżością i autentycznością. Tak jak opublikowany w 1879 roku Czym jesteś:


Lecieć bym chciała daleko... daleko...

Gdzie z brzóz płaczących srebrne rosy cieką,

I gdzie szum lasów pierś przejmuje drżeniem...

– Czym jesteś, szczęście? – Wspomnieniem?


Lecieć bym chciała tam, gdzie olchy rosną,

Gdzie głogi dzikie zakwitają wiosną,

Gdzie się powoje, jak baśń dziwna, plotą...

– Czym jesteś, szczęście? – Tęsknotą?6

Wielu krytyków nie rozumiało tego fenomenu. Wydawało się, że po ogłoszeniu końca epoki romantyzmu poezja nie ma już racji bytu. Teraz modna była realistyczna proza, na której nazwisko wyrobił sobie Sienkiewicz, Orzeszkowa i debiutujący niedawno Bolesław Prus. Mogłoby się wydawać, że w czasach przemysłowej rewolucji, postępu i pozytywizmu poezja nie będzie miała już żadnego wzięcia. A jednak Konopnicka trafiła w jakieś niezidentyfikowane przez znawców literatury potrzeby. Czytelnicy wciąż domagali się kolejnych „słodkich” wierszy, tymczasem ona zaczynała się buntować przeciwko narzucanej jej roli. I w walce o zmianę pisarskiego wizerunku postanowiła iść na całość.

W przerwach między kolejnymi zleceniami pisała poemat, który zatytułowała Z przeszłości. Fragmenty dramatyczne. Opowiadał on historie trojga ludzi prześladowanych przez Kościół za poglądy. Bohaterką pierwszej części była Hypatia z Aleksandrii, sławna filozofka i matematyczka, brutalnie zamordowana w V wieku na polecenie biskupa Cyryla. Drugim męczennikiem nauki był Andreas Vesalius, XVI-wieczny lekarz i anatom, uwięziony na polecenie papieża za wykonywanie sekcji zwłok. Trzecim Galileusz, którego pod groźbą spalenia na stosie Święta Inkwizycja zmusiła do odwołania rewolucyjnych poglądów.

Nie pisała z nienawiści do Kościoła, a z przekonania, że trzeba przypomnieć jego grzechy popełnione wobec ludzi nauki i tych, którzy odważyli się myśleć inaczej. Maria była przekonana, że poemat będzie sukcesem. Upewniła ją w tym entuzjastyczna odpowiedź z „Tygodnika Ilustrowanego”, któremu zaanonsowała utwór jako „opowieść o walce, jaką wolne umysły i duchy toczyły po wszystkie wieki z potęgą tradycji i powagi Kościoła”7. Gdy jednak rękopis dotarł do redakcji, redaktorzy wpadli w panikę. Najpierw próbowali tekst ocenzurować, a kiedy Maria nie zgodziła się na to, wycofali się z planów publikacji.

W poemacie pojawiły się bowiem fragmenty, co do których redaktorzy mogli mieć pewność, że Kościół nie puści ich płazem. Księża wciąż mieli wielki wpływ na czytelników, a recenzenci z katolickiej prasy mogli łatwo zniszczyć nawet popularnych autorów. Wystarczyło oskarżenie o głoszenie heretyckich treści i brak patriotyzmu. Maria leciała jak ćma do ognia, pisząc słowami Vesaliusa:


Jakaż to ciemna i dzika potęga

Po godność ludzką do czoła mi sięga?

Jakaż to władza posępna i krwawa,

Moje najświętsze wydziera mi prawa?

Jestżeś ty Bogiem, że słowa twe mogą

Istotę moją zgnieść — i zdeptać nogą?

Nie! pókim żywy, nie zadrżę przed nikim...

Ja wolny jestem — tyś jest niewolnikiem! 8

Rozczarowana tchórzostwem redaktorów postępowego, jak sądziła, tygodnika, Maria postanowiła poprosić o przysługę koleżankę z pensji. Eliza przyjęła tekst, który nazwała arcydziełem herezji i – pełna obaw – umieściła go w planie wydawniczym na grudzień 1880 roku. Na swój poważny debiut Konopnicka czekała z wielką nadzieją, Orzeszkowa z wielkim niepokojem. Jej obawy miały się wkrótce potwierdzić. Poemat Z przeszłości ukazał się bowiem w momencie, gdy Maria była u szczytu popularności jako mistrzyni banalnego wdzięku. Czegoś takiego nikt się po niej nie spodziewał. Publikacja obrazoburczego dzieła autorstwa „miłego słowiczka” była jak wybuch bomby.

***

Recenzenci początkowo zaniemówili, a potem się zaczęło. Syg­nał do nagonki dała recenzja w „Przeglądzie Katolickim”. „Książeczka p. Konopnickiej jest na wskroś fałszem przejęta, a myśl jej bezbożna i bluźniercza” – grzmiał anonimowy autor, dla którego kamieniem obrazy Kościoła stał się cytat z Hypatii: „Posępna ciemnoty niewola/padnie na kraj ten mrocznymi skrzydłami”. „Rozczytana w płodach ducha antychrześcijańskiego, uwierzywszy zapewnieniom tych, co po zburzeniu Kościoła obiecują ludzkości raj na ziemi, poczuła się i ona powołaną do wtórowania tym nieszczęsnym głosom przeczenia i ruiny. Tym objaśniamy sobie upadek autorki i dlatego tyle mówimy o jej książce”9 – pisał dalej recenzent, dodając jednak miłosiernie, że niewątpliwie Konopnicka stworzyła swoje dzieło pod wpływem zaślepienia.

Do krytyki dołączyła się wkrótce prasa konserwatywna, zarzucając poetce bluźnierstwo i ostrzegając przed zgubnym wpływem utworów, wychodzących spod pióra „rozwydrzonej bezbożnicy”10. Orzeszkowa próbowała bronić koleżanki, ale jej też się dostało jako wydawczyni obrazoburczego utworu. Nawet Henryk Sienkiewicz, dotąd niezmiennie chwalący Marię, nie szczędził złośliwości: „Nie myślimy zresztą z tego małego zboczenia wywodzić grobowych wniosków dla całego talentu pani Konopnickiej” – pisał, dodając: „wiemy, że czasem pisze się coś od niechcenia, czasem bez natchnienia, na żądanie jakiejś redakcji, a wtedy chwyta się za pierwszy lepszy temat, byle wywiązać się z obietnicy”11.