Dwór pod Czerwonymi Makami

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dwór pod Czerwonymi Makami

Andrzej F. Paczkowski

© Copyright by Andrzej Paczkowski & e-bookowo

Projekt okładki: e-bookowo

Korekta: Patrycja Żurek

ISBN 978-83-7859-571-7

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2015

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

„Kochany Panie Boże…” – zaczynał się list, który trzymałem w rękach. Po przeczytaniu tych pierwszych słów, zatrzymałem się i zapatrzyłem w kartkę żółtego papieru zapisanego dziecięcym pismem, blaknącym już atramentem. Przede mną siedziała starsza pani wpatrująca się w okno. Nie poruszyła się, nie drgnął żaden mięsień na jej twarzy. W pokoju głośno tykał stary zegar z kukułką. Nie lubiłem tych zegarów, za bardzo przypominały mi o upływie czasu. Starzy ludzie jednak przyzwyczajeni byli do tego tykania. Jak kobieta siedząca tuż obok.

Tyk-tyk, tyk-tyk, słuchaj, jak szybko mija twój czas…

Na stole stały dwie porcelanowe filiżanki, chyba przedwojenne. Przed chwilą moja gospodyni nalała do nich gorącej kawy, para jeszcze unosiła się wokół wężowatymi smugami. Spróbowałem napić się, jednak zawartość filiżanki była bardzo gorąca, nie wiem, jakim cudem ten piękny dzbanek zdołał utrzymywać ciepło tak długo: przecież kawa została nalana już po raz drugi!

Przez okno, zasłonięte nakrochmaloną firaną, wpadało mało światła, nie dlatego, że nie świeciło słońce, ale dlatego, że było brudne. Po raz pierwszy od wielu lat widziałem takie firany: wisiały sztywno, zastygłe w bezruchu i gdyby nawet zawiał wiatr, nie udałoby mu się nimi poruszyć. Wyglądały, jakby stały przed oknem, niczym złośliwi i nieustępliwi strażnicy z jakichś ważnych powodów niedopuszczający do środka promieni słońca. Oprócz firan w oknie wisiały jeszcze grube zasłony. Pewnie i one przyprószone były od wieków osiadłym pyłem wpadającym do pokoju od strony ulicy. Znajdowały się na nich nieokreślone bliżej ornamenty, nie wiem, czy wyblakłe ze starości, czy po prostu tak zaprojektowane. Zresztą nawet nie wiedziałem, co to mogła być za tkanina, nie miałem do tego głowy. Może jedynie kobieta zdolna jest dostrzegać i rozróżniać materiały?

Stara kobieta siedziała sztywno, wyprostowana jak struna, która zaraz mogła pęknąć. Patrzyłem na jej zaciśnięte usta i dłonie silnie trzymające w żelaznym uścisku oparcia krzesła. W oczy rzucała mi się wielka kamea przyczepiona do ubrania, niemalże pod brodą, jeśli chodzi o kamee to tutaj mogłem pochwalić się już małą znajomością. Kiedyś i matka miała podobną, odziedziczoną po swojej babci. Pewnego razu zapytałem, z czego została wyrzeźbiona jej broszka. Odpowiedziała, że z onyksu. Później dowiedziałem się, że mogły być robione jeszcze z sardonyksu i karneolu – dwubarwnych kamieni. Kamea tej kobiety jednak była prawdopodobnie wyrzeźbiona w kości słoniowej.

Następnie naprowadziłem wzrok na zniszczone pracą ręce mojej towarzyszki, na palce bez żadnych ozdób. Oprócz broszki nie nosiła żadnej biżuterii, a jednak, w jakiś nieuzasadniony sposób, wyglądała jak bogaczka. Bogaczka o starych spracowanych rękach!

Poznałem ją niedawno, właściwe wpadłem na nią przypadkiem, kiedy wracała ze sklepu. Siatka z zakupami urwała się, a zawartość rozsypała po chodniku. Przeskoczyłem jedną z pomarańczy, aby jej nie nadepnąć, a następnie zatrzymałem się, pochyliłem i odruchowo zacząłem zbierać owoce. Biedaczce trzęsły się ręce i widać było, że jest incydentem rozstrojona. Widziałem, jak stara się pozbierać owoce, i jak pochylanie się sprawia jej niemały problem. Mleko rozlało się i już nie dało się go uratować, a parę ziemniaków skończyło pod kołami samochodu skręcającego tuż obok. Na chwilę nasze spojrzenia skrzyżowały się. Zobaczyłem w nich bezradność i niepewność. A potem jakby zatrzymał się czas…

Czasami w życiu bywa tak, że Bóg złączy losy dwóch zupełnie nieznanych ludzi, ponieważ jest ku temu jakiś bliżej nieokreślony i z początku nieznany powód. Może człowiek niewierzący pomyśli sobie, że to nie żaden Bóg, ale zwykły ludzki Los, bądź też czysty Przypadek. Niech każdy uważa, jak mu się podoba i niech wierzy, w co chce. Mnie z tą kobietą połączył Bóg. Takie było moje przekonanie i pewnie wy również, po przeczytaniu tej historii, przyjmiecie moje zdanie. Od zawsze na nią czekałem, czułem to, że kiedyś ją spotkam, ale nie wiedziałem, jak będzie wyglądała. Nie miałem nawet pojęcia, kim będzie ta osoba, mężczyzną czy też kobietą. W głębi serca skrywała się pewność, że spotkam kogoś, kto odmieni moje życie na zawsze. Teraz się wypełniało…

Pospiesznie wyciągnąłem płócienną siatkę, którą miałem akurat ze sobą i zacząłem wkładać do niej owoce, marchewkę i cebulę. Kobieta patrzyła, nie wiedząc, co począć. Pospieszyłem z zapewnieniem:

– Proszę się nie obawiać, pomogę pani.

I obdarzyłem ją jednym z moich najpiękniejszych uśmiechów.

Podniosła się powoli i oparła o ścianę, widocznie zakręciło jej się w głowie czy pociemniało przed oczami, ponieważ na chwilę przymknęła powieki.

– Wszystko w porządku? – zapytałem niespokojnie.

– Tak – szepnęła. – Tylko muszę chwilę… muszę odpocząć.

Odczekałem więc chwilę, która przedłużyła się zdecydowanie do pięciu minut. Czasem pięć minut ucieka w mgnieniu oka, czasem potrafi dłużyć się niemiłosiernie. Dla mnie czas jakby się zatrzymał. Patrzyłem na jej twarz, na czarne ubranie, w jakim była spowita jej sylwetka i nie mogłem się napatrzeć. Wyglądała, jakby pochodziła z innej epoki. Jej świat był gdzieś indziej, przed wojną pewnie, może w czasach powojennych, ale nie tutaj. Cała jej postawa, styl ubioru i ruchy rąk mówiły, że to kobieta dystyngowana i dobrze wychowana, aczkolwiek z wielką przeszłością, o czym świadczyła barwa i głębia jej oczu. Oczy bowiem miała głębokie jak studnie i łatwo się było w nich zatracić. Wyglądały młodo, jakby miała dopiero dwadzieścia lat, a nie siedemdziesiąt, czy ile właściwie mogła mieć. Nie potrafiłem jej odgadnąć. Od początku była dla mnie tajemnicą.

W chwili naszego spotkania miałem trzydzieści lat i byłem człowiekiem bez obowiązków. Nadal nie miałem zapuszczonych korzeni. Nie miałem też miejsca na ziemi, często czułem się opuszczony, jak przez rodzinę, tak również przez Boga. Choć wierzyłem w Niego i starałem się iść przez życie tak, aby na końcu powiedzieć: żyłem dobrze, zgodnie z sobą i nikogo nie skrzywdziłem, czasami szedłem z prądem i pozwalałem się unieść nowoczesności, blichtrowi miasta i zgiełku. Uważałem, że pomimo wszystko człowiek musi iść z postępem, zmieniać się, choć nie zawsze wychodzi to na dobre, a nawet jeśli nie będzie chciał zmian, życie i tak go do nich zmusi. Więc i mnie czasami podłamywała się noga i na chwilę żyłem życiem ciemnym i… może raczej powiem: ludzkim. Przecież nie ma życia bez popełniania błędów. Czasami nawet chciałem je popełniać.

Często gubiłem się na swej drodze, a wtedy wpadałem w rozpacz i w pustkę. Człowiek woła wtedy o pomoc do Boga, prosi, jęczy i kaja się, a niebo milczy i tylko patrzy bezczynnie. Więc jak na człowieka przystało, bo i takie chwile bywają, wątpiłem też w Jego istnienie.

Ale dopiero historia usłyszana od spotkanej na drodze kobiety pokazała mi, że nawet w chwilach najcięższych, w czasie buntu i płaczu, On nie chowa się za krzakami, tylko stoi przed nami. Jedynym problemem jest, że my Go nie widzimy, ponieważ nie chcemy widzieć. Człowiek lubi się użalać, płakać nad sobą, nad swoją dolą… Tymczasem On w momencie największej niepewności i bólu stoi tuż obok i trzyma nas za ręce. Wystarczy tylko dobrze się przyjrzeć. Choć, nie powiem, nie każdy potrafi naprawdę szeroko otworzyć oczy. Czasem, bo i tacy się znajdują, przez całe życie mają je zamknięte: może nie potrafią patrzeć, może nie chcą lub matka ich tego nie nauczyła. Lub też patrzą w złym kierunku…

Czekałem. Przez trzydzieści lat, ponieważ tyle czasu minęło od mojego urodzenia do momentu, gdy nasze drogi się skrzyżowały.

Kobieta zaprosiła mnie do domu na filiżankę kawy.

– Nie boi się pani wpuszczać obcego do domu?

– Pana nie. Dobrze panu patrzy z oczu.

Więc z siatką tego, co udało mi się pozbierać z chodnika, już miałem wejść do środka, kiedy zatrzymałem się i powiedziałem, aby zaczekała chwilę. Pobiegłem w dół i pospiesznie wszedłem do najbliższego sklepu. Tam zakupiłem mleko i znowu stanąłem przed jej drzwiami.

– Kupił pan mleko. – Jej twarz rozjaśniła się i nagle jakby w pokoju rozbłysło światło. Kim jesteś? Pytałem się w duchu. Czułem każdą cząstką ciała, że ta osoba nie jest zwykłym człowiekiem. Za powłoką jej ubrania i ciała skrywała się dusza, przyciągająca mnie jak magnes. Emanowała z niej siła i skryta energia. Nie potrafiłem oderwać oczu.

Poproszony usiadłem do stołu, tam, gdzie siedziałem dzisiaj, czytając jej ostatni list, który napisała do Boga w wieku sześciu lat. To był dzień Wielkiej Straty. Tego dnia odeszła jej matka i jej śmierć na zawsze wyryła w dziecięcej duszy piętno.

– Nie jest dobrze, kiedy matka umiera i opuszcza dziecko – powiedziała mi kiedyś, zanim jeszcze pokazała mi list.

– Nie jest też dobrze w tak młodym wieku spotykać się twarzą w twarz ze śmiercią. Bo ja ją wtedy widziałam. Przyszła, stanęła matce nad głową i patrzyła na mnie pustymi oczodołami. Zabrała jej duszę, wessała w siebie bez żadnego skrępowania. Potem odwróciła się i odeszła przez otwarte okno. Zabrała mi matkę.

Nie wiedziałem, o czym mówiła, moja matka nadal jeszcze żyła i, przyznać muszę, nie łączyły nas silne więzi. Może dlatego, że przez wiele lat nie zajmowała się mną, robił to wyłącznie ojciec.

– Żadna matka nie powinna umierać i pozostawiać na pastwę losu wydany na świat owoc. Taki plon nigdy nie może wyrosnąć zdrowo. Zawsze będzie się giął w jakąś stronę, będzie uszkodzony. Jak kulawy, który nigdy nie będzie chodził normalnie.

 

Tamtego pierwszego dnia wypiłem kawę, podczas której wymieniliśmy ledwie parę zdań. Przy wyjściu powiedziała:

– Proszę mnie jeszcze kiedyś odwiedzić.

Skinąłem jej głową na pożegnanie i zbiegłem schodami w dół.

Spotykaliśmy się raz w tygodniu. Z czasem moje odwiedziny zdarzały się częściej, aż wreszcie staliśmy się dobrymi przyjaciółmi. Minął rok od tamtego momentu, kiedy do ręki dostałem list datowany na dzień szesnastego listopada 1926 roku. Miała wtedy sześć lat i przeżywała pierwszą życiową tragedię, która na zawsze zmieniła jej życie. Po raz pierwszy spotkała się ze Śmiercią. Z okrutną i niezłomną, ponieważ zebrane przez nią żniwo było wielkie: odebrano jej najcenniejszą rzecz, jaką posiada dziecko – rodzicielką.

Opowiedziała mi całą historię, a ja nie mogłem z początku uwierzyć. Bo jak tu wierzyć w to wszystko, co usłyszałem? I choć z początku powątpiewałem, wiedziałem, że kobieta mówi prawdę. Nie była typem człowieka lubiącego zmyślać. Jej umysł był równie czysty i przejrzysty jak woda nalana do szklanki. Ona zawsze mówiła prawdę i nigdy nie ukrywała niczego. Tak została wychowana.

W wieku dwudziestu dziewięciu lat wydałem pierwszą książkę i od wielu miesięcy nosiłem w sobie dziwną pustkę. Nie wiedziałem, o czym pisać. Do momentu spotkania się z nią. To ona przebudziła we mnie uśpione potrzeby, o których myślałem, że zasnęły już na zawsze. Potrzeby przelewania na papier odczuć i myśli. I tutaj następuje jej historia, a ja, tak samo jak wy, od tej chwili będę wyłącznie obserwatorem.

To historia Wielkiej Straty i Wielkiej Miłości. To historia Zła i Zdrady i tylko od was zależy, co z nią zrobicie i jak ją przyjmiecie.

Pierwszy list do Boga

„Kochany Panie Boże. Proszę Cię na kolanach, nie zabieraj mi mojej mamy. Mój tata siedzi w zamkniętym pokoju już od wielu dni, schował się tam po ostatniej wizycie lekarza. W nocy słyszę jego płacz, który budzi mnie i nie pozwala mi spać. W drugim pokoju jęczy matka i prosi Ciebie, Boże, o zmiłowanie. Dom jest cichy i pogrążony w mroku. Tak bardzo się boję. I ja, Panie Boże, płaczę często w poduszkę, aby nikt nie słyszał. Proszę Cię, nie zabieraj mi mamy.”

Wanda z Różewskich

Urodziła się w tysiąc dziewięćset dwudziestym roku. Pisał się dzień trzeciego stycznia. Dokładnie tego samego dnia rozpoczęła się akcja zaczepna grupy wojsk generała Edwarda Rydza-Śmigłego przeciwko bolszewikom na Dyneburg.

Była to sroga zima, temperatura spadła tak nisko, że ludzie bali się wychodzić z domów. Matka dopiero co narodzonej Wandy powiła ją wieczorem, kiedy już nie można było odróżnić nocy od dnia, w łóżku, w którym również ona przyszła na świat.

Mała Wanda od samego urodzenia była cichym i spokojnym dzieckiem i tak już miało pozostać przez całe życie. Rodzina, zamknięta w pięknym dworze, stojącym już w tym miejscu od roku 1720, kiedy to pierwszy Różewski, podczaszy krakowski, wybudował go jeszcze za czasów Stanisława I Leszczyńskiego, świętowała narodziny przez cały następny dzień i długą noc.

Jednak aby dopowiedzieć historię Wandy, musimy przenieść się do samego Początku.

Krótka historia rodziny

Tego samego roku, kiedy powstał dwór, Fryderyk Różewski, bliski przyjaciel Stanisława Poniatowskiego, był jednym z gości na jego ślubie czternastego sierpnia tysiąc siedemset dwudziestego roku, z Konstancją z Czartoryskich. Ich przyjaźń trwała długie lata i przetrwać miała do końca.

– Więc już jesteś mężem i przyszłym ojcem dzieci – powiedział Fryderyk do Poniatowskiego, kiedy stali w niewielkim oddaleniu od zebranych gości.

– Tak. Jak wiemy oboje, moja żona idealnie nadaje się do rodzenia dzieci – odpowiedział na to Poniatowski, mrugając do przyjaciela. Oboje roześmiali się, czując ze sobą powiązanie i porozumienie, dzięki któremu nie musieli mówić pewnych rzeczy wprost.

– Konstancja będzie dobrą żoną – zauważył Fryderyk.

– Biorąc pod uwagę jej gwałtowność. – Zastanowił się na chwilę Poniatowski – będę się z nią musiał nieźle natrudzić.

Konstancja była od małżonka o dwadzieścia lat młodsza i wyszła za niego tylko i wyłącznie ze względów czysto politycznych. Dzięki temu ród Czartoryskich związał się z dworem saskim, na którym Poniatowski zdobywał coraz większe względy. Nie było między nimi miłości, ale przyglądała mu się ciekawie i często ją na tym przyłapywał. W chwili jednak, kiedy rozmawiał z przyjacielem, łajała jednego z usługujących do stołu.

Z wyrazu jej twarzy, sposobu noszenia się i patrzenia, można było wnioskować, że Konstancja jest kobietą z natury ambitną, wyniosłą i gwałtowną. Nie była też lubiana, dlatego jeśli otaczała się kołem przyjaciół, właściwie były to osoby udające i nie dopuszczające jej do swoich tajemnic i sekretów. Pomimo ciężkiego charakteru jednak należała do osób inteligentnych, energicznych i stanowczych.

– Mało co uchodzi jej bacznemu wzroku. – Nadal sondował ją Fryderyk.

– I pewnie nawet moje czyny i kroki nie będą dla niej tajemnicą.

W rzeczy samej raz na jakiś czas od dnia ślubu Poniatowski zasyłał Różewskiemu listy, w których wspominał żonę. W jednym pisał: „…moja kochana żona jakimś sobie tylko znanym sposobem zdołała zyskać wpływ jak nade mną, tak też nad swoimi braćmi. Ulegliśmy i po jej namowach zdecydowani jesteśmy stworzyć nowe stronnictwo polityczne Familia…”

Fryderyk uśmiechał się na myśl o tym, wyobrażając ją sobie w nakłanianiu towarzystwa do własnych celów. Z czasem Poniatowski musiał naprawdę próbować sił z żoną, ponieważ dała mu dzieci w kolejności: Kazimierza, Stanisława Augusta, Andrzeja, Michała Jerzego oraz Izabellę.

„Cała oddała się stronnictwu – pisał Stanisław w późniejszym liście – zdecydowanie nie cofa się przed niczym, nawet przed łamaniem oporów dzieci. Podejrzewam, że ma romans z ambasadorem francuskim, ale oczywiście czysto platoniczny, ponieważ tylko wymieniają listy…”

W tym czasie Fryderyk poznał swoją przyszłą żonę, Marię. Wyglądała niewinnie i była okazem słowiańskiej urody o figurze gruszki. Jej białe jak len włosy powiewały na wietrze, a sięgały do pasa, duże piersi wabiły, zapraszając i kusząc, a jej pełne usta zapowiadały wielką pociechę w łóżku. Gorąca krew w dziewczynie aż wrzała i na jej widok zagotowała się również w nim.

Odbyło się huczne weselisko. Została sprowadzona cała wieś, a ponieważ przyszła żona należała do chłopstwa, zabawom nie było końca. Jak się okazało nocą, wszystkie znaki jakie w niej wyczytał, sprawdziły się co do joty. Dziewczyna była gorąca jak wulkan i miała niespożyte pokłady energii. Od razu też w dwa tygodnie po owej nocy okazała się brzemienna i dziewięć miesięcy później roku 1725 powiła na świat ich jedyną córkę, Klemensę.

Nie było szczęśliwszego ojca niż Fryderyk. Nosił ją na rękach od rana do nocy. Jak tylko zakwiliła był przy niej, oczywiście wyłącznie wtedy, kiedy przebywał w domu.

„To najpiękniejsze i najsłodsze stworzenie na świecie – pisał do przyjaciela. – Nie potrafię zrozumieć tych sił działających w świecie, które potrafią człowieka zwykłego obdarzyć takim szczęściem, jakie mnie spotkało.”

Maria często napominała męża, aby nie męczył dziecka. Cokolwiek powiedziała, było jakby grochem o ścianę rzucać. Fryderyk po prostu się zakochał, a jego serce, jak myślał, podwoiło rozmiary. Nosił w sobie teraz dwa razy większe pokłady miłości, którymi raczył obdarowywać również żonę. Niestety, nie dane im było sprowadzić na świat kolejnego potomka.

Klemensa była starsza o pięć lat od narodzonej w tysiąc dziewięćset trzydziestym roku córki Poniatowskiego, Izabelli, co jednak nie przeszkadzało, żeby stały się najlepszymi przyjaciółkami. Ich pierwsze spotkanie odbyło się, kiedy Stanisław Poniatowski stał się wojewodą mazowieckim, a więc mała Izabella nie miała jeszcze pełnego roku.

– Jest taka maleńka – zachwycała się Klemensa, na co wszyscy się śmiali.

Córki obu panów rosły, Klemensę często wysyłano do przyjaciółki, z którą od dziecięcych lat utrzymywała korespondencję i tak oto pewnego dnia roku 1758 była świadkiem, kiedy to Marcello Bacciarelli farbami olejnymi namalował wizerunek Poniatowskiego. Marcello miał wtedy dwadzieścia siedem lat i Klemensa była bardzo zakochana. Był to wspaniały nadworny malarz, urodzony w Rzymie, posiadający swoisty czar i urodę. Niestety, nie zwracał na dziewczynę uwagi. Trzeba tutaj przyznać jedną ważną rzecz: otóż Klemensa nie należała do urodziwych kobiet, co miało niewątpliwie wpływ na całe jej życie. Marcello namalował ją w wolnym czasie i pamiątkę tę trzymała schowaną głęboko w kredensie już na zawsze, wyciągając ją tylko czasami i wspominając. Często wtedy zastanawiała się, jakby mogło wyglądać jej życie, gdyby malarz ją pokochał.

Na szczęście Klemensa nieczęsto jeździła na dwór Poniatowskiego, ponieważ Izabella w wieku osiemnastu lat wyszła za mąż i zamieszkała w Białymstoku, dlatego to właśnie tam kierowała się jej przyjaciółka w razie największych potrzeb.

Izabella nie tylko dlatego, że była córką swej matki, ale również dlatego, że miała bardzo starego męża, należała do osób energicznych i światłych. Klemensa często pomagała jej w zakładaniu szkół w Białymstoku, oraz dopomagała przy finansowych wsparciach pensji. Kiedy miewały czas, najwięcej spędzały go w bibliotece, w której znajdowały się ciekawe zbiory ksiąg, jak dzieła literatury polskiej i zagranicznej, mapy, ryciny, plany architektoniczne i albumy, teleskopy i globusy. Obie kobiety doskonale się rozumiały. Klemensa zdradziła jej wtedy swój sekret, że pewien lekarz stara się o jej rękę.

– Ależ to wspaniale – wykrzyknęła uradowana przyjaciółka i uścisnęła ją serdecznie. – Musisz mi wszystko opowiedzieć.

Rozpromieniona Klemensa wyjawiła jej wiele tajemnic.

W roku tysiąc siedemset sześćdziesiątym czwartym brat Izabelli, Stanisław August, został królem. Od tamtego czasu wiele ich spotkań odbywało się na dworze. Tam też doszło do tragedii, kiedy to ukochany lekarz porzucił kobietę i uciekł z kochanką.

Dwa lata po koronacji Klemensa powiła pierwszego syna w dosyć mocno posuniętych już latach, ponieważ trzeba tu kolejny raz wspomnieć, iż nie była kobietą piękną i przyciągającą uwagę płci przeciwnej. Miesiące płaczu i żalu nad sobą, kiedy porzucił ją lekarz, wyryły na jej twarzy swoje piętno.

Przebywając pewnego dnia na dworze poznała podkomendnego, w którym szalenie się zakochała. Ślub odbył się prędko, ponieważ i jej nieurodziwy przyszły mąż aż palił się w swych późnych latach do żeniaczki. Żadne nie wiedziało, że Izabella, poruszona nieszczęściem przyjaciółki, wzięła sprawy w swoje ręce i to właśnie dzięki niej tych dwoje się spotkało.

Jej mąż umarł tydzień po powiciu ich syna, a Klemensa stanęła przed ciężkim dylematem: stała się dziedziczką skromnej fortuny, jednak jej rodzinny dwór pozostawał bez dziedzica i bez nazwiska. Dlatego korzystając z pomocy Izabelli, jej syn został ochrzczony imieniem Stanisław i na żądanie matki przyjął nazwisko Różewski, po dziadku, który dawno już nie żył.

– Jaki ten mały piękny – zachwycała się nad synem Klemensy Izabella, dziwiąc się skrycie, jak też z dwóch tak nieładnych ludzi narodziła się taka urodziwa istota.

– Tak bardzo żałuję, że ojciec nie mógł go zobaczyć – powiedziała na to Klemensa, wspominając śmierć ojca parę lat temu.

– Jestem pewna, że go widzi – zapewniała ją przyjaciółka.

Mały wniósł nowe życie do Dworu pod czerwonymi makami, jak go zaczęła nazywać Klemensa. Wokół domu bowiem rozciągały się rozległe łąki i pola, które pokrywały czerwone maki. Jakby tego było mało z biegiem czasu kwaity wyrosły nad wejściem do domu, pokrywając kawałek dachu czerwonymi barwami.

Chłopiec był żywy i często zrywał dla matki naręcza dzikich kwiatów, w których przeważały maki. Każdego dnia przynosił nową wiązankę, a jej oczy łagodniały, a czasami nawet napływały łzami. Choć nie miała męża, oto otrzymała od Boga prezent, dar z niebios: kochające dziecko, które tak samo jak ona jego, darzyło ją wielkim uczuciem. Gdyby nie miała nikogo, jej życie byłoby pozbawione znaczenia, tymczasem cały sens tkwił w tym, że żyli dla siebie i jedno dawało siebie drugiemu.

Mijały lata, Klemensa posuwała się w latach, a jej syn wyrastał na przystojnego młodzieńca. Czasami przypominał jej ojca…

W roku tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym, w dwa lata po zwołaniu sejmu, Stanisław miał dwadzieścia cztery lata i wielkie ambicje na przyszłość. Zakochany po uszy w pięknej Konstancji z Ciechockich, czekał na nią długie lata aż do momentu jej rozwodu z Karolem Żwanem. W roku tysiąc osiemset dziewiątym powiła na świat męskiego, nieślubnego potomka rodziny. Dano mu na imię Michał Różewski.

 

Michał, który żył z ojcem w rodzinnym dworze w Imielinie, a z matką spotykał się sporadycznie, będąc już dorosłym mężczyzną, zakochał się nieszczęśliwie do Konstancji Gładkowskiej, której matką chrzestną była jego własna matka. Niestety Konstancja poznała Fryderyka Chopina i od tego momentu świata poza nim nie widziała. Czekał na nią wiele długich lat, jednak kiedy w roku tysiąc osiemset trzydziestym drugim poślubiła Józefa Grabowskiego, serce pękło mu na pół i rzucił się w ramiona prostytutki. Poprzysiągł też, że nigdy więcej nie odda serca żadnej kobiecie. Co też się stało.

W tym czasie królem Polski był od roku tysiąc osiemset piętnastym cesarz Rosji, Mikołaj I Pawłowicz, gdyż Polska znajdowała się pod zaborami. Michał pozostawiwszy narodzonego w roku trzydziestym trzecim syna w rękach opiekunek, wyjechał do Rosji, gdzie zawiłe ścieżki losu doprowadziły go do Olgi Nikołajewny Romanowej, córki cesarza Mikołaja I, która wyszła za mąż za Karola Wirtemberskiego, z którym Michał utrzymywał przez wiele lat utajony związek uczuciowy. Nigdy już nie powrócił do Polski. Umarł na długo przed wybuchem jednego z największych skandali, kiedy ujawniono związek homoseksualny Karola Wirtemerskiego z Karolem Woodcookiem.

Mały Jan Różewski przez całe życie wychowywał się bez ojca i jedynie listy przesyłane mu raz w miesiącu pozwalały z biegiem czasu zachować o nim pamięć. W roku tysiąc osiemset sześćdziesiątym trzecim miał trzydzieści lat i brał udział w Powstaniu Styczniowym, gdzie został przyjacielem Romualda Traugutta. Co się działo potem, nie wie właściwie nikt, jednakże w rok po powstaniu Jan pojawił się w domu z niemowlakiem na rękach, mówiąc, że jego matka umarła w połogu i nie ma się nim kto opiekować. W pośpiechu ochrzczono dziecko imieniem Marcin Różewicz.

Marcin wyrósł na pięknego i wysokiego chłopaka. W tysiąc osiemset osiemdziesiątym trzecim roku, jak się można było spodziewać, urodził mu się syn, Mikołaj, który w zaledwie siedemnaście lat później, idąc za krokiem ojca, również przywiódł na świat nowego dziedzica Antoniego. Antoni był ojcem Wandy urodzonej w tysiąc dziewięćset dwudziestym roku.

Tak malowała się historia od czasu, kiedy kronika rodziny została po raz pierwszy zapisana i wielki dwór stał się schronieniem dla wielu generacji.