Gugara

Tekst
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WYDAWNICTWO CZARNE SP. Z O.O.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice tel./fax +48 18 353 58 93, e-mail: arkadiusz@czarne.com.pl, mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl, honorata@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa tel./fax +48 18 351 02 78, tel. +48 18 351 00 70 e-mail: redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Andersa 21/56, 00-159 Warszawa tel./fax +48 22 621 10 48 e-mail: agnieszka@czarne.com.pl, anna@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl, zofia@czarne.com.pl

Dział marketingu: ewa.nowakowska@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: irek.gradkowski@czarne.com.pl tel. 504 564 092, 605 955 550

Audiobooki i ebooki: Izabela Rególska, iza@czarne.com.pl Skład: D2D.pl ul. Morsztynowska 4/7, 31-029 Kraków, tel. +48 12 432 08 52 e-mail: info@d2d.pl

Wołowiec 2012

Wydanie I

Projekt okładki AGNIESZKA PASIERSKA pracownia papierówka

Fotografia na okładce © by PATRYK JORDANOWICZ

Fotografia autora © by JUSTYNA MATWIJEWICZ

Fotografia wewnątrz tomu pochodzi z archiwum Autora.

Copyright © by ANDRZEJ DYBCZAK

Korekta ALICJA LISTWAN / D2D.PL, MAGDALENA KĘDZIERSKA / D2D.PL

Projekt typograficzny i redakcja techniczna ROBERT OLEŚ / D2D.PL

ISBN 978-83-7536-407-1

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu


Spis treści

  Dedykacja

  Gugara

Dla Magdaleny

– Wiesz, jaki jest najlepszy piosenkarz na świecie? – zapytał Dmitrij Nikołajewicz. Oderwał przy tym wzrok od ogniska i spojrzał na mnie kątem oka. Reszta rodziny wygodnie rozparła się w cieniu z lekka tylko rozpraszanym przez światło słabego płomienia.

– No jaki?

– Najlepszy jest Toto Kotunio – stwierdził.

– O tak… Toto jest najlepszy – gorliwie przytaknęła Tatiana, gładząc pędzelek na końcu cienkiego warkocza.

– Coś słyszałem.

– To Włoch… – oznajmiła tonem sensacji, po czym delikatnie dołożyła szczapkę do ognia. Na chwilę zrobiło się jaśniej, kociołek nad paleniskiem rzucił olbrzymi cień na brezentową ścianę, błysnęły czarne ślepia.

– Sułtan, cholero, znowu się tu pchasz?! – wykrzyknęła Tatiana. – Paszoł won! Co za pies. No co tak siedzisz? Wyrzuć go! Na mnie się przecież rzuci.

Dmitrij powtórzył coś energicznie kilka razy i włochaty łeb wycofał się ze szczeliny między ścianą a podłożem. Nie obeszło się jednak bez skomlenia i pokazywania długich żółtych kłów. Przy końcu lata nawet psy wieczorami marzną.

W środku czum nie był zbyt duży, może wielkości małego pokoju w bloku. Koliście osadzone długie żerdzie schodziły się wysoko nad naszymi głowami, gdzie sterczały całym pękiem i gdzie przez szeroki otwór uchodził dym. Kiedy pierwszy raz wszedłem do wnętrza, wypełniało je popołudniowe światło, a podłoga, wyścielona puszystymi gałązkami modrzewia, zieleniła się jak świeżo umyta sałata. Z miejsca chciało się położyć i tak zostać. Obchodząc palenisko, żeby usiąść tam, gdzie zwykle siadają goście, musiałem schylać głowę pod skośnymi ścianami z grubego materiału. Psy szczekały jeden przez drugiego. Paliliśmy, gapiąc się w ogień, od którego nie sposób było oderwać wzroku. Tatiana z podkurczonymi nogami i głową opartą o kolano wypuszczała kłęby dymu przez zwiędłe wargi. Wyglądała jak skrzat w czarnej wełnianej czapce i zielonym swetrze. Dmitrij, także spowity białymi kłębami, przymykał oczy. W porównaniu z ich kańskimi prymkami, moje trojki to były superlight. A prymki poza mocą miały i inne zalety. Kosztowały sześć rubli za paczkę, smakowały podobno niepowtarzalnie i zostawały po nich pety, których kilka zawsze starczało jeszcze na skręta. Teraz też, parząc wargi, wypalili je do najdalszej możliwej granicy, po czym zgasili i odłożyli do wypełnionej już w połowie przeciętej butelki po keczupie. Na czarną godzinę.

– Czasami w tajdze zostajemy bez kurzenia – wyjaśniła Tatiana.

– Nie ma lekko – dodał Dmitrij. – Za kołchozu przywozili fajki helikopterami. Człowiek palił do połowy i rzucał. Wyobrażasz sobie?

– W ogóle kiedyś to było… i po dwanaście czumów stawało na postoju. Wesoło było – rozmarzyła się jego żona.

– No i przyszła pierestrojka i wszystko się rozpadło. Przyszedł Gorbaczow. – zaczął Dmitrij.

– Co ty mówisz? – obruszyła się Tatiana. – Jaki Graczow?

– Gorbaczow! – odkrzyknąłem.

– Aha – przytaknęła. – Jakby normalnie nie można było powiedzieć – dodała ciszej, do siebie, odwracając wzrok. Była przygłucha i czasami trzeba było mówić głośniej.

– Przecież mówię Gorbaczow – ciągnął gospodarz. – Andrze, dobrze mówię? Potem był Jelcyn. Ale pijaczyna podobno z niego była, że hej. – Dmitrij zastanowił się chwilę. – Nie to co Suworow.

– Suworow? – zdziwiłem się.

– Suworow – powtórzył – ale on to jeszcze nikt przy Aleksandrze Makiedonie.

– To fakt.

Dmitrij odwrócił do mnie rozpromienioną, posiekaną zmarszczkami twarz. Tatiana straciła trochę wątek, więc dla niepoznaki zaczęła krzątać się koło kolacji, szurać rzeczami. Wszystko to robiła na siedząco. Cała kuchnia znajdowała się w zasięgu jej ramion, zajmując kąt po lewej stronie od wejścia. Składała się głównie z niewielkiej walizeczki, obciągniętej brązowym skajem i mieszczącej w sobie kredens, szafki i szuflady. Od wewnętrznej strony teraz otwartego wieka, porozlepiane miała wycinki z kolorowych gazet.

– A co najważniejsze – podkreślił dobitnie palcem – Makiedon dał radę nawet Spartakom.

Ze sobą sąsiadowały tam zdjęcia gubernatora Ewenkijskiego Okręgu Autonomicznego, obelisku na jeziorze Wiwi znaczącego geograficzny środek Rosji i pożółkłe przepisy wycięte jeszcze z „Gospodyni Czumu”. Z kanistra po benzynie napełniła czajnik i zawiesiła nad ogniem.

– Andrze, dobrze, że przyjechałeś, gada jak dwudziestolatek. Aż miło posłuchać – powiedziała.

Dmitrij żachnął się trochę.

– Tak, tak. Jak odejdziemy w tajgę, zacznie się milczenie, ledwo dwa słowa na dzień można wtedy z niego wydusić. I żyj tu sobie, sama jedyna w lesie z takim mrukiem.

Jej mąż słuchał tego, gorzko potakując.

– Maksima trzeba wołać, herbatę będziemy pić – napominał.

W tym momencie płachta pokrywająca wejście uniosła się i stanął w niej wyżej wspomniany razem z Nikitą.

– Dorowa Baje – przywitali się.

– O, i Nikita popije z nami – stwierdziła Tatiana. Tamten przytaknął lekko. Usiedliśmy w półkolu, w którego centrum znalazł się mały drewniany stolik, podobny do tych na śniadania w łóżku. Gospodyni podała podpłomyk, otwarła konserwę, rozlała herbatę do kubków. Po kolei każdy maczał swój kawałek chleba w puszce z olejem i z umiarem zakąszał konserwą.

– No i jak? – z pełnymi ustami zagadnął Nikita. – Kiedy jedziemy do wioski?

– Jak pojedziemy? – cicho, nie patrząc na niego, odpowiedział Dmitrij.

Nikita podrapał się po głowie.

– No… można by tak jak w tamtym roku, tratwy zrobimy i spłyniemy. – Utkwił niepewny wzrok w twarzy gospodarza, jakby spodziewał się aprobaty. Tamten tylko pokręcił głową.

– Kola powiedział, żeby czekać na niego.

Kilometr stąd leniwie płynęła rzeka, następne czterdzieści w dół jej biegu leżała wioska. Nikita siorbnął z kubka.

– Mało jedzenia – zauważyła Tatiana.

Potrzebna była łódź, i to większa od tej, na której Kola parę dni temu mnie przywiózł. Łodzie były u Ruskich w wiosce, więc pozostawało wierzyć, że uda mu się którąś skombinować. W ciągu najbliższych dni powinien załatwić transport, może od naczelnika Chiejkuriego albo pożyczy od ludzi. Naczelnik dostał niedawno nowiutkiego „Merkurego” od administracji do wożenia obywateli na grzyby i jagody, ale czy akurat ci tutaj to obywatele? Dowodu nie mają, adresu nie mają, jedyne co, to na wioskę ogromną ochotę. Tam już są prawie wszyscy i jak się te parę razy w roku w niej jest, to można zaszaleć. Kola obiecał, że przyjedzie za jakiś tydzień z dwoma łodziami i wszystkich zabierze, ale w końcu pewności nie było. Kola mówił, że podobno benzynę skądś ma, ale jak załatwi dwie motorówki? Wątpliwości rysowały się na twarzy Nikity. A jak przypłynie tylko jedną łódką? Zabierze wtedy swoich rodziców i brata, więc on z Alkiem faktycznie będą musieli przeprawiać się na tratwach. Nikita był człowiekiem ostrożnym, więc jego czoło marszczyło się pod zaczesaną grzywką, a usta mlaskały w zadumie. Dał w końcu spokój zmartwieniom, gawędząc na luźne tematy, wypalił papierosa, po czym otarł ręce o spodnie i wyszedł.

 

– Wpadnij do nas – rzucił do mnie, stojąc już na zewnątrz.

Skończyliśmy jeść. Okruszki i resztki Tatiana zsypała na gałązki koło ognia. Pewnymi ruchami, mimo mroku, dekonstruowała jadalnię. Maksim jednym wielkim haustem wypił herbatę, zrobił „ehhhh!!!” i otarł usta.

– Mamo, idę do Alka, co? – Nie doczekawszy się odpowiedzi, wstał i zaczął nakładać gumowce.

– Idę z tobą – powiedziałem i też zawiązałem trampki. Wyszedł przede mną, ja za nim. Kiedy opuściłem za sobą ciężki materiał, znalazłem się w całkowitych ciemnościach sierpniowej nocy. Dookoła panowała zupełna cisza, żaden gwałtowny dźwięk jej nie naruszał. Z głębi lasu, który otaczał mnie ze wszystkich stron, wydobywał się jakiś trudny do zidentyfikowania odgłos nie odgłos, jak stłumione echo szmeru wielkiej rzeki płynącej tuż za wzgórzem lub echo wszystkich rzek razem wziętych, układające się w jeden, przekazywany od źródła do źródła szept. Powietrze było ostre i zimne. Tym samym chłodem ciągnęło od ziemi. Lekki wiatr zawiewał od północy i czuło się, że to właśnie tam biło serce tego lodowatego tchnienia. Odszedłem kilka kroków i spojrzałem za siebie, tam gdzie w mroku srebrzył się niewielki stożek namiotu, ledwie widoczny między drzewami. Wydawał się bardzo mały i samotny w tym wielkim, pustym lesie. Postawiony między dwiema lichymi sosnami, był podobny do kamyka albo spróchniałej, porzuconej gałęzi. W środku siedziało się jak w przenośnej dziupli rozpiętej za pomocą wilgotnego brezentu. Idąc, co chwilę gubiłem efemeryczną ścieżkę prowadzącą do czumu braci Mukto i wpadałem w wilgotne od rosy borówki. U moich stóp coś zawarczało głośno. Żołądek podszedł mi do gardła, ale to był tylko Sułtan. Leżał zwinięty w kłębek na środku ścieżki i szczerzył kły. W końcu mnie poznał, bo wstał i podszedł. Złapałem go za czarny kudłaty łeb. Zostawił gdzieś połowę spiczastego ucha, a pysk miał już całkiem siwy.

– Nianakin, aja nianakin. – Na dźwięk ewenkijskiego zaczął jakby wachlować ogonem. Miałem już tylko parę kroków do zrobienia. Obok zewnętrznego paleniska, zwieńczonego solidnym trójnogiem, uniosłem płachtę wejściową. W środku było tłoczno, oprócz gospodarzy Nikity i Alka był jeszcze Sława, traktorzysta na urlopie bezpłatnym.

– Masz fajkę? – zapytał Maksim. Dałem mu, nie bez zdziwienia patrząc, jak odpala sobie od żarzącego się patyczka. – Ukrywam się przed rodzicami – wyjaśnił zmieszany.

Sam gospodarz leżał wyciągnięty i podpierając ręką policzek, uważnie lustrował szachownicę. Sława klęczał z drugiej strony i obgryzał paznokcie.

– Ja ci zrobię tak – mruknął Nikita i z namaszczeniem przesunął gońca. – Miałeś wieżę, bracie.

Grali jeszcze przez chwilę, niezbyt długo, bo w końcu ile można grać bez wieży? Nikita zatarł ręce, Sława splunął.

– Grasz ze mną? – zapytał mnie Maksim tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– A co, dawno z nikim nie wygrałeś? – zażartowałem, lecz on wzruszył tylko ramionami. Wszyscy wiedzieli, kto jest najlepszy w tej sześcioosobowej lidze. Zwykle tłumaczyli to genami, że z takim bratem jak Kola to nietrudno. Zaczął rozstawiać figury.

– Gdzie jest czarny pionek?! – wykrzyknął poirytowany. W poprzedniej partii jego rolę odgrywał ułamany patyczek. Wszyscy zaczęli rozglądać się wokoło i sprawdzać, czy go nie przysiedli. Mimo że szachy były specjalne, z magnesem, pionki i tak gubiły się w ściółce. Zwłaszcza czarne.

– Jest! – syknął Sława, podnosząc go z ziemi.

– Dobra, gramy! – zakomenderował Maksim.

Początkowo trzymałem się nawet nieźle, a przed kilkoma fatalnymi błędami ustrzegły mnie głośne porady mojej części czumu, która swoimi wieloma oczami uważnie przyglądała się rozgrywce. Bardzo szybko partia przerodziła się w grę zespołową, właściwie mecz: Maksim kontra reszta świata. Chłopak cieszył się tu ugruntowaną renomą. Słynniejszym szachistą był w okolicy chyba tylko Kola, ale to cała historia, którą tutaj wszyscy znali na pamięć.

W wieku lat siedmiu Kola, tak jak reszta dzieciaków, powędrował zgodnie z przepisami do internatu w wiejskiej szkole. Las się dla niego skończył i rodzinę widywał tylko latem, kiedy rodzice zabierali go do siebie na wakacje. W szkole miał same problemy, a to nie chciał się na początku myć, a to popadał w odrętwienie ciągnące się całymi dniami, wtedy można go było przesuwać jak mebel. Kiedy w końcu mu przeszło, zbliżała się czwarta czy piąta klasa i nauczyciele zaczęli mu już załatwiać miejsce w szkole specjalnej. Tymczasem któregoś pięknego dnia matematyk, Gruzin, w gruncie rzeczy porządny człowiek, tknięty jakimś przeczuciem pokazał mu szachy i zaczął uczyć ich zasad. Efekty przyszły szybko i były nieoczekiwane, bo mały zaczął ogrywać każdego, łącznie ze swoim mistrzem. Z biegiem czasu chłopak stawał się coraz lepszy. W końcu nauczyciel z niemałym trudem wystarał się o zezwolenie na grę z najlepszym ruskim dzieciakiem, o dwa lata starszym, grubym Dimą, szkolnym czempionem i synem kierowniczki lisiej fermy. Specjalnie w tym celu zorganizowano wioskowy turniej szachowy, którego finalistami okazali się Kola i Dima.

Gruby był pewny zwycięstwa, nic więc dziwnego, że aż poczerwieniał, kiedy mały autochton go pobił. Wszyscy nie mogli wyjść ze zdumienia do tego stopnia, że niedługo potem zorganizowano spotkanie rewanżowe. Cała wioska postawiła podobno sporo pieniędzy. Gruby Dima po raz kolejny poniósł porażkę, tym razem jednak wlazł pod stół i się rozryczał. W ten sposób Kola został niekwestionowanym mistrzem. Skończyły się jego kłopoty w szkole, w ocenach szybko prześcignął średnią ewenkijską na tyle, że trafił do Tury, stolicy okręgu, uczyć się dalej. Tam dopiero rozpostarł szachowe skrzydła, wygrywając wszystkie możliwe zawody i olimpiady. Za to wszystko dostał stypendium na awf w Chabarowsku, na rosyjskim Dalekim Wschodzie, ładnych parę tysięcy kilometrów od Tury w linii prostej. Linia ta przykryta jest gęstym dywanem tajgi, więc jedynym możliwym środkiem transportu był samolot, a że był to transport drogi, Kola skorzystał z niego tylko dwa razy. Jadąc do Chabarowska i wracając z niego cztery lata później, już jako magister wychowania fizycznego. W czasie studiów wieczorami rozładowywał statki, w dzień studiował. Podobno mógł zostać nawet chirurgiem, szef katedry medycyny lubił grać w szachy, ale Kola nie chciał, bo brzydził się dotykać ludzkich wnętrzności. Obronił dyplom dwa miesiące przed terminem i ruszył w drogę powrotną, żeby być w domu na wiosnę. Stało się jednak tak, że koniec jego studiów splótł się z końcem zsrr. Musiał pracować jeszcze kolejne sześć miesięcy, zanim zarobił na bilet do Krasnojarska i dalej do Tury, gdzie spędził kolejną zimę, oczekując na dogodny transport do wioski. Nie był to najszczęśliwszy okres w historii Ewenkii, ludzie nie dostawali pensji, odcięto prąd i wszystko zamarło w oczekiwaniu na dalszy bieg wydarzeń. Ostatecznie dotarł na miejsce, dostał posadę wuefisty i zaczął się urządzać, ale po tych pięciu latach nieobecności nic nie było już takie jak dawniej.

Partia szybko zamieniła się w obronę Częstochowy. Na odsiecz ruszył mi Alek, który podsunął sobie szachownicę, pochylił nad nią głowę i uważnie lustrował majaczące w nikłym świetle figury. Nikita, czający się za nim, w napięciu odpalił papierosa i z pokerową miną wydmuchiwał dym nosem. W kilka chwil Alek stracił ostatniego gońca, zatrzepał ręką jak poparzony, reszta pokręciła głowami.

– Cieniaczek – skomentował Maksim. – Mam was – zachichotał. Będąc dzieckiem, cieszył się jak dziecko.

– Uspokój się, jebany – warknął Sława.

Szachy poszły w odstawkę i wszyscy sięgnęliśmy po papierosy. Przysunęliśmy się bliżej ognia, bo chłód zaczynał przenikać przez brezent, połatany i poprzecierany w wielu miejscach.

– Trzeba wracać do roboty – westchnął Sława. – Ciekawe, co tam w klubie. Na wiosnę Rusłan tak dopierdolił temu, no, Łapuszkinowi, mówię wam.

– Rusłan jest niezły – zgodził się Maksim.

– Ostatnio siedzieli przy stoliku i Antonow tylko popatrzył. Co się, chuju, gapisz, mówi Rusłan. A tamten pijanieńki był, coś tam skakał, no to Rusłan mówi: co, kurwa? Chodź, wyjdziemy, to cię zajebię – kontynuował Sława, aż ślina z tych emocji zaczęła mu zraszać wydęte wargi.

– Antonow kiedyś skopał tego Stiepana – wtrącił się Maksim.

– Głupiego? – zaciekawił się Alek.

– No. – Maksim smarknął głośno. – Przed klubem, aż wszyscy wyszli popatrzeć.

– No i co? – wojowniczo zwrócił się w jego stronę Sława. – Rusłanowi można naskoczyć. No i mówił mu Rusłan: idziemy, chuju, ale gdzie… Coś tylko zaczął bredzić.

– I poszli?

– Myślisz, że mu się chciało z Antonowem szarpać?

– Rusłan to jest… – zgodnie zamruczeli zebrani. Przez cienkie ściany przenikał szum lasu i kołysał słabe światło do snu, a ono gasło łagodnie, pogrążając nas w ciemnościach.

– Oj, tak… – westchnął Nikita, leżąc oparty o zebrane pod ścianą drewno na ognisko. – To co, jutro na szyszki?

Odpowiedziało mu zgodne potakiwanie głowami.

– Przejdę się z wami – powiedziałem.

– Tylko się nie zgub – roześmiał się Nikita, a za nim reszta, złośliwe gnomy w poświacie pulsującego jeszcze żaru. Widać wciąż żywa jest historia sprzed roku, kiedy to jeden wioskowy wybrał się na grzyby. Pomylił jakoś strony i zaczął kierować się na północ, w kierunku przeciwnym do wioski. Po piętnastu dniach, gdy był już u kresu sił, natknął się na dwóch myśliwych i dzięki temu wyżył. Gdyby nie oni, biedak miałby szansę zawędrować niczym Kamiński na sam biegun. Podobno trochę od tego sfiksował. Wioska wioską, ale te dwa namioty to tutaj igła w stogu siana. Wróć tu sobie do nich, kiedy każdy kierunek wydaje się równie dobry i nic nie przypomina czegoś, co już się kiedyś widziało. Jak oni się tu orientowali, pozostawało dla mnie tajemnicą, a mętne wyjaśnienia Koli o słońcu i jego ruchach po niebie definitywnie zniechęciły mnie do kwestii.

– Najważniejsze to wiedzieć, gdzie jest wschód – tłumaczył mi kiedyś Dmitrij i pokazywał to tu, to tam, raz za siebie, raz przed siebie, w prawo. Po lewej też był w pewnym momencie wschód.

– Taak, pokaż w kółko – roześmiała się Tatiana. – Ja tam wiem tylko, gdzie jest północ, ale za to na pewno – mówiąc to, wskazała palcem. – Stamtąd ptaki uciekają przed zimnem.

Wyszedłem na zewnątrz, para szła z ust. Wracałem powoli do domu, starając się nie zamoczyć w lodowatej rosie trampek i nie wpaść w borówki, co nie do końca się udawało. Miałem z górki, dzięki czemu bez konieczności zadzierania wysoko głowy widziałem miliony gwiazd. Na wprost mnie czarne drzewa atakowały tę świetlistą ławicę niczym rekiny. Nagle ciszę statycznego widowiska rozdarł charkot, gdzieś z ciemności, tuż przede mną. Zamarłem.

– Kurwa mać! – Galopujące serce trudniej było jednak zatrzymać, niż skląć Sułtana, który gapił się i szczerzył kły. – Sułtan, aja nanakin – powiedziałem i minąłem go ostrożnie, całego zjeżonego w chwilowym stresie. Słyszałem, jak się ponownie układa, mrucząc i wzdychając. Przed wejściem do namiotu przywiązany leżał Malczik, powinien się lepiej nadawać na stróża, bo młodszy, a spał słodko. Odszedłem kawałek między drzewa. Szum moczu rozpryskującego się w tej ciszy na wilgotnym mchu przypominał odgłosy Niagary. Tak jak zwykłe chrapanie w środku miasta nocą, dobiegające przez otwarte okno, potrafi wypełnić pustą ulicę hipnotycznym drżeniem. Dokładnie na wysokości oczu, na lichej brzózce, wisiała wilcza szczęka ozdobiona kilkoma wyblakłymi wstążkami. Cytadela czumowej linii Maginota, strach zostawał na zewnątrz niej. Wróciłem do środka. Dmitrij i Tatiana leżeli przykryci po uszy skórami i różową kołdrą, tylko oczy im jeszcze błyszczały szkliście.

– To co? Czas spać – zamruczał Dmitrij.

Zdjąłem buty, kurtkę, sweter i spodnie. Koszuli nie zaryzykowałem, mogło się zrobić jeszcze chłodno nad ranem. Posłanie było miękkie i wygodne, wiedziałem już, że najważniejsze to dobrze zawinąć nogi. Są zdradliwe, bo marzną najłatwiej, a jak raz obudzą, to noc z głowy.

– Maksim dzisiaj śpi u Nikity – powiedziałem, jednak wiadomość ta pozostała bez echa.

– Dobrze jest chodzić spać zmęczonym – po chwili milczenia rozległ się głos Dmitrija. – Najważniejsze to praca, to najlepsza rzecz ze wszystkiego.

 

Po tym manifeście zapadła cisza, jedynie maleńki płomień lizał lubieżnie ostatnią szczapkę.

* * *

– Niedobrze. Ogień nic nie mówi.

Odwróciłem się. Przy piecu klęczał Kola i z zafrasowaną miną zaglądał przez szeroko otwarte metalowe drzwiczki do wnętrza, gdzie od paru godzin paliło się w najlepsze. Szyby w oknach zaparowały zupełnie od ciepła, które zawładnęło kuchnią, podczas gdy na zewnątrz zmierzchało i wciąż padał zimny deszcz. Już od tygodnia wiemy, że z naszego umówionego spotkania z pasterzami nici. Mieli być w połowie sierpnia nad rzeką, ale w taki deszcz to nawet pies z kulawą nogą nie wychodzi spod dachu, a co dopiero tam, w lesie, tułać się. W taki deszcz, jak mi Kola powiedział, siedzi się w czumie i czeka, aż przestanie, bo reniferom ciężko w rozmokniętym mchu, a jeźdźcy nie mają jak wysuszyć ubrań. Mogłoby się tylko skończyć jakąś chorobą, a komu to potrzebne do szczęścia. Tak więc oni w czumach, a my w kuchni siedzieliśmy w oczekiwaniu na te kilka dni słońca, które pozwoliłyby nam się spotkać nad brzegiem rzeki.

– Nie są daleko – stwierdził wczoraj Kola. – Tylko niech przestanie lać.

Teraz patrzył w ogień i mocno się nad czymś zastanawiał.

– Co? – zapytałem.

W środku rozrastał się cień i na razie migotliwy blask, bijący przez wszystkie szpary rozgrzanego pieca, był jedynym źródłem światła.

– Odkąd przyjechałeś, ogień milczy. – Spojrzał na mnie niepewnie. – Zastanawia się.

– Nad czym?

– Duchy cię nie chcą w tajdze. Myślą, kim jesteś i po co przyjechałeś.

Deszcz walił o parapet, krzywa podłoga gubiła się w mroku, w którym klęczał też Kola z twarzą oświetloną różową plamą padającą z otwartych drzwiczek pieca.

– Skąd wiesz?

– Ogień zawsze ci wszystko powie, uprzedzi przed człowiekiem czy niedźwiedziem.

Ni stąd, ni zowąd w tej pogrążającej się w ciemnościach i szumie deszczu kuchni kogoś jakby przybyło. Ciemne kąty stały się jego kryjówkami, a skrzypienie mebli odgłosami jego kroków. Powietrze zgęstniało. Wszystkie nikczemności wróciły do mnie jak stado donosicieli.

– I co mówi teraz?

– Teraz? – Pokręcił głową i pogrzebał pogrzebaczem. – Waha się.

– Na pewno?

– Wczoraj w bani specjalnie w piecu napaliłem i to samo. – Z cichym zgrzytem zatrzasnął drzwiczki i założył zapadkę. Zapalił światło, musiałem zamknąć oczy. – Dałeś coś duchom, gdy wysiadłeś na brzegu?

– A co miałem dać?

Zastanowił się przez chwilę.

– Na twoim miejscu to poszedłbym teraz za dom i wyrzucił wszystko, co masz w kieszeni.

Postawił czajnik na herbatę. Wstałem od stołu, włożyłem buty, kurtkę i wyszedłem. Idąc po kładce ze śliskich desek, minąłem pole ziemniaków pełne soczystych liści. Przy wychodku przeskoczyłem spływający wodą płot i minąłem stertę leżących za nim śmieci. Miałem przed sobą rozległe lądowisko, porośnięte gęstą trawą, puste. Za nim czarna ściana tajgi. Odwróciłem się do niej plecami, wyciągnąłem garść drobniaków, które wypełniały moją kieszeń, i z całej siły rzuciłem za siebie. Słyszałem ich cichy brzęk, kiedy spadały w trawę. Gdy spojrzałem za siebie, wieczór zatapiał już ziemię w ciemności, tylko zasnute niebo lśniło jeszcze blado. Na niewielkim drzewie nieopodal dostrzegłem przemokniętego kruka. Jako że mokliśmy tutaj zupełnie sami, patrzył na mnie nieruchomo.

– Lepiej późno niż wcale – stwierdził Kola, popijając herbatę, kiedy zdejmowałem mokrą kurtkę. Wstał od stołu i otworzył piec. – Zastanawia się – orzekł, zatrzasnął drzwiczki i nalał mi herbaty. – Chodź na wiadomości – zaproponował i skierował się w stronę telewizora.

* * *

Ciepło rozchodziło się po kościach, rozgrzewało całe ciało zanurzone w ciężką kołdrę i koc. Tylko na twarzy wciąż czułem chłodny dotyk nocy, któremu bezpiecznie zakopany w ciepłym legowisku oddawałem się z przyjemnością. Wszystko dookoła tańczyło w rytm gasnącego płomienia. Cienie przybierały najdziwniejsze formy w tej cichej maskaradzie przedmiotów codziennego użytku. Na drążku, kołysząc się, schły spodnie Maksima.

– Pluń! Pluń w ogień! – zakrzyknęła Tatiana.

– Co?

– Pluń!

Ślina zaskwierczała w jasnym płomieniu. Po szczapce spłynął wytopiony z niej sok, sykiem przywołując wczorajszy wieczór. Moment, kiedy poczułem ukłucie w plecy i okazało się, że to rękoj eść moj ego noża. Wydobyłem go więc i z rozmachem wbiłem w kawałek drewna leżący przy ognisku. Reakcja była natychmiastowa. Tatiana wyrwała nóż i odrzuciła go w moją stronę.

– Pluń!

Widziałem jej szeroko otwarte oczy, patrzące na mnie ze zdumieniem.

– Pamiętaj, trzymaj to z daleka od ognia. To może być coś złego dla ciebie albo dla nas.

Przekręciłem się na plecy, miałem teraz nad sobą czarną czeluść dymnika. Ściany namiotu schodziły się do tego punktu stożkowato, jakbyśmy leżeli nakryci wielkim lejkiem, jak w wycelowanym dziale. Resztki światła pięły się po brezencie w stronę czarnego otworu, po drodze słabnąc i w końcu zatracając się w atramentowej studni, pełnej przeglądających się w jej toni gwiazd. Kiedy płomień zamarł, ciemność zaczynała spływać w dół, ogarniała coraz więcej przedmiotów.

Na początku te wiszące najwyżej, wchłaniała je, potem resztę, aż w końcu zawisła na ułamek sekundy tuż nade mną. Drzewa szumiały, jakby ktoś otworzył wszystkie okna. Ściany czumu zniknęły, roztopione w mroku, pozostawiając nas nagich wobec pustej przestrzeni.

– Pamiętaj – powiedział na odchodne Kola – nie gwiżdż tam, to burzy spokój zmarłym.

Gdziekolwiek by oni tutaj leżeli, na swoich drzewnych rusztowaniach jak w gniazdach, z żebrami prześwieconymi na wylot całym gwiazdozbiorem, poczułem na mgnienie oka, że zanim ten ciemny, nocny tłok, miażdżąc nas, wedrze się do ust, nosa i uszu, wzdychamy razem wszyscy cicho.

* * *

Cała wieś spała. Po drodze przechodzili jacyś pijacy, których przekleństwa czy głośne rozmowy dobiegały do nas przez zaciągnięte zasłony i zamknięte okna. A może była to młodzież tłocząca się do późna w najciemniejszych zakamarkach. Tylko po rojach papierosowych iskier można było poznać, jakich miejsc unikać. Telewizor pulsował, więc odwróciłem się twarzą do ściany. Kola leżał z rękami pod głową na sąsiednim łóżku i oglądał kino nocne.

– Zarzucają nas tymi horrorami, żeby zniszczyć naszą psychikę – powiedział, nie wiedząc, że już śpię i dopiero co zapadłem się w wielkie i dziwne niebieskie oczy. Ich źrenice były jak głębokie studnie, wokół których wirowało spiralnie stado ptaków. W studniach odbijało się niebo, płynęły chmury. Wystarczyło podnieść wzrok i one wisiały nad głową na kopulastym sklepieniu, jak to w górach: krzywizny, las, pagórki i pole ze stogami wyblakłego siana.

– Gorąco? – zapytał ktoś.

Było lato w pełni, upał. Pachniało skoszonym sianem, a z grzbietu pagórka odsłaniał się widok na całą rozległą dolinę, pełną szarych bloków, kościołów i ludzi. Miasteczko wdzierało się do pobocznych dolinek i wąwozów, omijało za to wielorybie garby pagórków porośniętych lasem i posiwiałą trawą. W jej gąszczu umknęła wzorzysta żmija.

– Uważaj!

To przecież tylko obwódka oka, ten wąż toczący się po ścieżce jak obręcz. A trawa, sięgająca do pasa nawet tym najwyższym, a co dopiero mnie, kryjąca w sobie wielkie kwiaty rumianku i dzwonki, to tak naprawdę rzęsy. Po każdej z nich przemknąłem jak po deskach kładki na czarne klawisze pianina, które stało głuche w dużym pokoju obok tęgiej postaci matki. Grał szklany ekran, oczy kowbojów patrzyły prosto w moje oczy, piszczała nienaoliwiona huśtawka, co przeważała się z lewa na prawo.

– Sąd – ktoś obwieścił.

Przeszło popołudnie, przez białe framugi drzwi wszedłem do pokoju, gdzie podłużne lustro srebrzyło ścianę. Ktoś tam stał. Miał napęczniałe wargi i oczy otoczone wirującą serpentyną tatuażu. Śmiał się przez zepsute zęby. To na jego ciepłej powiece zacząłem podróż.

– Witaj – powiedział.

Kręgi otaczające jego oko poprowadziły mnie dalej, po łuku opuchłej skóry, w kierunku brwi jak chaszcze nad brzegiem strumienia. Woda szumiała, rozbijała się o niewielkie głazy, przetaczała je, brunatna, gdy popadało, żłobiła skarpę jak łzy żłobiły tę twarz. Płynęły wielkimi kroplami. Brat najpierw rzucał kamieniem przez ten strumień, a potem zniknął, zakryty czarnym wzorem, który zakręcał, rozkrzewiał się i odgałęział po całym pomarszczonym czole, schodził niżej, po całej szyi, pewnie i niżej, gęsty, dziki. Omijał tylko łagodne niebieskie oczy.

– Patrzę.

Dotknąłem palcem zaparowanego lustra, pozostał ślad. Tak więc najpierw odsłoniłem oko, potem dalej, ciepły dotyk topił parę w koncentryczną linię. Tłuste policzki, wielkie uszy, bruzdy i brwi. Aksamitne wargi wykrzywione były w debilnym grymasie lub uśmiechnięte lekko, przepraszająco, władczo, opiekuńczo. Kiedy się rozchyliły, wyłoniła się pierwsza twarz, utknąłem na niej jak na zębie, potem następna i następna. Wszystkie możliwe kształty i rozmiary, spróchniałe, zdrowe i te już dawno wyrwane. Każdą rozpoznałem.

– Pożegnania, pożegnania – przedrzeźniły wargi i dmuchnęły z całej siły. Potoczyły się chmury nade mną i zdziczałą jabłonią, nad którą górował bliski las. Ścieżką nadszedł czarny pies, a pachnący wiatr z głębi lasu przeliczał mu sierść, włos po włosie. W końcu wieczór ogarnął nas i dalekie kształty między jodłami. Nigdy nie podeszły bliżej, ganiał je czarny pies i widział on tylko, aż wreszcie i on sam odszedł. Cień odbity w studni. Jak ten most na szerokiej rzece, pełnej odbić domów, aut i ludzi. Pływały na nich łabędzie, kaczki, pod nimi chmury. Co dzień wykluwało się z rzeki słońce, co noc w niej tonął księżyc. Stalowy garb spinał dwie części pękniętej równiny, jak nos spina dwie części twarzy. Między jego przęsłami wiele pająków plotło sieci w dziesiątkach kształtów i rozmiarów, w jednym kolorze tylko, czarnym. Miał oko jak akwarium przyglądające się uważnie lub pusto. Miał worki pod oczami koloru buraków, tłusty policzek, odstające uszy, żelazny nos i pulchne mamroczące wargi odsłaniające rumowisko zębów. W kąciku oka swój ogon umościł mu wąż i rozwijał się taśmowo po setkach czarnych serpentyn, opisując raz za razem, przy każdym okręgu, twarz. Mój wzrok jak do lepca przylgnął do tej linii i podążał poprzez policzek wypukły jak pierś kobiety, którą gładziłem, i na koniec całkiem zapomniałem, że to policzek, aż natrafiłem językiem na czarną linię. Moją twarz zapalił wstyd.