Zwrotnice dziejówTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jan Matejko, Bitwa pod Grunwaldem, obraz z 1878 roku. Z prawej strony przedstawionego fragmentu – wielki książę Witold.

Józef Piłsudski dokonuje przeglądu wojska po zajęciu Wilna, kwiecień 1919 roku.

.

Chyba żadne inne wydarzenie w historii Polski nie odcisnęło tak mocnego piętna na losach naszego kraju jak zaproszenie litewskiej dynastii Giedyminowiczów na Wawel i unia z Litwą. Normalny, średniej wielkości europejski kraj, będący monarchią narodową, związał się z litewskim kolosem rządzonym przez pogan.

Bez wątpienia związek Polski z Litwą to wydarzenie o niezwykle doniosłych konsekwencjach. Oba państwa i narody szły razem przez dzieje aż do XIX wieku. To dziedzictwo jest częścią polskiej tożsamości. Do dziś rzutuje na kierunki naszej polityki zagranicznej, nasz kod kulturowy, wyobrażenia o świecie i mentalność.

Wspomniał pan o konsekwencjach unii z Litwą. Ja nie mam wątpliwości, że zaproszenie wielkiego księcia Jogaiły do Krakowa było błędem, a związek z Litwą wykoleił nasze dzieje. Uwikłał nas w wiele zagadnień zupełnie nieistotnych z punktu widzenia etnicznej Polski i skazał na śmiertelne zapasy z Rosją. Sprawił, że nasz kraj zniknął z mapy Europy i zmarnował cały XIX wiek, czyli czas, kiedy narody wykuwały swoją przyszłość i dobrobyt. Gdyby królem został mazowiecki Piast Ziemowit IV, historia byłaby dla nas o wiele łaskawsza. Nie mielibyśmy dziś może tradycji kresowych, całej tej malowniczej wschodniej legendy, ale też nie karmilibyśmy się miazmatami „idei jagiellońskiej”, mętnymi wspomnieniami o Polsce „od morza do morza” i jakąś dziwną dumą ze zdobycia i spalenia Moskwy. Bylibyśmy innym narodem – bez fobii antyrosyjskiej, bez traum rozbiorów i powstań, bez kompleksów rodzących się wtedy, gdy ktoś z wysokiego konia spada bardzo nisko, bardziej pewnym siebie i swojego miejsca w Europie, narodem, który nie dobija się uznania i jednocześnie jest przekonany o własnej wyjątkowości. Przepraszam za „exposé”, ale było potrzebne, bo podczas tej rozmowy będę stał twardo za Piastem.

Proszę bardzo, publicystom na ogół jest łatwiej o wyraziste poglądy niż historykom. Spór o to, czy związek z Wielkim Księstwem Litewskim był korzystny dla mieszkańców Polski, dla kraju zwanego Corona Regni Poloniae, trwa i będzie trwać. Pan określił się jako zwolennik koncepcji „piastowskiej”, akcentującej wagę interesów Polski, skupionej na ziemiach zlepionych w jeden organizm przez pierwszych Piastów. Ale równie wielu zwolenników ma teza, że unia otworzyła przed Polską niezwykłe perspektywy i pozwoliła nam stać się potęgą, jednym z państw dominujących w Europie Środkowo-Wschodniej. Naszym zadaniem nie jest rozstrzyganie tego sporu, tylko zastanowienie się, czy inny scenariusz był możliwy.

A był możliwy?

Tak. Ziemowit IV mazowiecki był o włos od korony. Gdyby kasztelan wojnicki Jaśko z Tęczyna nie przemówił na zgromadzeniu szlachty w Sieradzu przeciwko niemu lub gdyby arcybiskup Bodzanta po kolejnym zjeździe sieradzkim pojechał do Gniezna i włożył koronę obwołanemu królem Piastowi, Jagiellonów na Wawelu by nie było.

I Rzeczypospolitej Obojga Narodów później też by nie było?

Tego nie możemy być pewni. Nie byłoby z pewnością unii w Krewie w 1385 roku, która zapoczątkowała trwający kilkaset lat związek Polski z Litwą. Inny scenariusz był możliwy. Ziemowit IV zrobił wiele, żeby sięgnąć po koronę, działał z wielką determinacją, ale moim zdaniem nie wykorzystał wszystkich możliwości. Zdecydowanie jednak Polska nie była na związek z Litwą skazana, istniała alternatywa dla wielkiego księcia Jogaiły, który stał się królem Polski Władysławem Jagiełłą.

O tym, że Polska musi szukać nowego króla, zadecydował zmierzch królewskiej linii Piastów. Kazimierz Wielki, kochliwy mężczyzna, nie miał szczęścia do żon. Synów zostawił, ale wszystkich z nieprawego łoża. Wiadomo, ilu ich miał?

Źródła i historycy nie są w tej sprawie zgodni. Być może nawet trzech. Wiadomo, że dwóch nieślubnych synów uposażył. A żony miał cztery, z tego w pełni legalne tylko dwie pierwsze. Pierwszą małżonką była księżniczka litewska Aldona, która na chrzcie przyjęła imię Anna. Urodziła Kazimierzowi dwie córki. Jedna z tych córek, Elżbieta, była matką Kaźka Słupskiego, którego król później usynowił. Anna zmarła, a Kazimierz wziął za żonę Niemkę, Adelajdę Heską. Małżeństwo niedługo po ślubie zaczęło się rozpadać, bo okazało się, że Adelajda nie tylko nie może dać Piastowi upragnionego syna, ale w ogóle nie może mieć potomstwa. Król rzucił się w wir romansów z różnymi kobietami. Z tych przelotnych związków rodziły się dzieci, które nie miały praw do następstwa tronu. Nadal nie było dziedzica. A z umów, które Kazimierz zawarł z Andegawenami węgierskimi, wynikało, że jeśli nie będzie miał męskiego potomka, władzę w królestwie przejmą sąsiedzi z południa.

Dlaczego Kazimierz zawarł taką umowę z dynastią węgierską? A właściwie francuską na węgierskim tronie.

Bo Polska, wychodząc z rozbicia dzielnicowego, pozostawała w konflikcie z zakonem krzyżackim i królem Czech Janem Luksemburskim. Zwłaszcza sojusz Czech i zakonu mógł okazać się dla nas śmiertelnie groźny. Luksemburczyk miał prawa do tronu polskiego, jako spadkobierca wymarłej czeskiej dynastii Przemyślidów, której przedstawiciel, Wacław II, koronował się w 1300 roku w Gnieźnie na króla Polski. I upominał się o te prawa. Ale Luksemburgowie – wyjątkowo dynamiczna dynastia, która doprowadzi Czechy i Pragę do rozkwitu – rywalizowali z Andegawenami węgierskimi. A wiadomo, że nieprzyjaciel mojego nieprzyjaciela jest moim przyjacielem. Już Łokietek szukał oparcia na Węgrzech. Wydał swoją córkę Elżbietę za króla Węgier Karola Roberta. Sojusz z południowym sąsiadem stał się fundamentem polityki zagranicznej ostatnich Piastów.

Kazimierz Wielki trzymał się przez całe swoje panowanie odziedziczonego po ojcu sojuszu z Andegawenami. Nie miał wyjścia, gdyż innych kandydatów na sojuszników nie mieliśmy – Litwa nie mogła być brana pod uwagę, bo była pogańska. Kazimierz dość często bywał u siostry w Budzie, znał dobrze jej syna, późniejszego króla Ludwika, zwanego u nas Węgierskim. W zamian za wsparcie w zmaganiach z Luksemburgami i zakonem Kazimierz obiecał, że jeżeli nie pozostawi następcy, tron Polski obejmie król Węgier Karol Robert. Ten jednak zmarł w 1342 roku, więc Kazimierz ponowił obietnicę wobec króla Ludwika. Układy odnawiano kilka razy, ostatni raz w 1364 roku, podczas słynnego zjazdu monarchów w Krakowie, zwieńczonego ucztą u Wierzynka.

Jak widać, Andegawenowie mieli mocne podstawy, by liczyć na tron Polski dla siebie. Kazimierz nie był tą perspektywą zachwycony. Robił wszystko, by jednak mieć syna. Odesłał Adelajdę na zamek w Żarnowcu nad Pilicą, występował do papieża o unieważnienie małżeństwa. Gdy przebywał z wizytą w Pradze, podsunięto mu mieszczkę, Krystynę Rokiczaną. Niewiele myśląc, zaręczył się, a potem w Krakowie wziął ślub, którego udzielił mu opat tyniecki. Zupełnie bez sensu, bo w świetle prawa był bigamistą, a w dodatku było to małżeństwo morganatyczne – syn króla i mieszczki i tak tronu by nie objął. Protestowaliby papież, Andegawenowie, Luksemburgowie. Czeszka zbyt długo w Krakowie nie zabawiła, a Kazimierz – wtedy już mężczyzna po pięćdziesiątce – wpadł na pomysł ślubu z Jadwigą Żagańską, córką Henryka z rodu Piastów śląskich. Małżeństwo nie zostało uznane przez papieża, bo Adelajda, mimo że wróciła do rodzinnej Hesji, nadal uważała się za królową Polski i pilnowała swoich interesów. Kazimierz najprawdopodobniej sfałszował jednak papieski dokument zezwalający na małżeństwo z Jadwigą. I starał się o syna.

Doczekał się trzech córek. Pech.

Takie zjawiska decydowały o losach narodów w czasach, gdy politykę uprawiały dynastie. Gdyby miał syna, to nie oglądając się na papieża i Andegawenów, zapewniłby mu następstwo.

Zapewnienie ciągłości dynastii było jedną z ważniejszych dziedzin polityki państwowej. Szkoda, że tak wybitny władca jak Kazimierz Wielki „potknął się” na chromosomie XX.

Nie on jeden. Ludwik Węgierski też się potknął. Ale Kazimierz Wielki był naprawdę wybitnym władcą. Widać to także w tym, że gdy stało się jasne, iż może nie doczekać się upragnionego syna, wpadł na pomysł usynowienia Kazimierza słupskiego, zwanego w naszej historiografii Kaźkiem.

To był wnuk Kazimierza?

Tak. Syn jego córki Elżbiety i księcia wołogoskiego, czyli zachodniopomorskiego, Bogusława V.

Wyraźnie widać kierunek wytyczony przez ostatniego Piasta – powrót na Pomorze Zachodnie.

Może nie od razu powrót, ale na pewno zacieśnienie stosunków politycznych z tym krajem. Kazimierz pod koniec panowania próbuje wbić się klinem między Marchię Brandenburską i zakon. Chce przeciąć główny szlak komunikacyjny, którym przybywali do Prus rycerze z zachodniej Europy, z różnych krzyżackich komturii. To mu się udało. Odzyskaliśmy Santok i Drezdenko, a potem na mocy układu z margrabią Brandenburgii włączyliśmy do Korony Królestwa Polskiego fragment Nowej Marchii graniczący z Pomorzem Zachodnim, zyskaliśmy Czaplinek, Drahim i Wałcz. Zlikwidowaliśmy pas brandenburskich posiadłości wbijający się w ziemie Pomorza Zachodniego, rozerwaliśmy najszybsze lądowe połączenie zakonu z Rzeszą Niemiecką. Po wielu latach Polska odzyskała granice z Pomorzem Zachodnim – z księstwem słupskim, czyli dziedziną Kaźka.

I temu strategicznemu, przeprowadzonemu z żelazną konsekwencją zamysłowi towarzyszyło usynowienie Kaźka przez króla Kazimierza. Nie było to często praktykowane w tamtych czasach.

Za jednym zamachem rozwiązane zostają dwa problemy: oskrzydlamy zakon i mamy piastowskiego – po kądzieli – dziedzica tronu?

 

Taki był zamysł Kazimierza. Po śmierci matki Kaźka wychowywano na królewskim dworze w Krakowie, ale dłuższy czas spędził też w Pradze, w otoczeniu cesarza Karola IV. To tak, jakby skończyć Oxford, a potem rozpocząć kolejne studia na Harvardzie. Kaźko odebrał naprawdę staranne wykształcenie, z bliska obserwował rządy wielkich władców ówczesnej Europy. Kazimierz Wielki usynowił go najprawdopodobniej w 1369 roku.

Ile Kaźko miał wtedy lat?

Był pełnoletni nawet wedle dzisiejszych standardów – miał osiemnaście lat. Ale Kaźko to nie był dziedzic „na dziś”. To był „dziedzic zapasowy”, następca „na jutro”. Zobowiązania Kazimierza Wielkiego dotyczące sukcesji Andegawenów w Polsce dotyczyły tylko Ludwika, ale już nie jego synów. W czasie gdy były zawierane układy, Ludwik nie miał potomstwa. Jego dwie córki urodzą się już po śmierci Kazimierza. Polski król mógł mieć nadzieję, że Kaźko, już jako dojrzały mężczyzna, po śmierci Ludwika, obejmie rządy w królestwie, włączy do Korony swoje księstwo i da nam dostęp do morza.

Na wiosnę 1370 roku król koncentruje wojska na granicy ze Śląskiem. Przez kilkadziesiąt lat cierpliwie zbierał siły, rozwijał gospodarkę, reformował państwo, wzmacniał potencjał kraju, zajmując zachodnie księstwa ruskie. Teraz zaczął szykować wielką wojnę?

Tak, jej stawką miało być odzyskanie Śląska i kolejne wzmocnienie państwa. Niestety, nadszedł dzień 9 września 1370 roku. Sześćdziesięcioletni król wybrał się na polowanie w okolicach Przedborza w powiecie radomszczańskim. Gdy gonił jelenia, przewrócił się pod nim koń. Kazimierz zranił się w goleń. W końcu października przywieziono go na zamek krakowski. Miał wysoką gorączkę. 3 listopada podyktował swój testament. Dwa dni później zmarł. Powodem śmierci najprawdopodobniej było zakażenie.

W testamencie zapisał Kaźkowi ziemię sieradzką, łęczycką, kujawską i dobrzyńską, kasztelanię bydgoską i kruszwicką oraz między innymi gród w Wałczu. Te ziemie graniczyły z księstwem Kaźka, Mazowszem, z zakonem i Śląskiem. Dziadek wiązał tym samym „dziedzica zapasowego” z najważniejszymi zadaniami państwa i dawał mu solidną bazę do działania, uposażenie na przyszłość.

Panowie małopolscy, stanowiący otoczenie Kazimierza Wielkiego, unieważnili testament. Zniszczyli pergamin na oczach kanclerza. Dwieście lat wcześniej, gdy swoją wolę ogłaszał Bolesław Krzywousty, nie było nawet pergaminu. A i tak wszyscy posłuchali woli władcy. Dlaczego teraz stało się inaczej?

Bo to już nie było państwo, w którym jedynie wola władcy stanowiła prawo. Za czasów Krzywoustego księstwo było prywatną własnością panującego. W XIV wieku mamy już do czynienia z państwem stanowym, czyli takim, o którego polityce współdecydują mieszkańcy. W wypadku Korony były to stany duchowny, rycerski (szlachecki), mieszczański i chłopski. Oczywiście w ówczesnej Polsce najwięcej do powiedzenia mieli duchowni i szlachta, ale miasta też dysponowały siłą polityczną. Każdy stan posiadał stosowne przywileje, a nad wolą panującego stało prawo.

Możnowładcy małopolscy – reprezentujący stan duchowny i szlachecki – uznali, że Kazimierz Wielki nie mógł ot tak sobie wydzielić ziem dla swojego wnuka. Nadanie ich księciu rozbijałoby integralność kraju, oddzielało Małopolskę od Wielkopolski, czyli szkodziło interesom państwa. Niemniej ich głos był tylko doradczy. Wykonanie testamentu zablokował w istocie śląski Piast Władysław Opolczyk, pełnomocnik króla Ludwika Andegawena i jego palatyn. Ostatecznie niektóre fragmenty testamentu dotyczące Kaźka król anulował, aczkolwiek opierając się na zdaniu panów małopolskich. Po tej korekcie Kaźko dostał ziemię dobrzyńską, Bydgoszcz, Wałcz i Złotów, ale jako lenno od Ludwika, a nie darowiznę od dziadka.

I pokornie się z tym zgodził?

W ogóle nie protestował. Ludwik na wieść o chorobie Kazimierza opuścił Budę, był w Krakowie już dwa dni po jego śmierci, szybko został koronowany. Kaźko nie odgrywał żadnej roli – cieszył się, że w ogóle jakieś ziemie dostał. Nie odziedziczył zbyt wielu talentów po dziadku. Był rozrzutny, często musiał pożyczać pieniądze od siostry Elżbiety, żony cesarza Karola IV. Przeżył Kazimierza Wielkiego tylko o siedem lat. Wdał się w walki z księciem kujawskim Władysławem Białym, który zgłosił pretensje do ziem Kaźka. Podczas oblężenia Złotoryi został zraniony kamieniem w głowę i zmarł. Nadane mu lenna wróciły do Korony Królestwa Polskiego. Tak kończy się jego historia. Nie dorósł do oczekiwań.

Albo nie dane mu było dorosnąć. Czasem zbroja kształtuje rycerza.

Ten projekt Kazimierzowi Wielkiemu się nie udał. Nie udało mu się ocalić tronu dla rodu Piastów.

Nastały rządy Ludwika. A w zasadzie panów małopolskich.

Ludwik rzadko bywał w Krakowie. Zajmował się głównie polityką węgierską, rozszerzał panowanie Korony Świętego Stefana. W Krakowie najpierw jako regentka rezydowała jego matka, Elżbieta Łokietkówna. Ale w końcu wróciła do Budy, a wielkorządcą Polski został Władysław Opolczyk. Prowadził własną politykę, królestwo szczególnie go nie obchodziło. Odpowiedzialność za kraj wzięli więc na siebie możnowładcy z Małopolski, rody Toporczyków, Leliwitów, biskup krakowski Zawisza z Kurozwęk.

Sytuacja, w której król jest daleko, a rządzą oni, chyba im się podobała?

Mieli z tego korzyści finansowe i prestiżowe. Ludwik obdarowywał ich dostojeństwami i nadaniami. Ale trzeba przyznać, że swoje obowiązki traktowali poważnie. Gospodarka kraju funkcjonowała nieźle, nie zmarnotrawiono kapitału zgromadzonego przez Kazimierza Wielkiego.

Ale we wszystkich innych dziedzinach rządy Ludwika to degradacja państwa.

To nie był dobry czas dla Korony Królestwa Polskiego. Przestaliśmy być aktywnym graczem na arenie międzynarodowej, o żadnych planach związanych z odzyskaniem Śląska lub rewindykacyjną polityką wobec Brandenburgii czy zakonu nie było już mowy. Co gorsza, Ludwik Węgierski przejął kontrolę nad podbitą przez Kazimierza Wielkiego Rusią Czerwoną. Niemniej król dbał o bezpieczeństwo na drogach, o rozwój miast, o rozszerzenie szlaków handlowych.

Jedyna rzeczywista aktywność Ludwika jako króla Polski związana była z zapewnieniem sukcesji jego córkom?

Owszem, ale to w pełni zrozumiałe. Zapewnienie tronu córkom, a nie synom, w średniowiecznej Europie stanowiło nie lada wyzwanie. Pierwsza, w 1370 roku, rodzi się Katarzyna. Ludwik doczekał się jej po siedemnastu latach pożycia ze swoją żoną, piękną Elżbietą Bośniaczką. Później na świat przychodzą Maria i Jadwiga – przyszły król Polski i święta Kościoła.

Dzięki córkom Ludwika szlachta w Polsce otrzymała wspaniały prezent w postaci przywileju koszyckiego. To kamień milowy prowadzący do powstania państwa szlacheckiego, do dominacji szlachty nad pozostałymi stanami. Ludwik, w zamian za zgodę szlachty na uznanie praw do tronu polskiego jego córek – bo dokument nie wymienia, której konkretnie – zobowiązał się między innymi do nieustanawiania nowych podatków bez zgody rycerstwa, zwolnił szlachtę z obowiązku budowy i naprawy zamków oraz utrzymywania dworu królewskiego w czasie jego podróży po kraju. Urzędy miały być tylko dla Polaków. To był handel polityczny, w ten sposób szlachta uczyła się paktowania z władcą.

Która z córek miała konsumować owoce tego układu? Którą wyznaczono do rządów w Polsce?

Ludwik początkowo planował, że rządy w Koronie obejmie – wraz z mężem – Katarzyna. Ta jednak umarła w wieku ośmiu lat. Postawił więc na Marię, zaręczoną z Zygmuntem Luksemburskim, margrabią Brandenburgii i synem cesarza. Jadwidze miały przypaść Węgry i całe południe monarchii. Jej mężem miał zostać książę austriacki Wilhelm Habsburg, ale moc prawna tego związku zależała od jego fizycznego dopełnienia. Kościół uznawał, że obowiązki małżeńskie mogą wypełniać dwunastoletnie dziewczynki i czternastoletni chłopcy. To był tak zwany wiek sprawny.

Zatem pełnoprawnym mężem Jadwigi Wilhelm Habsburg mógł stać się dopiero w 1386 roku. Co na te plany państwowo-matrymonialne polska szlachta?

Małopolanie byli gotowi zaakceptować Marię, ale nie Zygmunta Luksemburskiego. Uważali, że unia z Brandenburgią przyniesie nam więcej szkody niż pożytku. Stali na stanowisku, że Maria będzie naszą królową, ale my znajdziemy jej męża. Wielkopolanie byli skłóceni. Część z nich uważała, że władca Brandenburgii jako król Polski skupi się na sprawach dla tej prowincji ważnych, skieruje znów politykę państwa ku morzu.

We wrześniu 1382 roku umiera król Ludwik Węgierski i historia przyspiesza. Najbliższe trzy lata zadecydują o losach Polski na kilka kolejnych stuleci.

Jesienią szlachta na zjazdach w Radomsku i Wiślicy uchwala, że dochowa wierności umowom i zgodzi się na króla kobietę z Węgier, ale pod warunkiem, że przybędzie ona z mężem do Krakowa. Widać jednocześnie opór znacznej części szlachty przeciwko Luksemburgowi. W Wielkopolsce wybucha wojna domowa między dwoma wielkimi rodami – Grzymalitami i Nałęczami. Do konfliktów personalnych związanych z postacią znienawidzonego starosty generalnego Wielkopolski Domarata z rodu Grzymałów dochodzą sprawy sukcesji, bo Grzymalici to zwolennicy Luksemburga. Chcą, by został królem Polski. Nałęczowie najpierw reprezentują opcję andegaweńską, później poprą Ziemowita IV.

O Ziemowicie za chwilę. Co dzieje się na Węgrzech?

Dochodzi do zmiany wizji politycznej. Wdowa Elżbieta Bośniaczka i możnowładcy węgierscy, wbrew testamentowi Ludwika, postanowili, że królową Polski zostanie młodsza z córek, Jadwiga. Starsza Maria wraz z mężem Zygmuntem Luksemburskim miała panować na Węgrzech.

To dało nam spore możliwości. Jadwiga była kilkuletnim dzieckiem i formalnie mężatką. Można było wpuścić Jadwigę na Wawel razem z Wilhelmem Habsburgiem. Można też było postarać się o unieważnienie nieskonsumowanego małżeństwa i poszukać innego kandydata na męża i króla.

Właśnie. Z tej możliwości polscy panowie skorzystali. W dodatku Węgrzy rozwiązali nasz problem z Zygmuntem Luksemburskim, który entuzjazmu u większości szlachty nie budził. Na kolejnych zjazdach dostojnicy świeccy i duchowni oraz rycerstwo polskie uznali, że Jadwiga może być królem, ale musi przybyć do Krakowa, tu się koronować i stąd rządzić krajem. Elżbieta Bośniaczka zwlekała jednak z wysłaniem córki do Polski. Co istotne, panowie polscy – zarówno Wielkopolanie, jak i Małopolanie – nie godzili się na Wilhelma Habsburga jako męża Jadwigi. Sami chcieli dysponować jej ręką.

Dlaczego?

Wielkopolanie uważali, że będzie zajmował się sprawami południa i nie zna się na zagadnieniach, które są ważne dla ich prowincji. Panowie małopolscy obawiali się natomiast, że Habsburg będzie traktował Koronę Królestwa Polskiego instrumentalnie, jako dodatek do swoich włości w Austrii. Ponadto nie osiągnął jeszcze „wieku sprawnego”, kontaktów z Polską nie miał do tej pory żadnych, nie wiadomo było, kim jest i co z niego wyrośnie. Habsburg odpadał. Rozpoczęło się przeglądanie krótkiej listy kandydatów na męża Jadwigi i króla Polski.

Ale listy nie trzeba było nawet przeglądać. Świetny kandydat zgłosił się sam. I to w jakim stylu. Książę mazowiecki Ziemowit IV już w styczniu 1383 roku wkroczył z wojskami do Wielkopolski.

I ten styl działania – gwałtowny, bez przygotowania zaplecza, przedkładający miecz nad dyplomację – zaszkodzi mu w staraniach o koronę. Ziemowit był Piastem, rządził połową Mazowsza, które było wtedy samodzielnym księstwem. Kontakt nawiązał z nim wielki wojownik, Bartosz z Odolanowa, walczący w wielkopolskiej wojnie domowej po stronie Nałęczów. Nakreślił mu perspektywy, a Ziemowit uznał, że warto zaryzykować. Pojawił się na scenie politycznej, wspierał militarnie Nałęczów, zyskał wpływowych stronników, w tym arcybiskupa gnieźnieńskiego Bodzantę.

W marcu 1383 roku doszło do zjazdu szlachty w Sieradzu. Przeważało tam rycerstwo z Wielkopolski. Zgodzono się na objęcie tronu przez Jadwigę, ale Ziemowit miał zostać jej mężem i jednocześnie faktycznym władcą Polski. Do ostatecznej decyzji nie dopuścił Małopolanin, kasztelan wojnicki Jaśko z Tęczyna herbu Topór. W śmiałej przemowie powołał się na dawne przyrzeczenia dane Jadwidze. Przekonał zgromadzonych, że trzeba czekać na jej przyjazd. A jeżeli nie przyjedzie, dopiero wtedy obrać króla.

Ziemowit IV postanowił więc zagrać va banque. Jadwiga i Elżbieta Bośniaczka miały przybyć do Polski w maju. Trzeba je było powitać po przekroczeniu granicy. Na spotkanie Jadwigi jechał też Bodzanta z orszakiem pięciuset kopijników mazowieckich. Wśród nich ukryty był Ziemowit. Chciał porwać Jadwigę i siłą doprowadzić do ołtarza?

Ale nie udało się utrzymać tajemnicy, panowie małopolscy zadziałali i Kraków zamknął bramy przed orszakiem arcybiskupa... Prawdziwość tej historii jest jednak kwestionowana.

 

Szkoda, bo jest bardzo malownicza.

Jeśli rzeczywiście Ziemowit miał zamiar porwać i poślubić Jadwigę, to taki pomysł nie wystawia mu najlepszego świadectwa. Owszem, zdarzały się czasem w Europie podobne praktyki, ale wątpię, by Elżbieta Bośniaczka zgodziła się na zięcia, który poślubiłby jej córkę w wyniku raptus puellae (dosłownie: porwanie dziewicy).

Ale Ziemowit, biorąc ślub z Jadwigą, postawiłby wszystkich przed faktem dokonanym.

Mam wątpliwości. Ziemowit miał inne możliwości działania. Atak na węgierski orszak, porwanie dziewięcioletniej królewny, ślub pod przymusem? Tak się nie zachowuje mąż stanu.

Tak czy inaczej, Jadwiga do Polski nie przybyła. A Ziemowit nie rezygnował. Był pełen energii i woli walki. Jak prawdziwy Piast.

Walczył, nie przeczę. Ale w tej sytuacji lepiej byłoby rozmawiać. Zajął całe Kujawy i Łęczycę, bił się w Wielkopolsce. W sierpniu 1383 roku znowu zwołał zjazd szlachty do Sieradza. Tym razem frekwencja była mniejsza niż podczas poprzedniego zgromadzenia, zabrakło najważniejszych dostojników, przeważała młodsza szlachta. Znalazł się tam jednak arcybiskup Bodzanta, który zaproponował Ziemowita na króla. Zebrani gremialnie się na to zgodzili. Obwołano Ziemowita królem, podniesiono na tarczy, posadzono na symbolicznym tronie. Wydawało się, że ambitny książę dopnie swego. Bodzanta cofnął się jednak przed koronacją.

Z jakiego powodu?

Bo tym razem w Sieradzu nie było w ogóle szlachty z Małopolski. Arcybiskup wiedział, że taki gest może spowodować ostrą reakcję panów małopolskich, którzy od samego początku mocno zwalczali kandydaturę Ziemowita.

Jaki był powód niechęci elit możnowładczych z Małopolski do Piasta z Mazowsza?

Ich tok myślenia był taki: za Ludwika Węgierskiego mieliśmy najwięcej do powiedzenia w kraju, a teraz mamy zgodzić się, żeby Wielkopolanie narzucili nam króla? Mamy stracić na znaczeniu?!

Ale nie tylko o ambicje Toporczyków i Leliwitów chodziło. Znaczna część Wielkopolan poparła Ziemowita, bo liczyli, że z takim władcą Polska skoncentruje się na odzyskaniu Śląska i poszerzaniu królestwa ku Bałtykowi, w kierunku Pomorza Zachodniego, a potem podejmie walkę z zakonem o ujście Wisły. Natomiast dla Małopolan ważniejsze były zdobyta przez Kazimierza Wielkiego Ruś Czerwona i szlaki handlowe w kierunku Morza Czarnego. Uważali, że kontrola Polski nad południowymi szlakami skłoni miasta śląskie do bliższej współpracy z Krakowem. Chcieli dochować umów z Andegawenami i koronować Jadwigę, ponieważ sojusz z Węgrami gwarantował pokój na gorącej granicy z Czechami Luksemburgów.

Męża Jadwidze mogli przecież wybrać dowolnego.

Mogli. Odrzucili Ziemowita, gdyż nie odpowiadał ich wizji rozwoju państwa i stanowił zagrożenie dla ich karier. Zygmunt Luksemburski też nie wchodził w grę, bo miał już żonę, Marię Andegaweńską. Drugoligowi książęta niemieccy, w tym Wilhelm Habsburg – wykluczone. Tatarzy krymscy – absurd. Zostawała Litwa i wielki książę Jogaiła.

A nie było tak, że panowie małopolscy chcieli króla obcokrajowca, bo na takiego mogli wywierać wpływ? Ziemowitem byłoby trudniej sterować, gdyż Piastowie – jak pisał Jan Długosz – byli „przyrodzonymi panami” Polski.

Ten czynnik też był istotny. Piast już na wstępie miałby mocniejszą pozycję niż król z zagranicy. Panowie małopolscy liczyli, że przybysz z obcego kraju, osadzony w zupełnie nowym, kompletnie nieznanym środowisku, oprze się na nich i będzie w pewien sposób od nich zależny. Że będzie wdawał się w targi polityczne ze szlachtą. Ziemowit sprowadziłby własnych stronników i mógłby odsunąć możnych z Małopolski od rządów. Dla elit krakowskich kandydatura rodzima była mniej korzystna od zagranicznej.

Czy w ogóle istniała jakaś możliwość lepszego ułożenia relacji Ziemowita z elitami Małopolski? Była przestrzeń do działania, której Piast nie wykorzystał?

Oczywiście, że była. Ziemowit wkroczył do gry o tron jako dojrzały, trzydziestoletni mężczyzna. Nie musiał od razu wyciągać miecza. Mógł rozpocząć grę polityczną w stylu Kazimierza Wielkiego i wówczas łatwiej i szybciej osiągnąłby sukces.

Czyli?

Użyć środków dyplomatycznych. Na początku 1383 roku, krótko po śmierci Ludwika Węgierskiego, nie było jeszcze kandydatury Jagiełły. Na marcowym zjeździe w Sieradzu wybór Ziemowita na króla udaremnili możni z Małopolski, którzy twardo stali na stanowisku dotrzymania umów z Andegawenami i żądali wysłania królewny Jadwigi do Polski. W tej sprawie panowała zgoda między Małopolanami a Wielkopolanami. Nikt nie kwestionował, że Jadwiga ma zostać królem Polski. Uwaga – królem, nie królową. Królowa to żona króla. Jadwiga miała być królem. Punktem spornym był wybór jej partnera życiowego, czyli w praktyce króla. Bo jasne było, że mąż Jadwigi nie będzie ograniczał się tylko do funkcji prokreacyjnych. To mężczyzna miał naprawdę panować.

Wracając do Ziemowita – skoro widział opór Małopolan wobec swojej kandydatury, to mógł z nimi rozmawiać. Dowiedzieć się, na jakich warunkach zgodziliby się, żeby to on został mężem Jadwigi. A potem jechać do Budy i szukać porozumienia z Elżbietą Bośniaczką. Przekonywać, że jest dobrym kandydatem – katolikiem i Piastem.

Dotrzymam sojuszy, jestem młody, razem z Jadwigą utrwalimy dynastię.

Właśnie. Bośniaczka mimowolnie ułatwiała życie Ziemowitowi, tak długo zwlekając z wysłaniem córki do Krakowa. Książę mazowiecki miał czas, ale zmarnował go na działania zbrojne, które nie mogły przynieść decydującego rozstrzygnięcia. Roztrwonił też olbrzymi kapitał, czyli poparcie arcybiskupa Bodzanty. Nie wykorzystał należycie wsparcia najważniejszego dostojnika polskiego Kościoła.

Co mógł zrobić lepiej?

Bodzanta przez ponad dwadzieścia lat odpowiadał za prowadzenie polityki gospodarczej w dobrach królewskich na terenie Małopolski. Był nawet przez jakiś czas żupnikiem wielickim i bocheńskim. Gospodarował z sukcesami i – co najważniejsze – znał z tych czasów rody małopolskie. Bywał wśród tych, którzy zdecydowali, kto będzie królem Polski. Nic nie wskazuje na to, by Ziemowit próbował wykorzystać te kontakty Bodzanty. Nie widać prób rozmów, mediacji. Książę piastowski w pewnym momencie musiał zauważyć, że samo poparcie Wielkopolan nie wystarczy. Powinien był próbować rozmów i negocjacji.

Albo skutecznie wpłynąć na arcybiskupa, by ten jednak koronował go po drugim zjeździe w Sieradzu.

Taki scenariusz też był możliwy. Bodzanta i Ziemowit mogli pojechać z Sieradza do Gniezna – pokonaliby tę odległość w dwa dni – i tam koronować księcia Mazowsza Ziemowita IV na króla Polski Ziemowita I.

Dlaczego więc tego nie zrobili?

Arcybiskup nie był politykiem, który stawia wszystko na ostrzu noża. Nie należał do ludzi zdecydowanych, często zmieniał obozy polityczne. A przede wszystkim znał panów krakowskich. Wiedział, że demonstracyjne pominięcie ich w procesie wyłonienia władzy państwowej wywoła duży opór. Mógł obawiać się długotrwałej wojny domowej, włączenia się w nią obcych państw. Mimo że w czasie drugiego zjazdu sieradzkiego wykazywał duży entuzjazm dla planu objęcia tronu przez Ziemowita. Później więc jakby się zatrzymał.

A co by się stało, gdyby się nie zatrzymał? Gdyby Bodzanta był zdeterminowany i koronował Ziemowita?

Rycerstwo wielkopolskie, kujawskie i oczywiście mazowieckie złożyłoby nowemu władcy hołd. Cała północna Polska uznałaby go za króla. I można przyjąć, w wersji optymistycznej, że panowie małopolscy, czyli znana z odpowiedzialności za państwo, bardzo dojrzała elita polityczna Królestwa Polskiego, nie wezwaliby posiłków z Węgier i nie ruszyli z mieczami na nowego króla.

A tak właśnie stało się w rzeczywistości. Ziemowit został pokonany przez połączone siły małopolsko-węgierskie pod osobistym dowództwem Zygmunta Luksemburskiego. To był kres marzeń Piasta o koronie.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?