Zwrotnice dziejów

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Była jeszcze ich matka.

Która dostała od męża Łęczycę. I – jak każda matka, która chce dla synów jak najlepiej – chętnie jak najszybciej zlikwidowałaby władzę Władysława. No bo jak to? Syn pierwszej żony będzie rządził moimi dziećmi? Niby dlaczego? Zauważmy, że wdowa już trzy lata po śmierci męża narusza uprawnienia Władysława, nie pytając go o zdanie w sprawie zaręczyn swojej córki. Czyż jej mąż, Krzywousty, nie mógł powiedzieć: Salomeo, po mojej śmierci masz zostać z synami na dworze Władysława, który rządzi całym krajem, taka jest moja wola?

Teoretycznie mógł.

Mógł, bo był księciem, mężem i ojcem. Rządził księstwem i rodem Piastów. I jeżeli w taki sposób określiłby porządek sukcesji i stosunki w rodzinie panującej, nie narażałby księcia zwierzchniego na zmaganie się z opozycją braci. Ci pewnie byliby niezadowoleni z takich rozstrzygnięć, ale nie dysponowaliby możliwościami swobodnego działania w swoich dzielnicach, szukania zwolenników, budowania zaplecza umożliwiającego walkę z princepsem.

Możnowładcy świeccy i duchowni też nie byliby zadowoleni z takich rozstrzygnięć, więc opozycja wobec Władysława i tak by powstała.

Oczywiście, że nie byliby zadowoleni. Możni w tych czasach byli już na tyle silni, że chcieli mieć udział w rządach. Tak samo było na Węgrzech i w Czechach. Ale tam nie złamali władzy królewskiej czy książęcej. Otrzymywali pewne przywileje, zwalniające ich z obowiązków wobec panującego lub zezwalające im na wykonywanie władzy w jego imieniu. Panujący dzielili się z nimi władzą, nadal wszakże mieli jej wystarczająco dużo, by utrzymać jedność państwa.

Poza tym możemy przypuszczać, że Bolesław Krzywousty uzgodnił swój akt sukcesyjny z możnymi kilka lub kilkanaście lat przed śmiercią. Uzyskał zgodę najważniejszych osób w państwie na osadzenie synów w dzielnicach. Niemniej mógłby też starać się o uzyskanie ich wsparcia dla projektu silnej, scentralizowanej władzy Władysława. I jeżeli by mu się to udało, a cieszył się dużym autorytetem, to Władysław po jego śmierci mógłby liczyć na wsparcie wielmożów. Piotr Włostowic służył mu wiernie, ale też pilnował porządku ustanowionego przez Krzywoustego. Palatyn nie chciał waśni między braćmi, bo nie chciał ich Krzywousty. I gdyby Bolesław zarządził, że młodsi bracia mają być przy księciu zwierzchnim, to Włostowic pilnowałby wtedy, żeby zadowalali się wykonywaniem obowiązków wyznaczanych przez Władysława.

A jeśli i to by nie wystarczyło i opozycja podnosiłaby głowę, pierworodny zawsze mógłby odwołać się do rycerstwa.

Co pan ma na myśli?

Moim zdaniem wielką szansą Władysława było oparcie się na rycerstwie, czyli tej samej sile politycznej i wojskowej, na której bazował jego ojciec. Rycerstwo mocno związane z panującym gwarantowało, że nawet jeśli bunty możnych wybuchną, to skończą się dramatycznie dla ich inspiratorów.

Ucięciem języka i wyłupieniem oczu.

Tego wykluczyć nie można. Silna drużyna, rycerstwo skupione wokół jednego panującego – to była szansa Władysława.

Na pewno? A może to był po prostu kiepski władca? Miał przewagę militarną nad braćmi, dwukrotnie ich pokonał, ale nie wyeliminował. A potem okaleczył Włostowica i zwrócił kraj przeciwko sobie.

Z jego działań wynika, że nawet jeśli był dobrym politykiem, to miał złych doradców, głównie w postaci żony. Ale gdyby ojciec stworzył mu inne warunki działania, nie wysłał wcześniej jego młodszych braci do Poznania i Płocka, jedność państwa mogła zostać utrzymana. Agnieszka nie musiałaby narzekać na Władysława, że nie jest mężczyzną i podjudzać go do ataku na braci, bo cieszyłaby się, że jest księżną całej Polski. Władysław wcale nie musiał być Wygnańcem. 1138 rok nie musiał być początkiem rozbicia dzielnicowego. Możliwy był inny scenariusz.

Załóżmy, że Krzywousty nie dzieli kraju, Władysław silnie dzierży władzę. W perspektywie kilkunastu lat jest możliwa jego koronacja?

Nie sądzę. Krzywousty był silnym władcą, a nie włożył korony. Nie chciał prowokować. Zamiar koronacji wywołałby potężny opór, zjednoczyłby możnych ponad wszystkimi podziałami. Korona to znak, że panujący staje się pomazańcem Bożym, kimś lepszym od wszystkich ludzi, także od pozostałych Piastowiczów. W Polsce nie było wtedy prawa pisanego. Funkcjonowało prawo zwyczajowe i społeczna pamięć, sięgająca kilku pokoleń wstecz. A w tej pamięci było zapisane, że rodzina panująca wywodzi się od zwykłych wojów, że była i jest częścią plemienia. Szanujemy władzę Piastów, słuchamy ich, więc dlaczego teraz jeden z Piastów chce stać się kimś lepszym od nas? I dlaczego akurat on? Bolesław Chrobry zmarł niedługo po koronacji w 1025 roku, więc jego wyniesienie nie zdążyło spowodować żadnej reakcji. Ale zwróćmy uwagę, że już koronacja jego syna Mieszka II bardzo szybko wywołała bunt. Włożenie korony w 1076 roku przez Bolesława Śmiałego było bardzo ryzykowne. Po zabójstwie biskupa Stanisława władca skończył życie na wygnaniu. Nie podejrzewam, żeby Władysław zdecydował się na koronację. Wiedział, że może to mieć dla niego fatalne konsekwencje. Programem maksimum byłoby zachowanie jedności państwa i możliwie silnej władzy centralnej. A to – jeżeli „testament” Krzywoustego miałby inną treść – było do osiągnięcia.

Załóżmy, że Polska nie rozpada się na dzielnice, mamy jeden ośrodek władzy politycznej, który zajmuje się sprawami całego kraju. Jakie ma to konsekwencje dla kraju?

Ogromne. Takie, które mogły ukształtować los Polski i Polaków na stulecia. Sam zwracał pan uwagę, że terytorialne następstwa rozbicia dzielnicowego zostały zlikwidowane dopiero w 1945 roku.

Gdyby nie decyzje Bolesława Krzywoustego, Polska nie musiałaby w XX wieku „przesuwać się na Zachód”, bo byłaby tam od ośmiuset lat?

Nie zaryzykuję przewidywania, co mogłoby się wydarzyć w ciągu ośmiuset lat. Możemy natomiast być niemal pewni, że bez rozbicia dzielnicowego częścią Polski pozostałby stosunkowo zamożny, dobrze rozwinięty gospodarczo Śląsk. Mielibyśmy nadal ziemię lubuską. A to właśnie na jej terenach powstała Nowa Marchia, ważna część Marchii Brandenburskiej. Jeżeli Polska byłaby zjednoczona, Brandenburgia nie miałaby większych szans na ekspansję naszym kosztem, jej pozycja na pewno nie wzrosłaby tak znacznie, jak do tego doszło w rzeczywistości. Skutecznie też moglibyśmy blokować wpływy Brandenburczyków na Pomorzu Zachodnim.

Właśnie – co z Pomorzem Zachodnim? Już mówiliśmy, że Krzywousty wskutek kilku najazdów podporządkował te ziemie. Lokalni władcy uznawali jego zwierzchnictwo.

I ten kierunek byłby pewnie kontynuowany. Przy rozpatrywaniu hipotetycznych losów Polski warto wziąć pod uwagę, że podczas rozbicia dzielnicowego marnowaliśmy potencjał kraju na walki wewnętrzne. Straciliśmy zdolność do działania ekspansywnego, do rozwoju. Należy sądzić, że Władysław i jego następcy, dysponując potencjałem militarnym całego kraju, byliby w stanie kontynuować zdobywczą politykę Krzywoustego. W przypadku Pomorza Zachodniego wystarczyło umacniać polityczne związki tego kraju z Polską. Pilnować, by rządzili tam przychylni nam książęta i w razie potrzeby wspierać ich militarnie. Zadbać, by organizacja kościelna Pomorza podlegała arcybiskupowi Gniezna, a zabiegi o to czynił już Krzywousty.

W perspektywie dwóch, trzech pokoleń Pomorze Zachodnie stałoby się kolejną polską prowincją, tak samo jak Pomorze Gdańskie?

Konkurentami byliby Duńczycy i Brandenburczycy, ale dzięki Krzywoustemu mieliśmy tam w XII wieku najsilniejszą pozycję. Niestety, w czasie rozbicia dzielnicowego Polska wycofała się z aktywnej polityki na tym terenie. Uwagę Mieszka Starego, który starał się pilnować polskich interesów na Pomorzu Zachodnim, odciągały wydarzenia w kraju. W efekcie w 1181 roku książę Bogusław I, gdy nie mógł się doczekać wsparcia polskich książąt w walce przeciwko Brandenburgii, uznał się za lennika cesarza Fryderyka I. Został zerwany polityczny związek Pomorza Zachodniego z Polską, kraj ten po raz pierwszy w swoich dziejach popadł w bezpośrednią zależność od Korony Niemieckiej.

Zapewne nie stałoby się tak, gdyby Polska miała centralny ośrodek polityczny, dysponujący siłami i środkami całego kraju. Jeżeli działalibyśmy konsekwentnie, bliski związek Polski z Pomorzem Zachodnim byłby bardzo prawdopodobny. A pamiętajmy, że Pomorze Zachodnie było znacznie rozleglejsze niż dziś, obejmowało ziemie na lewym brzegu Odry w kierunku dzisiejszego Rostocku.

Jaki byłby zasięg polskiej ekspansji na zachodzie?

Aktywność w tym kierunku spotkałaby się z przeciwdziałaniem niemieckich marchii, ale sądzę, że polskie wpływy udałoby się rozciągnąć na Szczecin, Wolin i wyspę Uznam. Jeżeli posunęlibyśmy się za daleko, mógłby interweniować cesarz. Władcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego najczęściej rezydowali we Włoszech, rzadko podejmowali akcje zbrojne na północ od Alp. Gdyby jednak okazało się, że ktoś powstrzymuje ofensywne działania ich margrabiów, moglibyśmy liczyć się z kontrą. Marchie graniczne istniały po to, żeby zdobywać i zagospodarowywać nowe ziemie dla Rzeszy. Każdy sukces marchii był jednocześnie sukcesem cesarza.

Raczej więc nie konkurowalibyśmy z marchiami o ziemie Słowian połabskich między Odrą a Łabą? Dwunasty wiek to ostatni etap niemieckiej ekspansji na ich tereny.

Nie sądzę, żeby państwo piastowskie podejmowało poważniejsze próby podporządkowania sobie tych terytoriów. Właśnie z powodu konkurencji ze strony marchii. Po co szukać zwady z cesarzem? Naszym głównym celem byłoby zabezpieczenie piastowskich interesów na Pomorzu Zachodnim przed naporem Brandenburgii. Nawet gdyby Polska działała daleko za Odrą, to raczej i tak jako sojusznik marchii, a nie rywal. Istnieją wzmianki o uczestnictwie polskiego księcia w wielkiej krucjacie połabskiej z 1147 roku – był to sojusz chrześcijan przeciw poganom. Tym bardziej że zjednoczona Polska, dysponująca potencjałem wszystkich dzielnic, znalazłaby sobie znacznie łatwiejszy teren do podbojów, na którym nie miałaby żadnego konkurenta.

 

Prusy?

Prusy. Jeżeli zachowalibyśmy jedność polityczną, to ruszylibyśmy właśnie tam, w ramach kontynuacji wyznaczonego przez Krzywoustego kierunku zdobywczej polityki. Cel był jasny – Bałtyk. Najpierw Pomorze, potem Prusy. Wiemy, że Bałtowie byli trudnym przeciwnikiem, ich siła jednak malała, bo uparcie trzymali się pogaństwa, byli rozdrobnieni i nie stworzyli organizmu państwowego. Próbowaliśmy ich podporządkować własnymi siłami, ale zabrakło jednolitego kierownictwa i użycia wszystkich środków, którymi dysponowało państwo.

Mówiliśmy już o tym, że gdy na Prusów ruszyli Konrad Mazowiecki, Leszek Biały i Henryk Brodaty, nie mogli się porozumieć, cały czas debatowali. Tak się nie prowadzi kampanii w obcym kraju. Mieli ze sobą rycerstwo Mazowsza, Małopolski i części Śląska. A gdzie drużyny z Wielkopolski? Z Pomorza?

Z Pomorza akurat były.

Świętopełk pomorski realizował swoje cele, drużyny pomorskie słuchały jego, a nie polskiego księcia. Leszek, Konrad i Henryk niczego nie osiągnęli, więc trzeba było wzywać Krzyżaków, żeby nas wyręczyli.

Nierozbita na dzielnice Polska, rządzona przez jednego księcia, podbiłaby Prusy. To był najłatwiejszy przeciwnik, elity polityczne i rycerstwo były zainteresowane ekspansją w tym kierunku.

Nie ma Krzyżaków w polskiej historii. Niezwykłe.

Nie ma Krzyżaków, nie ma Grunwaldu, nie ma blisko dwustuletnich zmagań z zakonem. Nie ma też hołdu pruskiego, więc nigdy nie powstaje państwo pruskie.

Czyli nie ma rozbiorów?

Tego nie da się przewidzieć. Jednak na pewno nie powstałyby Prusy rządzone przez Hohenzollernów. Wszak państwo pruskie, które tak fatalnie zapisało się w pamięci Polaków, powstało na terenach podbitych przez zakon krzyżacki.

O tym, jak królowie Polski marnowali kolejne szanse na zniszczenie niemieckiego państwa nad Bałtykiem, a potem pozwolili Hohenzollernom połączyć je z Brandenburgią, będziemy jeszcze rozmawiać. Konsekwencje nieistnienia Prus dla historii powszechnej aż trudno sobie wyobrazić.

Ograniczmy się tylko do stwierdzenia, że „duch pruski”, charakteryzujący się militaryzmem, podporządkowaniem autorytetowi, dyscypliną i hierarchicznym modelem porządku, odcisnął mocne piętno na historii Niemiec, Europy i świata. Prusy od chwili swoich narodzin prowadziły politykę ekspansji, szukały okazji do wzrostu i pomnażania swojej potęgi kosztem sąsiadów.

Dziennikarzowi więcej wolno niż historykowi, więc pozwolę sobie na pytanie: gdyby nie złe decyzje Krzywoustego, nie byłoby dwóch wojen światowych?

Nie wiem. Historia uczy, że państwo pruskie zjednoczyło Niemcy w XIX wieku i przekształciło je na swoją modłę. Jedną z przyczyn I wojny światowej była właśnie ekspansywna polityka Niemiec. A przyczyny II wojny światowej bardzo mocno wiążą się z decyzjami, które zapadły po zakończeniu pierwszego w dziejach światowego konfliktu. Natomiast, nie wybiegając kilka wieków do przodu, łatwo jest przewidzieć jeszcze jedną konsekwencję niezaproszenia Krzyżaków do Prus.

Jaką?

Po ostatecznym podporządkowaniu sobie Słowian połabskich Niemcy założyli Lubekę. To był pierwszy duży niemiecki port na Bałtyku. Szybko stał się potężnym miastem. Kupcy z Lubeki penetrowali wschodnie wybrzeża Bałtyku i dotarli do ujścia Dźwiny, gdzie założyli Rygę. Powstało biskupstwo ryskie, Niemcy zaczęli chrystianizować i kolonizować Inflanty, czyli zamieszkane głównie przez Bałtów tereny dzisiejszej Łotwy i Estonii. W celu obrony tych terenów utworzono rycerski zakon kawalerów mieczowych. Zakon niemiecki, ale wzorowany na templariuszach, a nie na Krzyżakach. Rycerze zakonnicy nosili białe płaszcze z mieczem i czerwonym krzyżem. Podjęli próby ekspansji, ale w 1236 roku ponieśli klęskę w bitwie pod Szawlami. Przegrali z Bałtami, wybuchło powstanie podbitych plemion. Rok później ocaleli z pogromu kawalerowie mieczowi połączyli się z zakonem krzyżackim, przyjmując jego regułę. Tak powstała inflancka gałąź zakonu krzyżackiego. Gdyby Krzyżaków nie było w Prusach, nie miałby kto podać pomocnej dłoni zakonowi w Inflantach. Nie sądzę, żeby w takiej sytuacji kawalerowie mieczowi utrzymali się tam zbyt długo. Niemieckie miasta w Inflantach w niedalekiej przyszłości przeszłyby pod czyjąś kontrolę.

Czyją?

Chętnych byłoby wielu. Dania, później Szwecja, być może Nowogród Wielki i Psków – potężne ruskie republiki kupieckie, zainteresowane obecnością handlową na Bałtyku. Być może byłby to teren ekspansji Litwy, wszak Inflanty również zamieszkiwali Bałtowie.

Zatem bez Krzyżaków w Prusach nie byłoby niemieckich Inflant? Nie byłoby Niemców bałtyckich, którzy w XVIII wieku stworzyli nowoczesną Rosję, a de facto rządzili imperium rosyjskim?

To zależałoby od tego, kto zająłby te tereny. Ale niemiecka kolonizacja Inflant była możliwa w dużej mierze dlatego, że istniała tam inflancka gałąź zakonu krzyżackiego. Gdyby go zabrakło, w perspektywie kilku pokoleń Niemców w Inflantach mogłoby już nie być.

A może, po zajęciu Prus, byłby to następny teren ekspansji Polski?

Tego też wykluczyć nie można. Zakładając, że rządzimy w Prusach, Inflanty wydają się naturalnym kierunkiem. Krzyżacy postępowali właśnie tak – podbili Prusy, następnie Pomorze Gdańskie, a potem dążyli do połączenia się ze swoją filią w Inflantach przez zajęcie litewskiej Żmudzi.

Posuwając się wzdłuż wybrzeża Bałtyku na północ, weszlibyśmy w starcie z Litwą?

Plemiona litewskie zaczynają jednoczyć się dopiero w połowie XIII wieku. Książę Mendog koronuje się nawet na króla Litwy, ale zostaje zamordowany przez swoich rodzimych rywali. Później Litwini koncentrują się raczej na podboju księstw ruskich, osłabionych najazdem Mongołów. Wybrzeże Bałtyku ich nie interesuje, gdyż są tam Krzyżacy. Gdyby ich nie było, Litwa być może skierowałaby swoją ekspansję w stronę Inflant. Jeżeli Polska również chciałaby rozszerzyć tam swoje wpływy, oba państwa znalazłyby się w konflikcie. Trudno tu jednak o kreślenie prawdopodobnych scenariuszy.

Zgoda. Ustaliliśmy, że nie budujemy piętrowych hipotez.

Wystarczy nakreślić obraz tego, co jest prawdopodobne, gdyby Bolesław Krzywousty nie dzielił państwa na dzielnice.

A zatem...?

Polska miałaby w XIII wieku opanowane wybrzeże Bałtyku od ujścia Odry po Półwysep Sambijski. To osiągnięcie trudne do przecenienia, fundament rozwoju państwa na całe wieki. Bylibyśmy w niezwykle korzystnej sytuacji. W XIII i XIV wieku rozwija się gospodarka towarowo-pieniężna, rośnie znaczenie handlu morskiego. Mamy własne porty, silne ośrodki handlowe, prosperują miasta, ze śląskimi i pomorskimi na czele. I to właśnie bogate, silne miasta stałyby się istotnym czynnikiem, który mógłby być wykorzystywany przez władców Polski – tak politycznie, jak i finansowo. Miasta wspierałyby politykę ekspansji, bo zależałoby im na nowych rynkach zbytu, nowych drogach handlowych. Jednocześnie w XIV wieku rycerstwo emancypuje się spod wpływów możnych, siły odśrodkowe słabną. Miasta i rycerstwo są zainteresowane silną władzą, scentralizowanym i sprawnie zarządzanym państwem. Królowie Polski mają zaplecze polityczne i zasoby pozwalające na prowadzenie skutecznej polityki.

Kierujemy się na wschód?

Nad Bałtykiem stoimy mocno. Na południu, poza łuk Karpat, nie sięgamy. Wątpię, żeby Piastowie decydowali się na uprawianie polityki dynastycznej i byli zainteresowani tronami Czech i Węgier. Zostaje wschód, czyli księstwa ruskie zupełnie rozbite po najeździe Mongołów z XIII wieku. W XIV wieku Mongołowie słabną, zniszczona przez nich Ruś staje się łatwym łupem. Wykorzystuje to Litwa, która zajmuje olbrzymie obszary. Podbija ziemie smoleńską i kijowską, Wołyń, Podole, kieruje się w stronę Morza Czarnego. Na wschodzie w pewnym momencie granica Wielkiego Księstwa Litewskiego zbliżyła się do Moskwy na sto trzydzieści kilometrów. Pierwotne, etniczne ziemie litewskie zajmują około dziesięciu procent powierzchni kraju. Litwinów jest jakieś trzysta tysięcy, w podbitych księstwach ruskich mieszka szacunkowo milion siedemset tysięcy osób. To pokazuje skalę wzrostu Litwy na wschodzie i południu. To z Litwinami musiał w XIV wieku walczyć Kazimierz Wielki, przyłączając do Korony zachodnie krańce Rusi – Sanok, Przemyśl, Lwów, część Wołynia. Ostatni Piast, rozszerzając państwo na południowy wschód, mógł korzystać w zasadzie tylko z zasobów Małopolski i Wielkopolski, a na głowie miał jeszcze Krzyżaków, Brandenburczyków i króla Czech Jana Luksemburskiego, czyli cały kłopotliwy spadek po rozbiciu dzielnicowym.

Wyobraźmy sobie teraz, jak duże możliwości działania na wschodzie, przeciwko Litwie, przeciwko słabym księstwom ruskim, miałby król Polski dysponujący potencjałem silnego, bogatego państwa, w którego skład wchodzą Śląsk, Małopolska, Wielkopolska, Pomorze Gdańskie, Prusy, Mazowsze i jako lenno Pomorze Zachodnie. Państwa, które odgrywa istotną rolę w handlu bałtyckim.

Ogromne. Zamiast unii z Litwą mielibyśmy w XIV wieku ciąg wojen polsko-litewskich o Smoleńsk i Kijów? O te ziemie zaczniemy walczyć, ale dopiero w XVI i XVII wieku. I nie z Litwą, a z Moskwą. Z Litwinami będziemy mieć najpierw wspólnych władców, a potem wspólne państwo.

Nie da się przewidzieć, jak daleko sięgnęłaby ekspansja Polski na wschód. Można tylko stwierdzić, że mielibyśmy możliwości, by ją skutecznie prowadzić. Natomiast jeśli chodzi o stosunki polsko-litewskie, w XIV i XV wieku mogło pojawić się wiele czynników wskazujących na konieczność zbliżenia obu państw, mimo różnic interesów na terenach dawnej Rusi Kijowskiej. Litwa musiała w końcu przyjąć chrześcijaństwo, Polska była idealnym partnerem w tym zakresie.

Aż szkoda, że dochodzimy już do unii z Litwą, czyli kolejnej „zwrotnicy” naszej historii. Będziemy musieli znów opierać się na tym, co wydarzyło się naprawdę. Konsekwencje założenia, że Bolesław Krzywousty nie podzielił Polski na dzielnice, ukazały nam niezwykłe perspektywy.

Utrata jedności państwa przyniosła nam sporo problemów, spowodowała, że nie wykorzystaliśmy wielu szans. Największą było niewykorzystanie możliwości trwałego opanowania przez Piastów prawie całego południowego wybrzeża Bałtyku. W przyszłości, gdy rola polskiego eksportu na Zachód wzrośnie, byłby to klucz do gospodarczej potęgi kraju. Bylibyśmy państwem bardziej „morskim”, nastawionym na kooperację handlową z całą Europą. Interesy i cele polityczne takiego państwa byłyby zupełnie inne niż kraju, który po wielu bojach zyskał w XV wieku dostęp do morza. Dopiero w XV wieku! To ponad trzysta lat po śmierci Krzywoustego, który za cel postawił sobie opanowanie Pomorza. I dzięki temu, że odzyskaliśmy „okno na świat”, możliwy był cywilizacyjny i kulturowy złoty wiek w XVI stuleciu. Z zależnymi od Piastów Wolinem i Szczecinem, z polskim Gdańskiem i pewnie jeszcze portami w Prusach, moglibyśmy budować znacznie wcześniej bogactwo państwa i pomyślność jego mieszkańców. Gdyby takie możliwości, taką bazę działania miał gospodarz klasy Kazimierza Wielkiego, z pewnością przekułby je w polityczny, gospodarczy i cywilizacyjny sukces.

W XIV i XV wieku stalibyśmy się państwem zdecydowanie dominującym w Europie Środkowo-Wschodniej?

Bez rozbicia dzielnicowego na pewno mielibyśmy zdecydowanie lepsze ku temu możliwości. I trwałą bazę rozwoju kraju w przyszłości.