Samobójstwo EuropyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Kilkudniowy bój wielkich armii przeszedł do historii pod nazwą bitwy nad Marną, już wkrótce uznanej za siedemnastą spośród największych bitew świata. Niekiedy Francuzi nazywali ją cudem nad Marną, gdyż chcieli wierzyć, że w decydującym momencie pomogła im Joanna d’Arc. Niemcy chętnie by o tej bitwie zapomnieli. Trudno im było pogodzić się z myślą, że byli tak blisko zwycięstwa, a przegrali. Aby poprawić sobie samopoczucie, podkreślali, że Francuzi przeszli samych siebie, że zdobyli się na ponadludzki wysiłek. „Nadzwyczajna i specyficzna zdolność Francuzów do szybkiego odzyskiwania sił robiła wrażenie [...]. Lecz żeby ludzie, którzy przez dziesięć dni cofali się, śpiąc na ziemi, półżywi ze zmęczenia, byli zdolni chwycić za karabin na głos trąbki i poderwać się do ataku, z tym nie liczyliśmy się nigdy. O czymś takim nie uczyliśmy się w naszej akademii wojskowej” – trochę się usprawiedliwiając, pisał uchodzący za głównego winowajcę von Kluck. Podobnie oceniał wyczyn Francuzów von Moltke: „Francuskie élan vital, w chwili gdy już zupełnie wygasło, wybuchło od nowa potężnymi płomieniami”. „Gdybyśmy w 1914 roku nie mieli Joffre’a, przegralibyśmy wojnę” – spointował Foch. Chwaląc naczelnego wodza, trudno jednak zapomnieć, że popełnił on sporo błędów w ocenie taktyki i liczebności sił niemieckich. Natomiast na plus należy mu zapisać świetnie zorganizowany odwrót i skuteczne uderzenie przeprowadzone w odpowiednim momencie. Imponował spokojem i opanowaniem, które udzielały się oficerom. Nie zmienił nawet zwykłego rytmu dnia, w którym był czas na dobry obiad z winem i poobiednią drzemkę. Na najwyższe oceny zasłużyli generałowie: Gallieni, który do dzisiaj jest uważany za faktycznego „ojca zwycięstwa”, Louis Franchet d’Espèrey, dowódca 5. armii, oraz Foch. Jeden z rozkazów tego ostatniego przeszedł do historii wojny: „Moje centrum ustępuje, moje prawe skrzydło jest w odwrocie. Sytuacja znakomita. Przechodzę do ataku”.

Cena zwycięstwa Francuzów była jednak bardzo wysoka. Istotny wpływ miał na to ich sposób prowadzenia walk. Francuzi nacierali w starym napoleońskim stylu: przy dźwiękach rogów, sygnałach werbli i z rozwiniętymi sztandarami. Aby wyrównać straty w ludziach, powołano do wojska rocznik, który miał być zmobilizowany dopiero w przyszłym roku, oraz wcielono roczniki starsze, formacje terytorialne i wojska kolonialne. Podczas bitwy Francuzom zaczęło brakować niektórych rodzajów broni, czy to z powodu ich zniszczenia, czy intensywnej eksploatacji. Niezbędne i konieczne było szybkie zwiększenie liczby jednostek i dobre ich wyposażenie w broń, amunicję i wszelkiego rodzaju sprzęt użyteczny w prowadzeniu uciążliwej wojny.

Choć bitwa zakończyła się pomyślnie dla obrońców, nie sposób było nie zauważyć, że wielu oficerów francuskich, w tym generałów, zawiodło. W trakcie narodowej debaty o bitwie przypominano opinię Clemenceau sprzed kilku miesięcy, który gromił „biurokratów w epoletach, satrapów garnizonowych i półgłówków w dwurożnych kapeluszach”. Równie krytycznie wyższych oficerów ocenił Joffre, pozbawiając stanowisk trzydziestu trzech generałów, wśród nich dwóch dowódców armii, oraz dziewięciu na dziesięciu dowódców korpusów. Generał Philippe Pétain nazwał tę niezwykłą czystkę postępowaniem rewolucyjnym, aczkolwiek sam na niej skorzystał, gdyż został mianowany dowódcą 33. korpusu. W kolejnych tygodniach nowi i starzy dowódcy rozpoczęli intensywną pracę nad poprawą jakości współdziałania piechoty i artylerii oraz doskonaleniem systemu łączności.

Francuscy żołnierze zmierzający na front, wrzesień 1914 roku. Na drugim planie taxis de la Marne – paryskie taksówki, którymi zostali przetransportowani.

Po Marnie Francuzi musieli się pożegnać z ofensywną strategią, a „Plan nr XVII” powędrował do kosza, podobnie jak niemiecki plan Schlieffena-Moltkego. Atakowanie bez silnego wsparcia artylerii prosto na karabiny maszynowe okazało się kiepsko maskowanym samobójstwem. Potwierdziła się diagnoza postawiona podczas słynnej debaty parlamentarnej w lipcu 1914 roku na temat stanu przygotowań Francji do wojny. Z całą wyrazistością wyszło na jaw, że istotnym mankamentem armii była skromna liczba jednostek ciężkiej artylerii oraz niedocenianie jej w strategii, a także niedostatek amunicji. Jej zużycie przerosło oczekiwania sztabowców, nie tylko francuskich, lecz także niemieckich. W ostatniej fazie bitwy obie strony musiały oszczędzać amunicję. Mimo porażki nad Marną Niemcy wtargnęli w głąb terytorium francuskiej republiki, okupując na kilka lat obszary o poważnej wartości gospodarczej, na których znajdowały się kopalnie i huty. Francja utraciła kopalnie produkujące 55 procent jej węgla oraz huty wytapiające 70 procent stali i 80 procent żelaza.

Niemcy także ponieśli olbrzymie straty i długo analizowali powody niepowodzenia. Jedni powiadali, że błędem było odstąpienie od planu Schlieffena-Moltkego, przekonując przy tym, że atak od strony zachodniej na Paryż mógł się powieść. Inni przyczynę porażki widzieli w sile przeciwników. „Oczekujecie zwycięstwa, jakie wywalczyli nasi ojcowie w 1870 roku, tym razem tak nie idzie, ponieważ przeciwko nam wystawiono zbyt wielu dobrych żołnierzy” – oceniał jeden z niemieckich sztabowców. Jeszcze inni winą obarczali dowódców, którzy nie umieli zastosować wiedzy wyniesionej z akademii i wojskowych manewrów. Wojna przerosła ich wyobrażenia i doświadczenie. Wreszcie winy doszukiwano się w decyzji Moltkego o skierowaniu 25 sierpnia dwóch korpusów znajdujących się pod twierdzą Namur na front wschodni. Tymczasem nawet gdyby tego nie uczynił, to i tak rzeczone korpusy nie zdążyłyby na pole walki, gdyż znajdowały się o 250–300 kilometrów od linii frontu. Powody niepowodzenia były też całkiem prozaiczne. Niełatwo było kierować armiami bez rozbudowanej sieci zwiadowczej i zaopatrzenia, ponadto były to armie, które w ciągu kilku tygodni pokonały 500 kilometrów. Jak się okazało, wojna błyskawiczna bez odpowiedniej liczby samochodów jeszcze nie była możliwa. Mimo treningu wytrzymałościowego nie można było maszerować bez końca, a o zwycięstwach i porażkach decydowały nogi piechurów.

Władze niemieckie za winnego uznały Moltkego. Po Marnie całkowicie się on zresztą załamał, a z 13 na 14 września został odwołany. Z czasem zgorzkniały, stale obwiniający się o klęskę, wpadł w depresję. W czerwcu 1916 roku zmarł na atak serca. Nowym szefem sztabu kajzer mianował generała Ericha von Falkenhayna, ulubieńca dworu, pruskiego ministra wojny. Młody, pięćdziesięciotrzyletni nowy wódz był ambitny, tryskał energią i optymizmem. Wobec swoich był wymagający, a wobec wrogów bezwzględny i nieznający litości. Mimo tych przymiotów nie cieszył się takim autorytetem jak inni starsi wiekiem i doświadczeniem generałowie. Falkenhayn uznał, że rozstrzygający dla losów wojny jest front zachodni, a za najważniejsze zadanie Rzeszy uznał odcięcie Francji od brytyjskich źródeł zaopatrzenia i kontyngentów brytyjskiej armii.

Lądują Brytyjczycy

Zgodnie z tym planem Falkenhayn zarządził śmiałą ofensywę przez pola Flandrii w kierunku kanału La Manche. Jego celem było opanowanie portów w północnej Francji i tym samym utrudnienie aliantom komunikacji między Wyspami a kontynentem. Następnie zamierzał zaatakować Paryż od strony zachodniej, tak jak planował Schlieffen. Falkenhayn miał do dyspozycji nowe korpusy i dywizje. Już w październiku było gotowych do walki 13 świeżych dywizji, z czego 11 pojechało na front zachodni. 1 listopada armia Rzeszy dysponowała na froncie zachodnim 86 dywizjami piechoty oraz 9–10 dywizjami obrony krajowej.

W dniach od 2 do 9 października doszło do bitwy pod Arras, 12 października Niemcy opanowali Lille, trzy dni później Ostendę, a następnie pomaszerowali na Calais. Francuzi, dowodzeni przez Focha, dzielnie stawiali opór i nie dawali się pokonać. Nie pozwolili się także pobić w walkach prowadzonych w trzeciej dekadzie października na terenie Flandrii. Wspierali ich Belgowie oraz Brytyjczycy walczący w ramach Brytyjskich Sił Ekspedycyjnych. Na ich czele stał John French. Udział Brytyjczyków w wojnie na kontynencie był uzgadniany z Francuzami od 1911 roku. W połowie tego roku podpisano formalną umowę o współdziałaniu. Wiosną 1914 roku wspólne prace obu sztabów zostały zakończone, włącznie z określeniem miejsca pobytu każdego z brytyjskich batalionów, a nawet miejsc, gdzie żołnierze będą się mogli napić kawy czy o godzinie siedemnastej herbaty. Określono liczbę francuskich wagonów kolejowych niezbędnych dla przewiezienia wojsk brytyjskich, przydzielono tłumaczy, przygotowano system kodów i szyfrów oraz furażu dla koni i miejsc tankowania dla pojazdów mechanicznych, czyli wszystkiego, co mogło być potrzebne podczas działań wojennych. Plan „W”, bo tak oznaczano projekt udziału Brytyjczyków w wojnie, był pilnie strzeżony. Z obu stron zostało wtajemniczonych tylko po kilku oficerów. Sami rejestrowali oni dokumenty i pisali na maszynie. I rzeczywiście, tajemnica została zachowana. W szczegóły nie wtajemniczano także władz politycznych obu państw, gdyż nie wszyscy politycy, zarówno brytyjscy, jak i francuscy, opowiadali się za dalszą bliską współpracą wojskową. Opozycja w Izbie Gmin zażądała nawet od premiera, by złożył pisemne oświadczenie, że nie będzie dalszych rozmów sztabu francuskiego ze sztabem brytyjskim bez zgody parlamentu. Mimo to współpraca została jeszcze bardziej zintensyfikowana. Orędownikiem porozumienia wojskowego Londynu i Paryża był generał Henry Wilson, oficer energiczny i pełen zapału. Przez kilka lat z rzędu przyjeżdżał do Francji na dwa miesiące i osobiście oglądał terytoria przyszłych walk. Bywał też w twierdzy w Maubeuge, która miała być miejscem koncentracji BEF.

W pierwszych dniach sierpnia 1914 roku cywilne władze brytyjskie podjęły decyzję o transporcie do Francji czterech dywizji piechoty i dywizji kawalerii. Wkrótce na front trafiły kolejne dwie, a w nadchodzących miesiącach następne z formowanych dywizji, które wzięły udział w walkach we Flandrii. Generał Kitchener, który został nowym ministrem wojny po powrocie z Egiptu do Londynu, nakazał Frenchowi oszczędzanie się w walce, gdyż żołnierze dowodzonej przez niego formacji mieli w przyszłości szkolić brytyjskich rekrutów. Członkowie sił ekspedycyjnych zostali przewiezieni do portów w Rouen, Boulogne, Hawrze i rzecznego w Amiens. Francuzi witali Brytyjczyków entuzjastycznie, jakby ci przybyli – komentowano – w celu odprawienia ekspiacyjnego nabożeństwa za Joannę d’Arc. Goszczono ich, pojono, obsypywano kwiatami, powiewano flagami Union Jack. Do 12 sierpnia na kontynencie znalazło się 81 472 brytyjskich żołnierzy, 30 tysięcy koni, 315 dział polowych i 125 karabinów maszynowych. Korona Angielska ulokowała swoje wojska w zachodniej części kontynentu po raz pierwszy od bitwy pod Waterloo. Ich transport przez kanał osłaniała marynarka wojenna. Żołnierze nie bardzo wiedzieli, w jakim kierunku płyną i z kim będą się bić. „Jadę walczyć z tymi cholernymi Belgami, oto gdzie mnie wysyłają” – powiadał niejeden z nich. Brytyjskie Siły Ekspedycyjne były formacją zawodową, toteż jej żołnierze, jak przystało na profesjonalistów, nie pytali, gdzie i z kim stoczą bój, mieli natomiast solidnie wykonywać rozkazy. „Nie czuję nienawiści do Niemców. Bylibyśmy gotowi walczyć z każdym [...], równie dobrze z Francuzami. Naszą dewizą było: Zrobimy wszystko, co możliwe” – wyjaśniał jeden z żołnierzy.

 

Brytyjczycy nie podlegali dowództwu francuskiemu. Oba sztaby konsultowały się tylko w sprawach strategicznych. French nie tryskał optymizmem i stale przypominał o potrzebie jak najszybszej ewakuacji do Anglii. „Nie mogę powiedzieć – raportował 30 sierpnia do Londynu – ażebym spoglądał z nadzieją na dalszy przebieg kampanii we Francji. Bardzo szybko znika moja wiara w zdolność francuskich dowódców do doprowadzenia jej do szczęśliwego końca”. Podczas bitwy nad Marną French sprzeciwił się udziałowi brytyjskich sił we wspólnej akcji z Francuzami. Zmienił zdanie na stanowcze żądanie Kitchenera i prośby Joffre’a. Ale podczas działań spanikował i zaczął się cofać szybciej, niż powinien. To mu zapamiętano. I od tego momentu szukano jego następcy. „Zapewne nie dorósł do takiej roli, jaką otrzymał [...]. I tyle tylko, że nie znaleziono nikogo, kto by mu dorównał albo go przerastał” – komentował Churchill. Podobne zdanie miał król Jerzy V: „Nie uważam go za szczególnie zdolnego. Nieufny wobec Francuzów. Wbrew nazwisku mówił bardzo słabo po francusku”. Z pewnością alianci odnieśliby większe korzyści, gdyby mieli większe do siebie zaufanie. Nie najlepiej przebiegała też koordynacja dowodzenia między BEF a kwaterą główną i rządem w Londynie. Wynikało to nie tyle, albo nie tylko, z powodów technicznych, ale było efektem rosnącej rywalizacji między wojskowymi a cywilami. Co prawda, wojskowi nie podważali prawa rządu do kontroli ich poczynań, ale – podobnie jak we Francji – źle to znosili. Byli też przekonani, że w czasie wojny władza powinna trafić w ręce wojskowych, a nie cywili, którzy swymi interpelacjami tylko utrudniają jej prowadzenie. Tymczasem do końca pierwszej wojny światowej to cywile decydowali o sprawach strategicznych. Istotną rolę w przygotowywaniu i podejmowaniu decyzji o fundamentalnym znaczeniu odegrała Rada Wojenna z premierem na czele, powstała 5 sierpnia z przekształcenia się Komitetu Obrony Imperium.

Ypres 1914. Ypres 1915

Po Marnie najważniejsza i decydująca na froncie zachodnim była pierwsza bitwa rozegrana pod flandryjskim Ypres, około 40 kilometrów od Ostendy, w dniach od 10 do 24 listopada. Falkenhayn był tak pewien zwycięstwa, że zaprosił kajzera na defiladę zwycięstwa do Ypres. Foch, dowiedziawszy się o tym, miał powiedzieć do Frencha: „Cesarz chce wkroczyć do Ypres. Nic z tego. Ja sobie tego nie życzę”. W wyniku walk ofensywa niemiecka została wprawdzie powstrzymana, lecz miasto uległo zniszczeniu. Bardzo dobrze walczyli Brytyjczycy. Mimo olbrzymich strat zachowali wysokie morale. Ypres stało się pomnikiem chwały, ale i miejscem wiecznego spoczynku wielu z nich. Przykładowo z 11. brygady do 20 grudnia zostało 18 procent oficerów i 28 procent żołnierzy, z 7. dywizji zaś, która przybyła do Francji w sile 400 oficerów i 12 tysięcy żołnierzy, po osiemnastu dniach pozostało przy życiu 40 oficerów i 2336 żołnierzy. Postawa Brytyjczyków zaskoczyła Niemców, szczególnie Moltkego, który kilka miesięcy wcześniej oświadczył, cytując zdanie Bismarcka z lat osiemdziesiątych XIX wieku, że gdy ta „żałosna armijka” wyląduje we Francji, wyśle przeciwko niej berlińską policję, by ją aresztowała. W bitwie debiutowali hinduscy żołnierze z brytyjskich formacji kolonialnych. Brali oni również udział w operacjach zimowych, ale w związku z tym, że ponosili duże straty z powodu nieprzyjaznego dla nich klimatu, wkrótce ich wycofano, przerzucając cały oddział do Egiptu i Mezopotamii. Brytyjczyków zginęłoby mniej, gdyby nie konieczność oszczędnego przydzielania amunicji artyleryjskiej. W bitwach we Flandrii oprócz Francuzów i Brytyjczyków dzielnie sobie poczynali także Belgowie, w tym między innymi w bitwie nad flandryjską Izerą.

Żołnierze jednego z brytyjskich oddziałów biorących udział w bitwie pod Ypres, 1914 rok.

Podczas bitwy obie strony poniosły tak wielkie straty, że ani jedna, ani druga nie była zdolna do wznowienia walk na większą skalę, tym bardziej że zbliżała się zima. Francuzi w ciągu pierwszych pięciu miesięcy wojny stracili 995 tysięcy żołnierzy, Niemcy – 750 tysięcy. Brytyjczycy przed wybuchem konfliktu szacowali, że w pierwszych sześciu miesiącach walk ich straty wyniosą 40 procent BEF, a w pierwszym roku – 65–75 procent. W realiach wojennych już w pierwszych trzech miesiącach straty te wyniosły 63 procent. Dlatego wśród spraw pilnych najważniejsze były jak najszybsze uzupełnienia oraz tworzenie nowych dywizji, między innymi z załóg twierdz, wojsk kolonialnych, obrony terytorialnej i ochotników. Wiosną 1915 roku brytyjskie siły we Francji liczyły 12 dywizji piechoty i 3 dywizje kawalerii – łącznie 300 tysięcy ludzi.

Po zakończeniu działań wojennych w 1914 roku obie strony nie do końca wiedziały, co dalej. Niemcy zastanawiali się, czy w dalszym ciągu powinni atakować na Zachodzie, czy też może lepiej byłoby przenieść główne uderzenie na Wschód, by wyeliminować z wojny Rosję lub wzmocnić tureckiego sojusznika i z jego pomocą opanować wybrzeże Zatoki Perskiej i Kanał Sueski. Na skutek kontrowersji w sztabie generalnym i w rządzie działania niemieckie w 1915 roku nie były skoordynowane. Brakowało w nich konsekwencji i jasnej myśli przewodniej. Także wśród aliantów zaznaczały się różne koncepcje. Dla Francuzów głównym zadaniem było przeprowadzenie kontrofensywy w celu odzyskania przynajmniej części zdobytych przez wroga ziem. „Odparliśmy atak Niemców, mamy ich teraz złamać i oswobodzić zajęte obszary” – powiedział Joffre 17 grudnia. Ale Francuzi zdawali sobie sprawę, że bez silnego wsparcia ze strony Brytyjczyków nie będzie to możliwe. Zachęcali przeto Wielką Brytanię, by ta jak najszybciej przystąpiła do tworzenia nowej armii do walki na froncie zachodnim. Dla Londynu jednak nie mniej ważnym teatrem działań był Bliski Wschód, centrum brytyjskich interesów imperialnych. Zresztą i dla Francuzów był to istotny strategicznie obszar.

Szczęśliwie dla Paryża Londyn był przekonany o konieczności wsparcia Francuzów. Brytyjczycy nie mogli dopuścić do klęski Francji, bo byłaby to także ich klęska. Francuzi zabiegali o czynny udział Rosji i Japonii w sile co najmniej jednej armii na froncie zachodnim. Japonia odmówiła. Nie miała żadnych interesów do ugrania na Zachodzie. Rosjanie początkowo odmówili, ale ostatecznie, na mocy rozkazu Mikołaja II z 1916 roku, wysłali na front kilka brygad piechoty, które utworzyły Rosyjski Korpus Ekspedycyjny. Żołnierze dopłynęli do Europy drogą wokół Chin, Indii i Półwyspu Arabskiego. Jedną, a następnie drugą brygadę skierowano pod Saloniki, a dwie pozostałe do Francji. Rosjanie zasadniczo dobrze się bili, aczkolwiek jesienią 1917 roku jedną z brygad ogarnął nastrój rewolucyjny. Po dojściu bolszewików do władzy w Rosji we Francji uformowano Legion Rosyjski, który zapisał się w historii wojny z jak najlepszej strony.

Francuskie społeczeństwo i politycy oczekiwali w 1915 roku wojennych sukcesów, dlatego przynaglano Joffre’a do przyspieszenia decyzji o ofensywie, tak by można było przerwać linię frontu. 16 lutego Francuzi zaatakowali w Szampanii, a 9 marca Brytyjczycy, wsparci przez dwie dywizje kanadyjskie i cztery indyjskie, przeprowadzili natarcie w Artois. Niemcy bez problemu odparli te ataki, dlatego pozwolili sobie na zwolnienie części sił na froncie zachodnim i skierowanie ich na Wschód. Logika wojny pozycyjnej była silniejsza od francuskich intencji. Niemcy, choć ograniczali się głównie do obrony, podjęli jednak ponowną próbę pobicia aliantów, gdyż ponieśli mniejsze od nich straty. Od grudnia 1914 roku do końca marca roku następnego wyeliminowali z walki około 550 tysięcy wojsk alianckich, tracąc 285 tysięcy własnych. Zrozumieli, że warto uderzać na wykrwawione żołnierskie szeregi. Ich celem znów było opanowanie francuskich wybrzeży kanału i dlatego po raz drugi, 22 kwietnia 1915 roku, zaatakowali pod Ypres, używając po raz pierwszy w wojnie gazów trujących. Choć alianci byli w szoku, dosłownie i w przenośni, to jednak mimo wielkich strat Ypres Niemcom nie oddali, a sama bitwa przeszła do historii pod nazwą drugiej bitwy pod Ypres.

Późnym latem tego roku na froncie zachodnim Niemcy mieli 102 dywizje, Francuzi – 98, Brytyjczycy – 28, Belgowie – 6. Przewaga liczebna sprzymierzonych wynosiła 1,3 : 1. W tej sytuacji, zgodnie z opinią Joffre’a, że „bezczynność przynosi wstyd”, alianci znów ruszyli do szalonej ofensywy. Brytyjczykami, w miejsce odwołanego Frencha, dowodził sir Douglas Haig, arystokrata mający dobre kontakty z dworem, gorsze z politykami, a najgorsze z przyszłym premierem Lloydem George’em. We wrześniu i w październiku alianci zaatakowali w Szampanii i w Artois z podobnym jak wcześniej efektem. Ponieśli duże straty ludzkie i materiałowe, odnosząc przy tym skromne korzyści terytorialne. Zadrutowany front miał się dobrze, a jedynym skutkiem ofensywy – według brytyjskiej kroniki filmowej – była „bezużyteczna rzeź piechoty”. Straty atakujących aliantów były dwa razy większe niż straty obrońców niemieckich okopów.

FRONT WSCHODNI: 1914

Tannenberg

Odpowiednikiem bitwy nad Marną i pod Ypres na froncie zachodnim była na froncie wschodnim bitwa pod Tannenbergiem. Jak do niej doszło i jakie było jej znaczenie? Zgodnie z planem Schlieffena-Moltkego na wschodnich rubieżach Rzeszy, w Prusach Wschodnich, stacjonowała tylko jedna, 8. armia niemiecka, uzupełniona o pięć dywizji rezerwowych. Jej dowódcą został generał Max von Prittwitz und Gaffron. Osłaniały ją wojska forteczne w Grudziądzu i Toruniu. W stosunku do potencjału militarnego dwóch armii rosyjskich znajdujących się tuż za granicą były to skromne siły. Rosjanie wiedzieli, że muszą się spieszyć, aby doprowadzić do jak najszybszego zajęcia Prus. Zamierzali przekroczyć linię Wisły, zanim nadejdą siły niemieckie z frontu zachodniego, a następnie, w miarę pomyślnego rozwoju sytuacji, maszerować na Berlin. Rosyjscy oficerowie byli naładowani optymizmem. Niektórzy spośród nich, idąc na front, chcieli zabrać z sobą mundury galowe na paradę zwycięstwa na berlińskiej Unter den Linden, ale przekonano ich, że w razie potrzeby zostaną im one dostarczone.

Zgodnie z planem na Niemców miały uderzyć dwie armie: 1. – zwana wileńską i 2. – zwana warszawską. Pierwsza była rozlokowana w rejonie Kowna, Wilna i Augustowa, druga w okolicach Łomży i Ostrołęki. Pierwsza miała związać walką 8. armię, druga ją okrążyć, „wsadzić do kotła” i zniszczyć. Pierwszą dowodził generał Paul von Rennenkampf, drugą generał Aleksander Samsonow. Nominacja na tak odpowiedzialne stanowisko Rennenkampfa wywołała zaniepokojenie nacjonalistycznych środowisk w Rosji, które obawiały się, że pochodzący z rodziny Niemców bałtyckich generał nie będzie wystarczająco zmotywowany, by bić rodaków. Pytano, czy stać go będzie na stuprocentową lojalność. Ale także druga nominacja budziła zdumienie niektórych rosyjskich polityków i wojskowych, gdyż Samsonow od siedmiu lat pracował w administracji wojskowej, a w polu we wcześniejszych latach dowodził jedynie dywizją. Stąd brały się uzasadnione wątpliwości, czy przypomni sobie, czym jest teatr wojenny, i czy potrafi dowodzić armią liczącą dwieście tysięcy ludzi. Nie mniejsze obiekcje budził generał Jakow Żyliński, dowódca frontu północno-zachodniego, nazywany ze względu na opieszałość i niechęć do bardziej zdecydowanych działań żywym trupem. Lecz w Rosji o nominacji na stanowiska decydowały nie tyle kompetencje, ile miejsce w rządzącym układzie dworskim i poparcie wpływowego lobby. Dwór był nie tylko zapleczem dla plotek, ale co ważniejsze – centrum polityki kadrowej państwa. Drugim istotnym kryterium doboru kadr było starszeństwo. Nominacje przysługiwały z racji wieku, a nie zasług czy kompetencji. Dlatego młodzi zdolni oficerowie musieli czekać na swoją szansę i awans, aż się zestarzeją. Trzecim kryterium była gwarancja lojalności wobec dynastii i panującego. Dowódcy 1. i 2. armii cieszyli się opinią lojalnych monarchistów. Następstwem tej polityki kadrowej były właśnie nietrafione nominacje.

 

O sukcesie rosyjskim w Prusach Wschodnich miało przesądzić dobre współdziałanie obu armii, co jednak wymagało doskonałej koordynacji i dyscypliny oraz pełnego wzajemnego zaufania dowódców. Zaufania nie było, gdyż obaj generałowie, najdelikatniej mówiąc, za sobą nie przepadali. Obaj – i w tym byli zgodni – nie cenili dowódcy frontu, który z kolei nazywał ich tchórzami. Obaj natomiast dobrze współpracowali z naczelnym wodzem, a został nim z rozkazu cara jego stryj wielki książę Mikołaj Mikołajewicz. Władze cywilne, rząd czy tym bardziej Duma nie miały wpływu na poczynania naczelnego wodza i nie miały też prawa go kontrolować. Jedynie minister wojny Władimir Suchomlinow próbował egzekwować swoje kompetencje, aczkolwiek permanentny stan napięcia między obu dowódcami bardzo to utrudniał. Naczelny wódz, zwany w armii Nikołaszą, cieszył się sympatią młodszych oficerów i rosyjskich żołnierzy, i to nie tylko z powodu jego imponującego wzrostu (195 centymetrów), a także Francuzów, a to ze względu na swoje antyniemieckie poglądy. Stał na czele tak zwanej partii wojennej, przeciwnej układaniu się z Niemcami w sprawie pokoju. Ilustrując tę sytuację, Rosjanie przywoływali dowcip – jakoby rozmowę między wodzem naczelnym a carem; mianowicie gdy Mikołaj II nadmienił o możliwości pokoju z Niemcami w 1914 roku, Nikołasza odpowiedział: „Trzymaj na wodzy swoje Niemki [co było aluzją między innymi do żony cara], a ja biorę na siebie Niemców”. Mikołaj Mikołajewicz nie był, co prawda, geniuszem wojny, ale i tak nadawał się do tej roli lepiej niż inni kandydaci. Naczelny wódz miał do dyspozycji oficerów sztabowych, którzy tworzyli Wielką Kwaterę Główną, czyli Stawkę, i wraz z nim podróżowali koleją. W pierwszej fazie wojny wybór padł na węzeł kolejowy Baranowicze na Polesiu. Lokomotywa była ciągle pod parą, w razie gdyby zaistniała konieczność szybkiego wyjazdu. W wagonach, z komfortowymi miejscami noclegowymi i restauracyjnymi, odbywały się narady sztabowe. Przy Stawce rezydowali przedstawiciele armii sojuszniczych, a także Japończycy.

Już na samym początku pojawiły się problemy z łącznością między naczelnym wodzem a armiami w terenie. Była to w ogóle pięta achillesowa armii carskiej. Rozkazy księcia Mikołaja trafiały do Warszawy, tam były rozszyfrowywane, a następnie przez kurierów przesyłane do dowódców armii. Zaraz po rozpoczęciu wojny Nikołasza przesłał rozkaz do obu generałów, by ruszali w pole. Armia „wileńska” przekroczyła granicę rosyjsko-niemiecką 17 sierpnia, a 20 sierpnia odniosła zwycięstwo pod Gąbinem, nie ruszyła jednak w pościg za pokonanym wrogiem. Czekała na tabory z żywnością i na wozy z bronią i amunicją. Była to dla Niemców szczęśliwa okoliczność, gdyż dowódca 8. armii wpadł w panikę i nie był w stanie zapanować ani nad sobą, ani nad swoimi żołnierzami. Rozważał nawet możliwość wycofania się za Wisłę.

Drugą szczęśliwą okolicznością dla Niemców było to, że armia „warszawska” jeszcze nie wkroczyła do Prus. Samsonow dotarł do jej sztabu dopiero w pierwszych dniach sierpnia, gdyż przebywał na kuracji zdrowotnej na Krymie. Po przybyciu zarządził koncentrację armii i nakazał ruszać w kierunku granicy. Lecz nie znał ani dowódców korpusów i dywizji, ani obszaru, który miał być jej teatrem wojennym. W drugiej połowie sierpnia armia „warszawska” opuściła koszary, choć proces jej koncentracji jeszcze się nie zakończył, a żołnierze nie byli wystarczająco zaprowiantowani, bowiem intendentura dopiero wyładowywała się z pociągów. Armia składała się z korpusów pochodzących z różnych okręgów wojskowych, a ich dowódcy mieli się uczyć współpracy dopiero w boju. Wojsko wolno się przemieszczało w kierunku granicy ze względu na fatalnej jakości drogi, głównie polne, bo innych w istocie nie było. Tylko część mogła dojechać do granicy jedyną w tym rejonie linią kolejową biegnącą z Warszawy do Mławy. Nie zdążyły nadciągnąć dywizje drugiego rzutu, ponieważ właśnie się organizowały albo były w trakcie mobilizacji.

Po przekroczeniu granicy generałowie armii „warszawskiej” wykazali się brakiem rozpoznania sił nieprzyjaciela, zlekceważyli też jego mobilność. Wśród generalicji zbyt wielu było starszych wiekiem sybarytów, bardziej zainteresowanych dobrą kuchnią i grą w karty niż wojowaniem. Korpusy i dywizje maszerowały na spotkanie z Niemcami w zbyt dużym oddaleniu od siebie, co utrudniało koordynację, zwłaszcza gdy zawodziła łączność. Sporą przeszkodę stanowił teren walki, na którym znajdowały się liczne lasy, pagórki i jeziora. Dla żołnierzy niemieckich, dobrze znających „swoje” terytorium, te naturalne przeszkody nie były przeszkodami. Żołnierze rosyjscy nie mogli skorzystać z gęstej sieci niemieckich linii kolejowych ze względu na inny rozstaw osi. Solidne pruskie szyny okazały się dla Rosjan bezużyteczne. Brakowało żywności, gdyż rosyjskie tabory konne nie zdążyły dojechać z zaopatrzeniem, a wszystko, co miało jakąkolwiek wartość i mogło być przydatne przy prowadzeniu wojny, wywieźli Niemcy – konie i bydło ewakuowali w głąb Rzeszy, a zboże zebrali z pól dzięki wytężonej pracy niemieckich rolników oraz przy pomocy polskich robotników rolnych z Królestwa i uczniów szkół średnich. W efekcie żołnierze rosyjscy nie mieli chleba, a konie owsa.

Mimo trudności Rosjanie maszerowali, walczyli i w końcu osiągnęli Olsztyn, w którym to, według planów sprzed wojny, miały się spotkać i połączyć obie rosyjskie armie po pobiciu niemieckiej 8. armii. Docierając do Olsztyna, armia „warszawska” poniosła olbrzymie straty, między innymi z powodu ostrzału skutecznych niemieckich karabinów maszynowych oraz ognia artylerii. Postępy wojsk rosyjskich wywołały panikę w Prusach. Tamtejsi junkrzy wezwali na pomoc Berlin, przekonując, że rozgrzani sukcesem Rosjanie są gotowi zająć z marszu Królewiec, kolebkę pruskiej państwowości i miejsce koronacji królów pruskich. Skłoniło to Moltkego do zmiany dowództwa 8. armii i frontu wschodniego. Generała Maxa von Prittwitz und Gaffron odwołano, a na jego miejsce powołano Paula von Hindenburga, doświadczonego generała, od 1911 roku będącego w stanie spoczynku. Ten urodzony w Poznaniu oficer należał do elity pruskiej armii. Zrównoważony i zdecydowany, już swoją postawą, wyglądem i wzrostem (ponad 180 centymetrów) budził respekt i zaufanie. Jego szefem sztabu został bohater spod Liège Erich Ludendorff, z którym poznał się 23 sierpnia na dworcu w Hanowerze, skąd razem udali się do Malborka. Ludendorff był trudny w obejściu, brutalny i arogancki, do tego bardzo drażliwy i pozbawiony poczucia humoru. Mimo to jego współpraca z Hindenburgiem układała się nad wyraz dobrze, przez kolejne lata stanowili oni właściwie nierozłączną parę, przez Niemców byli nazywani małżeństwem. Hindenburg, przygotowując operację, dokładnie znał położenie i plany Rosjan. Ponieważ nie miał przewagi liczebnej, w pierwszej kolejności postanowił uderzyć na armię „warszawską”, a po jej rozbiciu na „wileńską”. Dysponował dziewięcioma dywizjami przeciwko piętnastu rosyjskim. W szybkim tempie wycofał wojska stojące naprzeciw armii „wileńskiej”, z wyjątkiem dywizji kawalerii, która miała aktywnie pozorować istnienie większych sił. Po raz kolejny szczęśliwie dla Niemców dowódca armii „wileńskiej” działał anemicznie, czekając na kontrataki niemieckie. Tymczasem Samsonow, przekonany, że większość armii niemieckiej w Prusach została rozbita, postanowił atakować w kierunku Ostródy leżącej na południowy zachód od Olsztyna. „Teraz będzie łatwiej iść naprzód w głąb Niemiec” – pisał do Żylińskiego. Ale jednocześnie informował, że wykonanie tego manewru może być trudne ze względu na dramatyczny deficyt chleba dla żołnierzy i furażu dla koni. „Żołnierze byli niewyspani, wyczerpani, trzeci dzień nie było chleba ani sucharów, brakowało amunicji i karabinów” – raportował jeden z oficerów. Żyliński jednak zachęcał tylko do zbierania karabinów na pobojowiskach i przekazywania ich wojsku.