Samobójstwo EuropyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W szkołach urządzano podniosłe akademie i manifestacje patriotyczne, podsycając jednocześnie negatywne stereotypy na temat innych nacji. Propagandę nienawiści uprawiały między innymi gazety i gazetki szkolne. Organizowano obozy wojskowe dla dzieci i młodzieży, a podczas lekcji wychowania fizycznego trenowano musztrę i przeprowadzano zajęcia z zakresu przysposobienia wojskowego. Wszystko to miało zasadniczy wpływ na mentalne przygotowanie różnych środowisk do konfliktu. Podręczniki szkolne uczyły tak zwanego dobrego patriotyzmu, czyli wskazywały na sens ofiary, w razie gdyby zażądała jej ojczyzna. „Wojna nie jest prawdopodobna, ale jest możliwa. Z tego powodu Francja pozostaje uzbrojona i zawsze gotowa się bronić. Broniąc Francji, bronimy ziemi, na której się urodziliśmy, najpiękniejszego i najbardziej szczodrego kraju na świecie” – można było przeczytać we francuskim podręczniku z 1912 roku. Formą mobilizowania i wychowywania młodzieży szkolnej były także imprezy masowe, jak choćby dni floty wojennej w Wielkiej Brytanii czy festiwale młodzieży niemieckiej.

Istotny wpływ na dojrzewanie społeczeństw do wojny miały następujące po sobie raz za razem kryzysy. Po kryzysie spowodowanym aneksją Bośni i Hercegowiny przez Austro-Węgry już w 1911 roku doszło do eskalacji tak zwanego drugiego kryzysu marokańskiego („skok Panthery” do Agadiru). Po jego zakończeniu w Niemczech wybuchła antyfrancuska i prowojenna histeria. Tłum wzywał kajzera do abdykacji, nazywając go tchórzem, a kanclerza do rezygnacji ze stanowiska. Kolejnymi ogniskami zapalnymi były „wojna świńska” Belgradu z Wiedniem (1906–1911), wojna Włoch z Turcją o Libię (1911–1912), wreszcie wojny bałkańskie, które poważnie naruszyły istniejący układ sił. To, że każdego lata dochodziło do kolejnego konfliktu, sprawiało, że atmosfera stawała się coraz bardziej naelektryzowana, a umysły coraz bardziej rozgorączkowane. Narastały uprzedzenia i wzajemne pretensje, nieufność i nacjonalistyczne fobie. Permanentne antagonizmy stały się swoistym tańcem na linie nad przepaścią. Każdy kolejny kryzys nakładał się na wcześniejsze, potęgując napięcie, aż do momentu gdy osiągnęło ono poziom krytyczny. W każdej chwili spodziewano się wybuchu zbrojnego konfliktu na szerszą skalę. Nastał czas suchej, jak ją nazywano, lub zimnej wojny. Następujące po sobie w krótkim czasie kryzysy skłaniały do jeszcze większych zbrojeń i „próbnej” militaryzacji gospodarki oraz do zakładania nowych „związków obrony”. Obywatele byli tym wszystkim coraz bardziej zaniepokojeni. „Ciągle myślałam o zbliżającej się wojnie. Czy istnieje szansa jej uniknięcia” – pisała w 1911 roku Daisy Hochberg von Pless, Brytyjka, pani na zamku w Pszczynie i Książu. „W początkach zimy 1912 na 1913 mówiono coraz częściej o możliwości wojny Austro-Węgier z Rosją. [...] Panowało wrzenie ciche, ukryte w naszym kraju. Koła niepodległościowe gorączkowały się” – wspominała polska księżna Matylda Sapieżyna. Dlatego też w latach 1912–1913 szybko przybywało ochotników między innymi do polskich i ukraińskich formacji strzeleckich w Galicji. Gdy bezpośrednia groźba wojny minęła, rekrutacja się zmniejszyła.

Wszystkie powyższe czynniki wcale nie musiały przesądzić o wybuchu światowego konfliktu. Kryzysy mogły dalej przychodzić i mijać, rozwiązywane za pomocą sprawdzonych procedur, świat dalej mógł się zbroić, dalej mogły szkolić się i defilować armie, a plany wojenne spoczywać w ściśle strzeżonych sejfach. Z tym wszystkim można było żyć w pokoju, aczkolwiek życie w stałym napięciu, od kryzysu do kryzysu, od pożaru do pożaru, z pewnością komfortowe nie było. Ile lat można siedzieć na beczce prochu? Dlatego też nie dziwi, że coraz częściej mówiono sobie, że mimo ryzyka nieodmiennie związanego z wojną i mimo braku pewności co do jej ostatecznego wyniku należy jednak spróbować. „Wojna [...] była nieunikniona i niemożliwa do powstrzymania, jako skutek motywów, które kierują zachowaniem państw i ludów, tak jak burza, którą natura musi sama rozładować” – pisał Joseph Conrad-Korzeniowski. Zatem skoro wojna jest nieunikniona, nie warto jej odkładać. Podobnie argumentuje chirurg: tylko operacja daje choremu szansę powrotu do zdrowia, i im szybciej się pacjent na nią zdecyduje, tym lepiej. „Słuszna i potrzebna wojna nie jest bardziej brutalna niż operacja chirurgiczna. Lepiej zadać pacjentowi ból i zakrwawić sobie palce, niż pozwolić, by choroba rozszerzała się tak bardzo, iż stanie się zagrożeniem dla siebie i dla świata” – pisał w przeddzień wojny brytyjski dziennikarz Sidney Low. Zatem pojawiło się coś, co można nazwać przymusem wojny. Pozostało jedynie wybrać datę. Krwawy zamach w Sarajewie 28 czerwca 1914 roku wydawał się odpowiedni, doprowadzając ostatecznie do uruchomienia reakcji łańcuchowej.

CELE WOJENNE. PLANY STRATEGICZNE

Państwa przystępujące do wojny liczyły na konkretne korzyści – terytorialne, gospodarcze, prestiżowe, polityczne. W lipcu 1914 roku cele wojenne nie były jeszcze jasno zdefiniowane. Miały one charakter raczej ogólnie sformułowanych postulatów, nieraz ujętych w konwencji pobożnych życzeń. Można je dzisiaj odczytywać wyłącznie jako wytwór marzeń, megalomanii narodowej, nadmiernego apetytu, wygórowanych ambicji. Cele wojenne niekoniecznie musiały być spójne i z reguły takie nie były.

Mocarstwa pragnęły ugruntować swoją pozycję w Europie, a niektóre także w świecie. Wszystkie planowały zajęcie nowych terytoriów. Francja chciała odzyskać Alzację i Lotaryngię, utracone w 1871 roku (to był jej plan minimum), oraz potwierdzić swój status drugiego co do wielkości światowego imperium. Myślała też o stworzeniu państwa buforowego w Nadrenii. Rosja marzyła, i to od lat, o przejęciu cieśnin tureckich i opanowaniu Konstantynopola oraz o zdobyciu ziem, które uważała za rosyjskie, takich jak Galicja Wschodnia i Bukowina. Nie wykluczała oparcia granicy zachodniej na linii dolnej Wisły, planowała ponadto dalsze zabory w rejonie Kaukazu kosztem Turcji. Niemcy pragnęły uzyskać dominującą pozycję polityczną i gospodarczą na kontynencie, tworząc „niemiecką Europę”, niekoniecznie przez dokonywanie zaborów nowych ziem, aczkolwiek brały to pod uwagę – atrakcyjne wydawały im się zwłaszcza francuskie i belgijskie zagłębia górniczo-metalurgiczne. Zależało im także na nowym podziale kolonii – najambitniejsi nie wykluczali zajęcia miejsca Wielkiej Brytanii i Francji na mapie świata, natomiast ostrożniejsi zadowalali się stworzeniem Mittelafriki poprzez przyłączenie belgijskiego Konga do Niemieckiej Afryki Wschodniej. Realizowana w czasie wojny przez Niemcy polityczna wizja Europy Środkowej i Środkowo-Wschodniej, zwana Mitteleuropą, w 1914 roku istniała tylko w zarysie. Austro-Węgry nie dążyły do zajęcia kolonii, ale chciały panować na Bałkanach, a wraz z Niemcami również na Bliskim Wschodzie. Wielka Brytania nie planowała zdobyczy w Europie, natomiast byłaby zadowolona, gdyby mogła nadal swobodnie panować na morzach i oceanach, rozszerzając swoje imperium kolonialne o posiadłości niemieckie oraz o terytoria wchodzące w skład imperium osmańskiego. Turcja z kolei pragnęła odzyskać na Bałkanach i na Kaukazie ziemie, które poprzednio utraciła. Myślała też o przejęciu Egiptu i zdobyczach kosztem Rosji, tak żeby nie nazywano jej już dłużej chorym człowiekiem Europy. Japonia z kolei zamierzała dominować w Azji Wschodniej i w zachodniej części Pacyfiku. W 1914 roku uznała, że pojawił się dogodny moment, by relegować stamtąd Rzeszę i przejąć jej najważniejsze kolonie. Swoje plany miały też mniejsze państwa, od początku biorące udział w wojnie, podobnie jak Włochy i USA, które przystąpiły do niej w późniejszym terminie. Wojenne plany podlegały przez cały czas weryfikacji. Ostateczne zostały sformułowane po pokonaniu państw centralnych.

Mocarstwa przygotowujące się do wojny najczęściej widziały ją jako kampanię kilkumiesięczną. Żyły „iluzją krótkiej wojny”. Miała się ona rozstrzygnąć w paru decydujących bitwach, tak jak w XIX wieku, kiedy to o pokonaniu Prusaków czy Austriaków przez Napoleona przesądziła jedna zwycięska batalia, podobnie jak Sadowa zadecydowała o triumfie Prusaków nad Austriakami w 1866 roku, a Sedan o dominacji Prusaków nad Francuzami w 1870. Poza pułap doświadczeń historycznych planiści wojenni zasadniczo nie wybiegali. Dlatego sztaby generalne i szkoły wojskowe intensywnie pracowały nad dziejami konfliktów XIX stulecia oraz wojen bałkańskich z lat 1912–1913. Skrupulatni Brytyjczycy obliczyli, że o zwycięstwie w przyszłym wojennym starciu przesądzi siedem bitew. Uważali, że dłuższa wojna ze względów ekonomicznych nie byłaby możliwa. Gospodarki europejskie nie były na nią, jak uważano, przygotowane. Dlatego nie opracowano planów mobilizacji przemysłu i rolnictwa na potrzeby wojny ani racjonowania surowców. Wśród polityków i wojskowych nie brakowało jednak i takich, którzy prorokowali, że przyszła wojna będzie znacznie bardziej uciążliwa i bolesna. Wśród nich byli Niemcy, Francuzi i Rosjanie, a nade wszystko Brytyjczycy. Churchill mówił o kilkuletniej wojnie, a brytyjski marszałek polny Horatio Herbert Kitchener o co najmniej dwuletniej, lub nawet trzyletniej. Przed długą i wyniszczającą wojną ostrzegali pacyfiści, ale ich głosów nikt nie słuchał.

Nie tylko generałowie i politycy mieli nadzieję, że wojna szybko się skończy. „Łudziliśmy się wszyscy, że wojna potrwa najwyżej miesiąc” – pisała Zofia Tyszkiewicz z Landwarowa. „Nikt nie spodziewał się, że wojna ta może trwać dłużej niż kilka miesięcy [...]. Najmądrzejsi twierdzili, że żadne państwo finansowo nie wytrzyma i długo nie potrafi prowadzić wojny” – wspominała Matylda Sapieżyna. Długą wojnę prorokował natomiast Szwejk Jaroslava Haška. Zapytany, jak długo ona potrwa, odpowiedział w swoim stylu, że „piętnaście lat. To całkiem jasne, ponieważ już raz była wojna trzydziestoletnia, a teraz jesteśmy połowę mądrzejsi niż dawniej, więc trzydzieści podzielić przez dwa równa się piętnaście”.

 

Państwa, które przystąpiły do wojny, dysponowały planami wojennymi oraz dokładnym scenariuszem przebiegu mobilizacji. Za najbardziej błyskotliwy i szczegółowo opracowany uchodził ten, który przeszedł do historii pod nazwą planu Schlieffena, od nazwiska jego głównego autora. W rzeczywistości jednak plan, który Niemcy realizowali, trudno już nazwać wyłącznie jego imieniem – bardziej odpowiednia byłaby nazwa: Schlieffena-Moltkego ze względu na istotne zmiany, jakie wprowadził ten drugi. Plan Schlieffena nie we wszystkim był jednak dopracowany.

Leżące w środkowej Europie Niemcy od lat brały pod uwagę zagrożenie okrążenia ich kraju przez sąsiadów: z jednej strony przez Francję, z drugiej przez Rosję. Zawarcie przez nie sojuszu militarnego tylko potwierdziło te obawy. Aby uniknąć prowadzenia działań zbrojnych na dwóch frontach równocześnie, plan Schlieffena, przygotowany z iście wagnerowskim rozmachem i faustowską obsesją, przewidywał szybki i natychmiastowy atak na Francję i pokonanie jej, zanim ruszy Rosja. Dlaczego na Francję, a nie na Rosję? Ponieważ Francja szybciej niż Rosja mogła przeprowadzić mobilizację, a tym samym szybciej rozpocząć wojnę. Alfred von Schlieffen uznał, że zwycięstwo będzie możliwe, gdy na Paryż pomaszeruje prawie cała armia Rzeszy, czyli siedem ósmych sił. W tej sytuacji ciężar wojny na Wschodzie, przynajmniej w pierwszych tygodniach, spoczywałby na armii monarchii naddunajskiej. Przewidywano, że armia rosyjska – ze względu na niewystarczającą sieć połączeń kolejowych – nie przekroczy w krótkim czasie granic państw centralnych, a gdy to się już stanie, armie niemieckie będą właśnie okrążały Paryż, co miało oznaczać, że wojna na Zachodzie będzie się zbliżać do końca.

Hrabia Alfred von Schlieffen (1833–1913)

W 1913 roku armia niemiecka była pięciokrotnie liczniejsza niż pruska w 1870, dlatego planiści mieli świadomość, że musi dysponować wystarczającą przestrzenią do rozwinięcia swoich działań. Równiny północno-zachodniej Francji wydawały się idealnym teatrem dla jej poczynań. Wzorem dla Schlieffena był pruski strateg Carl von Clausewitz, który uważał, że trzeba jak najszybciej zmierzać do rozstrzygającej bitwy. Nie wolno przedłużać kampanii, bo to może prowadzić do walki na wyczerpanie, a wtedy wynik wojny będzie sprawą otwartą. Pierwszy plan pochodził z 1899 roku. Później był modyfikowany w ślad za zwiększaniem liczebności armii. Ostateczny wariant został przyjęty w grudniu 1905 roku, na kilka miesięcy przed przejściem Schlieffena na emeryturę. Przewidywał dokonanie manewru okrążającego, który doprowadzi do zajęcia Paryża od strony południowo-zachodniej. Prawe skrzydło wojsk nadciągających do francuskiej stolicy od strony zachodniej miało odgrywać rolę młota, lewe – kowadła. Niemieccy krytycy powiadali, że to fantazja, zagranie pokerowe, życzenie starego generała i nic więcej, że w praktyce plan jest niewykonalny. Jego autor był, co oczywiste, innego zdania. Podkreślał, że jego istotne cechy to precyzja i troska o szybkie tempo akcji. Liczył się czas. Plan dostosowano do mentalności niemieckiego żołnierza i oficera, przywiązanych do realizowania drobiazgowych instrukcji. Wojska miały maszerować i walczyć dosłownie z zegarkiem w ręku. Dlatego ustalono harmonogram marszu na każdy dzień, który miał przynieść ściśle określone zdobycze terytorialne. Przekroczenie granicy belgijsko-francuskiej miało nastąpić dwudziestego drugiego dnia od rozpoczęcia mobilizacji, a zdobycie Paryża – trzydziestego dziewiątego dnia. Aby ułatwić żołnierzom wykonanie planu, dowódcom dywizji, pułków, batalionów i kompanii przyznano spory margines samodzielności. Dzięki temu mogli szybko podejmować decyzje.

Schlieffen miał świadomość, że bez sprawnie działającej kolei żelaznej realizacja jego planu nie jest możliwa, dlatego Niemcy pilnie inwestowały w zwiększenie gęstości linii i ich przepustowości. „Nie budujcie więcej twierdz, budujcie koleje” – apelował Moltke (starszy), a Schlieffen dodawał: „Dziś nie pyta się tylko o liczbę batalionów przeciwnika. Pyta się o długość linii kolejowych”. Koleje oraz budowane przy granicy magazyny i garnizony miały pozwolić na kilkakrotne zwiększenie liczby żołnierzy podążających na front w ciągu dosłownie kilku dni.

Plan przewidywał szybki przemarsz wojsk przez Belgię, co pozwoliłoby na obejście nadgranicznych twierdz francuskich, a tym samym zaoszczędziło Niemcom czasu i ofiar przy ich zdobywaniu. Jego autorzy bagatelizowali siły wojskowe małego sąsiada i nie brali pod uwagę udziału w walkach wojsk brytyjskich. Po pokonaniu Francuzów i zajęciu Paryża niemieckie armie miały być przetransportowane koleją na wschód, by tam z marszu uderzyć na armie rosyjskie i je zniszczyć. Niemcy lekceważyli Rosjan w myśl powszechnej opinii o kolosie na glinianych nogach. Co prawda, zdawali sobie sprawę z potencjału demograficznego Rosji i liczby jej żołnierzy, ale uważali, że mają oni małą wartość bojową i będą działać w sposób nieporadny – że są kiepsko wyposażeni, źle zorganizowani, nie dysponują najlepszej klasy dowódcami i działają opieszale. Dlatego wieszczono szybki sukces niemieckiej armii. „Obiad w Paryżu, kolacja w Petersburgu” – tak w lapidarnym skrócie o szybkim tempie wojny wyraził się kajzer. W ciągu kolejnych dwóch, trzech miesięcy wojna na Wschodzie miała być rozstrzygnięta, tak by zgodnie z zapowiedzią cesarza żołnierze powrócili do domu, „zanim opadną liście z drzew”. Wszystko to wyglądało wszkaże zbyt pięknie, by mogło się ziścić.

Podwójne okrążenie we Francji Schlieffen uważał za istotę swego planu, wręcz fetysz. Ale nowy szef sztabu Moltke (młodszy) poczynił w nim poważne zmiany, gdyż uznał plan za zbyt ryzykowny. Nie wierzył w skuteczny manewr oskrzydlający Paryż od zachodu szerokim prawym skrzydłem ze względu na zbyt duże rozciągnięcie mocno zmęczonych marszem i walką oddziałów. Dlatego postanowił przenieść osiem dywizji na lewe skrzydło, zwiększając ich liczbę do szesnastu. W jego przekonaniu to uderzenie na Paryż z lewej strony, od wschodu, miało zadecydować o losach kampanii. Pierwotnie stosunek liczby żołnierzy prawego skrzydła do lewego wynosił 7 : 1, a po zmianach 3,5 : 1. Moltkego nawet na chwilę nie opuszczał optymizm. „Spodziewamy się skończyć z Francją w ciągu sześciu tygodni od momentu rozpoczęcia działań wojennych” – oświadczył. Plan Schlieffena-Moltkego zaakceptował Wilhelm II. Niemieccy generałowie zwykle tak ustawiali gry wojenne, by potwierdzały ich sensowność.

Plan strategiczny Austro-Węgier przewidywał ścisłe współdziałanie z wojskami Rzeszy. W 1909 roku oba sztaby precyzyjnie uzgodniły zadania dla obu armii na froncie wschodnim i zasady współpracy. Podczas debaty 12 maja 1914 roku dopięły wszystko na ostatni guzik. Sztabowcy zgłosili gotowość do wojny obu cesarzom i rządom, optymistycznie oceniając, że obie armie mają zdecydowaną przewagę militarną nad przeciwnikami. Oba sztaby nie uzgodniły natomiast przebiegu działań na wypadek wojny także z Serbią. Sztab austro-węgierski opracował trzy plany: jeden na wypadek wojny z Rosją i Serbią, drugi wyłącznie z Rosją, trzeci wyłącznie z Serbią. W odniesieniu do wariantu pierwszego sztabowcy dość nonszalancko, opierając się na błędnych symulacjach, zakładali pokonanie Serbii w ciągu sześciu tygodni, zanim nastąpi pełna mobilizacja wojsk rosyjskich. Aby wygrać, żołnierze musieli osiągnąć dobry poziom wyszkolenia w zakresie strzelania i sprawnego pokonywania przestrzeni. Szybki marsz i wytrzymałość żołnierza na trudy miały przesądzać o powodzeniu kampanii wojennej na korzyść monarchii naddunajskiej.

W Rosji na przestrzeni lat opracowywano różne strategie wojenne. Nie przesądzono wszakże, który plan zostanie uznany za ostatecznie obowiązujący. Dlatego nie ćwiczono i nie przygotowywano się do realizacji konkretnego zadania strategicznego. Rosyjska doktryna przewidywała wojnę ofensywną. Trudno było to sobie inaczej wyobrazić, skoro od 1700 roku Rosja stoczyła trzydzieści osiem wojen, z których trzydzieści sześć było ofensywnych. Ogólnie przewidywano szybkie uderzenie na armie Austro-Węgier siłami szesnastu korpusów. Rosyjskie plany traktowały front niemiecki jako trzeciorzędny i defensywny. Zmieniło się to dopiero w 1912 roku na skutek stanowczych sugestii Francuzów. Nowy plan zakładał atak na Prusy Wschodnie siłami dziewięciu korpusów. Rozważano także możliwość ataku z Królestwa Polskiego w kierunku Poznania i Berlina. „Musimy uderzyć w samo serce Niemiec. Celem dla obu naszych stron powinien być Berlin” – ekscytował się Mikołaj II podczas ostatniej przed wybuchem wojny debaty francusko-rosyjskiej na temat współdziałania, zakończonej podpisaniem kolejnego porozumienia wojskowego.

Pierwotnie armia rosyjska miała być gotowa do wyruszenia w pole dopiero dwudziestego pierwszego dnia po ogłoszeniu mobilizacji. Niepokoiło to Francuzów, gdyż zdawali sobie sprawę, że ułatwia to działanie wojskom Rzeszy na Zachodzie i może prowadzić do klęski ich kraju. Zresztą także Rosja wiedziała, że klęska Francji to niechybnie także jej przegrana, dlatego planiści otrzymali zadanie skrócenia czasu potrzebnego do osiągnięcia gotowości bojowej, tak by zmusić Rzeszę do walki na dwóch frontach. Rosjanie obiecali, że wkroczą do Prus Wschodnich szesnastego dnia od daty ogłoszenia mobilizacji, a w 1913 roku, po wizycie w Rosji szefa francuskiego sztabu generalnego Josepha Joffre’a, zdecydowali się skrócić ten czas o kolejne dwa dni, pomimo że produkcja rosyjskich fabryk zbrojeniowych pokrywała mniej niż dwie trzecie przewidywanego zapotrzebowania na pociski artyleryjskie i mniej niż połowę zapotrzebowania na karabiny. Musiało się to odbić na rosyjskiej skuteczności. Rosjanie zobowiązali się wystawić osiemset tysięcy żołnierzy. Aby ułatwić współdziałanie obu armii, Rosjanie wybudowali potężną radiostację w Bobrujsku, a Francuzi stację odbiorczą na wieży Eiffla.

Francuzi dysponowali „Planem nr XVII”. Nie został on rozpracowany przez wywiad niemiecki – między innymi dlatego, że nigdy nie doczekał się wersji papierowej, by nie mógł się dostać w ręce nieprzyjaciół. Podobnie jak plany niemiecki i rosyjski plan francuski także przewidywał wojnę ofensywną. Doktryna ofensywy, i to w napoleońskim stylu, narodziła się w Wyższej Szkole Wojennej pod wpływem jej komendanta Ferdinanda Focha, a jej autorem, tak jak i nowego regulaminu, był pułkownik, a później generał Louis de Grandmaison, który powiadał: „W ofensywie brak rozsądku jest najlepszym zabezpieczeniem”. „Pierwszym i podstawowym warunkiem zwycięstwa jest sama chęć pokonania wroga. Zwycięstwo to silna wola. Geniusz Francji tkwi w jej duchu” – przekonywał zaś Foch. Rosjanie wizytujący Francję byli zachwyceni „Planem nr XVII”, który zakładał „ofensywę do ostatka sił”. W szkole uczono młodych oficerów trudnej sztuki improwizacji na polu walki oraz elastyczności. „Regulaminy są bardzo przydatne w musztrze, lecz w godzinie niebezpieczeństwa są bezużyteczne [...]. Musicie nauczyć się myśleć”. Gorącym wyznawcą dogmatu wojny ofensywnej był Joseph Joffre. „Najważniejsza w prowadzeniu wojny jest konieczność nadania działaniom wojennym mocnego rozpędu zaczepnego. Bitwa, wyłączny cel tych działań, jest jedynym sposobem złamania woli nieprzyjaciela. Najpierwszym obowiązkiem dowódcy jest chcieć bitwy” – podkreślał. Propagując ofensywę, francuscy stratedzy liczyli na zmianę mentalności swych rodaków z mentalności dorobkiewiczów i rentierów na mentalność wojowników. Wierzyli, że ofensywna doktryna ożywi ducha francuskiego narodu. Zgodnie z planem Francuzi mieli uderzyć w kierunku Alzacji i Lotaryngii aż po Koblencję, którą chcieli opanować. Zdawali sobie sprawę, że Niemcy przewidują atak przez Belgię, dlatego część sił zamierzali zgromadzić przy granicy z północnym sąsiadem. Wiedzieli też, że to Rzesza ma przewagę liczebną i ogniową, toteż ofensywa na głównych frontach nie wykluczała prowadzenia działań obronnych na drugorzędnych.

Z kolei Brytyjczycy, przygotowując swoje plany wojenne, nie wyrażali powszechnej wiary w szybkie zakończenie konfliktu. Spodziewali się raczej wojny na wyczerpanie, a o jej ostatecznym wyniku miały przesądzić potężne zasoby materiałowe Imperium Brytyjskiego oraz jego najsilniejsza w świecie marynarka wojenna, której działaniom przypisywano rozstrzygające znaczenie. Te brytyjskie plany świadczyły o tym, że ich autorzy chcieli osiągnąć „wielkie zwycięstwo” jak najmniejszym kosztem i nakładem sił. Celem, jaki sobie wyznaczyli, było zorganizowanie blokady morskiej państw nieprzyjacielskich oraz finansowe wspieranie państw sojuszniczych w postaci dobrze oprocentowanych pożyczek. Wielka Brytania miała się stać swoistą „elektrownią” dostarczającą aliantom zastrzyków energii. Dlatego Rosjanie powiadali, że „Brytyjczycy są gotowi walczyć do ostatniego rosyjskiego żołnierza”, jednocześnie bacznie go pilnując, by nie zajął zbyt rozległych terytoriów.

 

ARMIE LĄDOWE W 1914 ROKU

O liczbie żołnierzy, którymi mogły dysponować poszczególne armie, decydowała nade wszystko demografia, natomiast o ich wyposażeniu w broń, sprzęt i amunicję – wielkość i jakość produkcji przemysłowej. W 1913 roku Niemcy liczyły blisko 68 milionów mieszkańców, Francja niespełna 40 milionów, Wielka Brytania z Irlandią 46 milionów, Austro-Węgry ponad 52 miliony, Rosja 167 milionów, a Włochy 36 milionów. W 1880 roku Niemcy miały o 20 procent więcej ludności niż Francja i o 30 procent więcej niż Wyspy, ale w 1913 już o 70 procent więcej niż Francja i o 47 procent więcej niż Korona Angielska. Rosnące różnice w liczbie mieszkańców wynikały z tego, że w Niemczech rodziło się więcej dzieci niż w Wielkiej Brytanii, a zwłaszcza we Francji. Nad Sekwaną szukano zatem silnych sojuszników w przyszłej wojnie. Gdy w 1906 roku komisje poborowe w Rzeszy wezwały do stawienia się 1,2 miliona mężczyzn, do służby w armii zakwalifikowano 278 tysięcy najzdrowszych i nieobciążonych obowiązkami rodzinnymi. Przed komisjami poborowymi we Francji stanęło natomiast 368 tysięcy mężczyzn, z których do służby wojskowej zakwalifikowano dwie trzecie. Oznaczało to, że Francuzi, by wyrównać dysproporcje w zakresie potencjału demograficznego z Niemcami, musieli wcielać do armii zarówno tych niezbyt dobrze rokujących, jak i żywicieli rodzin. Wartość bojowa poborowych francuskich siłą rzeczy musiała być niższa niż niemieckich, a rezerwy z konieczności były skromniejsze.

Po 1870 roku II Rzesza należała do najszybciej rozwijających się państw przemysłowych świata, a jej gospodarka stała się jedną z najbardziej konkurencyjnych pod względem jakości. W przeddzień wojny była drugą po USA potęgą przemysłową. Niemiecki przemysł chemiczny (BASF, AGFA, Beiersdorf, Friedrich Bayer, Hoechst AG) i elektrotechniczny (AEG, Siemens) nie miały sobie równych. Niemcy stworzyli potężną i nowoczesną metalurgię, której symbolem były zakłady Kruppa i Thyssena. Perfekcyjnie wykorzystali swój spóźniony start w światowej rywalizacji. Stworzyli wzorcowe laboratoria przemysłowe oraz efektywny system współpracy między państwem, przedsiębiorcami a uniwersytetami, które wówczas należały do najlepszych na świecie. Dlatego nie dziwią liczne nagrody dla niemieckich uczonych, z Nagrodą Nobla na czele. W latach 1900–1914 na siedemnastu noblistów w dziedzinie fizyki sześciu pochodziło z Niemiec, także sześciu Niemców było laureatami w dziedzinie chemii i czterech w dziedzinie medycyny. W efekcie między Rzeszą a Francją i Wielką Brytanią stale zwiększał się dystans pod względem dochodu narodowego oraz potencjału. W 1880 roku PKB Rzeszy był wyższy od francuskiego o 15 procent, lecz w 1913 już o 82 procent. Jej potencjał przemysłowy był większy od potencjału Francji w 1880 roku o 90 procent, a w 1913 o 140 procent. Gdy w latach 1870–1913 brytyjska produkcja przemysłowa wzrosła dwukrotnie, niemiecka wzrosła sześciokrotnie. Wielka Brytania definitywnie przestała pełnić funkcję fabryki świata. Spadła jej dynamika rozwoju, z której słynęła w pierwszej połowie stulecia. Brytyjczycy mało inwestowali w nowoczesne i innowacyjne dziedziny gospodarki. Przespali najlepsze lata po zjednoczeniu Niemiec w 1871 roku i w rezultacie ustawili się w kolejce za nimi. Wielka Brytania pozostała natomiast światowym centrum handlowym oraz finansowym. Tuż za nią ulokowała się Francja, która rozwijała różnorodny przemysł, w tym znakomity metalurgiczny i zbrojeniowy (Schneider), chemiczny (Michelin) i samochodowy (Renault, Citroën, Peugeot). Mocne były francuska waluta, giełda i banki. Słabszą pozycję w gospodarce światowej miały Austro-Węgry z powodu technologicznego zapóźnienia oraz silnego zróżnicowania geograficznego. Najbardziej rozwiniętym pod względem gospodarczym i najzamożniejszym obszarem c.k. monarchii były Czechy, a Wiedeń liczył się jako centrum finansowe. Nieco mniejsze znaczenie miały inne zachodnie prowincje państwa, podobnie jak zachodnie Węgry z Budapesztem, a jeszcze mniejsze peryferyjnie położone kraje koronne. Centralne prowincje węgierskie stały się wielkim producentem żywności, a węgierskie młynarstwo pozostawało niedoścignione na kontynencie. Z kolei Rosja, która najpóźniej weszła na drogę wzrostu cywilizacyjnego, rozwijała się coraz szybciej. Dzięki zaangażowaniu kapitału zagranicznego, zwłaszcza francuskiego, powstały dobrze funkcjonujące i rozwinięte enklawy nowoczesności, na czele z Petersburgiem, Moskwą, Zagłębiem Donieckim, Królestwem Polskim i Finlandią. Natomiast poza nimi przeważały obszary niedoinwestowane i biedne, słabo ze sobą skomunikowane.

Po mobilizacji największą armią mogła dysponować Rosja, a jej zasoby ludzkie i materialne wydawały się niewyczerpane. Wojny zawsze wypowiadali carowie i to oni decydowali o zawarciu pokoju. Armia rosyjska nie miała charakteru obywatelskiego tak jak francuska, tylko była armią „Jego Imperatorskiej Wysokości”. Nie walczyła w obronie interesów rosyjskiego państwa, narodu czy ojczyzny, lecz tronu i imperatorskiej rodziny. Przysięga, którą składali żołnierze, siedmiokrotnie wymieniała imię imperatora i ani razu narodu. Dlatego dla mieszkańców imperium Romanowów wierność panującemu i dynastii powinna była stanowić sprawę najważniejszą.

Armia rosyjska, tak jak imperium, była wielonarodowa, z tym że zwracano uwagę, by liczba służących w niej Słowian stanowiła nie mniej niż 75 procent, a liczba samych Rosjan nie mniej niż połowę całego stanu armii. Wśród oficerów, zwłaszcza wyższych szczebli, było sporo osób pochodzenia niemieckiego (Bałtów), lecz po rozpoczęciu działań wojennych w większości zostali oni zdymisjonowani. Ponad 80 procent żołnierzy miało pochodzenie chłopskie, pod względem społecznym była to zatem armia prawie jednorodna. Zamożniejsi wykupywali się i nie zasilali armii, biedniejsi byli na służbę skazani. Dzięki postępom w alfabetyzacji dwie trzecie żołnierzy umiało czytać i pisać. Od 1906 roku powszechna służba wojskowa trwała trzy lata w piechocie oraz cztery w marynarce. Po jej zakończeniu przez siedem lat pozostawało się w rezerwie pierwszej klasy, a do ukończenia czterdziestego trzeciego roku życia w rezerwie drugiej klasy.

Elitę korpusu oficerskiego stanowiło tysiąc oficerów sztabowych, absolwentów elitarnej Mikołajewskiej Akademii Sztabu Generalnego (od 1909 roku Imperatorska Mikołajewska Akademia Wojskowa). Oprócz nich w armii rosyjskiej służyło czterdzieści pięć tysięcy oficerów, a trzydzieści tysięcy mogło być zmobilizowanych jako oficerowie rezerwy. Oficerów pochodzenia szlacheckiego cechowało wyraźne poczucie wyższości, aczkolwiek nie stanowili już oni większości. Tak znani później generałowie, jak Ławr Korniłow czy Anton Denikin, byli pochodzenia chłopskiego. W okresie wojny wzrósł odsetek dzieci chłopskich w szkołach oficerskich. Na przełomie lat 1916 i 1917 stanowiły one już ponad 70 procent ogółu kadetów. Tyle że oficerowie pochodzenia chłopskiego bynajmniej nie identyfikowali się z żołnierzami tego samego pochodzenia, ale pretendowali raczej do grona oficerów szlacheckich, szczególnie zaś cieszyły ich tradycyjne oficerskie przywileje. Dystans między carskimi oficerami a żołnierzami był większy niż w innych armiach. Do żołnierzy oficerowie zwracali się per „ty”, jak kiedyś panowie do chłopów pańszczyźnianych, natomiast żołnierze do oficerów z czołobitnością, wymieniając wszystkie tytuły wojskowe. Żołnierzami poniewierano, obrzucano ich wyzwiskami, a w okresie wojny praktykowano kary cielesne, w tym osławione „bicie w mordę”. Regulaminy wprowadzały dyskryminujące żołnierzy przepisy osobowe, zakazujące im spacerowania po chodnikach, które były zastrzeżone tylko dla oficerów, oraz wstępu do miejskich parków, restauracji czy teatrów. Armia rosyjska w stanie pokoju liczyła blisko 1,4 miliona żołnierzy. Zgodnie z ambitnym planem przyjętym w 1913 roku w ciągu czterech lat miała urosnąć o kolejne pół miliona żołnierzy. Poprawić się też miała jej jakość.