Polska-RosjaTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Aleksander został obrany księciem Nowogrodu w 1236 roku. Trzeba przyznać, że okazał się bardzo zdolnym wodzem. W 1240 roku, gdy Mongołowie kończyli podbój Rusi, zadał Szwedom ciężką klęskę nad Newą. Stąd wziął się jego przydomek – Newski. Porażka Szwedów nie zapobiegła jednak niebezpieczeństwu ze strony zakonu kawalerów mieczowych, którzy zajęli Psków, a potem skierowali się ku Zatoce Fińskiej. Aleksander musiał akurat opuścić Nowogród z powodu konfliktu z bojarami…

Swoje zrobił, może odejść.

No właśnie. Dopiero ferment wśród mieszkańców i wyraźne żądanie wiecu spowodowały, że bojarzy znów zaprosili Aleksandra. Ten zdołał odbić Psków i inne zajęte przez zakon miejscowości. Do rozstrzygającej bitwy doszło w 1242 roku na zamarzniętej tafli jeziora Pejpus, zwanego także Jeziorem Czudzkim. Dzięki umiejętnościom taktycznym księcia Niemcy zostali pobici. Zginęło około pięciuset rycerzy zakonnych, wielki mistrz dostał się do niewoli. W rosyjskiej pamięci narodowej bitwa na lodzie ma takie samo znaczenie jak Grunwald dla Polaków i Litwinów.

Nowogród miał spokój na długie lata, mógł prowadzić interesy. A Aleksander wykorzystał wszystkie talenty, by umocnić swoją pozycję. Gorliwie współpracował z Ordą, dzięki poparciu Tatarów wygrał rywalizację z braćmi. Najpierw dostał jarłyk na księstwo kijowskie, a później jarłyk wielkoksiążęcy. Miał kontrolę nad Kijowem, Włodzimierzem i Nowogrodem. To był spory kapitał. Inni książęta pozostawali z nim w zgodzie, nie ośmielali się knuć intryg przeciwko niemu.

Status wiernego sojusznika Tatarów i tak nie uratował go przed trucizną.

Do końca nie wiadomo, czy został otruty, czy rozchorował się na zapalenie płuc. Zmarł w 1263 roku, podczas powrotu z Saraju. Jak wielu przed nim i wielu po nim.

Po jego śmierci do swojej oszałamiającej kariery startuje Moskwa. Maleńkie księstewko w ciągu trzystu lat stało się potężnym państwem.

Start do tej kariery był bardzo skromny. Stolicą malutkiego, dzielnicowego księstwa Moskwa stała się w 1213 roku, była lennem Wielkiego Księstwa Włodzimierskiego. Wkrótce potem została zniszczona podczas najazdu Mongołów. Dopiero rządy Daniela, syna Aleksandra Newskiego, któremu słynny ojciec powierzył władzę w Moskwie, przyniosły jej rozwój. Moskwa była mniej od innych dzielnic narażona na wyprawy Tatarów: ludność mogła pracować w spokoju, zaczęli pojawiać się osadnicy. Korzystne położenie w międzyrzeczu Oki i Wołgi pozwoliło jej stać się ważnym ośrodkiem handlowym. Dzięki temu książęta moskiewscy mieli do dyspozycji stabilne zaplecze finansowe: byli w stanie wykupywać jeńców ruskich z tatarskiej niewoli i osadzać ich w granicach swoich posiadłości oraz przyjmować na służbę bojarów. Czterdziestoletnie rządy Daniela przyniosły Moskwie rozwój gospodarczy, urbanistyczny i pierwsze nabytki terytorialne. Potem przyszedł czas zaciekłej rywalizacji z lokalnym konkurentem – Twerem, o przejęcie tytułu wielkoksiążęcego. Aż w 1325 roku rządy objął Iwan, młodszy syn Daniela Moskiewskiego i wnuk Aleksandra Newskiego. To władca, który stworzył podwaliny pod potęgę Moskwy.

Iwan przeszedł do historii z przydomkiem Kalita, czyli sakiewka. Był skuteczny w gromadzeniu pieniędzy?

Był w tym mistrzem. Dzięki zapobiegliwości i talentom gospodarczym pożyczał pieniądze innym książętom, a gdy nie mogli oddać – przejmował ich ziemie. Inne włości po prostu kupował. Ściśle współpracował z Ordą. Dzięki wsparciu Tatarów pokonał Twer i otrzymał tytuł wielkiego księcia. Przeniósł do Moskwy siedzibę metropolity całej Rusi, rezydującego od kilku dziesięcioleci we Włodzimierzu. W świetny sposób skorzystał też z „prezentu” od chana Ozbega.

To znaczy?

Chan postanowił zrezygnować z utrzymywania na Rusi baskaków i upoważnił księcia moskiewskiego do ściągania należności dla Ordy ze wszystkich księstw ruskich. W ten sposób Kalita zdobył duże możliwości ingerencji w innych dzielnicach Rusi. Wykorzystywał to bezwzględnie. Uzależniał od siebie drobniejszych władców, czasem pozbywał się ich przy pomocy Tatarów. Przypadki tajemniczej śmierci różnych kniaziów zdarzały się dość często.

Kalita ostrożnie powiększał państwo, wzmacniał jego potencjał. Dzięki niemu silne księstwo moskiewskie pod władzą silnych książąt stało się ośrodkiem, w którym powstał program zjednoczenia ziem ruskich. Niektórzy historycy rosyjscy uważają, że Kalita jest pierwszym władcą, który ten program wysunął, posługując się określeniem „książę Wszechrusi”. Być może. Nawet jeśli tak, to nie był to jeszcze projekt dojrzały. Tatarzy stanowili zbyt dużą siłę. Już wtedy było jednak wyraźnie widać, że w cieniu Ordy toczy się wielka gra o panowanie nad ruskim światem.

Kto w niej uczestniczył?

Zacznijmy od tych, którzy najwcześniej wypadli z gry.

Romanowicze?

Romanowicze, czyli gałąź Rurykowiczów wywodząca się od księcia włodzimierskiego Romana. Uwaga: nie chodzi tu o wielkoksiążęcy Włodzimierz na Rusi Zaleskiej. Ten Włodzimierz położony jest na Wołyniu, piętnaście kilometrów od granicy Polski.

Obecnej granicy?

Obecnej. Do Lublina jest stamtąd sto czterdzieści pięć kilometrów, podobnie jak do Lwowa. To teren dawnych Grodów Czerwieńskich, o których już wspominaliśmy. Silne, bogate Księstwo Halicko-Włodzimierskie, w którym rządzili potomkowie Romana, było tuż za miedzą. Obejmowało teren Wołynia i Podola. Głównymi miastami, obok Włodzimierza, były: Halicz, Brześć, Chełm, Lwów, Przemyśl. Graniczyło bezpośrednio z księstwami polskimi, a potem z Królestwem Polskim. Ulegało silnym wpływom łacińskim płynącym z Polski i Węgier. To był czas, gdy Bizancjum, zdobyte i zniszczone podczas IV wyprawy krzyżowej w 1204 roku, straciło moc oddziaływania na południowe ziemie ruskie. Dlatego Romanowicze zamiast na Konstantynopol zaczęli patrzeć na Kraków, Pragę, Budę. Książę Daniel I Halicki w 1253 roku, czyli wtedy, gdy Aleksander Newski dostał jarłyk wielkoksiążęcy od Batu-chana, został w Drohiczynie koronowany przez legata papieskiego na króla Rusi. Króla, nie cara! Tytułem tym posługiwali się także syn i wnuk Daniela. Do unii kościelnej nie doszło, Romanowicze pozostali przy prawosławiu, ale nie ulega wątpliwości, że stworzone przez nich państwo było najbardziej „europejskie” ze wszystkich księstw ruskich. Panujący promowali etos rycerski, zatrudniali rzemieślników i artystów z zachodu. To była inna Ruś niż ta ze wschodu, zza lasów. Nie było w niej wschodniego despotyzmu, funkcjonowały samorządy zawodowe i etniczne, z silnym przedstawicielstwem Ormian na czele. Sporo do powiedzenia mieli mieszczanie. Romanowicze byli też mocno skoligaceni z Piastami mazowieckimi.

Można powiedzieć, że za naszą wschodnią granicą wyrosło „normalne”, europejskie państwo.

Tyle że prawosławne. Takie samo, jakim była Ruś Kijowska. Powiedział pan przed chwilą o Rusi Halicko-Włodzimierskiej, że to państwo „wyrosło”. Zwrócę uwagę, że nie musiałoby wyrastać, gdyby nie najazd Tatarów. Trzeba sobie uświadomić, jak wielką katastrofą był podbój Rusi przez Mongołów. Skutki gospodarcze i demograficzne to jedno. Miasta zostały zniszczone, ludność wymordowana lub uprowadzona, wsie opustoszały. Legat papieski kilka lat po najeździe naliczył w Kijowie tylko ze dwieście zamieszkanych domów. Na wielkich przestrzeniach wokół miasta nie widywał ludzi, tylko kościotrupy rozrzucone po stepie. A przecież Kijów był jednym z najpotężniejszych miast na kontynencie. Tatarzy zniszczyli świat staroruski, burząc też jego bogatą strukturę społeczną. Ruś Kijowska to było państwo, w którym bardzo duże znaczenie mieli kupcy, obrotni i otwarci na świat ludzie miast. Ceniący wolność. Można powiedzieć, że państwo Romanowiczów powoli, w bardzo trudnych warunkach, odbudowywało to, co przed inwazją Mongołów było normą.

Jeszcze jedno: Polska piastowska blisko współżyła z Rusią. Bolesław Chrobry i Bolesław Śmiały wyprawiali się do Kijowa wzywani przez ruskich władców. Ruscy wojowie pomagali z kolei Kazimierzowi Odnowicielowi w walce ze zbuntowanym Mazowszem. Ruskie księżniczki były żonami Piastów chyba we wszystkich księstwach dzielnicowych. Polska i Ruś walczyły o pograniczne obszary, ale współżyły ze sobą, były w równowadze. Tatarzy zahamowali rozwój Rusi, przestawili go na zupełnie inne tory. Wpłynęli zasadniczo na to, co działo się za wschodnią granicą Polski. Wspominaliśmy o tym, że Ruś północna zaczęła budować swoją potęgę w czasie niewoli tatarskiej. Jakie stosunki z Moskwą, Suzdalem, Włodzimierzem nad Klaźmą miała Polska piastowska?

Żadnych. Mieć nie mogła, choćby z racji odległości.

Oczywiście. Miała natomiast relacje z Rusią południową, Halicko-Włodzimierską. Polscy książęta dzielnicowi zawierali sojusze z jej władcami lub walczyli przeciwko nim. Sporo było polsko-ruskich małżeństw dynastycznych. Siostra Władysława Łokietka Eufemia kujawska była żoną Jerzego I, ostatniego władcy używającego tytułu króla Rusi. Ruskie drużyny wsparły Łokietka w walkach z czeskim Wacławem II. Ruś Halicko-Włodzimierska kontynuowała tradycje kontaktów polsko-ruskich, które rozpoczęły się w X i XI wieku.

Jak wyglądały relacje Romanowiczów z Ordą?

To kolejna różnica między Rusią Halicko-Włodzimierską a Moskwą. Romanowicze nie byli gorliwymi wykonawcami poleceń płynących z Saraju, nie szukali poparcia w Ordzie do rozszerzania swojej władzy, nie kolaborowali. Starali się zrzucić zwierzchnictwo Tatarów, uniezależnić się od chana. W zasadzie całe dzieje księstwa są wypełnione kolejnymi wojnami z Tatarami. Synowie wspominanego już Jerzego I, władający na Wołyniu Andrzej II i książę Halicza Lew II, zginęli prawdopodobnie w walce z Ordą w 1323 roku. Łokietek w liście do papieża pisał wtedy z żalem, że opuścili świat „dwaj ostatni ruscy królowie, będący dla Polski twardą zasłoną od Tatarów”.

To niezwykłe: w XIV wieku polski król myśli w taki sam sposób jak Józef Piłsudski w 1918 roku. Ruś Halicko-Włodzimierska była dla Polski zasłoną od Tatarów. Po odzyskaniu niepodległości marszałek chciał niepodległej Ukrainy, by była dla Polski zasłoną od Rosji – sowieckiej lub białej.

 

Prawidła geopolityki są niezmienne w czasie, zmieniają się tylko aktorzy. Bufor, zasłona od wschodu była i jest potrzebna Polsce. Księstwo Halicko-Włodzimierskie taką funkcję spełniało. Jego istnienie było w interesie Krakowa. Co ciekawe, ostatnim władcą księstwa był Polak z Mazowsza. Bolesław, syn księcia mazowieckiego Trojdena i ruskiej księżniczki, zdobył tron dzięki poparciu Polski i Węgier. Wraz z przyjęciem prawosławia otrzymał imię Jerzy. Utrzymywał bardzo dobre stosunki z Łokietkiem i Kazimierzem Wielkim. Wspierał mieszczan, sprowadzał cudzoziemców, starał się ograniczać wpływy niechętnych mu bojarów. W 1340 roku został przez nich otruty. Tatarski obyczaj miał się dobrze.

Jerzy-Bolesław był bezdzietny. Tron opustoszał. Litwa i Korona nie mogły pozwolić na powstanie próżni politycznej tuż przy swojej granicy. Ruszyły do walki, doszło do podziału księstwa. Kazimierz Wielki podporządkował Polsce Ruś Halicką i Lwów, Litwini zostali panami Wołynia. W ten sposób zniknął z areny dziejów silny ośrodek odwołujący się do tradycji Rusi Kijowskiej, który mógłby w przyszłości podjąć dzieło zjednoczenia ziem ruskich.

Teoretycznie: co by było, gdyby Romanowicze utrzymali władzę jeszcze przez trzy, cztery pokolenia aż do momentu osłabienia Tatarów i pełnego zrzucenia zależności od Ordy?

Jeżeli udałoby się im przetrzymać i odeprzeć zdobywczy napór Litwy, to od XV wieku o dominację na Rusi być może walczyliby wielcy książęta moskiewscy i królowie Rusi.

Kto byłby górą?

Nie ma sensu budować piętrowych hipotez. Nie wiemy, jak potoczyłyby się w tym czasie losy Rusi Halicko-Włodzimierskiej ani jakie atuty mogłaby przeciwstawić Moskwie. Nie wiemy też, jaki byłby zakres ekspansji litewskiej, gdyby istniało silne księstwo na południowej Rusi.

Do Litwy zaraz dojdziemy. Spekulując: jaka byłaby Rosja, gdyby Romanowiczom udało się pokonać Moskwę i zjednoczyć Ruś południową i północną?

Nie da się odpowiedzieć na to pytanie. Zbyt wiele zmiennych w zbyt dużym horyzoncie czasowym. Na pewno powstałaby zupełnie inna Rosja niż ta zjednoczona przez Moskwę.

Rosja bardziej europejska?

Z pewnością mniej tatarska, mniej azjatycka. Z silniejszą rolą miast. Być może bez carskiego samodzierżawia.

Może w ogóle bez tytułu cara? Może to byliby królowie Rosji?

Może. Pewnie byłaby to Rosja z większym zakresem swobód i wolności. Nienastawiona wrogo do Zachodu. Utrzymująca różnorakie relacje z Europą.

Taka „Rosja w wersji soft”?

Nie wiemy, co stałoby się w perspektywie kilkuset lat. Trudno powiedzieć, czy po pokonaniu chanatów i zdobyciu Syberii królom czy carom z rodu Romana także nie przewróciłoby się w głowie. Być może po upadku Konstantynopola też uznaliby się za spadkobierców cesarzy. Jedno jest pewne: tradycje polityczne Rurykowiczów z południa były inne niż tych z północy. Zjednoczona przez Romanowiczów Ruś wyrastałaby z innej gleby. Bliżej byłoby jej do Krakowa czy Pragi niż do Saraju. Przynajmniej przez pewien czas.

Z Polską też nie miałaby o co walczyć.

Jeżeli linia Romanowiczów by nie wygasła, to Kazimierz Wielki nie zająłby Rusi Halickiej. Nie mielibyśmy o co się bić. Władcy Rusi skupieni byliby na jednoczeniu księstw, na walce z Tatarami.

I z Litwą.

Dobrze, zostawmy już Romanowiczów, aczkolwiek szkoda, że zeszli ze sceny już w pierwszej połowie XIV wieku. Doszliśmy do najważniejszego konkurenta Moskwy w rywalizacji o ziemie ruskie. Jedynego, który po upadku Romanowiczów pozostał na placu boju. Litwy.

Litwa była chyba największym beneficjentem mongolskiego najazdu na Ruś. Tatarzy poważnie osłabili zachodnie księstwa ruskie, a jednocześnie ich kontrola nad nimi była niewielka. To stworzyło bajeczną koniunkturę dla Litwinów. Łatwo to sobie uświadomić, gdy zestawi się dwie daty. Około 1240 roku jeden z władców litewskich, Mendog, zjednoczył księstwa plemienne na terenie Auksztoty, czyli tak zwanej Litwy właściwej. W 1325 roku Litwini byli już panami Kijowa. Tak, Kijowa – świętego miasta, kolebki państwowości ruskiej. Sto lat zajął im podbój całej zachodniej Rusi: Smoleńska, Połocka, Witebska, Podlasia, Podola, Wołynia i Kijowa. Później wielki książę Olgierd, syn słynącego z podbojów Giedymina, sięgnął po ziemie leżące na wschód od Kijowa i Dniepru, prawie dotarł do Morza Czarnego. To był niebywały wzrost terytorialny. Pogańskich Litwinów było w połowie XIV wieku około trzystu tysięcy, Litwa etniczna zajmowała w przybliżeniu osiemdziesiąt tysięcy kilometrów kwadratowych. W wyniku ekspansji Litwini podporządkowali sobie ziemie o powierzchni ponad siedmiuset tysięcy kilometrów kwadratowych, zamieszkane przez blisko milion siedemset tysięcy prawosławnych Rusinów, cywilizacyjnie stojących znacznie wyżej od zdobywców. Litwa stała się państwem ruskim i chciała sięgnąć po hegemonię w całej Rusi. Zderzenie z Moskwą, aspirującą do tej samej roli, było nieuchronne.

Kiedy nastąpiło?

Pierwsze za rządów Olgierda na Litwie i Dymitra, zwanego później Dońskim, w Moskwie. Olgierd był jedynym litewskim księciem, który – w latach 1368–1373 – zorganizował aż trzy wyprawy na Moskwę. Dwukrotnie ją oblegał, ale szybko musiał zwijać oblężenie. Za trzecim razem do Moskwy nie doszedł, został powstrzymany wcześniej. Dziś Litwa poprawia sobie samopoczucie, wspominając te chwile. Dzieci w litewskich szkołach uczą się o dzielnym księciu Olgierdzie, przed którym drżeli Moskale.

Moskwa wytrzymała napór Litwy, ale jasne było, że to dopiero początek. Tak rozpoczęły się zmagania o to, kto będzie rządził w całej Rusi. Potem stawką stały się tylko i aż rządy na zachodniej Rusi.

Warto pamiętać, że gdyby nie Tatarzy, którzy rozbili księstwa ruskie, Litwini prawdopodobnie nie mieliby szansy na wzięcie udziału w tej rywalizacji. Pewnie broniliby się przed Krzyżakami na Litwie etnicznej lub podzielili los plemion z terenów Łotwy i Estonii, podbitych przez niemieckich rycerzy zakonnych.

Koniec XIV wieku to czas, gdy w rywalizację o „zbieranie ziem ruskich” zostaje włączona także Polska. Która z Kijowem i Moskwą do tej pory nie miała nic wspólnego. O Saraju nie mówiąc.

Po koronacji Władysława Jagiełły na króla Polski z Krakowa zaczęto coraz częściej spoglądać także na wschód. Wszak wielki książę Jogaiło to rodzony syn Olgierda – niedoszłego zdobywcy Moskwy.


.

Wielki książę litewski Jogaiło, czyli późniejszy król Polski Władysław Jagiełło, mógł zostać carem?

Olgierd planował podbój Moskwy. Gdyby jemu lub Jogaile udało się pokonać Dymitra Dońskiego, to tak. Pewnie nie carem, ale wielkim księciem moskiewskim, hosudarem (spolszcz. hospodarem). Carami zostaliby zapewne jego potomkowie. Jednak jeśli litewska dynastia Giedyminowiczów sięgnęłaby po władzę w Moskwie, to Litwini jako naród prawdopodobnie zniknęliby z powierzchni ziemi.

Rozpuściliby się w „morzu ruskim”?

Litewskie elity polityczne zrutenizowałyby się w ciągu kilku pokoleń. Ten proces był wyraźnie widoczny w czasie rządów Olgierda i Jogaiły w Wielkim Księstwie Litewskim. Bojarzy litewscy przechodzili na prawosławie, przyjmowali język ruski, krok po kroku przestawali być Litwinami. Lud zachowałby tożsamość dłużej, ale nie sądzę, by aż do XIX wieku, gdy rozpoczęło się litewskie odrodzenie narodowe.

Litwinom w Wielkim Księstwie udało się zachować odrębność od ruskiego otoczenia, bo przyjęli katolicyzm z Polski. Gdyby przyjęli prawosławie, po pewnym czasie przestaliby być Litwinami, z czego doskonale zdawał sobie sprawę Jogaiło, odrzucając sugestie swojego ruskiego otoczenia, by związał się z Moskwą. Wspominaliśmy, że pod względem demograficznym, cywilizacyjnym i kulturowym pogańscy Litwini zdecydowanie ustępowali prawosławnym Rusinom. Po hipotetycznym podbiciu Moskwy Litwini nie mogliby pozostać przy pogaństwie ani przyjąć katolicyzmu. To było wykluczone, bo Rusią mogła rządzić tylko dynastia prawosławna. Nie stworzyliby więc państwa litewskiego, tylko prawosławną, zjednoczoną Ruś.

Stojąca przed Litwinami konieczność wyboru między dwoma wyznaniami, dwiema orientacjami cywilizacyjnymi, była widoczna już za czasów Olgierda. Ojciec Jogaiły był władcą pogańskim, rozważał przyjęcie zarówno katolicyzmu, jak i prawosławia. Obie jego żony były księżniczkami ruskimi. Mocną osobowością była zwłaszcza druga małżonka, Julianna Twerska. Uważała, że po uzależnieniu Moskwy Olgierd powinien przyjąć chrzest z rąk metropolity moskiewskiego i stać się wielkim księciem ruskim, prawosławnym hosudarem. Gdyby taki organizm powstał, byłby w stanie skutecznie rywalizować z tatarską Ordą, zakonem krzyżackim i Polską.

Mam wrażenie, że z naszego, polskiego punktu widzenia lepiej byłoby, gdyby w Moskwie rządzili Giedyminowicze, a nie Rurykowicze.

Dlaczego? I tak mielibyśmy Moskwę za wschodnią granicą, niezależnie, kto by nią rządził. Olgierd postąpiłby racjonalnie. Stworzyłby ruskie państwo z litewską dynastią. A litewska dynastia dość szybko stałaby się ruską dynastią. Tak samo jak Jagiellonowie stali się dynastią polską.

Właśnie. Gdyby Jogaiło rządził w Moskwie, nie zostałby królem Polski. Nie mielibyśmy na tronie Jagiellonów, czyli dynastii, która uwikłała nas, Polaków, w spór z Moskwą. Gdyby nie wybór Jogaiły na męża Jadwigi Andegaweńskiej i króla Polski, w ogóle nie byłoby wielowiekowej, tragicznej dla nas rywalizacji polsko-rosyjskiej. Nie pisalibyśmy tej książki, bo nie byłoby o czym pisać.

Ma pan rację co do tego, że jeżeli Litwini przejęliby władzę w Moskwie, to Jogaiło z pewnością nie zostałby królem Polski. Zmieniłoby to w bardzo istotny sposób historię naszego państwa. Czy pozwoliłoby uniknąć zapasów z Moskwą i później Rosją – mam duże wątpliwości. Mogło być jeszcze gorzej, gdyż Ruś dysponująca siłami dwóch wielkich księstw – litewskiego i moskiewskiego – stałaby się mocarstwem zdolnym do zdecydowanych działań ofensywnych przeciwko Koronie.

Poruszyliśmy przed chwilą kilka wątków dotyczących historii Polski, Litwy i Moskwy. Wyraźnie widać, że w latach osiemdziesiątych XIV stulecia nastąpił splot wielu okoliczności, które wymagały od ówczesnych podjęcia wielu poważnych decyzji. Czy rozstrzygnięcia, które wówczas zapadły, zdeterminowały los Polski i Rosji aż do XXI wieku?

W dużej mierze tak. Ale nie zapominajmy o Litwie. Przed najważniejszymi wyborami stanęły wtedy Polska i Litwa. Moskwa szła swoją drogą, którą wytyczył Iwan Kalita: wzmacnianie władzy wielkich książąt, budowanie siły państwa, zdobywanie dominującej pozycji w świecie ruskim.

Natomiast decyzje, jakie wówczas zapadły w Krakowie i Wilnie, były z gatunku fundamentalnych. Takich, jakie kształtują los przyszłych pokoleń. Ówcześni zdawali sobie sprawę z ich doniosłości, ale nie byli w stanie przewidzieć wszystkich ich konsekwencji. W sposób racjonalny załatwiali konkretne zagadnienia polityczne. Problemy, które były do rozwiązania tu i teraz.

Jakie?

Polacy potrzebowali nowego monarchy. Takiego, który przyniesie Koronie Królestwa Polskiego i jej elitom najwięcej korzyści. Litwini musieli w końcu przyjąć chrzest. Jak wiemy, tylko przyjęcie rzymskiego katolicyzmu mogło ocalić ich tożsamość. A najbardziej opłacało się przyjęcie chrztu z Polski.

Przesłanki, które doprowadziły do zawarcia unii w Krewie w 1385 roku, są zrozumiałe, ale nie zaprzeczy pan, że w momencie objęcia tronu polskiego przez Litwina dokonała się zupełna reorientacja polityki naszego państwa. Po raz pierwszy w naszej historii jedną z głównych ról zaczęły odgrywać sprawy wschodu. Okazało się to trwałą tendencją.

Tu akurat nie ma dyskusji, to jest fakt. W polityce państwa dokonała się zasadnicza zmiana. Sprawy Litwy, z czasem także sprawy wschodu zaczęły przykuwać uwagę króla i jego otoczenia, angażować Koronę dyplomatycznie i militarnie. Kazimierz Wielki przed śmiercią przygotowywał się do odzyskania Śląska. Za Jagiełły do tego tematu nie wracano. Królestwo zboczyło ze szlaków wyznaczonych przez Piastów.

Dlatego jeżeli szukamy źródeł polsko-rosyjskiego sporu, warto zastanowić się, co by się stało, gdyby Polska z tych szlaków nie zboczyła. Unii z Litwą mogło nie być?

Mogło nie być. Scenariuszy rozwoju wypadków było co najmniej kilka. Jednak żeby się w nich swobodnie poruszać i zarysować propozycje alternatywne, trzeba zrozumieć, co się wydarzyło i jakie były tego przyczyny.

Proszę bardzo. Zacznijmy od Polski.

Kazimierz Wielki włożył koronę w 1333 roku. Jego pierwszym zadaniem było rozbicie śmiertelnie groźnego dla Polski sojuszu Krzyżaków z czeskimi Luksemburgami. Wywiązał się z niego doskonale. Kazimierz był mistrzem realnej polityki. Wiedział, że na razie nie ma szans w konfrontacji z potęgą zakonu, dlatego w 1343 roku zawarł z Krzyżakami pokój w Kaliszu. Odzyskał Kujawy i ziemię dobrzyńską, ale zrzekł się praw do Pomorza Gdańskiego. Zakon dostał, co chciał. Na wiele lat zapewniliśmy sobie spokój na północy. Potem unormował stosunki z Czechami. Jan Luksemburski przestał wysuwać pretensje do tronu polskiego, ale Śląsk został poza Koroną. Podobnie jak Mazowsze, uznające zwierzchnictwo Krakowa, ale rządzone przez lokalnych książąt piastowskich. Reasumując: Polska Kazimierza Wielkiego to Małopolska, Wielkopolska, ziemia sieradzka, dobrzyńska i Kujawy.

 

Niewiele zostało z dziedzictwa Krzywoustego.

Takie były skutki rozbicia dzielnicowego. Łokietek nadludzkim wysiłkiem zjednoczył państwo, ocalił je przed zagładą i przekazał synowi. Kazimierz w sprawie Śląska i Pomorza nie miał żadnego pola manewru. Nic więc dziwnego, że szukając okazji do wzmocnienia państwa, ruszył na wschód, przyłączając do Polski bogatą Ruś Halicką. Jak wiemy, rywalami Polski na terenie dawnego Księstwa Halicko-Włodzimierskiego byli Litwini. Z nimi odrodzona monarchia Piastów niemal cały czas miała kłopot. Najazdy litewskie regularnie nękały nasze ziemie wschodnie. Litwa była krajem biednym i słabo zaludnionym. Potrzebowała ludzi do pracy na roli, więc podczas najazdów porywano całe rodziny i osiedlano je na ziemiach litewskich. Szacunkowo nawet co piąty mieszkaniec etnicznej Litwy był porwany z Polski.

Dochodzimy już do spraw litewskich?

Jeszcze nie. Kazimierz po zreformowaniu państwa i ugruntowaniu nabytków na Rusi zaczął znów spoglądać na zachód. Odzyskaliśmy Santok i Drezdenko jako lenno, włączyliśmy do Korony Królestwa Polskiego fragment brandenburskiej Nowej Marchii graniczący z Pomorzem Zachodnim. Na wiosnę 1370 roku Kazimierz zaczął koncentrować wojska na granicy ze Śląskiem. Szykował wielką wojnę, której stawką miało być odzyskanie dawnej prowincji piastowskiej.

Niestety, 9 września 1370 roku sześćdziesięcioletni król wybrał się na polowanie. Przewrócił się pod nim koń, Kazimierz zranił się w goleń, wdało się zakażenie. W końcu października przywieziono go na Wawel. Król miał wysoką gorączkę, 3 listopada podyktował testament. Dwa dni później zmarł.

Kazimierz miał cztery żony, co najmniej kilka kochanek i kilku synów z nieprawego łoża. Niestety, nie miał żadnego legalnego męskiego potomka. Dlatego po jego śmierci na mocy układu dynastycznego z Andegawenami władcą Polski został król Węgier, Ludwik. Na Węgrzech nosi przydomek Wielki, w Polsce znamy go jako Ludwika Węgierskiego. Sprawami Korony mało się interesował, w Krakowie bywał rzadko. Odpowiedzialność za kraj wzięli na siebie możnowładcy z Małopolski: rody Toporczyków, Leliwitów, Porajów, Bogoriów. Oni stanowili zaplecze polityczne Ludwika w Polsce. Mieli z tego wymierne korzyści w postaci nadań ziemskich i dostojeństw, ale swoje obowiązki traktowali poważnie. Gospodarka kraju funkcjonowała nieźle, nie zmarnotrawiono dobrej roboty Kazimierza Wielkiego.

Ludwik Węgierski zmarł we wrześniu 1382 roku. Historia przyspieszyła.

Tron był pusty. Zgodnie z układem zawartym w Koszycach w 1374 roku między Ludwikiem a polską szlachtą miał on przypaść którejś z córek Ludwika.

Ludwik pozostawił dwie córki.

Marię, zaręczoną z margrabią brandenburskim i synem cesarza Zygmuntem Luksemburskim, oraz Jadwigę. Przyszła królowa Polski i święta Kościoła katolickiego jako dziecko została zaręczona z Wilhelmem Habsburgiem, synem jednego z książąt Rzeszy. Habsburgowie niewiele jeszcze wówczas znaczyli, dopiero startowali do wielkiej kariery. Według planów Ludwika tron polski miał przypaść Marii i Luksemburgowi. Ale wdowa po królu Węgier, Elżbieta Bośniaczka, złamała testament męża i postanowiła, że do Polski pojedzie Jadwiga. Szlachta polska generalnie godziła się na króla kobietę z Węgier, ale nie chciała słyszeć o Habsburgu w roli męża Jadwigi. Tej kandydaturze sprzeciwiali się zgodnie Wielkopolanie i Małopolanie. Sami chcieli dysponować ręką swojej królowej. Szlachta czekała na przyjazd Jadwigi do Krakowa, a Elżbieta Bośniaczka zwlekała z wysłaniem córki za Karpaty. Patowa sytuacja.

Wtedy na białym koniu wjechał on. Kandydat Piast. Książę mazowiecki Ziemowit IV.

Nie wiem, czy na białym koniu, ale z pewnością wjechał. Z dużym impetem. Ziemowit IV rządził połową Mazowsza, które wówczas było samodzielnym księstwem. Stwierdził, że warto zaryzykować. W porozumieniu z częścią rycerstwa polskiego w styczniu 1383 roku wkroczył z wojskiem do Wielkopolski. W marcu doszło do zjazdu szlachty w Sieradzu, najwięcej było na nim Wielkopolan. Zgodzono się na objęcie tronu przez Jadwigę, ale to Ziemowit miał zostać jej mężem i jednocześnie faktycznym władcą Polski. Do ostatecznej decyzji nie dopuścił Małopolanin, kasztelan wojnicki Jaśko z Tęczyna, Toporczyk. Przekonał zgromadzonych, że trzeba czekać na przyjazd węgierskiej dziedziczki tronu. A jeżeli nie przyjedzie, dopiero wtedy obrać króla.

Ziemowit nie zdecydował się na negocjacje z Małopolanami, wojował dalej, zajął Kujawy. W czerwcu zwołał kolejny zjazd, znów do Sieradza. Miał atut: wsparcie arcybiskupa gnieźnieńskiego Bodzanty, który zaproponował go na króla. Zgromadzeni się zgodzili. Obwołano Ziemowita królem, podniesiono na tarczy, posadzono na symbolicznym tronie. Wydawało się, że ambitny książę dopnie swego. Arcybiskup Bodzanta cofnął się jednak przed koronacją.

Dlaczego?

Bo tym razem w Sieradzu nie było w ogóle szlachty z Małopolski. Arcybiskup wiedział, że koronacja Ziemowita bez zgody panów małopolskich jest niemożliwa. Tak radykalny gest mógł wywołać wojnę domową, która zamieniłaby się w wojnę z Węgrami. Andegawenowie z pewnością upomnieliby się o prawa Jadwigi do tronu, mieliby sojuszników w Małopolsce. Panowie małopolscy ostro zwalczali kandydaturę Ziemowita.

Bo zagrażał ich pozycji?

Gdyby Piast sięgnął po tron, na pierwszy plan w państwie wysunęliby się wspierający go możnowładcy z Wielkopolski. Małopolanie, którzy rządzili krajem w imieniu Ludwika Węgierskiego, straciliby znaczenie. Ale nie tylko o osobiste kariery chodziło. Małopolanie uważali, że Ziemowit jako monarcha zajmowałby się przede wszystkim sprawami zachodu: odzyskaniem Śląska, osłabianiem Brandenburgii, wiązaniem z Polską Pomorza Zachodniego.

Świetnie! Byłaby to linia w pełni zgodna z testamentem politycznym Kazimierza Wielkiego. Optymalna dla Polski.

Na pewno byłaby zgodna z tradycyjną polityką piastowską. Co do tego pełna zgoda. Jednak możnowładcy z Małopolski w ciągu dwunastu lat panowania Ludwika Węgierskiego częściej patrzyli na południe i wschód niż na zachód. Dla Małopolan ważniejsza była zdobyta przez Kazimierza Wielkiego Ruś Czerwona i szlaki handlowe w kierunku Morza Czarnego. Chcieli dochować umów z Andegawenami i koronować Jadwigę, bo sojusz z Węgrami gwarantował pokój na gorącej granicy z Czechami Luksemburgów. Poza tym elita możnowładcza z Małopolski wiedziała już, co znaczą rządy króla z zagranicy. Wiedziała, że na takiego monarchę można skutecznie wpływać, targować się z nim o kolejne przywileje. Ziemowit IV był Piastem, pochodził z rodu „przyrodzonych panów” Polski. Dysponowałby własnym zapleczem, nie rozpoczynałby rządów w próżni politycznej. Dla elit krakowskich kandydatura rodzima była mniej korzystna od zagranicznej.

Małopolska w tej grze o tron wzięła górę nad Wielkopolską?

Tak. Gdy zawiódł plan szybkiej koronacji, Ziemowit próbował podporządkować sobie kraj siłą. A na to był za słaby. Małopolanie wezwali posiłki węgierskie, które pod wodzą Zygmunta Luksemburskiego rozbiły wojska Ziemowita. Dopiero wtedy, w 1384 roku, książę mazowiecki spróbował porozumieć się z Małopolanami. Złożył oficjalną propozycję poślubienia Jadwigi. Została odrzucona. Było już za późno. Jadwiga w październiku została koronowana, pełną parą toczyły się negocjacje panów małopolskich z Jogaiłą. Ich stawką były ręka króla kobiety oraz korona Polski dla księcia Litwy. Ziemowit stracił szansę na tron.