Polska-RosjaTekst

Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

A taka właśnie jest Rosja?

Tak twierdzą Rosjanie. To jest ich przekonanie. I to od bardzo dawna. Uważają, że Rosja to odrębny, ósmy kontynent: w sensie ideologicznym, duchowym, kulturowym, religijnym. Z tego przeświadczenia wynika postulat dziejowej misji i specjalnego traktowania przez resztę świata.

Jaka jest – według Rosjan – dziejowa misja Rosji?

Wielkość. I odrębność od reszty świata.

Moskwa to Trzeci Rzym, łączący dziedzictwo Rzymu i Bizancjum, które były imperiami siły. Trzeci Rzym nie może upaść – to po pierwsze. Po drugie, musi przeciwstawiać się złemu światu zewnętrznemu, który czyha na jego klęskę. Po trzecie, ma moralny obowiązek poszerzania granic imperium.

Idea „Moskwy – Trzeciego Rzymu” została sformułowana przez Filoteusza, mnicha z Pskowa, w posłaniu i listach do wielkiego księcia Wasyla III. Pierwszy zachowany list pochodzi z 1510 roku, w kolejnych latach były następne. To najbardziej znana i najczęściej aktualizowana idea szczególnej misji Rosji, aczkolwiek jej autor zwracał uwagę na kwestie nie tyle polityczne, ile religijne; podkreślał wielkość i dziejową misję prawosławia. Idea ta nie stała się nigdy oficjalną doktryną państwową, ale jej założenia teoretyczne i wnioski praktyczne weszły na trwałe do świadomości wielu pokoleń rosyjskich elit politycznych i umysłowych. Odwoływali się do niej liczni intelektualiści i myśliciele dziewiętnastowiecznej Rosji.

Opowiadając o Rosji i jej specyfice, nie sposób pominąć wynikającego z tej koncepcji faktu, że imperatyw parcia na zewnątrz, poszerzania granic, zajmowania nowych ziem, to trwały składnik jej państwowej tożsamości. To, co dla nas, Polaków, jest śmiertelnym zagrożeniem, dla Rosjan jest naturalne. Godne pochwały. Państwo i władza państwowa sprawdzają się, jeżeli są agresywne. Ten widoczny od wieków w polityce Rosji zdobywczy pęd wynikał także z przejęcia dziedzictwa mongolskiego. Dla Mongołów ekspansja była jedynym sensownym uzasadnieniem istnienia państwa. Przejawy tej tradycji są stale obecne w polityce Kremla.

Przypomina się Władimir Putin, który dwadzieścia lat temu zapowiadał, że będzie „topił Czeczenów w kiblu”, lub całkiem niedawno opowiadał z cynicznym uśmiechem o „zielonych ludzikach” w Donbasie.

To się Rosjanom – przynajmniej zdecydowanej większości Rosjan – podoba. Rosja ma być silna. Od momentu, gdy była małym księstewkiem moskiewskim, aż po czasy wielkiego imperium, Rosja zawsze była nastawiona na ekspansję. Wokół swoich etnicznych ziem stworzyła system kolonii we wszystkich możliwych kierunkach. Elity rosyjskie zawsze uważały, że jeżeli tylko jest okazja poszerzenia granic, zdobycia wpływów – to należy ją wykorzystać.

Rosja nigdy nie odstąpiła i nigdy nie odstąpi od nabytych przed wiekami metod postępowania w polityce zagranicznej. Zawsze miała w głębokim poważaniu wszystkie gesty, protesty, próby wpływania na jej politykę ze strony innych państw. Gdy czyta się źródła z czasów na przykład Katarzyny II, to widać charakterystyczny ton: róbmy swoje, Europa pokrzyczy i nic nie zrobi.

Czyli dokładnie jak teraz w sprawie Ukrainy.

Rosja, jeżeli ustępowała, to tylko przed argumentem siły – jak po wojnie krymskiej z lat 1853–1856 czy z Japonią w 1905 roku. Tylko dwukrotnie w swojej historii – na początku XVII wieku i po rozpadzie Związku Radzieckiego – Rosja musiała skupić się na swoich wewnętrznych sprawach. Później, gdy okrzepła, wkraczała w stare koleiny, rozpychała się w Europie i na świecie. Obecnie robi to samo.

Inaczej nie potrafi?

Nie potrafi, nie może, nie chce. Żeby przestać, musiałaby wymyślić się na nowo.

Właśnie o tym wszystkim Polska stara się mówić w Europie. Bo na własnej skórze doświadczyliśmy, czym jest rosyjski imperializm.

Dobrze, że o tym mówimy. Zwracam tylko uwagę, że patrzenie na Rosję wyłącznie przez pryzmat ideologii imperialnej i jej praktycznych konsekwencji może prowadzić na manowce. Że to arcyważny, ale nie jedyny składnik rosyjskiej tożsamości.

Spójrzmy na lata dziewięćdziesiąte. Gdy rozsypał się Związek Radziecki i dwubiegunowy świat, politycy zachodnioeuropejscy i sowietolodzy doszli do przekonania, że Rosja, pozbawiona imperium i systemu państw satelickich, wreszcie stanie się zwyczajnym, demoliberalnym, wolnorynkowym krajem.

Wielu, w ślad za Francisem Fukuyamą, myślało wtedy, że faktycznie nadszedł „koniec historii”.

Takie były czasy. Pełne optymizmu. Na Zachodzie uznano, że Federacja Rosyjska jest naturalnym partnerem dla Wspólnot Europejskich. Może stanie się nawet specjalnym członkiem Wspólnoty, jej wschodnią odnogą. W Brukseli niektórzy politycy myśleli, że w przyszłości granice Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (bo Unii Europejskiej jeszcze nie było) sięgną Władywostoku i Chabarowska. To by oznaczało możliwość ekspansji Europy w skali niespotykanej od XIX wieku.

Prowadzono także rozmowy, które miały doprowadzić do tego, że Rosja – na specjalnych warunkach – stanie się częścią NATO. Chcieli tego Europejczycy, którzy obawiali się absolutnej dominacji amerykańskiej. Uważali, że współpraca Rosji z EWG i budowanie razem z Moskwą wspólnego systemu bezpieczeństwa są możliwe i zrównoważą wpływy amerykańskie w Europie.

Okazało się, że jest to droga donikąd.

Rosja na takie warunki przystać nie chciała. Nadal wolała grać swoją grę. Nawet bardzo osłabiona nie pozwoliła wmontować się w system, który ograniczałby ją w jakikolwiek sposób.

Drugi przykład to pomysł administracji prezydenta Baracka Obamy, który nie chciał konfliktów i rywalizacji z Rosją. Obama był przekonany o możliwości resetu, ułożenia z Rosją stosunków opierających się na otwartości i współdziałaniu na pewnych polach. Zakończyło się to klęską. Rosja na tego rodzaju porozumienia nie była, nie jest i zapewne nigdy nie będzie gotowa. Taka kooperacja oznaczałaby, że Europa lub USA ją skrępują. A Rosja nie po to budowała przez wieki odrębny świat, żeby teraz ten rosyjski świat stał się częścią czegoś obcego. Czegoś niestosownego, nieprzystającego do russkiego mira w żadnym względzie: religijnym, kulturowym, politycznym.

Rosja zawsze manifestowała swoją kulturową odrębność od Zachodu. Ba – moralną wyższość nad Zachodem. Taka postawa ma bardzo długą tradycję, sięgającą XVI wieku, gdy Moskwa i Zachód „odkryły się” wzajemnie. „Zarazami” płynącymi z Zachodu najpierw były katolicyzm i protestantyzm, później – idee liberalne. W XIX wieku słowianofile, czyli romantyczni intelektualiści przekonani o szczególnej misji prawosławia i Rosji, wysunęli argument o wyższości słowiańskiego ducha nad Zachodem i widzieli w państwie carów siłę, która może ocalić świat przed duchową zagładą. Później Moskwa stała się stolicą komunizmu, uniwersalnej ideologii, która też miała zbawić cały świat i przynieść mu szczęście. Oczywiście po pokonaniu „zgniłego, zachodniego kapitalizmu”.

Rosja niemal całą swoją wielowiekową tożsamość budowała na konfrontacji z Zachodem. Myśl, że może z tej dziejowej drogi zrezygnować i stać się jego częścią, to naiwność. Wskazująca właśnie na brak zrozumienia „rosyjskiej specyfiki”.

Czasem Rosja Zachód kopiowała. Najlepszy przykład to reformy Piotra I.

Po zachodnie wzorce militarne sięgała już wcześniej: w XVI i XVII wieku zatrudniała Holendrów i Anglików, w drugiej połowie XIX wieku jej przemysł budowali Francuzi, w latach trzydziestych XX wieku komuniści masowo korzystali ze wsparcia ekspertów niemieckich i amerykańskich. Ale Rosja przyjmowała zachodnie rozwiązania nie po to, by stawać się częścią szerszej wspólnoty, lecz po to, by lepiej budować własny świat. Po to, by dzięki modernizacji Zachód pokonać. To kopiowanie zawsze było selektywne, dotyczyło tylko pewnych obszarów, najczęściej tych, które miały bezpośredni związek z rozbudową potencjału przemysłowego i militarnego oraz poprawieniem efektywności zarządzania państwem.

Rosyjskie poczucie zagrożenia ze strony Zachodu też nie jest niczym nowym. Jeśli dziś Rosja mówi, że czuje się okrążana przez NATO i musi temu przeciwdziałać, to jest to wyraz realnej pamięci historycznej. Pod sztandarami Napoleona ruszyła przecież na Rosję niemal cała Europa, to z mocarstwami zachodnimi państwo carów zmagało się podczas wojny krymskiej, potem bolszewicy musieli odpierać interwencję ententy po stronie białych, w czasie zimnej wojny to Zachód miał rakiety jądrowe wycelowane w Moskwę.

Pierwsza konfrontacja Rosji z Zachodem to wojna z Rzeczpospolitą na początku XVII wieku?

Tak. Wcześniej Moskwa walczyła z Litwą i Rzeczpospolitą, ale dopiero dymitriady i późniejsze zajęcie Kremla przez Polaków były pierwszym frontalnym konfliktem idei, toczonym przez Rosję z Zachodem. Rzeczpospolita stanowiła całkowitą antytezę kulturową Moskwy. To było starcie szlacheckiej republiki i kontrreformacyjnego, „nowoczesnego” katolicyzmu z autokracją przesiąkniętą duchem „omszałego”, monastycznego prawosławia. Ówczesne państwo moskiewskie przypominało cywilizację religijną, której władcą absolutnym był car. Trzeba sobie uświadomić, że Iwan IV Groźny we wszystkich swoich działaniach uważał się za przywódcę nie tyle politycznego i wojskowego, ile religijnego. Całe społeczeństwo, które na co dzień żyło zatopione w duchowości prawosławnej, oddychało nią. Ustawy cerkiewne wprowadzone w życie w 1551 roku, znane jako Stogław (tak zwana Księga stu rozdziałów), regulowały niemal wszystkie aspekty życia codziennego, od malarstwa ikonowego po sposoby golenia się i picia. Licząca dwadzieścia siedem tysięcy stron monumentalna encyklopedia świętych ksiąg Wielkie Czetji Mineje opisywała religijne znaczenie każdego dnia w roku. Domostroj był z kolei podręcznikiem życia domowego – zbiorem reguł, przypominających klasztorne, które miały obowiązywać każdego bojara. Mówimy tu o najcenniejszych zabytkach literatury moskiewskiej. W XVI wieku kultura świecka w państwie carów faktycznie nie istniała.

W taką rzeczywistość wtargnęli Polacy i Litwini – przywiązani do swoich wolności Europejczycy, republikanie, którzy w pełni przyswoili sobie racjonalistyczne prądy umysłowe odrodzenia, a za sprawą Zygmunta III niosący już także sztandary kontrreformacji. Rosjanie w polskiej interwencji dostrzegli nie tylko zagrożenie polityczne. Dla nich był to zamach na ich tożsamość, „jezuicki spisek” mający na celu zagładę „świętej wiary”. Wtedy po raz pierwszy obronili odrębny, rosyjski świat. Potem bronili go wielokrotnie. I będą bronili zawsze. Niezależnie od tego, czy zagrożenie, które widzą, jest realne, czy tylko wyobrażone.

 

Czego bronili i chcą bronić Rosjanie? Czym był i jest rosyjski świat?

Fiodor Tiutczew, znamienity rosyjski poeta i intelektualista…

I „polakożerca”.

Owszem, można powiedzieć, że miał obsesję na punkcie polskości, nienawidził jej. Polskę nazywał „Judaszem Słowiańszczyzny”, uważał, że wszystkie narody słowiańskie powinny zlać się w jedno z narodem rosyjskim. Był piewcą imperializmu rosyjskiego. Z 1866 roku pochodzi jego słynny, często cytowany wiersz:

Nie sposób pojąć jej rozumem,

Nie sposób zwykłą miarką mierzyć,

Ma w sobie tyle skrytej dumy,

Że w Rosję można tylko wierzyć.

Zdarza się, że Rosjanie zbywają nim znajomych z innych krajów, wypytujących, „o co właściwie chodzi z tą Rosją”. Też go usłyszałem. W skróconej wersji: Rosji nie sposób pojąć rozumem, w Rosję można tylko wierzyć.

Niekoniecznie zbywają. Mówią szczerze. W tych wersach zawiera się rosyjska odpowiedź na pytanie, czym Rosja jest i czym nie jest. W końcu sformułował ją dwustuprocentowy Rosjanin.

Rosjanie uważają bowiem, że noszą w sobie tak wiele odmiennych od całego świata komponentów kulturowych, iż sami są odrębnym światem, inna planetą. Od Zachodu różni ich tysiąc lat zanurzenia we wschodnim, greckim chrześcijaństwie, które od czasu wielkiej schizmy w 1054 roku było w konfrontacji z Rzymem i cywilizacją łacińską. Co ważne: formalne rozbicie Kościoła, które trwa do dziś, jest zupełnie inaczej interpretowane na Wschodzie i Zachodzie. Dziś trwa dialog ekumeniczny, ale w polskich, włoskich, hiszpańskich podręcznikach nadal czytamy o wielkiej schizmie wschodniej. To prawosławni są schizmatykami: oni odeszli od prawdziwej, rzymskiej chrześcijańskiej wiary. Z kolei w świecie wschodnim istnieje pojęcie schizmy zachodniej. To rzymscy katolicy są heretykami. Pobłądzili. Z tego przekonania wynikało zadanie przeprowadzania moralnej i religijnej misji w krajach Zachodu w celu przywrócenia im jedynej, prawdziwej wiary. Katolicyzm dla Moskwy był bowiem wiarą powierzchowną, fałszywą, schizmatycką. Rzym był ogniskiem herezji, a Polska pomiotem heretyckiego Rzymu.

W drugą stronę to przekonanie działało dokładnie tak samo.

Prawie dokładnie. Katolicyzm musiał jednak zmierzyć się z wyzwaniem reformacji, wykonać wysiłek dostosowania się do zmieniającego się świata, znaleźć nowe formuły funkcjonowania w nim. Cerkiew moskiewska nie musiała. Pomijając czasy komunizmu – ominęły ją kryzysy, wojny religijne, konieczność szukania odpowiedzi na trudne pytania. Warto zwrócić uwagę, że jedyna w dziejach rosyjskiej Cerkwi poważna reforma patriarchy Nikona z lat 1654–1657 dotyczyła przede wszystkim liturgii i miała na celu powrót do starych, oryginalnych form bizantyjskich. A i tak wywołała wielki opór społeczny i zaowocowała rozłamem. Staroobrzędowcy, nieuznający reform Nikona, żyją do dziś, także w Polsce. Cerkiew moskiewska nie tworzyła niczego nowego, ożywczego. Rekapitulowała. Bez końca. Obrona, zachowanie tego, co już jest – to był jedyny sposób na jej funkcjonowanie.

To prawosławie sprawiło, że Rosja nie doświadczyła reformacji i oświecenia – dwóch wielkich prądów umysłowych, bez których nie można sobie wyobrazić dzisiejszej Europy. To z nich wyrosły indywidualizm, współczesna demokracja, liberalizm, prawa jednostki. W antropologii prawosławnej „ja” jest rozmyte, zdecydowanie mniej wyraźne niż w świecie zachodnim. „My” jest ważniejsze niż „ja”. „My” mamy patrzeć w jednym kierunku, nie szukać innych rozwiązań niż te, które proponują nasza święta wiara i równie święty władca. Wspominaliśmy już o tym, że w XV i XVI wieku nastąpiła w Moskwie sakralizacja władzy. Od pewnego momentu car zaczął być traktowany jak święty, jak żywa ikona. Trudno sobie wyobrazić króla polskiego czy francuskiego, który zatrzymuje się przed karczmą, a ludzie wychodzą z domów i palą świeczki wokół jego karety. Palą świeczki wokół żywej ikony. A tak działo się w Rosji.

Świeczki to może nie, ale jeszcze w XVIII wieku lud Francji święcie wierzył, że dotyk króla leczy skrofuły, czyli gruźlicze zapalenie węzłów chłonnych.

Zabobon może szerzyć się wszędzie. Akurat królowie Francji z ceremonii „uzdrawiania” chorych na tę przypadłość uczynili tradycję. To był element umacniania autorytetu władcy. A że zapalenie czasem cofa się samoistnie – wiara w zbawczą moc królewskiego dotyku działała. W Rosji prostym poddanym nawet nie przyszłoby do głowy, żeby zwracać się do cara z takimi prośbami. A car z pewnością przez kilka godzin nie czyniłby nad głowami skrofulików znaku krzyża, jak robił to sam Ludwik XIV, nawet wtedy, gdy był już chory. Skoro już wywołałem Króla Słońce, największego praktyka absolutyzmu monarszego – Ludwik XIV mówił: „Państwo to ja”. Carowie, którzy rządzili równie samowładnie, nigdy nie wypowiedzieliby takiej formuły. Oni nie byli państwem. To państwo było dla nich. Było de facto ich własnością. Podobnie jak poddani. Sensem istnienia chłopów, mieszczan, bojarów miała być wierna służba – Bogu i carowi.

Jak to pogodzić z carobójstwami? Z rąk poddanych zginęli Piotr III, Paweł I, Aleksander II. No i Mikołaj II, ale bolszewicy z pewnością nie uważali się za jego poddanych.

Owszem, w Rosji dokonywano morderstw na panujących, ale dopuszczali się tego ludzie elit. Tacy, którzy odrzucali świętość cara, a można przypuszczać, że obce im było pojęcie jakiejkolwiek świętości. Mordowano carów wówczas, gdy uznano, że podejmowane przez nich decyzje zagrażają interesowi elit oraz interesowi Rosji. Prosty lud bardzo długo wierzył w „świętego, dobrego cara”, opiekuna całej wspólnoty prawosławnej. Jeszcze na początku XX wieku wielu Rosjan było przekonanych, że car – najwyższy prawodawca, wyraziciel Bożej woli na ziemi – nie może czynić źle. Dlatego takim szokiem dla całego społeczeństwa była „krwawa niedziela” w Petersburgu, 22 stycznia 1905 roku, gdy car kazał otworzyć ogień do stutysięcznej pokojowej demonstracji. Robotnicy chcieli wręczyć carowi petycję, w której domagali się polepszenia swojego losu. Nieśli ikony, portrety Mikołaja II, śpiewali pieśni religijne. W starciach z wojskiem zginęło blisko tysiąc osób. Dopiero wtedy runął mit „dobrego cara”, rewolucja rozlała się na cały kraj. W tym samym czasie na Zachodzie chyba już nikt, nawet najprostszy chłop, nie wierzył w sakralny charakter władzy.

W XIX wieku w Rosji karierę zrobiła formuła ukuta przez ministra oświaty Imperium, Siergieja Uwarowa: prawosławie, samodzierżawie, narodnost', czyli ludowość. Wypracował ją w latach trzydziestych, za rządów Mikołaja I. Wyrażała oficjalną ideologię Rosji carskiej opartej na „świętej, ruskiej wierze” jako źródle ideałów etycznych, samowładztwie cara oraz ludzie, czyli posłusznych poddanych, będących podporą tronu. Tak samą siebie definiowała Rosja aż do 1917 roku, do rewolucji lutowej. Czy w drugiej połowie XIX i na początku XX wieku można wyobrazić sobie państwo Zachodu, określające swoją tożsamość kategoriami odnoszącymi się do wartości ze schyłku średniowiecza?

Nie można. Wiatr liberalnych reform wiał wtedy na całym świecie. Przede wszystkim w Europie.

Ten wiatr zatrzymywał się na granicy Imperium. Rosja przez wieki zachowała niezwykłą trwałość elementów, które stanowiły o jej wyjątkowości, odrębności od Europy. Nie dziwmy się więc, że Rosjanie nie uważają się za Europejczyków. Tytuły rosyjskich książek pisanych od końca XVIII wieku przez wiek XIX brzmiały „Rosja i Europa” lub „Rosja a Europa” – jako jej przeciwieństwo. W rosyjskiej opowieści o historii Europy Rosja nie funkcjonuje jako część Starego Kontynentu. Historia dla Rosjan jest w dużej mierze opowieścią o zewnętrznych relacjach ich kraju: przede wszystkim z Europą, ale także ze światem muzułmańskim, a później również z Chinami i Japonią. Za Azjatów Rosjanie oczywiście się nie uważają, choć nie mają problemu z akceptacją swojego wschodniego, azjatyckiego dziedzictwa.

„Poskrob mocniej Rosjanina, a zobaczysz Tatarzyna”. To rosyjskie przysłowie.

Właśnie. Przed chwilą mówiliśmy o przemożnym wpływie bizantyjskiego prawosławia i Trzecim Rzymie, a tu pojawiają się Mongołowie i świat chanów.

To skąd właściwie wzięła się Rosja?

Upraszczając, powiedziałbym, że z Bizancjum i Saraju – stolicy tatarskiej Złotej Ordy. Te potęgi wywarły niezatarty wpływ na kształtowanie się Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, którego sukcesorem jest Rosja.

Myślałem, że wspomni pan o Rusi Kijowskiej.

To już byłaby odpowiedź bardziej szczegółowa. Ruś Kijowska to kolebka wszystkiego, co dawniej nazywano „ruskim”, niekoniecznie „moskiewskim” czy „rosyjskim”. Dziś do jej dziedzictwa słusznie odwołuje się także Ukraina. Bez wątpienia jednak od Rusi Kijowskiej i przyjęcia chrześcijaństwa z Bizancjum wszystko się zaczyna. Także historia tysiącletniego sąsiedztwa dwóch światów, o których rozmawiamy: polskiego i rosyjskiego. Trzeba przyjrzeć się im wtedy, gdy powstawały. Bez tego nie zrozumiemy, co stało się z nimi później.


.

Czy gdyby obrządek słowiański przetrwał w państwie wielkomorawskim dłużej i gdyby Wielkie Morawy nie zostały na początku X wieku zniszczone przez Węgrów, bylibyśmy dziś z Rosją w jednej rodzinie cywilizacyjnej? I posługiwalibyśmy się – tak samo jak Rosjanie – uproszczoną formą cyrylicy?

Bo Mieszko I nie przyjąłby chrztu w obrządku łacińskim, tylko słowiańskim, a chrześcijaństwo w państwie Polan wprowadzaliby nie niemieccy kapłani, ale Słowianie – następcy Cyryla i Metodego?

Otóż to.

Ciekawy pomysł. Archeolodzy i historycy do dziś spierają się, czy Małopolska i Śląsk były podporządkowane Wielkim Morawom oraz w jakim stopniu dotarło do nich chrześcijaństwo. Pewne jest, że południowe ziemie dzisiejszej Polski znalazły się w kręgu oddziaływania pierwszego potężnego państwa słowiańskiego, które powstało na początku IX wieku na terenie dzisiejszych Moraw. To był czas, gdy na ziemiach polskich funkcjonowały organizacje plemienne. Wtedy też u Słowian wschodnich zaczynał się okres obecności Normanów, zwanych Waregami. Wikingowie ze Szwecji od połowy IX wieku penetrowali wschodnioeuropejski interior. By mieć dobrą komunikację z Bałtykiem i Skandynawią, posuwali się z biegiem rzek i zakładali swoje umocnione grody: tak powstały Stara Ładoga, Nowogród, Psków, Połock, Gniezdowo koło Smoleńska, wreszcie Kijów.

Natomiast na Morawach Słowianie stworzyli państwo.

To był pierwszy eksperyment Słowian z własnym państwem i z chrześcijaństwem. W 805 roku cesarz Karol Wielki zniszczył państwo koczowniczych Awarów, którzy pojawili się w Europie w VI wieku. Po upadku kaganatu awarskiego po władzę nad terenami Moraw, Czech i zachodnich Węgier sięgnęły słowiańskie elity tego państwa. Byli to ludzie, którzy nauczyli się od przybyszów z dalekiej Azji, jak budować organizacje o zasięgu ponadplemiennym. Wiedzieli, jak utrzymywać ludność w posłuszeństwie, zdobywać pieniądze, tworzyć siłę zbrojną, poszerzać wpływy, prowadzić relacje z innymi władcami.

Pierwsza wzmianka o Wielkich Morawach pojawia się w źródłach w 822 roku, gdy posłowie wielkomorawscy pojawiają się na dworze króla Ludwika Pobożnego i są wyliczeni wśród ludów zależnych od państwa frankijskiego.

Od państwa Franków Morawy przyjęły też chrzest.

W 831 roku wszystkich Morawian miał ochrzcić biskup Reginhard. Oczywiście schrystianizowały się wtedy tylko elity, lud pozostał pogański. Chrzest służył pogłębianiu kontaktów z Frankami, bo Mojmir, pierwszy władca Wielkich Moraw, uznawał ich dominację. Ale jego następca Rościsław podjął walkę o uniezależnienie.

I tu dochodzimy do interesującego nas wątku. Zwrócił się do Bizancjum.

Innej możliwości nie miał. Na terenach Europy Środkowej i Wschodniej rywalizowały ze sobą dwie oferty religijne, kulturowe i cywilizacyjne: Rzym i Bizancjum. Różnice teologiczne, doktrynalne, organizacyjne między chrześcijańskimi Kościołami wschodnim i zachodnim były już wtedy bardzo wyraźne. Ale Rościsławowi nie o wiarę szło, lecz o politykę. Na interesującym nas obszarze chrześcijaństwo zachodnie nieśli niemieccy feudałowie, poddani królów wschodniofrankijskich, później niemieckich. Rościsław, chcąc uniezależnić się od Franków, poprosił cesarza Bizancjum o przysłanie misjonarzy znających miejscowy język. W ten sposób na Morawach w 863 roku znaleźli się Cyryl i Metody, greccy kapłani, nazwani później „apostołami Słowiańszczyzny”. Pochodzili z Sołunia, czyli dzisiejszych Salonik, gdzie mieszkało bardzo wielu Słowian, znali więc dobrze ich język. Przygotowując się do misji, opracowali czterdziestoliterowy alfabet, oddający dźwięki języka słowiańskiego. Tak powstała głagolica, służąca do zapisu języka staro-cerkiewno-słowiańskiego, czyli takiego, jakim mówili Słowianie (przede wszystkim południowi) w IX wieku. Skomplikowaną głagolicę wkrótce uzupełniła uproszczona cyrylica – to też dzieło Cyryla i Metodego.

 

Misjonarze za pozwoleniem papieża przetłumaczyli księgi liturgiczne na staro-cerkiewno-słowiański. Uzyskali także zgodę na odprawianie mszy w obrządku słowiańskim. Ale uwaga: to nie był obrządek Kościoła wschodniego, prawosławnego. To był ryt rzymski z użyciem języka i alfabetu słowiańskiego. Na Morawach zaczęły powstawać murowane kościoły, Metodemu udało się uzyskać tytuł arcybiskupi, jego uczniowie rozpoczęli działalność misyjną na Bałkanach. To oczywiście budziło sprzeciw biskupów niemieckich. Po śmierci Metodego w 885 roku papież potępił obrządek słowiański jako heretycki, a duchowieństwo niemieckie zaczęło naciskać na rządzącego wtedy Morawami księcia Świętopełka I. Ten w końcu uległ – uczniowie Metodego zostali wygnani lub sprzedani w niewolę. Schronili się przede wszystkim w Bułgarii, ich działalność dała początek bułgarskiemu Kościołowi prawosławnemu.

Prawosławnemu, nie słowiańskiemu?

Prawosławnemu, bo odrzucił ryt rzymski. W Bułgarii i we wszystkich Kościołach prawosławnych, które powstały wśród Słowian, pozostałością po obrządku słowiańskim jest używanie w liturgii języka staro-cerkiewno-słowiańskiego. Dzięki Cyrylowi i Metodemu Kościół wschodni od samego początku mógł mówić do swoich nowych wiernych w ich języku, a Bułgarzy, Serbowie, Rusini dzięki cyrylicy dostali do ręki wspaniałe narzędzie – mogli pisać w swoim języku, tworzyć literaturę „narodową”. To niezwykle stymulowało rozwój kulturalny tych państw. Przecież w Polsce i na Węgrzech wszechwładza łaciny w twórczości literackiej skończyła się dopiero w XVI wieku. Dopiero wtedy zaczęto też wprowadzać do alfabetu łacińskiego znaki diakrytyczne, oddające brzmienie naszego języka. Rusini czy Bułgarzy nie mieli tych problemów, bo cyrylica została stworzona właśnie po to, by pisać w języku Słowian.

Sam obrządek słowiański okazał się natomiast mniej trwały niż jego dziedzictwo. Przetrwał jakiś czas w opactwach benedyktyńskich w Chorwacji. W XIV wieku zakonników z opactwa Senj sprowadził pod Pragę cesarz Karol Luksemburski, ale ich działalność zakończyła się podczas wojen husyckich. Ciekawostka: w 1390 roku, z fundacji Jadwigi i Władysława Jagiełły, powstał w Kleparzu pod Krakowem kościół Świętego Krzyża, przeznaczony właśnie dla „słowiańskich” benedyktynów z Pragi, sprawujących obrządek łaciński w języku staro-cerkiewno-słowiańskim. Królewska para planowała, że benedyktyni będą prowadzić działalność misyjną na Litwie i Rusi Halickiej. Po śmierci Jadwigi kościoła nie ukończono. Została z niego zaniedbana kaplica, zniszczona podczas oblężenia Krakowa przez Szwedów w 1655 roku.

To teraz spekulacja: czy gdyby władcy Wielkich Moraw wykazali więcej zdecydowania w oporze wobec łacińskiej, niemieckiej hierarchii kościelnej, rozwój obrządku słowiańskiego, będącego „pomostem” pomiędzy chrześcijaństwem wschodnim i zachodnim, byłby możliwy?

Możnowładcy niemieccy nie chcieli utracić wpływów w Wielkich Morawach. Dlatego zwalczali dzieło Cyryla i Metodego. To była motywacja polityczna. Nawet jeśli przyjąć, że obrządek słowiański byłby wspierany konsekwentnie przez władców Moraw, to przecież sama historia Wielkich Moraw kończy się w 907 roku. Osłabione walkami wewnętrznymi państwo upadło wskutek najazdów Madziarów. Ciężar walki z Węgrami podjęli królowie niemieccy, wspierani przez Czechów. Trudno się spodziewać, żeby Niemcy pozwolili na trwanie i rozwój niezależnej od nich hierarchii kościelnej. Przecież książę czeski Borzywoj I w 884 roku przyjął chrzest w obrządku słowiańskim, ale Kościół rzymski szybko odzyskał tam wpływy. Ostatni mnisi, którzy posługiwali się rytem opracowanym przez Cyryla i Metodego, zostali wygnani z Czech pod koniec XI wieku. Książęta czescy, a później Piastowie nie mieli w zasadzie wyboru – chrześcijaństwo łacińskie i cesarstwo zachodnie w X wieku nie miały już alternatywy w tej części Europy. Arcybiskup z Ratyzbony był bliżej niż patriarcha Konstantynopola. A obrządek słowiański już się nie liczył. Został wyeliminowany z powodów politycznych.

Szkoda?

Byli historycy, którzy widzieli wielkie szanse dziejowe dla Polski związane z przyjęciem obrządku słowiańskiego. Ja nie podejmę się budowania takiej wizji, bo przerasta ona granice wyobraźni.

Z pewnością przyjęcie obrządku słowiańskiego przez pierwszych Piastów oznaczałoby, że na samym początku naszych dziejów znaleźlibyśmy się w zupełnie innej sytuacji. Przez dziesięć wieków naszej historii czerpalibyśmy z innych źródeł kulturowych i cywilizacyjnych, nasze „busole” prowadziłyby nas gdzie indziej. Nie kształtowałyby nas wzory kultury łacińskiej. Silniejsza byłaby penetracja wpływów wschodnich, greckich. Bylibyśmy dziś innym narodem. Inny byłby nasz świat pojęć i wyobrażeń.

Słowiańszczyzna byłaby dziś wspólnym światem, nieprzedzielonym cywilizacyjnym „rowem tektonicznym”?

Bo zakłada pan zapewne, że jeżeli obrządek słowiański przyjęliby czescy Przemyślidzi i polscy Piastowie, to stałby się on także wyznaniem Rusi Kijowskiej? Skoro spekulujemy, to można założyć taki rozwój wydarzeń. Kontakty państwa Piastów z Rusią Kijowską były intensywne, struktura społeczna, relacje między władcą a poddanymi nie różniły się prawie wcale. Dla władców Rusi przyjęcie chrześcijaństwa w obrządku gwarantującym niezależność polityczną od Bizancjum byłoby atrakcyjne.

Tak, w tym fantastycznym scenariuszu Słowianie niemal od momentu pojawienia się w historii Europy mogliby tworzyć własny, odrębny od niemiecko-rzymskiego oraz bizantyjskiego świat. Otwarte pozostaje pytanie, na ile okazałby się on trwały. Nie wiemy, jakie byłyby losy rytu słowiańskiego w kolejnych wiekach – zwłaszcza w czasie, gdy definitywnie rozeszły się już drogi Kościołów katolickiego i prawosławnego.

Tego nie wiemy. Ale drążyłem temat obrządku słowiańskiego dlatego, że przegrał on ze światem niemiecko-rzymskim tuż przed powstaniem Polski i Rusi. To decyzje władców sprzed tysiąca lat o przyjęciu chrztu w obrządku zachodnim lub wschodnim miały przemożny wpływ na dzieje Polski i Rosji.

To były decyzje z gatunku tych fundamentalnych, choć ówcześni tak ich nie postrzegali. Przyjęcie chrześcijaństwa przez Mieszka I i władcę Rusi Kijowskiej Włodzimierza Wielkiego z pewnością było dla nich ważnym wydarzeniem, ale oni tą decyzją załatwiali konkretne potrzeby: chcieli wzmocnić swoje panowanie, wejść do świata władców chrześcijańskich. Z pewnością nie myśleli, że wybór obrządku ustawi wektor cywilizacyjnego rozwoju państw, które tworzyli i umacniali. A tak się właśnie stało. Katolicyzm i prawosławie określają tożsamość Polaków i Rosjan.

Przyjęcie chrztu z Rzymu sprawiło, że Polska znalazła się w kręgu kulturowym cywilizacji łacińskiej. Ruś przyjęła chrzest w obrządku wschodnim. Wyrosła i uformowała się w cywilizacji bizantyjskiej, prawosławnej. Od X wieku ziemie Piastów i ruskich Rurykowiczów zaczęła oddzielać nie tylko granica polityczna, ale także cywilizacyjna. Po wielkiej schizmie stawała się ona coraz głębsza. Później, po zniszczeniu Rusi Kijowskiej przez Tatarów oraz po polskich i litewskich podbojach, będzie ona przebiegała wewnątrz Korony Królestwa Polskiego i Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Te dwa wielkie kręgi kulturowe i religijne – łaciński i prawosławny – przez wieki były antagonistyczne. Gdyby Mieszko i Włodzimierz przyjęli ten sam, słowiański obrządek, wszystkie państwa, które wyrosły na ziemiach Piastów i Rurykowiczów, znalazłyby się w jednej rodzinie kulturowej. Dziś Polacy i Rosjanie byliby sobie bliżsi: cywilizacyjnie, kulturowo, mentalnie.