Legiony Polskie 1914-1918Tekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Władysław Belina-Prażmowski, fotografia portretowa, około 1915 roku.

Część przyszłych legionistów dotarła do Lwowa w zwartych oddziałach, w kompaniach i plutonach, które organizowano w miastach takich jak Rzeszów, Sambor, Jarosław, Przemyśl. Na skutek tego liczba zorganizowanych szybko wzrastała. Legioniści z Galicji Wschodniej byli słabiej wyszkoleni, gorzej zapoznani z bronią i z taktyką niż ci z Galicji Zachodniej. Najsłabiej byli przygotowani żołnierze z Drużyn Bartoszowych. Niektórzy spośród nich po raz pierwszy w życiu mieli w ręku karabin.

Dnia 28 sierpnia AOK zażądała wycofania się Legionu ze Lwowa. Kolejnego dnia w godzinach porannych legioniści urządzili pożegnalną paradę przed gmachem tamtejszego Sokoła, którą prowadził Haller, siedząc na koniu. Z rąk uczennic Zakładu Naukowego Żeńskiego Zofii Strzałkowskiej otrzymali pięknie wyhaftowany sztandar, który poświęcił wierny sympatyk Legionów ks. biskup Władysław Bandurski. W godzinach popołudniowych 28 i 29 sierpnia legioniści żegnani przez mieszkańców Lwowa pomaszerowali w kierunku południowo-zachodnim. Ponieważ nie dostarczano obiecanych składów pociągów, zdecydowali się iść pieszo.

Pierwszym punktem docelowym był Sanok. Tam doliczono się 6200 legionistów. W Sanoku wydzielono kolejne plutony i połączono je w kompanie, a te w bataliony. Następnie legioniści powędrowali do Jasła, gdzie ck dowództwo wydało im karabiny, po czym je odebrało. Żołnierzy irytowała nonszalancja i buta ck oficerów, jawnie pogardzających legionistami. Powodem napięć stała się też kolejna odmowa przyznania im transportu kolejowego. Wreszcie po wielu interwencjach zostali załadowani do pociągów i pojechali w kierunku Podhala. Po drodze Legion Wschodni topniał. Brakowało żywności i kwater na noc. Szerzyła się dezercja, gdyż nie tego oczekiwali legioniści ze strony Wiednia. Podczas podróży stale debatowali w atmosferze niemal rewolucyjnej, szukając odpowiedzi na pytanie, co dalej należy robić. Narastał wśród nich bunt przeciwko koncepcji walki u boku ck monarchii. W takiej atmosferze dotarli do Mszany Dolnej i Rabki, miejscowości uzdrowiskowych w Beskidzie Wyspowym.

Do oddziałów wkradł się bałagan. Wśród legionistów uwijali się narodowcy zniechęcający do walki w „obronie tronu”. Ich próby uzyskania deklaracji Wiednia w sprawie polskiej zakończyły się porażką. Zdali sobie sprawę, że na ck monarchię liczyć nie można, przynajmniej w najbliższym czasie. W tej sytuacji uznali, że lepiej rozwiązać Legion, niż prowadzić legionistów w bój za Austrię. Takie stanowisko zajmowali między innymi Aleksander Skarbek jako szef Departamentu Wojskowego Sekcji Wschodniej NKN oraz Tadeusz Cieński.

Pretekstem do otwartego buntu legionistów były słowa przysięgi na wierność Najjaśniejszemu Panu i austro-węgierskiemu państwu, którą mieli złożyć. Uznali, że tego nie uczynią, gdyż są wojskiem polskim, a nie najemnikami austriackimi. Mówili, że nie po to poszli w bój, by walczyć za obce interesy. Nie chcą iść drogą socjalisty Piłsudskiego, gdyż jak wieść gminna niesie, jest regularnie opłacanym austriackim agentem. Miał też składać donosy na swoich współpracowników. W istocie Piłsudski ani nie był agentem ck wywiadu, ani nie donosił; z oficerami wywiadu uzgadniał jedynie działania, jakie strzelcy mieli prowadzić przeciwko zaborcy rosyjskiemu. Niemniej intensywnie powielana plotka do dzisiaj uchodzi za najprawdziwszą. Zatem akcja narodowców była skierowana także przeciwko Piłsudskiemu, w którym widzieli groźnego konkurenta na galicyjskiej scenie politycznej. Obawiali się, że oddziały Legionu Wschodniego trafią do jednostek kontrolowanych przez Komendanta i jego lewicowych przyjaciół.

Odmowa przysięgi oznaczała, że legioniści w bój nie pomaszerują, a Legion Wschodni zostanie rozwiązany. Formalną decyzję podjęła AOK. Po rozbrojeniu część legionistów się rozpierzchła, część powróciła w zwartych kompaniach do domu, jak choćby strzyżowska czy łańcucka. Około dwóch tysięcy poddanych cesarza zostało wcielonych do wojsk liniowych oraz do obrony krajowej. Nielicznych królewiaków, jako poddanych obcego państwa, aresztowano. „Było sporo szemrania, czuliśmy się bowiem upokorzeni, jakby mniej wartościowi, odepchnięci” – pisał rozżalony Bronisław Konieczny, jeden z legionistów. Nie wszyscy jednak chcieli rezygnować z udziału w wojnie. Wśród tych, co dalej pragnęli się bić, był Józef Haller. Uważał, że udział w walkach u boku wojsk austro-węgierskich służy sprawie polskiej, jeśli nie dzisiaj, to w przyszłości. Dlatego tłumaczył towarzyszom broni, aby pozostali w szeregach i złożyli przysięgę. „Czy chcecie iść do domu kopać kartofle?” – pytał rozgoryczony. Jego działania nie były wszakże zbyt efektywne, bo tylko kilkuset legionistów uznało jego argumentację. Haller nie cieszył się jeszcze taką pozycją jak w 1918 roku, kiedy był już sławnym i charyzmatycznym generałem.

Odmowa złożenia przysięgi ze strony legionistów była antyaustriacką manifestacją polskich elit wschodniogalicyjskich. I tak zostało to odebrane w Wiedniu. Od tego momentu AOK i rząd wiedeński posądzały Polaków o nielojalność, brak solidarności z państwem i monarchą, wręcz o zdradę. Tak zwana kwestia Legionu Wschodniego do końca wojny zatruwała relacje polsko-austriackie i stale była podnoszona przez polityków i generałów nieprzyjaznych Polakom, a także przez Ukraińców. Również polscy politycy z Galicji Zachodniej bardzo krytycznie ocenili rolę narodowców w rozbiciu Legionu Wschodniego. Najostrzej atakowali socjaliści z Ignacym Daszyńskim na czele, widząc, że lata ciężkiej pracy na rzecz stworzenia silnego polskiego ruchu strzeleckiego zostały w znacznej mierze zmarnowane.

5. „ŻELAZNA” II BRYGADA

Do grupy kilkuset legionistów z Legionu Wschodniego, którzy poszli za Hallerem, zostali przyłączeni kolejni ochotnicy: ponad pięćset z Drużyn Podhalańskich, przyprowadzonych przez Henryka Minkiewicza, oraz około trzystu z Legionu Śląskiego, zwanego też Cieszyńskim. Górale podhalańscy przez Nowy Targ dotarli do Mszany Dolnej. Nie chcieli wracać do domu po rozwiązaniu Legionu Wschodniego. Postanowili dalej walczyć, argumentując, że nie po to zgłosili się jako ochotnicy do szeregów, by teraz uciekać. Podobnie postąpili Polacy ze Śląska Cieszyńskiego, którzy dojechali pociągiem w nocy z 21 na 22 września do Mszany Dolnej i Rabki. I jedni, i drudzy rekrutowali się z regionów, w których panowały inne nastroje niż w Galicji Wschodniej i pieczę nad legionistami sprawowali politycy o innej orientacji.

Z powyżej wymienionych żołnierzy utworzono 3 Pułk Legionów – 26 września nastąpiło ich zaprzysiężenie. Legioniści oczekiwali, że po zakończeniu szkolenia zostaną przewiezieni do Królestwa, gdzie staną obok 1 Pułku do walki z wojskami rosyjskimi. Spotkało ich rozczarowanie, po pierwsze bowiem, nie zostali przeszkoleni, a po drugie, po załadowaniu do wagonów na stacji Kraków w dniu 30 września pojechali na Górne Węgry, do miejscowości Huszt. Obok 3 Pułku skierowano tam 2 Pułk, który organizował się w Krakowie i okolicy i również nie był gotowy do walki ze względu na słabe wyszkolenie. Niektórzy legioniści protestowali przeciwko, jak powiadali, „węgierskiej zsyłce” – Huszt nazwali nowym San Domingo, przypominając w ten sposób cyniczną decyzję Napoleona, który wysyłając ówczesne polskie Legiony do walki w tropikalnej dżungli na wyspie (San Domingo), doprowadził de facto do ich likwidacji. Legioniści tylko sporadycznie nawiązywali do dziejów Legionów Jana Henryka Dąbrowskiego. Powyższy przykład jest jednym z nielicznych. Przeciwko decyzji AOK protestował też NKN, podnosząc argument, że Legiony powstały po to, by bić się z wojskami rosyjskimi na terytorium Królestwa. AOK nie zdecydowała się na udzielenie odpowiedzi. Protest mało elegancko pominęła milczeniem.

Węgry były poważnie zagrożone przez wojska rosyjskie, które po opanowaniu karpackich przełęczy planowały dalszy marsz w kierunku Budapesztu i Wiednia. Zaniepokojony premier rządu węgierskiego István Tisza wezwał AOK do energicznej obrony Krajów Korony Świętego Stefana. W trosce o interes całej monarchii skierowano w Karpaty wszystkie dostępne siły. Wśród nich oba pułki legionowe, które miały ryglować przełęcze karpackie przed wojskami rosyjskimi, a następnie pomóc w wypchnięciu ich poza łuk Karpat. To był najważniejszy powód wyjazdu 2 i 3 Pułku Piechoty na południowy wschód. Ale był i drugi. Mianowicie ani Wiedeń, ani Komenda Legionów nie były zainteresowane tym, by wszystkie pułki legionowe znalazły się w pobliżu wojsk Piłsudskiego.

Po trzech dniach jazdy koleją pułki osiągnęły cel podróży. Łącznie liczyły ponad siedem tysięcy żołnierzy. Towarzyszyła im Komenda Legionów z komendantem Durskim-Trzaską na czele. Oba znalazły się – i to na wiele miesięcy – w grupie operacyjnej gen. Karla Pflanzera-Baltina, który dysponował czterema dywizjami piechoty. Nie był to generał lubiany przez swoich podkomendnych, tym bardziej przez legionistów, którym starał się uprzykrzyć i komplikować życie. Z reguły nie docierały do niego argumenty innych oficerów. Stąd powszechnie znany jego przydomek: „zakuta pała”. Niemniej w bojach potrafił być skuteczny i uparty, co doceniała komenda austriacka. Jego zadaniem była ochrona odcinka Karpat Wschodnich. Miał współdziałać od strony zachodniej z ck 3 Armią. Legionistom nie było dane walczyć w zwartych oddziałach, gdyż zostali podzieleni na mniejsze grupy rozlokowane w promieniu 60 kilometrów, a momentami ponad 100 kilometrów. Niewątpliwie Komenda nie miała nad nimi władzy tak jak dowódcy pułków nad pułkami, a batalionów nad batalionami. Był to kolejny powód rozgoryczenia, pozorowania chorób i dezercji wśród legionistów. Trudno im się dziwić. I tak było jeszcze wielokrotnie w następnych miesiącach, kiedy to oddziałom legionowym przyszło walczyć w ramach różnych formacji. Oczywiście była to świadoma polityka Pflanzera-Baltina inspirowanego przez AOK, która po doświadczeniach z Legionem Wschodnim miała ograniczony poziom zaufania do legionistów. Po pierwsze, rozdzielając legionistów, ck Komenda uniemożliwiała im organizowanie ewentualnych akcji protestacyjnych. Po drugie, utrudniała powstawanie więzi między żołnierzami obu pułków. Po trzecie, czyniła tak, by nie było znaczących śladów walk polskich żołnierzy. Po czwarte, chciała utrudnić upominanie się o sprawę polską.

 

Po przybyciu do Husztu legioniści natychmiast zostali skierowani na front. Z wielkim wysiłkiem powstrzymali atakującego przeciwnika, a następnie w ciężkich walkach wyparli go poza łuk Karpat. Największym sukcesem było opanowanie stolicy komitatu Máramaros–Máramarossziget (obecnie rumuńskie Syhot) w dniach 6–7 października 1918 roku przez 1 batalion kpt. Mariana Januszajtisa-Żegoty. O Polakach często i ciepło pisała prasa węgierska, a miejscowa ludność dawała liczne przykłady wdzięczności. Jednym z nich był sztandar z białym orłem ufundowany i wręczony legionistom przez towarzystwa akademickie z Budapesztu za ocalenie Węgier przed inwazją rosyjską. Podziękowanie wyrażali też węgierscy żołnierze. Widząc legionistów, wznosili okrzyki: „Niech żyją Polacy!”.

W kolejnych dniach października legioniści dalej walczyli w trudno dostępnych i zalesionych terenach górskich, pozbawionych dróg, z licznymi rzekami i potokami. Maszerowali w oddzielnych grupach. Jednej z nich przypadło zadanie przejścia na galicyjską stronę granicy przez przełęcz Rogodze Wielkie nieopodal Pantyru. Aby ułatwić transport wojsk i zaopatrzenia między Węgrami a Galicją, kpt. Zagórski zarządził budowę drogi przez przełęcz, którą ułożono z bali drewnianych (okrąglaków) przykrytych grubymi gałęziami. Nad potokami wzniesiono czternaście mostów drewnianych. Droga liczyła blisko 6 kilometrów. Legionistom i ck saperom zajęło to zaledwie pięćdziesiąt trzy godziny, nie licząc czasu na przygotowanie materiałów i sprzętu. 20 października droga została ukończona. Przy jej budowie pracowali też chłopi ukraińscy, których wnuki i prawnuki do dzisiaj dobrze to wspominają i nadal nazywają Drogą Legionów.

Inna grupa legionistów starła się z Kozakami 12 października 1914 roku w okolicach miejscowości Rafajłowa znajdującej się w Galicji, a następnie walczyła o Nadwórną, którą zajęła 24 tegoż miesiąca. Działania piechurów wsparły legionowe armaty. Walkę tę doceniło ck dowództwo, podkreślając, że ułatwili działania ck 2 Armii operującej w dolinie rzeki Stryj. Szczególnie dobrze oceniono postawę kpt. Januszajtisa-Żegoty, którego za zajęcie Nadwórnej nagrodzono awansem na stopień majora, oraz Hallera, który najpierw został awansowany na majora, a następnie na podpułkownika. „Hallera – pisał Józef Zając, przyszły generał – nauczyliśmy się szanować i lubić. Roztropny, nie lubił niepotrzebnie szafować krwią żołnierza, miał duże poczucie rzeczywistości pola walki i wyczucie sytuacji, wydawał rozkazy jasne i wykonalne”. Na bardzo dobre opinie wojskowej zwierzchności zasłużył kpt. Bolesław Roja, wkrótce awansowany do stopnia majora: „Zawadiacka dusza zagończyka, niepohamowany temperament. Był w tym człowieku młodzieńczy rozmach i ogień, jakaś niespokojna, pełna inicjatywy wola, było przedziwne nieliczenie się z rzeczywistością, wyzywanie własnego szczęścia” – wspominał go jeden ze świadków. Zdaniem austro-węgierskich generałów na uznanie zasłużył też płk Zygmunt Zieliński, uczciwy, prawy i sprawny żołnierz. Z czasem stał się ukochanym oficerem legionistów. „Służbista, prostolinijny, głuchy na wszelką politykę, choćby polską, uznający jedynie rozkaz przełożonej komendy” – pisał o nim Roja.

Bolesław Roja w 1916 roku.

Po Rafajłowej i kolejnych potyczkach w dolinie Bystrzycy Nadwórniańskiej oficerowie informowali zwierzchność austriacką, że żołnierze są już bardzo wyczerpani walkami w górach i dlatego oczekują skierowania na tyły. Takiego rozkazu się nie doczekali. Dalej musieli się bić. Legiony w Karpatach liczyły około 7300 żołnierzy. 29 października doszło do najważniejszej, aczkolwiek przegranej bitwy pod Mołotkowem koło Nadwórnej. Przeciwnik był znacznie liczniejszy i zdecydowanie lepiej wyposażony. Rosjanie dysponowali ponaddwukrotną przewagą w liczbie żołnierzy i jeszcze poważniejszą w artylerii: 48 dział przeciwko 14 przestarzałym armatom górskim. Legioniści nie posiadali karabinów maszynowych, podczas gdy wojska nieprzyjaciela miały 32 sztuki. Wśród żołnierzy armii rosyjskiej byli liczni oficerowie Polacy, w tym przyszli generałowie: Lucjan Żeligowski, wówczas pułkownik, i Kazimierz Jacynik, kapitan. W tym wypadku, ze względu na przewagę ludzką i materiałową, Polacy w szynelach rosyjskich spisali się lepiej niż Polacy w szynelach legionowych. W godzinach popołudniowych stało się jasne, że tej bitwy legioniści nie wygrają, tym bardziej że nie otrzymali wsparcia ze strony austro-węgierskiej. Komendant Durski-Trzaska zarządził odwrót. Sukcesem było wyrwanie się z zagrażającego okrążenia. Legioniści ponieśli bardzo poważne straty, po raz pierwszy tak dotkliwe. Około 200 z nich dostało się do niewoli, 480 zostało rannych, a 200 poległo lub zostało uznanych za zaginionych. Prawie 1000 żołnierzy wyeliminowano zatem z walki! Po Mołotkowie wśród legionistów zapanowały żal i przygnębienie. Fatalny był stan morale, gdyż trudno było dostrzec jakikolwiek awans sprawy polskiej w polityce austriackiej. Legioniści walczyli i ginęli bez rekompensaty dla siebie i Polski. Pojawiły się więc głosy, że należy rozwiązać Legiony, że nie można się godzić na dalsze traktowanie żołnierzy jak mięsa armatniego.

Znakiem nastrojów była smętna pieśń śpiewana przez legionistów:

Bo my żołnierze są jak psy,

Bezdomni my włóczędzy,

Tropi nas Moskal,

Gryzą wszy,

Za Austrii skrawek nędzny.

Cholera, kulka, tyfus, głód,

Czego zapragnie dusza!

Marszrutę bierz i zjeżdżaj w grób,

Nikogo to nie wzrusza.

Jak zwykle w podobnych okolicznościach debatowano o powodach tak poważnych strat. Winiono Ukraińców, którzy, jak uważano, szpiegowali na rzecz przeciwnika i donosili. Winnych zdrady – przynajmniej w przekonaniu legionistów – aresztowano i skazano na karę śmierci; wyroki wykonano na rynku w miasteczku Nadwórna. Nadgorliwością w tropieniu szpiegów wykazała się żandarmeria legionowa, składająca się z bojowców PPS z 1905 roku, którzy już niejeden wyrok wykonali. Musiało to rzutować na trudne relacje z miejscowymi. W związku z porażką pod Mołotkowem oskarżano ck dowództwo o nieliczenie się z ryzykiem i szafowanie życiem ludzkim. Ale podczas legionowej debaty dostrzeżono też i własne słabe strony, w tym niedoskonałe wyszkolenie. Zgodzono się, że żołnierze nie byli jeszcze w pełni gotowi do udziału w regularnych działaniach wojennych. W bój poszli z rodzinnych pieleszy, bez solidnego przygotowania wojskowego i znajomości warsztatu żołnierskiego. „Najmniej odporni umknęli z pola bitwy i więcej już do szeregów legionowych nie wrócili” – relacjonowano. Lecz z drugiej strony ci, co zostali i przetrwali, wzmocnili się. „Porażka pod Mołotkowem poderwała na jakiś czas wiarę we własne siły, a z drugiej strony przyczyniła się do wykruszenia z szeregów elementu żołnierskiego mniej odpornego na wzruszenia pola bitwy” – pisał Józef Zając. Poza tym było w Legionach zbyt dużo bałaganu, a za mało dyscypliny. „W Legionach za mało jest ducha wojskowego, wszystko cywile, posłuszeństwa wojskowego bardzo brakuje, a także rygoru i uszanowania rang legionowych” – stwierdzał August Krasicki, autor znanych pamiętników, poseł na Sejm Krajowy. Ck dowództwo, widząc słabe morale i mankamenty w zakresie wyszkolenia Legionów, starało się polepszyć nastroje, poprawiając zaopatrzenie w żywność i hojnie szafując żelaznymi krzyżami i awansami.

Kiepski stan ducha wielu legionistów był także następstwem pustki społecznej, w jakiej przyszło im walczyć. Po drugiej stronie Karpat mieszkali głównie Ukraińcy, którzy niejednokrotnie sympatyzowali z armią rosyjską i nie ukrywali niechęci, czy wręcz wrogości, wobec legionistów. Dobrze te karpackie klimaty społeczne oddaje wiersz Józefa Englichta Duma o II Brygadzie:

Idziemy przez miasta obce i przez sioła...

Patrzy się ludu obcego gromada,

Nikt jej z radością nie wita, nie woła:

Druga brygada.

Nikt tu jej pieśnią nie wita ni mową,

Ni dziewcząt grono ani starców rada...

Idzie swym szlakiem zadumą grobową

Druga brygada.

Ale choć duszę płomień żre tęsknoty,

Co krok wróg czyha lub przyziemna zdrada...

Z bagnetem w ręku spełnia przysiąg roty

Druga brygada.

Od początku walk w Karpatach zdarzały się w legionowych pułkach przypadki nieposłuszeństwa, niewykonywania należycie poleceń służbowych, kradzieży. Sądy polowe nie mogły narzekać na brak zajęcia. Za drobne kradzieże zasądzały kary cielesne: 25 czy 50 rózeg, co miało działać odstraszająco na pozostałych legionistów. Bywało też, że winnych surowo karali legionowi żandarmi, jak choćby pod Mołotkowem, kiedy rotmistrz żandarmerii zastrzelił legionistę, który odmówił powrotu na pole bitwy; kilka dni później jednak przyjaciel zabitego zabił rotmistrza. Od tego momentu aż do wiosny 1915 roku nie wykonano żadnej egzekucji, aczkolwiek przed sąd polowy trafiła na przykład sprawa 10 dezerterów oraz 17 oskarżonych o odmowę wykonania rozkazu. Zresztą gdyby nawet sądy zasądziły karę śmierci, to i tak wyroki musiały być zatwierdzone przez komendanta Legionów, który mógł ułaskawić skazanego, ewentualnie zawiesić wykonanie wyroku do czasu demobilizacji Legionów. Należy dodać, że żandarmeria zajmowała się nie tylko dezerterami i wykroczeniami, ale także wykrywaniem agentów rosyjskich, którzy przekazywali swojej armii informacje na temat liczebności i stanu ducha legionistów. Żandarmi rozpracowywali również agentów wywiadu austriackiego.

Po Mołotkowie zintensyfikowano nauczanie. W pierwszej kolejności objęto nim najmłodszych stażem i wiekiem. Szkolenia prowadzono prawie cały czas, a jednocześnie przy stałym kontakcie z wrogiem – dlatego oczekiwano wycofania obu pułków na tyły. Mimo próśb kierowanych do ck zwierzchności, by pozwolono legionistom zebrać siły i odpocząć, Pflanzer-Baltin nie wyraził na to zgody. Uznał, że legioniści nadal są mu potrzebni.

Dnia 26 listopada 1914 roku Legiony podzielono na dwie grupy: jedną pod dowództwem Durskiego-Trzaski, drugą Hallera, i obie poprowadzono do walki. Grupa Durskiego posuwała się w kierunku wschodnim, wzdłuż północnego łuku Karpat. Już samo pokonanie drogi szczytami górskimi było nie lada wyzwaniem i sukcesem, gdyż pułki legionowe nie były formacjami stworzonymi do walki w górach. Nie dysponowały sprzętem ani doświadczeniem przydatnym w tego typu operacjach, nie zostały także przygotowane do funkcjonowania w niskich temperaturach, które nawiedziły Karpaty w tamtym czasie. W listopadzie nocą temperatura spadała do –21 stopni Celsjusza. Nie dziwią zatem powszechne opinie, że „gorszymi wrogami wówczas od Moskali były śniegi i mrozy”. Z kolei w grudniu nastała odwilż. „Rozmokła ziemia pokryła się grubymi warstwami grząskiego błota. Wieczne deszcze, wieczna szaruga. Mgły, zadymki, ulewy wcale nie grudniowe. Jary w górach wzbierają, ścieżyny zamieniają się w rwące potoki. Z poszycia drzew ścieka wilgoć. A żołnierz nasz wciąż w szczerym polu. Tygodniami [...]. Tak mija Boże Narodzenie, tak mija Nowy Rok [...]” – pisał jeden z legionistów.

Grupa Durskiego-Trzaski w kolejnych dniach została podzielona na dwie grupy: pierwszą pod dowództwem Zielińskiego, drugą Januszajtisa-Żegoty. Obaj ponownie wyróżnili się dojrzałością wojskową i wyobraźnią. Walki trwały do 10 stycznia 1915 roku, kiedy to grupę Durskiego wycofano do Husztu. Uczyniono tak nie tylko ze względu na rosnącą liczbę chorych, których przybywało w następstwie walk w ekstremalnych warunkach pogodowych, przy niedostatku żywności i medykamentów. W takich okolicznościach trudno o zachowanie higieny, a jej brak prowadził do chorób. Wartość bojowa Legionów musiała się obniżyć. Legioniści walczyli i tak znacznie dłużej niż inne formacje, stale przerzucani z miejsca na miejsce, w celu, jak powiadali, „zaklajstrowania dziur” – w roli straży ogniowej, od Husztu na zachodzie po Śniatyń na wschodzie. Tam, gdzie było zagrożenie, gdzie ziemia paliła się żołnierzom pod nogami, gdzie ck oddziały wycofywały się na wieść o zbliżaniu się wroga – tam wysyłano legionistów. To kierowanie ich do najbardziej niebezpiecznych zadań, często fatalnie przygotowanych, niepokoiło żołnierzy. Niewiele brakowało, by doszło do buntu. „Legiony są nieustannie w boju i bez uzupełnień. Mimo woli przychodzi nam na myśl, czy nie gra tu roli jakaś zakulisowa intryga austriacka, tj., że chcą się po prostu Legionów pozbyć” – pisał Krasicki.

 

Przez tych kilka miesięcy legioniści walczyli na Węgrzech, później w Galicji, potem znów na Węgrzech i na powrót w Galicji, wreszcie na pograniczu Galicji i Bukowiny. Walczyli w Gorganach i w dolinie Czeremoszu w Czarnohorze. Walczyli podczas odwilży, w sąsiedztwie schodzących z gór lawin, w mrozie sięgającym w styczniu 1915 roku –28 stopni Celsjusza, a nawet –30 stopni Celsjusza, w śniegu zalegającym na 2,5 metra. „Wężowato wijącą się drogą pięliśmy się coraz wyżej poprzez śniegiem zawalone lasy, gdzie spod puchowych zwałów wystawały zaledwie czuby drzew [...], przejmujący chłód drętwił nam ręce, kolana, białym szronem osadzał się nam na twarzach [...]. Śnieg sypał coraz gęstszy i siekł niemiłosiernie po twarzach, mróz ścinał krew w żyłach, ludzie, konie tulili się do siebie, skostniałe palce odmawiały posłuszeństwa” – relacjonował ppor. Tadeusz Grabowski spod góry Prislop (1413 m n.p.m.). Ze względu na brak osad ludzkich w okolicy żołnierze spędzali noce z reguły pod gołym niebem, co nieraz prowadziło do odmrożeń. Niejeden nie doczekał poranka, bowiem dowódcy z powodu bezpieczeństwa powierzonej im jednostki niechętnie wyrażali zgodę na palenie ognisk. Mimo to nie był im dany dłuższy odpoczynek, gdyż 12 stycznia znów ruszyli w drogę, posuwając się doliną Złotej Bystrzycy. 21 lutego 1915 roku opanowali Horodenkę. Wielonarodowa społeczność miasteczka cieszyła się z oswobodzenia. Dopiero w marcu Pflanzer-Baltin wyraził zgodę na czterotygodniowy odpoczynek. W służbie, w walce byli już pół roku. Niewielu zdrowych pozostało w pierwszej linii.

Żołnierzy z grupy ppłk. Hallera kampania kosztowała nieco mniej wysiłku, nie stoczyli tylu walk, a przy tym mieli więcej szczęścia w związku z tym, że na przełomie grudnia i stycznia znaleźli się w Rafajłowej. Stworzyli tam sprawnie zarządzane terytorium, nazwane przez nich Rzecząpospolitą Rafajłowską. Korzystając z czasu wolnego, Haller cały czas pracował nad poprawą wyszkolenia oraz zapewnieniem żołnierzom godziwego noclegu, o co nie było łatwo, bo kwatery w chatach chłopskich obfitowały w... insekty. „Kanapa, na której spał w ubraniu dowódca batalionu, robiła wrażenie czegoś ruchomego, tyle w niej było różnego robactwa, do czego zresztą w ciągu kilku tygodni udziału w wojnie zdołaliśmy się przyzwyczaić” – wspominał Józef Zając. Wszy i walka z nimi urastały z czasem do potężnego problemu. Oczywiście nie był to tylko kłopot i zmartwienie żołnierzy w Karpatach, lecz w ogóle żołnierzy tego czasu, o czym przekonuje Wincenty Solek z I Brygady. „Wszy, wyhodowane obficie w szwach ubrania, wyłapuje się co grubsze palcami, mniejsze niewarte codziennego zachodu i gnidy hurtem wydrapuje się scyzorykiem na papier i pali się w kominie [...]. Brudną bieliznę wynosi się daleko i rzuca, gdyż o praniu nie ma mowy”. Źródłem robactwa było nieprzestrzeganie elementarnych zasad higieny, a także korzystanie z silnie zarobaczonych kwater. Zazwyczaj żołnierz, przychodząc na nocleg po wielu godzinach marszu, układał plecak pod ścianą, a płaszcz na ziemi jako posłanie i bez wieczornej higieny kładł się spać.

Walki II Brygady Legionów pod Rafajłową podczas działań na froncie wschodnim – żołnierze przy ognisku, zima przełomu lat 1914 i 1915.

Mimo zimy co pewien czas korpusy rosyjskie atakowały, nie dając dłuższej chwili wytchnienia, lecz skuteczność ataków była niewielka ze względu na porę roku i zacinające się karabiny. Zresztą w tak niskiej temperaturze –20 stopni Celsjusza czy –25 stopni Celsjusza odmawiała posłuszeństwa również broń austriacka. W Rafajłowej w dniach 23–24 stycznia 1915 roku znów doszło do ataku rosyjskiego i walk nocą. Na grupę Hallera, która liczyła 1361 gotowych do walki żołnierzy (2748 było na liście do żywienia, w tym ranni i chorzy), nacierało kilka tysięcy żołnierzy nieprzyjaciela. Straty legionistów były niewielkie, znacznie mniejsze niż strony atakującej. Zginęło 5 legionistów i 100 żołnierzy strony przeciwnej, a za zaginionych uznano 20 legionistów i ponad 100 żołnierzy agresora. W sumie atakujący utracili około 600 żołnierzy, w tym 138 dostało się do niewoli. Zatem znów legioniści odnieśli sukces; poszły za tym pochwały i gratulacje dla polskich dowódców. Haller i Roja otrzymali telegram od ck generała: „Odwaga i nadzwyczajna waleczność polskich legionistów okazała się w ostatnich dniach znowu w pełni [...]. Waszych znakomitych komendantów ppłk. von Hallera i mjr. Roję za ich świetne czyny przedstawię do wyższych stanowisk i odznaczeń”. Również ich późniejsze walki zostały dobrze ocenione przez generałów. Dowódca 6 Dywizji Piechoty napisał: „Dywizja z przykrością rozłącza się z dzielnymi batalionami Legionów. Przy sposobności tej wyrażam w imieniu najwyższej służby najwyższe uznanie dzielnym ich dowódcom”.

Następnie grupa Hallera wzięła udział w zimowej ofensywie 1915 roku w dolinach Bystrzycy Nadwórniańskiej i Bystrzycy Sołotwińskiej. W bezpośrednim sąsiedztwie legionistów walczył batalion strzelców tyrolskich. Legioniści mogli się z bliska przyjrzeć austriackiej polityce wobec swoich i wobec legionistów. Tym drugim brakowało prawie wszystkiego, ci pierwsi wszystkiego mieli pod dostatkiem. Dysponowali kociołkami, termosami, ciemnymi okularami do ochrony oczu przed blaskiem słońca na śniegu, nartami, lornetami, telefonami, ciepłymi okryciami głowy i futrzanymi rękawicami. Legioniści przy nich wyglądali jak wojska nie trzeciej, ale piątej kategorii.

Siły rosyjskie rozpoczęły odwrót 4 lutego 1915 roku. Wydawało się, że jest to dobra okazja do odpoczynku. Ale ck dowódcy dalej kazali legionistom walczyć, grożąc rozwiązaniem 2 i 3 Pułku. Pflanzer-Baltin wszczął śledztwo w sprawie niewykonywania rozkazów przez 3 Pułk, lecz ostatecznie sprawę umorzono, przy czym jeden z ck generałów groził Hallerowi rozwiązaniem Legionów.

Pflanzer-Baltin był bezwzględny także wobec swoich, co wynikało z przekonania, że gdy żołnierz zostanie zmuszony do zachowania stanu ciągłej gotowości i do walki, nie bumeluje, nie narzeka na zaopatrzenie, nie marudzi. Wojsko – powiadał do podwładnych – które nie walczy, „gnije” i po prostu może się rozejść. Nie widział nic złego w tym, że oddziały przez niego dowodzone ponosiły olbrzymie straty, gdyż jego zdaniem to także sprzyjało podnoszeniu dyscypliny i zachowaniu porządku. Dlatego w pamięci żołnierzy zapisał się tym, że „uczył swoich ludzi umierać”. Niepokoiła go natomiast skala handlu wymiennego z żołnierzami nieprzyjaciela – ale kwitł on i tak mimo kar. Rosjanie byli szczególnie spragnieni gorzałki, gdyż z powodu prohibicji pili spirytus opałowy i denaturat, a to niejednokrotnie kończyło się śmiercią. Za alkohol, a także za tytoń oferowali żołnierzom, w tym legionistom, chleb, suchary, wędlinę.

O intensywności walk grupy Hallera świadczą liczby: w ciągu kilku miesięcy stoczyła ona 16 bitew i potyczek o defensywnym charakterze oraz 19 o charakterze ofensywnym. Marną pociechą dla Hallera i jego żołnierzy były słowa Durskiego z 14 marca 1915 roku skierowane do dowódcy grupy: „[Haller] na czele powierzonej mu grupy Legionów dokonał całego szeregu świetnych wojennych czynów, chlubę Legionom przynoszących. [...] zasłużył sobie na najwyższe uznanie, które mu równocześnie wyrażam”. Za zasługi wojenne Haller otrzymał Order Żelaznej Korony klasy III i z tej okazji w rozkazie do żołnierzy napisał: „Odznaczenie to uważam za odznakę dla Was wszystkich [...] wierzę, że Legiony Polskie pewnym krokiem staną na ziemi Ojczystej, gdzie Naród cały uzna je za podwaliny lepszej przyszłości”.