1919Tekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jesienią 1918 roku, po opuszczeniu GGW i GGL przez urzędników państw okupacyjnych, władze polskie z rządem i Tymczasowym Naczelnikiem Państwa na czele rozpoczęły tworzenie administracji terytorialnej. Na mocy tak zwanej ustawy tymczasowej z 2 sierpnia 1919 roku z dziesięciu guberni Królestwa Polskiego oraz zachodnich powiatów guberni grodzieńskiej utworzono pięć województw „centralnych”: białostockie, kieleckie, lubelskie, łódzkie i warszawskie. W listopadzie tego roku minister spraw wewnętrznych mianował wojewodów, którzy kierowali pracą urzędów wojewódzkich.

Znacznie wcześniej, bo jeszcze późną jesienią 1918 roku, organizowano władze powiatowe. Niektóre powstały z inicjatywy straży robotniczych, milicji ludowych, komitetów narodowych, komitetów samoobrony. Aby nie dopuścić do rozgardiaszu i bałaganu, rząd Moraczewskiego powołał komisarzy powiatowych, którzy mieli do pomocy urzędy powiatowe. Z czasem komisarzy zastąpili starostowie mianowani przez ministra spraw wewnętrznych. Stronnictwa centrowe i prawicowe z endecją na czele protestowały przeciwko komisarzom, powiadając, że Moraczewski małpuje rządy bolszewickich komisarzy z sowieckiej Rosji, aczkolwiek protesty nie były zbyt gwałtowne, być może dlatego, że wśród komisarzy nie brakowało osób o poglądach narodowych oraz ziemian.

W sumie w ciągu kilku miesięcy stworzono w Królestwie system administracyjny, który w niedługim czasie stał się wzorem dla pozostałych regionów Rzeczypospolitej Polskiej. Natomiast nie stało się wzorem prawo, według którego urzędowano, gdyż zawierało ono jednocześnie dawne przepisy rosyjskie, nowsze okupacyjne i najnowsze polskie, co utrudniało funkcjonowanie. Komisarze, a później starostowie zatwierdzali jednych burmistrzów stojących na czele władz miejskich, innych zaś zwalniali, podobnie jak radnych – czy to z powodu niekompetencji, korupcji, czy serwilizmu wobec władz okupacyjnych – po czym powoływali nowych. Komisarze dokonali też przeglądu władz gminnych. Nie wszyscy spośród wójtów uzyskali akceptację.

Najtrudniej było uformować państwową administrację na ziemiach wschodnich, na wschód od rzek Bug i Niemen, stopniowo przechodzących pod polską jurysdykcję. Pierwszym krokiem było powołanie przez Naczelnika Państwa na stanowisko tymczasowego generalnego komisarza cywilnego Ludwika Kolankowskiego, co nastąpiło 19 lutego 1919 roku. „Nie było grosza, nie było siedziby dla zarządu i nie było ludzi. Wśród gorączkowej i nieustannej, co­dziennie kilkunastogodzinnej pracy dorobiłem się na głowie łysych kół, białych włosów […] sporo trosk przysparzało […] utworzenie sprawnie działającej sieci administracyjnej, wyszukanie odpowiednich starostów powiatowych i kierowników trzech okręgów” – wspominał Kolankowski.

15 kwietnia 1919 roku Naczelnik Państwa utworzył Zarząd Cywilny Ziem Wschodnich, a to „w celu pozyskania w miejscowej ludności dobrowolnego i szczerego rzecznika państwowości polskiej”. Wyjaśnił tę decyzję w odezwie z 22 kwietnia do mieszkańców byłego Wielkiego Księstwa Litewskiego: „Pomimo że na waszej ziemi grzmią jeszcze działa i krew się leje, nie wprowadzam zarządu wojskowego, lecz cywilny, do którego powoływać będę ludzi miejscowych, synów tej ziemi”. Na czele Zarządu Cywilnego stanął jako generalny komisarz cywilny mecenas Jerzy Osmołowski, który był członkiem Rady Polskiej Ziemi Mińskiej, „synem tej ziemi”. Do października 1919 roku urzędował w Warszawie, a następnie w Wilnie. Generalny komisarz cywilny podzielił ziemie, które przejęły wojska polskie, na okręgi (między innymi brzeski, wileński, miński) oraz powiaty – na ich czele postawił komisarzy. Okręgi były wielkości województwa. Powiatów nie było wiele i były rozległe pod względem powierzchni. Liczyły od pięciu do siedmiu tysięcy kilometrów kwadratowych, podczas gdy w Królestwie Polskim średnio po dwa tysiące kilometrów kwadratowych, a w Galicji i w zaborze pruskim były jeszcze mniejsze.

Generalny komisarz cywilny kontrolował obszary Litwy i Białorusi zwane Ziemiami (Kresami) Północno-Wschodnimi, natomiast w zachodniej części Wołynia, które przejęło polskie wojsko po ustępujących Austriakach, powstały odrębne struktury administracyjne. We wrześniu 1919 roku Zarząd Cywilny powołał Okręg Administracyjny Wołyński. Jednak na wschodzie czynnikiem decydującym i rozstrzygającym w kwestiach polityki i życia codziennego mieszkańców była armia, a nie administracja cywilna, co skądinąd zrozumiałe, gdyż od początku 1919 roku stale toczyły się tam działania wojenne. Osmołowski nie wyrobił sobie koniecznego w takiej sytuacji autorytetu, co z pewnością utrudniało mu urzędowanie i zapewnienie posłuchu. Struktury wojskowe powołano wcześniej niż cywilne, w ślad za postępującymi wojskami, gdyż już 8 lutego 1919 roku powstał Zarząd Wojskowy na Ziemiach Litwy i Białorusi.

Obsadzanie stanowisk urzędniczych w administracji cywilnej postępowało powoli. W maju 1919 roku Zarząd Cywilny Ziem Wschodnich oceniał, że w powiatach „przy obecnej organizacji władz nie ma faktycznie gospodarza”. Kolankowski wspominał, iż na konkurs na stanowiska starostów, jako szefów urzędów powiatowych, zgłosiło się osiemdziesięciu kandydatów, z czego trzy czwarte stanowili gajowi, fryzjerzy, krawcy czy felczerzy. Administracja powiatowa w każdym powiecie była inna, gdyż jej ostateczny kształt organizacyjny, przydział kompetencji zależał od starosty. Podobnie kancelarie w każdym powiecie były inaczej zorganizowane. Jeszcze późną jesienią 1919 roku nie funkcjonowało wiele ogniw administracyjnych, takich jak zarządy leśne, wodne, inspektoraty szkolne, rolne, urzędy skarbowe czy zdrowia. Nawet nie wszędzie ściągano podatki – i to nie tylko ze względu na brak poborców podatkowych, ale i trudności komunikacyjne. Brakowało dróg bitych, a o dostępności (niedostępności) danej wsi czy gminy decydowała niejednokrotnie pogoda. Wszyscy żalili się na drogi pozostające w opłakanym stanie, jako dziedzictwo po rosyjskich czasach. Zdecydowaną większość szlaków komunikacyjnych stanowiły drogi polne. Utwardzone były nieliczne, prowadzące w kierunku Grodna, Wilna i Mińska. Niewiele mogła pomóc płytka sieć kolejowa. Niektóre miejscowości były oddalone od najbliższej stacji o ponad sto kilometrów.

Ziemie Północno-Wschodnie zaludniali w większości analfabeci. Około dziewięćdziesięciu procent spośród nich mieszkało na wsi. Poza Wilnem, w mniejszym stopniu Grodnem, a później chwilowo Mińskiem brak było większych miast, a tym samym środowisk wykształconych, z których mogli się rekrutować przyszli urzędnicy, sędziowie, nauczyciele. Raporty rządowych instytucji nie pozostawiały złudzeń co do ludzi nadających się do pracy urzędniczej. Pisano, że „społeczeństwo wileńskie przedstawia obraz wprost niezrozumiałego bezładu i ­apatii”. W grudniu 1919 roku Straż Kresowa alarmowała z ­Bobrujska: „Tworzące się urzędy polskie pochłonęły całą inteligencję, która szuka przeważnie tylko zadowolenia własnej próżności. Brak umiejętności organizacyjnych i inicjatywy”. Brakowało tradycji ofiarności obywatelskiej i kapitału społecznego, stąd bierność i marazm. Z inicjatywy polskich komisarzy oraz wojskowych zakładano gniazda Sokoła, stowarzyszenia oświatowe, spółdzielnie gospodarcze, kasy zapomogowo-pożyczkowe, domy ludowe, lecz niewielu było chętnych do pracy. W najlepszej kondycji znajdowała się wspomniana Straż Kresowa, powstała w 1918 roku. Było to stowarzyszenie o charakterze społecznym, które prowadziło promocję interesów polskich na Ziemiach Północno-Wschodnich i Wołyniu, wspomagało, ale i krytycznie oceniało polskie rządy, pomagało w poszukiwaniu kandydatów na urzędników, sędziów, nauczycieli. Jednocześnie było kontrolowane przez polski kontrwywiad.

Drugi potencjalny zasób kadr stanowili ziemianie, ale tylko nieliczni zaciągnęli się do służby cywilnej, zwłaszcza na niższe i średnie stanowiska, nieraz decydujące o efektywności pracy urzędu. Pozostali skupiali się na odbudowie zniszczonych folwarków. Ale nawet ci, którzy podjęli pracę urzędniczą, z reguły byli mało wydajni, między innymi ze względu na brak praktycznych kwalifikacji i słabo wykształcony instynkt obywatelski. Kiedy Sejm uchwalił reformę rolną, krytycznie przyjętą przez środowiska ziemiańskie, zmalała liczba kandydatów do posad urzędniczych. W tej sytuacji Osmołowski musiał zdecydować się na sprowadzenie pracowników administracyjnych z Królestwa Polskiego i Galicji. I to oni obsadzili główne stanowiska urzędnicze, a miejscowi zostali mianowani zastępcami. U boku lepiej wykształconych i doświadczonych mieli się uczyć sztuki administrowania.

Nie mniejsze trudności napotkały władze cywilne chcące obsadzić nauczycielami szkoły elementarne, ludowe, zwane teraz powszechnymi. Aby temu zaradzić, w ramach Zarządu Cywilnego powołano w październiku 1919 roku Sekcję Oświecenia Publicznego, którą kierował Lucjan Zarzecki. Pozytywne efekty nadeszły dopiero po latach. Tymczasem brakowało nauczycieli nawet do tych nielicznych szkół, które pozostały po czasach zaborów. W tej sytuacji przyjęty przez władze państwowe ambitny plan rozwoju szkolnictwa nie mógł zostać na wschodzie kraju szybko zrealizowany. Upowszechnienie wykształcenia podstawowego wśród mas ludności uniemożliwiały nie tylko liczne wakaty w dotychczas istniejących placówkach szkolnych, ale i dotkliwy brak lokali szkolnych i nie mniej bolesny – pieniędzy. Zgodnie z zarządzeniem władz pensje wypłacano nauczycielom w markach polskich, które nie cieszyły się zaufaniem, przeto bywało, że nauczyciele żądali ich w… rublach. O szczęściu mogli mówić ci nauczyciele, którzy mieszkali i odbywali zajęcia szkolne z uczniami w ziemiańskim dworze. Pozostali prowadzili lekcje w izdebce wynajętej od gospodarza, która jednocześnie była nauczycielską kuchnią, sypialnią, salonem. W tej sytua­cji trudno im było spełnić postulat zjazdu pedagogów w Wilnie z sierpnia 1919 roku, że „nauczyciel ma nie tylko uczyć dzieci, ale ma być przewodnikiem kultury w wiosce”. Również ze względu na brak nauczycieli i pieniędzy na lepszy czas ­odłożono ­pomysł uruchomienia kursów dla analfabetów.

 

Do pracy w szkółkach najchętniej zgłaszali się miejscowi kandydaci, ale z reguły byli oni pozbawieni jakich­kolwiek pedagogicznych kwalifikacji. Nie znając literac­kiego języka polskiego, posługiwali się miejscową gwarą polsko-­białoruską, zwaną językiem prostym, a o ich przydatności lub nieprzydatności do zawodu świadczyło to, że zdarzało się, iż wśród ubiegających się o posadę byli niepiśmienni. Ponieważ deklarowali, że w trakcie pracy z dziatwą szkolną nauczą się czytać, pisać i rachować, przeto nieraz otrzymywali zgodę na podjęcie pracy. Latem byli kierowani na dokształcające kursy wakacyjne. „Krótkie kilkutygodniowe kursy dla nauczycieli nie mogą uzupełnić braków wykształcenia ogólnego i zawodowego, to też korzyść z nich jest wątpliwa” – czytamy w komentarzu inspekcji oświatowej. Dlatego zgodnie z treścią dekretu Naczelnika Państwa z 7 lutego 1919 roku kandydaci na stanowiska nauczycieli szkolnych powinni posiadać wykształcenie w zakresie pięcioletniego seminarium nauczycielskiego. Był to jednak wymóg z myślą o przyszłości, gdyż zapowiedziany w 1919 roku program uruchamiania seminariów nauczycielskich na Ziemiach Północno-Wschodnich mógł być realizowany dopiero po 1921 roku, podobnie jak postulat organizowania sieci biblio­tek. W 1919 roku prawie w ogóle nie było kandydatów chcących objąć posady i mających ukończone seminarium nauczycielskie.

Ze względu na warunki pracy i niskie oraz nieregularnie wypłacane pensje trudno było zwerbować nauczycieli z głębi kraju, a ci, którzy się zdecydowali, z reguły byli pozbawieni talentu, energii i kwalifikacji. Częste apele, kierowane głównie do kandydatów z Galicji, nie przyniosły wyników. „Niechęć tęższych moralnie i umysłowo jednostek do służby państwowej na Kresach wschodnich tłumaczyć trzeba głównie brakiem tych danych, które tworzą środowisko bytowania kulturalnego człowieka w wymaganiach przeciętnego Europejczyka” – pisał Kazimierz Kozłowski, działacz oświatowy. Lepsze warunki pracy i płacy oferowały skądinąd nieliczne szkoły średnie, na skutek czego łatwiej było pozyskać do nich kadry nauczycielskie, najczęściej z Galicji.

Jeszcze gorsza sytuacja panowała w sądownictwie. Do końca 1919 roku, ze względu na wakaty, jedynie nieliczne sądy rozpoczęły pracę. Spośród miejscowych mających wykształcenie prawnicze niewielu było chętnych do pracy w sądownictwie. Przed wojną w tamtejszym sądownictwie Polacy stanowili jedynie skromny ułamek. Czyli składy sędziowskie należało tworzyć faktycznie od zera. Organizatorzy polskiego sądownictwa poszukiwali kandydatów przede wszystkim wśród prawników z Wilna, Grodna, Mińska, Kowna, którym oferowano posady sędziowskie i prokuratorskie. Jednak z reguły prawnicy, w tym adwokaci i rejenci, nie byli tym zainteresowani, gdyż ich dotychczasowe zarobki były znacznie wyższe niż te, które mogliby otrzymać z budżetu państwa. Skoro miejscowi zawiedli, organizatorzy sądów zaproponowali posady prawnikom z Galicji. Tamtejsi sędziowie i prokuratorzy nie chcieli jednak przemieszczać się na wschód ze względu na niski poziom kulturowy mieszkańców i cywilizacyjny kresowych ziem, nieznajomość trudnych realiów i prawa rosyjskiego, które dalej obowiązywało. Wielu prawników i urzędników z Galicji obawiało się odwrócenia koniunktury wojennej i klęski wojsk polskich. Brak akceptacji aliantów dla polskiej akcji wojskowej na wschodzie zniechęcał do poszukiwania stanowisk pracy. Rada Najwyższa ententy dopiero 8 grudnia 1919 roku zezwoliła na tworzenie regularnej polskiej administracji, w tym sądownictwa, na wschód od Bugu i Niemna.

Jakie były kwalifikacje i wykształcenie personelu administracji terytorialnej na Ziemiach Północno-Wschodnich? Niestety brakuje wiarygodnych źródeł, które by pozwoliły na udzielenie odpowiedzi. Na podstawie wyrywkowych danych możemy jedynie zaprezentować szacunki. Poza pochodzącymi z Galicji większość nie miała doświadczenia administracyjnego i legitymowała się jedynie podstawowym wykształceniem (szkoły ludowe, elementarne), uzupełnionym o kilkumiesięczne lub kilkutygodniowe kursy. Mniejszość legitymowała się średnim wykształceniem. Jeszcze w 1923 roku, i to w skali Polski, na sto dwadzieścia tysięcy pracowników administracji jedynie piętnaście tysięcy mogło się pochwalić wyższym wykształceniem, a piętnaście procent wieloletnim doświadczeniem urzędniczym. Większość urzędników wywodziła się ze środowisk inteligenckich. Pozostali z ziemiańskich, spośród szlachty zaściankowej oraz z ludu miejskiego i wiejskiego. Na stanowiskach niższych urzędników i nauczycieli zatrudnienie znaleźli synowie chłopscy. Ich obecność trudno jednak traktować jako wyraz demokratyzacji społeczeństwa, gdyż powielali oni najgorsze wzory zachowań urzędników „pańskiego” pochodzenia. Niejednokrotnie zmieniali nazwiska „na pańskie”, a zakładając urzędowe mundury lub garnitury i nosząc kapelusze, pragnęli być postrzegani tak jak tamci. W urzędach często pomiatali chłopskimi petentami i miejską biedotą, uważając się za kogoś lepszego. Z kolei przed zwierzchnością zachowywali się uniżenie, czapkując – tak jak kiedyś chłopi wobec panów.

Ze względu na powyższe trudności w kompletowaniu załóg urzędniczych zdarzało się zatrudniać dotychczasowych urzędników rosyjskich zwanych Moskalami. Jest zrozumiałe, że trudno było od nich oczekiwać zaangażowania, poczucia służby nowemu państwu, a przynajmniej takie opinie pozostawili starostowie. Najwięcej uwag krytycznych starostowie zgłaszali pod adresem byłych rosyjskich leśników, nauczycieli, kolejarzy, którzy niejednokrotnie sabotowali zarządzenia Warszawy, w urzędowaniu zaś posługi­wali się rosyjskim i jego znajomości wymagali od petentów. Niemniej miejscowa ludność, zwłaszcza prawosławna, z tego właśnie powodu była z nich zadowolona i broniła ich przed zwolnieniem. Język rosyjski w wyobrażeniach ogółu był swojski, a polski obcy, wyniosły, „pański”. Miejscowi prawo­sławni woleli mieć do czynienia z dawnymi urzędnikami także dlatego, iż uważali polskie władze za przejściowe, a za „swoje” i oczekiwane – dotychczasowe, to jest rosyjskie. Nawet część katolików kresowych postrzegała władze polskie jako obce, nietutejsze. Skoro władza jest obca, to jej reprezentanci – urzędnicy – nie mogą być „swojscy”, zwłaszcza że w polskich urzędnikach miejscowi, w tym włościanie, widzieli dawnych panów przebranych w mundury urzędnicze.

W sumie polska administracja kresowa była bardzo zróżnicowana pod względem pochodzenia etnicznego, wyznaniowego, społecznego, wykształcenia, mentalności oraz stosunku do polskiej władzy. „Kiedy się w tym wszystkim wytworzy wspólny »interes państwa«, wspólny esprit de corps i wspólne poczucie obowiązku” – pytał zatroskany Zdanowski. Jego uwagi w pewnym stopniu można odnieść do administracji w skali państwa, która z dnia na dzień nie była w stanie wytworzyć wewnętrznej solidarności, a także przekonania o konieczności dobrej pracy oraz lojalności wobec Rzeczypospolitej. Z pewnością sytuacja powojenna nie sprzyjała efektywności pracy sił administracyjnych. Stan niepewności, bałagan, wojny w granicach, niemrawa i niesystematyczna kontrola administracji terytorialnej ze strony centrali, niskie płace i niesatysfakcjonujące warunki pracy urzędników – wszystko to powodowało, że nawet kompetentni i wykształceni nie pracowali tak, jak tego od nich oczekiwano.

Ze względu na niewielkie przychody zniszczonego przez wojnę państwa i niskie wpływy podatkowe brakowało nawet skromnych środków na opłacenie urzędników, sędziów, nauczycieli, funkcjonariuszy służb porządkowych. Uznali oni, że muszą dorabiać. I dorabiali. Stąd między innymi powszechnie zarzucane im chciwość, prywata, brak poczucia odpowiedzialności za państwo. Przypadki łamania czy naginania prawa i wymuszania pieniędzy oraz prezentów były na porządku dziennym. Świadome tego władze zabiegały, aby urzędnicy reprezentujący majestat państwa regularnie otrzymywali pobory. Starano się też pamiętać o nauczycielach, ale bywało, że nie otrzymywali oni pensji przez dwa, trzy miesiące. Centrala doskonale zdawała sobie sprawę, że nie tylko na Ziemiach Północno-Wschodnich, ale i w całym kraju inflacja, która wzrosła w drugiej połowie 1919 roku, zmniejszyła realną wartość pensji urzędniczych i nauczycielskich. Stąd konieczność wprowadzania, i to coraz częściej, nowych, urealnionych stawek wynagrodzeń. Lecz bywało, że zarządzenie o podwyżkach nie było realizowane ze względu na brak środków. „W skarbie takie pustki, że urzędnikom – już uchwalone przez Radę Ministrów – dodatki wstrzymali” – pisała 18 stycznia 1919 roku Maria Dąbrowska. Wprowadzano też dodatki drożyźniane, i to nie tylko na Ziemiach Północno-Wschodnich. Zachodnio­galicyjska PKL już 1 stycznia 1919 roku przyznała je funkcjonariuszom publicznym, a emerytury dla wdów i sierot po zmarłych urzędnikach podniosła o sto procent. Podobnie postąpił wschodniogalicyjski TKR, który 29 stycznia 1919 roku przyznał urzędnikom miasta Lwowa dodatek oblężniczy. Z kolei 31 grudnia tego roku rząd w Warszawie premiera Leopolda Skulskiego zdecydował się wypłacić pracownikom państwowym dodatek drożyźniany zwany „trzynastą pensją”, czyli „trzynastką”.

Zachowania funkcjonariuszy służb cywilnych uważane za naganne stale się powtarzały, i to nie tylko na Ziemiach Północno-Wschodnich. W styczniu 1920 roku weszła w życie ustawa, na podstawie której każdy urzędnik państwowy (od dwudziestego pierwszego roku życia) mógł być skazany na karę śmierci za „przestępstwa popełniane z chęci zysku”.

Kiepskie warunki pracy i płacy w urzędach, szkołach, sądach powodowały, że ambitniejsi i wykwalifikowani uciekali się do przedsiębiorczości prywatnej, która oferowała lepsze warunki. Wyjeżdżali do Wilna i dalej do Warszawy, gdzie łatwiej było o pracę w sektorze prywatnym. Na ich miejsce przychodzili – jak powiadano – „złapani ludzie”, z reguły o niższych kwalifikacjach, co prowadziło do – jak twierdzono – „zaśmiecania urzędów”. Problemy wystąpiły nawet w Galicji, wydawało się stabilnej i przewidywalnej, w tym w większych miastach takich jak Kraków, Tarnów czy Nowy Sącz. Powszechnie urzędnicy, którzy pracowali w terenie, nie dość, że samowolnie rekwirowali produkty na wsi, to jeszcze w raportach podawali zawyżone koszty przejazdów, a także koszty przejazdów, które nigdy nie miały miejsca. Aparat kontroli znajdował się w fazie embrionalnej i nie był w stanie tego wyjaśnić ani nad tym panować, tym bardziej że i on sam uchodził za przekupny. Wszystko to prowadziło, jak pisano, do „karygodnych nadużyć urzędników” – i ten stan trwał w najlepsze jeszcze wiele miesięcy po odzyskaniu niepodległości. „Nadużycia te, ubliżające godności stanu urzędniczego, podkopują fundamenta zdrowej struktury państwa, narażają państwo na nieobliczalne szkody, a społeczeństwo deprawują, przynosząc jednym niegodziwy zysk, a innym nędzę i niedolę” – z żalem przyznawał krakowski „Czas” późną jesienią 1918 roku. Zaniepokojeni tym stanem rzeczy urzędnicy skupieni w Związku Stowarzyszeń Urzędników Polskich z Wykształceniem Akademickim powołali do życia w grudniu 1919 roku Komitet Ochrony Czystości Służby Publicznej.

Budowę jednolitej struktury administracyjnej utrudniała mentalność urzędników pochodzących z różnych regionów ziem polskich. Królewiaccy urzędnicy śmiali się z przywar biurokratycznych urzędników galicyjskich, ich poszanowania przepisów prawa, germanizmów w języku, braku – co im wytykano – inwencji, z pasywności, ospałości. Powiadali, że ck urzędnicy „pracowali systemem austriackim nad wyraz biurokratycznym”, koncentrując swoją uwagę na paragrafach, na prawie, a nie na petentach. Te spostrzeżenia w znacznym stopniu były uzasadnione. Potwierdzają to także świadkowie, na co dzień obserwujący funkcjonowanie ck biurokracji. „Bezsprzecznie mieli tę zasługę, umieli zorganizować rutynę urzędowania. ­Cechował ich przesadny formalizm w załatwianiu spraw. Dla wielu z nich kariera osobista była ważniejsza od dobra społecznego” – pisał profesor, ekonomista i bankowiec ­Feliks ­Młynarski, aczkolwiek z ostatnim zdaniem jego opinii trudno się zgodzić, gdyż urzędnicy przybywający do pracy w dawnych zaborach rosyjskim i pruskim z Galicji oraz z Wiednia dawali przykłady sumiennego angażowania się w sprawy niepodległej Polski. Z kolei Galicjanie wytykali Królewiakom bałaganiarstwo, brak fachowego przygotowania, ducha improwizacji. Swoimi uwagami na temat Królestwa i urzędniczej Warszawy dzielił się z bliskimi Paweł Sapieha, w latach wojny szef austriackiego Czerwonego Krzyża w Galicji. Jeden z jego kuzynów zostawił opinię, że Sapieha „był przyzwyczajony do zupełnie innego trybu i form urzędowania […]. Jego urzędnicze wychowanie było typu zachodniego, nie mógł się pogodzić z niedokładnością, lekkomyślnością i pewną blagą [w Królestwie – A. Ch.], które sprawiały, że nie można było na informacjach i obietnicach polegać i często nie znalazło się zrozumienia”. Jeszcze nieco inaczej sprawy widział Zdanowski: „Zaostrza się antagonizm między dzielnicami. Spór między Galicją a Królestwem przybiera nieraz przykre objawy. Obydwie te części są jakby inaczej uwarstwowane i przy odpowiednim złożeniu części niezupełnie przystają, stykając się warstwami niewspółmiernymi. Stąd wiele zgrzytów. Warszawa wymyśla na biurokratyzm i chamstwo Galicji, ta znów na dyletantyzm i brak zmysłu organizacyjnego Królestwa. Praca nad zatarciem tych zawiści i niechęci powinna być jednym z najważniejszych zadań organów rządowych”.

 

Najwięcej negatywnych uwag i krytycznych komentarzy kierowano pod adresem kształtującej się niemal pod ogniem nieprzyjacielskim administracji na Ziemiach ­Północno-Wschodnich. Pisano o niej wszystko, co najgorsze. „W administracji masa szumowin i wyrzutków społecznych” – czytamy w raporcie z powiatowej Prużany. Nieudolna, niekompetentna, chciwa, niefrasobliwa, kierująca się interesem własnym, a nie państwa, bez poczucia urzędniczej godności. To najcięższe i najczęstsze grzechy funkcjonariuszy służb cywilnych – i to zarówno w opinii petentów, jak i zwierzchności. Urzędnicy niejednokrotnie nie wykonywali poleceń, a słaba władza nie była w stanie ich do tego zmusić, pomimo że Warszawa wzywała, aby byli wykonawcami prawa, a nie wspólnikami samowoli. Częste apele i podobne w treści zalecenia skądinąd dowodziły małej skuteczności. „Administracja nasza wciąż robi wrażenie przybysza, który jest niepewny swego jutra i dlatego w zarządzaniu swym nie bierze w rachubę dalekiej przyszłości”. Przeto głównym celem nie było pozyskiwanie sympatii ludności, lecz maksymalizacja zysku. Najbardziej swawolnych i skorumpowanych urzędników odwołano. Zwierzchnicy wskazywali też na inne jeszcze zachowania pracowników administracji, to jest miłość do gry karcianej, skłonność do hazardu i libacje „żywo przypominające stosunki rosyjskie”.

Niejednokrotnie miejscowi obywatele podejmujący służbę cywilną liczyli na korzyści materialne, deputaty, dostęp do trudno osiągalnych produktów. Chcieli jak najszybciej zrekompensować sobie straty wojenne kosztem miejscowej, z reguły biednej ludności. Urzędy nieraz traktowali jak łup wojenny czy też jak obszar łowny. Postępowali zresztą zgodnie z carską tradycją, że urząd ma służyć urzędnikowi i jemu ma przynosić korzyści, a w drugiej kolejności dopiero władzy zwierzchniej i państwu. W efekcie urzędnicy miejscowego pochodzenia nie chcieli pamiętać o interesie petentów-obywateli. Rozzuchwalała tolerancja zwierzchności dla ich samo­wolnych zachowań, a skargi na nich kierowane z reguły trafiały do kosza. Nie były to jednostkowe, lecz powszechne przypadki niegodnych zachowań, stąd trudno oczekiwać dyscyplinujących działań ze strony zwierzchności. Ale jak pisał jeden ze starostów: „na bez­rybiu i rak ryba”. Dlatego z reguły tolerowano takie postępowanie urzędników pochodzenia miejscowego, gdyż z braku dobrych kandydatów przyjmowano każdego miejscowego, który był chętny do pracy.

Sympatii miejscowej ludności nie wzbudzali też przybyli z innych regionów funkcjonariusze służb cywilnych. Nie rozumieli oni mentalności miejscowych, ich świata wartości, kultury, a także doświadczeń w kontaktach z rosyjską biurokracją, i nie rozumieli tak zwanego prostego języka ludu. Na skutek tego szybko się izolowali od miejscowych, współpracując z innymi, sobie podobnymi.

Biurokraci, którzy podjęli pracę w służbach cywilnych na Ziemiach Północno-Wschodnich oraz w Królestwie Polskim, byli często skorumpowani. Zgodnie z miejscową tradycją pamiętającą czasy imperium Romanowów funkcjonariusz państwowy uważał, że państwo mu płaci za przyjście do pracy, natomiast za załatwienie każdej czynności płaci petent. Urzędnik nie rozpoczął pracy, jeśli nie otrzymał zapłaty we wskazanej przez niego postaci i wysokości. Petent mógł podjąć negocjacje co do formy i wysokości łapów­ki i nie musiały się one zakończyć jego porażką. Jak wynika ze źródeł, warszawska zwierzchność zdawała sobie sprawę ze skutków korupcji dla funkcjonowania i powagi państwa, ale w praktyce niewiele mogła uczynić. Sukcesy w walce ze skorumpowanymi funkcjonariuszami nadejdą dopiero w kolejnych latach. Tymczasem nawet sądy rozpatrujące sprawy o korumpowanie urzędników nie były skuteczne, gdyż sędziowie byli często solidarni z urzędnikami przeciwko obywatelom. Nie oskarżali tych, którzy brali łapówki, tylko tych, którzy dawali – i ich uważali za winnych. Istnienie tego mechanizmu potwierdził między innymi Michał Romer, sędzia w Łomży:

nie ma jednej wokandy, żeby nie było takiej sprawy, co najmniej jedna, a bardzo często kilka. Zawsze jednak na ławie oskarżonych jest nie łapownik biorący, ale obywatel usiłujący przekupić urzędnika. Łapowniki biorą od góry do dołu. Stan urzędniczy jest zdemoralizowany łapownictwem do szpiku kości. Biorą prawie wszyscy.

Natomiast w urzędach Galicji i Śląska Cieszyńskiego korupcja była praktykowana na znacznie mniejszą skalę, a w zaborze pruskim jedynie sporadycznie.

Administracja na Ziemiach Północno-Wschodnich była zależna od wojska oraz żandarmerii polowej i etapowej, a miejskie magistraty w praktyce stanowiły instancje wykonawcze komend wojskowych. Funkcjonariusze służb cywilnych mieli prawo do noszenia mundurów polowych, co ułatwiło wojsku egzekwowanie zależności. Bywało jednak, że urzędnicy miejscy i rządowi nie chcieli żyrować grabieży mienia państwowego lub komunalnego dokonywanego przez żołnierzy. Wówczas sami padali ofiarą przemocy z ich strony pod pretekstem konieczności zaopatrzenia wojsk frontowych. Musiało to prowadzić do konfliktu między władzą cywilną a wojskową. Wojsko nie szanowało zarządzeń cywilów i wydawało własne, często sprzeczne z tamtymi, co było gwarancją postępującego bałaganu i paraliżu aparatu państwa. Niemniej wojskowi podkreślali, że Polska prowadzi wojnę, przeto jak zwykle w podobnych okolicznościach cywile winni się podporządkować armii. Po drugie, podkreślali, nie bez racji, że miejscowa ludność szanuje mundur i słucha wojskowych rozkazów, toteż skuteczność ich zarządzeń jest większa niż urzędników cywilnych. Miękka i łagodna władza nie budzi szacunku, uchodzi za słabą.

Polskie władze rozpoczęły organizowanie samorządów, licząc, że zaktywizują miejscowych. Nic bardziej błędnego. Jak się okazało, trudno było oczekiwać innych reakcji od mas analfabetów, od osób, które nigdy nie podejmowały decyzji w sprawie losu wspólnoty i swojej społeczności. Odpowiedzią na zachęty, aby miejscowi włączali się do pracy obywatelskiej, były niechęć i bierny opór. Chłopi powiadali: „my są od roboty, a nie od rządzenia”. Oczekiwali zatem silnej władzy, która by ich chroniła, bo do tego została powołana. Trudno skądinąd odmówić im słuszności. „Zamiast jednego wójta będziemy mieli kilkunastu radnych, którzy nas będą okradać” – powiadał jeden z mieszkańców podwileńskiej wsi. Czyli miejscowi nie uważali osób wybranych do ciał samorządowych za swoich przedstawicieli, gdyż nie byli oni, w ich przekonaniu, w ogóle potrzebni. „Da się on porównać do dziecka, które krzyczy głośno, że jest głodnym, ale samo sobie chleba ukroić nie potrafi” – czytamy w raporcie z Grodna.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?