1919Tekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4. Terytorialny aparat administracyjny

Stworzenie instytucji państwowych na poziomie centralnym pozwoliło na formowanie terytorialnego aparatu admi­nistracyjnego tam, gdzie go jeszcze nie było, a gdzie już istniał – poddanie go nadzorowi. Za jego pośrednictwem państwo mogło realizować programowe zadania. Na początku terytorialne organy władzy powstawały tam, gdzie ustąpiły administracja i armia państw zaborczych.

W pierwszych tygodniach polskiej państwowości sytuacja w każdym regionie i zaborze, a nawet mieście, miasteczku, gminie była niepodobna do innych. W jednym regionie lub gminie polskie władze organizowały się natychmiast po ustąpieniu zaborcy, w innych – po kilku dniach czy wręcz tygodniach. Niejednokrotnie mieliśmy do czynienia z klasycznym bezkrólewiem, polityczną i społeczną pustką, gdy dotychczasowej władzy już nie było, a nowej, polskiej, jeszcze nie było. W jednych regionach i gminach nowe władze tworzyły się dosłownie w biegu, żywiołowo, z inicjatywy lokalnej społeczności, miejscowych działaczy politycznych i społecznych, w innych – na polecenie organu centralnego. „Każdy powiat, każde miasto, każda gmina rządziły się same dla siebie, przypadek decydował o tym, kto władzę obejmie. Ile gmin, tyle było w Polsce republik, ba, ile stacji kolejowych, tyle państw” – pisał Moraczewski. Mieszkańcy zrozumieli, że opuszczenie Polski przez okupantów i zaborców oznacza, że przyznana im została wolność, czyli możność czynienia tego, czego chcą, czego pragną, dla zaspokajania swoich interesów oraz ambicji, co w niejednym wypadku prowadziło do triumfu prywaty i samowoli. Dobrze ten nastrój odczytał Jan Słomka, galicyjski ludowiec, wójt Dzikowa, odnotowując: „Każda wieś rozumiała wolność po swojemu i na swój sposób chciała z niej skorzystać”. Wszystko to stanowiło wyzwanie dla – umownie – centrali, to jest dla rządu, Naczelnika Państwa, później Sejmu. Dlatego centrala zmierzała do stopniowego ujednolicenia struktur administracyjnych i zapewnienia w ten sposób prawnego ładu. Ale prawie wszędzie podstawę dla polskiej administracji terenowej stanowiły jej dotychczasowe organy. Jednak nie wszędzie pozostały. Bywało, że zostały zlikwidowane, gdyż nie uzyskały akceptacji ludności, która w ich miejsce powoływała nowy urząd. Niejednokrotnie nie miały one żadnego uzasadnienia prawnego, poza wolą ludu danej ziemi, gminy, powiatu, wyrażoną podczas lokalnych zebrań.

Najwcześniej powołano polskie organy administracji terenowej w Galicji, gdyż tam najszybciej pożegnano zaborcę. Miejscowi polscy politycy uznali, że ze względów praktycznych i w interesie odradzającej się Polski należy zachować dotychczasowe prawo i instytucje z czasów ck monarchii, aby nie zwiększać i tak już znacznego bałaganu. Co najwyżej należy poprzednie organy administracji obsadzić nowymi funkcjonariuszami, o ile to będzie konieczne. Zajęły się tym niezależnie od siebie: Polska Komisja Likwidacyjna z siedzibą w Krakowie oraz Tymczasowy Komitet Rządzący, który został powołany we Lwowie. PKL powstała 28 października 1918 roku w Krakowie z inicjatywy polskich posłów do wiedeńskiej Rady Państwa i lwowskiego Sejmu Krajowego. Jej przewodniczącym został Wincenty Witos, a w składzie znaleźli się między innymi: burmistrz Tarnowa Tadeusz Tertil, Jędrzej Moraczewski, Władysław Długosz, Stanisław Rymar, Herman Diamand, Edmund Zieleniewski, Emil Bobrowski. Przejęła ona władzę w powiatach Galicji Zachodniej, a jej zadaniem była likwidacja prawnych, finansowych i organizacyjnych związków Galicji z byłą monarchią Habsburgów, na bazie dawnych władz tworzenie nowych, zależnych od PKL, oraz zapewnienie bezpieczeństwa publicznego. PKL była postrzegana jako lokalny rząd dzielnicowy. Miała przedstawicielstwa w ­Wiedniu i w ­Budapeszcie, co niektórzy krytykowali jako podtrzymywanie relacji z dawnym zaborcą.

Z kolei po wycofaniu się wojsk ukraińskich ze Lwowa, 22 listopada, tamtejsi działacze polityczni utworzyli – głównie spośród Narodowej Demokracji – Tymczasowy Komitet Rządzący (TKR). W jego składzie znaleźli się między innymi: Edward Dubanowicz, Franciszek Stefczyk, Stanisław Głąbiński, Artur Hausner, Aleksander Skarbek oraz piłsudczyk Kazimierz Świtalski. Jego najważniejszym zadaniem była mobilizacja mieszkańców miasta i wschodniej Galicji do walki z Ukraińską Armią Halicką. TKR sprawował władzę nad zachodnimi powiatami wschodniej części Galicji, ze Lwowem, z Przemyślem, Jarosławiem na czele. Oparcie dla niego stanowiła Tymczasowa Rada Miejska Lwowa, którą rozbudowano na drodze kooptacji, podejmując jednocześnie, jak komentowano, historyczną decyzję, że „mogą być także kobiety”.

Członkowie PKL i TKR uważali, że urzędnicy skompromitowani serwilistyczną służbą ck monarchii, a także niekompetentni i skorumpowani powinni zostać zwolnieni. I tak czyniono, aczkolwiek bywało, że urzędnicy odwołani przez PKL lub TKR, jak choćby starostowie, nie uznawali tych decyzji i dalej działali w starym stylu i z dotych­czasowymi współpracownikami. Na skutek tego mieliśmy tu i ówdzie dwuwładzę: starego i nowego starostę (komisarza powiatowego) oraz ich urzędników. Na trzydziestu czterech dawnych starostów Galicji Zachodniej czternastu odwołano, a na ich miejsce mianowano nowych, z tym samym zakresem władzy co ich poprzednicy. Otrzymali oni nominację z podpisem naczelnika wydziału administracyjnego PKL Zygmunta Lasockiego, członka Prezydium, zwanego też komisarzem spraw wewnętrznych.

Zmiany kadrowe następowały również na niższych szczeblach administracji, w gminach i w gromadach, gdyż niejeden spośród wójtów i sołtysów zbyt gorliwie wypełniał nakazy ck władzy w zakresie rekwizycji, poboru kontrybucji i ściągania kontyngentów. Na nich kumulowała się nienawiść ludu do dawnych rządów, a działo się tak zapewne dlatego, że byli najbliżej mieszkańców, wykonując nakazy zwierzchnictwa. Jesienią 1918 roku niejeden spośród wójtów i sołtysów został przepędzony. W ich obronie stanęły PKL i TKR. Wspomniany Lasocki pisał do gmin: „Wiemy więc dobrze, że masa wójtów jest dziś znienawidzonych, wiemy, że ludność rada by ich jak najprędzej usunąć, a nawet tu i ówdzie już ich pousuwała. Takie samowolne usuwanie wójtów jest jednak rzeczą w tej chwili niedopuszczalną, bo wprowadza po prostu anarchię”.

Polska Komisja Likwidacyjna i Tymczasowy Komitet Rządzący zwolniły również urzędników obcego pochodzenia etnicznego, jak na przykład niemiecko-austriackich czy chorwackich, gdyż nie miały do nich zaufania, mimo że niejeden z nich chciał pracować w polskiej administracji, podkreś­lając lojalność wobec nowego państwa. Pracy pozbawiono także urzędników ukraińskich. Zresztą wielu spośród nich, nie czekając na formalne zwolnienie, rzucało posady i jechało do wschodniej Galicji, gdyż wzywała ich ukraińska ojczyz­na i nowe państwo: Zachodnioukraińska Republika Ludowa (ZRL). Natomiast początkowo PKL zatrzymała czeskich urzędników, którzy lojalnie i sumiennie wykonywali powierzone im zadania, a w czasie rozbrajania ck wojsk na przełomie października i listopada 1918 roku solidarnie wspierali polskich konspiratorów. Zostali zwolnieni wówczas, gdy wojska czeskie pomaszerowały w głąb Śląska Cieszyńskiego, zajmując polskie pod względem etnicznym miasta i gminy.

Polska Komisja Likwidacyjna z wolna budowała swoją pozycję jako rzeczywista władza. Jej powaga nie zawsze była respektowana – i to zarówno przez urzędników, jak i obywateli. Nie wszyscy spośród urzędników, którzy formalnie uznali PKL, liczyli się z jej zdaniem, podobnie jak sami mieszkańcy. Co prawda jej organy wydawały kolejne rozporządzenia dotyczące czy to zdawania broni, czy to zabezpieczania żywności i tym podobnych, ale efekty, zwłaszcza w pierwszych tygodniach, nie imponowały. Niejeden z obywateli lekceważył urzędników, a także żandarmów, a nawet komisarzy powiatowych. Zdarzało się, że policja nie była w mocy aresztować tych, którzy łamali porządek i nie przestrzegali prawa, gdyż byli oni dzielnie bronieni przez mieszkańców. O jednej z takich sytuacji, która miała miejsce w Wieliczce 5 marca 1919 roku, wspominał Dydyński, że „baby nie dopuściły do zamknięcia obwinionego, lecz wymusiły na starostwie wypuszczenie go na wolność. Taka […] słabość ze strony władzy doprowadzić może do większego jeszcze rozbestwienia tłumu, któremu zaradzić nie będzie już nikt miał siły”. Stąd się też brały problemy między innymi ze ściąganiem podatków, uruchamianiem szkół. W jednych miejscowościach mieszkańcy nie chcieli płacić na szkołę, w innych gminy nie uznawały władzy inspektorów szkolnych. Te i inne jeszcze problemy wynikały z wewnętrznej słabości PKL i z konfliktów partyjnych w jej łonie. Po wojnie były poseł konserwatywny Jan Hupka pisał:

Odniosłem wrażenie, że spomiędzy członków PKL nikt właściwie niczego dobrze nie rozumie. Każdy rządzi na swą rękę. Witos wystawia przepustki ze swoim podpisem […]. Chcą drukować banknoty, stemple i znaczki pocztowe, nie rozumiejąc, że ich banknoty nie będą miały żadnej wartości. Jest to zabawa w rząd, farsa, która byłaby śmieszna, gdyby nie przyczyniała się do szerzenia anarchii.

Rozbrojenie ck żołnierzy spowodowało powstanie społecznej i kulturowej próżni. Czas przejściowy, jaki nastał między jednym a drugim okresem, stawiał wyzwania i rodził trudności. Nie mógł trwać zbyt długo, aby nie pogrążyć byłej Galicji w rozkładzie. Zdawali sobie z tego sprawę przywódcy PKL. Aby wzmocnić siłę oddziaływania, pragnęli oni niejednokrotnie odwołać się do pomocy wojska polskiego, ale jego dowódca, a formalnie dowódca Polskiej Komendy Wojskowej w Krakowie Bolesław Roja, były legionista, nie cieszył się takim autorytetem jak choćby Kazimierz Sosnkowski czy Stanisław Szeptycki, aby udźwignąć oczekiwania ze strony PKL. Choć został przez RR mianowany generałem, nie był w stanie wyciszyć konfliktów między ­peowiakami, legionistami, narodowcami, ludowcami i ck oficerami. Niewiele mógł mu pomóc Włodzimierz Tetmajer, malarz i poeta, naczelnik wydziału wojskowego PKL.

 

Kolejnym, i to poważnym, problemem dla PKL było żywiołowe powstawanie nowych organów administracyjnych, których przywódcy nie chcieli nikomu podlegać i sami byli dla siebie władzą. Wiarygodność i legitymizację uzyskiwali dzięki poparciu miejscowej ludności. Korzystali z własnych, faktycznie prywatnych sił zbrojnych, które zabezpieczały ich osobiste interesy. Nie obawiali się wojsk Roi, który zapowiadał, że potraktuje awanturników z należytą surowością, ale tylko w pojedynczych przypadkach mógł pochwalić się sukcesem. Pożarów było tak wiele, a chcących je gasić tak niewielu, że PKL i Roja nie wiedzieli, gdzie w pierwszej kolejności interweniować, kogo zwalczać, a kogo wspierać i umacniać. Samozwańczy przywódcy lokalni zwoływali wiece ludowe, które na ich wniosek pozbawiały dotych­czasowych urzędników stanowisk i nominowały nowych. Jeden z nich powiedział: „Teraz nie ma żadnej rady, żadnego burmistrza ani starostwa, ani sądu, a urząd sprawuje naród”.

Na Łemkowszczyźnie tamtejsi mieszkańcy, greko­katolicy, powołali własne władze, które nie uznały PKL ani rządu polskiego w Warszawie. Ich przywódcy utworzyli tak zwane republiki łemkowskie (Florynka, Komańcza). Odrębne władze zostały wyłonione w Rzeszowie pod nazwą Republiki Rzeszowskiej, a w Tarnobrzegu powstała ta najbardziej znana – Tarnobrzeska. Władze samozwańczych republik nie uznawały komisarzy powiatowych ani jakiejkolwiek innej władzy. Jedne trwały dłużej, inne krócej, ale następstwem wzmocnienia struktur państwowych i wzrostu siły armii była likwidacja tych przedsięwzięć. Republika w Komańczy przestała istnieć pod koniec stycznia 1919 roku, natomiast Ruska Ludowa Republika Łemków ze stolicą we Florynce została zlikwidowana w 1920 roku.

Józef Piłsudski, chcąc wzmocnić nadzór nad ­Galicją i przyspieszyć proces unifikacji, 10 stycznia 1919 roku powołał nowy organ o nazwie Komisja Rządząca dla Galicji i Śląska Cieszyńskiego oraz Górnej Orawy i Spiżu (Spisza) z siedzibą we Lwowie, niemniej osiem z jej piętnastu wydziałów ze względu na wojnę rezydowało w Krakowie. W jej skład wchodziło czterdziestu ośmiu członków, a jej powstanie oznaczało likwidację PKL i TKR. Jednak czas pracy Komisji Rządzącej nie trwał długo. Ze względu na spory partyjne w jej łonie oraz ambicje polityków nie była organem skutecznie działającym. Została zlikwidowana. 7 marca 1919 roku formalnie, a faktycznie 12 marca w jej miejsce, na mocy decyzji rządu w Warszawie oraz Naczelnika Państwa, utworzono urząd generalnego delegata rządu dla Galicji. Na to stanowisko mianowano Kazimierza Gałeckiego, który początkowo rezydował w Krakowie, a od 27 marca we Lwowie. Był on politykiem doświadczonym, dwukrotnym ck ministrem do spraw Galicji. Zakres jego władzy pokrywał się w znacznej mierze z pozycją dawnego ck namiestnika. Przy delegacie powołano, jako jego organ opinio­dawczy, Radę Przyboczną. Oznaczało to zachowanie kompetencji poprzedniego zwierzchnika aparatu administracyjnego w Galicji. Uznano, że nie czas na eksperymenty, gdy jest tyle poważnych spraw i konfliktów, w tym wojna z Ukraiń­cami. Niemniej zdawano sobie sprawę z tymczasowości tego rozwiązania. Świadczy też o tym zdanie ­Gałeckiego o jego własnej roli: „Nie moją będzie rzeczą kierować polityką kraju, jeno urządzić świadomą celu sprawną administrację, baczącą zarówno na interes państwa, jak i na potrzeby społeczeństwa”.

Z Galicją była powiązana administracja polskiej części Księstwa Cieszyńskiego. W Prezydium PKL reprezentował ją ksiądz Józef Londzin. Reprezentanci Księstwa byli też obecni w Komisji Rządzącej. Mimo owych związków z Galicją Księstwo Cieszyńskie zachowało własne instytucje. Od 19 października 1918 roku w Cieszynie funkcjonowała Rada Narodowa Księstwa Cieszyńskiego, która powołała między innymi Wydział Skarbowy, Komisję Szkolną. Każda z trzech głównych polskich partii tam działających: katolic­ka, socjalistyczna i narodowa, wydelegowała do Rady Narodowej siedmiu przedstawicieli. W kolejnych miesiącach wzros­ła liczba jej członków. Rada Narodowa wyraziła zgodę, by koleje, poczta i telegraf podlegały urzędom mającym siedzibę w Krakowie, a instancją odwoławczą dla sądów cieszyńskich był Krajowy Sąd Wyższy w Krakowie. W grudniu 1918 roku Rada Narodowa utworzyła Tymczasowy Rząd Krajowy z doktorem Janem Michejdą na czele. O dalszych losach Księstwa Cieszyńskiego przesądziła wojna ­polsko-czeska, a następnie decyzja aliantów o jego podziale.

Z PKL współpracowały polskie instytucje, które ukonstytuowały się na Spiszu i Orawie, czyli na ziemiach należących do Korony Świętego Stefana. Do nich pretensje zgłaszali Polacy i Słowacy. Już przed wybuchem wojny do góralskich chałup docierały konkurencyjne idee narodowe: słowacka i polska. Mieszkańcy północnej części Spisza i Orawy zaczęli się identyfikować z Polską, a środkowej i południowej ze Słowacją. Jednak do 1919 roku procesy narodotwórcze nie zostały zakończone. Dalej poważna część ludności góralskiej była indyferentna narodowo, dlatego przynależność ziem Spisza i Orawy była kwestią otwartą. Polskim przywódcą narodowym był ksiądz Ferdynand Machay, w przyszłości proboszcz parafii mariackiej w Krakowie. Centrum polskich działań niepodległościowych znajdowało się w spiskiej Lubowli, gdzie w połowie listopada 1918 roku zawiązała się polska Rada Narodowa Spisza. Uzyskała ona wsparcie rodziny Zamoyskich, właścicieli zamku w Lubowli.

Inaczej zgoła przebiegała droga do polskiej administracji terytorialnej na ziemiach zaboru pruskiego. W pierwszej kolejności zmiany w charakterze administracji nastąpiły w Wielkopolsce, i to jeszcze w trakcie powstania wielkopolskiego. Ale faktycznie dotyczyły one wyłącznie składu osobowego urzędów, bowiem polskie władze powstańcze zdecydowały się zachować dotychczasowe ogniwa administracyjne, niemiecki system prawny, a także samorząd rejencji poznańskiej, który po powstaniu województw poznańskiego i pomorskiego przekształcił się w samorząd wojewódzki.

Polskie władze powstańcze przejęły posady po funkcjonariuszach państwa niemieckiego, urzędnikach, sędziach, nauczycielach, policjantach, którzy albo byli zwalniani, albo – częściej – sami rezygnowali. Od tych, których z różnych powodów chciano pozostawić, wymagano złożenia przysięgi na wierność państwu polskiemu reprezentowanemu przez Naczelną Radę Ludową. Tylko nieliczni, zresztą głównie pochodzenia polskiego, zdecydowali się to uczynić. W tej sytuacji wakujące stanowiska urzędnicze należało obsadzić Polakami, co do spraw prostych się nie zaliczało, gdyż do listopada 1918 roku ponad dziewięćdziesiąt procent stanowisk urzędniczych, sędziowskich i nauczycielskich zajmowali Niemcy. Nieliczni Polacy byli zatrudnieni na niższych i najniższych posadach. W czasach niemieckich, jak powiadali Polacy, na wyższe stanowiska dostawał się tylko hycel. Niewiele lepiej było w administracji komunalnej, gdzie również zdecydowanie przeważali Niemcy, zajmując faktycznie wszystkie wyższe, lepiej płatne posady. Przykładowo w Bydgoszczy, mającej większość niemiecką, w drugiej połowie 1919 roku na siedmiu­set dwudziestu dwóch urzędników magistratu dziewięćdziesięciu jeden posługiwało się językiem polskim, a siedemdziesięciu jeden potrafiło czytać i pisać w języku polskim.

Pierwsze, niewielkie jeszcze zmiany w składzie osobowym administracji w Wielkopolsce przeprowadzono po 11 listopada 1918 roku, czyli po zawieszeniu broni na froncie zachodnim. Nastąpiły one na życzenie rad ludowych, które były surogatem polskich władz cywilnych. W administracji niemieckiej zatrudniono zatem polskich urzędników. W sumie byli oni nieliczni, a tym samym nie przyczynili się do zmiany procentowego udziału w całości aparatu administracyjnego. Polacy zostali także dokooptowani do składu osobowego miejskich instytucji i przedsiębiorstw takich jak gazownie, elektrownie, wodociągi, tramwaje, co się dokonało dzięki negocjacji z komunalnymi władzami niemieckimi. Natomiast w sądownictwie niemieckim Wielko­polski przedpowstańczej nie nastąpiły żadne zmiany. Ten stan zmieniło dopiero zwycięskie powstanie; granicę zachodnią zmian w składzie służb cywilnych wyznaczył jego zasięg terytorialny. Ostatecznie do końca lutego 1919 roku większość stanowisk przejęli Polacy.

Administracja, sądownictwo i szkolnictwo podlegały Komisariatowi NRL, istniejącemu od 14 listopada 1918 roku, czyli jak komentowano – „państwu komisariackiemu”. Proces polonizacji stanowisk w administracji, sądownictwie, szkolnictwie, policji przyspieszył po ratyfikacji przez Niemcy warunków traktatu wersalskiego. 1 sierpnia 1919 roku Wielkopolska stała się integralną częścią Polski, a jej administracja, sądownictwo, szkolnictwo zaczęły podlegać Ministerstwu Byłej Dzielnicy Pruskiej. Minister byłej dzielnicy pruskiej stał się zwierzchnikiem służbowym pracowników lokalnych władz i urzędów oraz miał prawo mianowania na stanowiska urzędnicze. Jedynie na najwyższe mianował Naczelnik Państwa. W sierpniu 1919 roku powstało województwo poznańskie, a 16 października pierwszym jego wojewodą został Wojciech Celichowski, prawnik z Wielko­polski. Większość nowo zatrudnionych wywodziła się z ziem zaboru pruskiego, głównie spośród tamtejszej inteligencji. Pozostali przybyli z zaborów austriackiego i rosyjskiego. W służbach cywilnych pozostawiono jeszcze na jakiś czas pewną liczbę urzędników niemieckich.

Natomiast w polskiej części Pomorza proces polonizacji aparatu administracyjnego miał miejsce w bardzo skromnym zakresie, pomimo że stało się ono województwem pomorskim 12 sierpnia 1919 roku. Na jego stolicę wyznaczono Toruń, lecz miasto to obejmie swoje funkcje dopiero w styczniu 1920 roku. Latem 1919 roku polscy i niemieccy politycy wynegocjowali porozumienie, które przewidywało, że do czasu objęcia Pomorza przez polskie służby i armię administracja pozostanie taką, jaką była za czasów ­Rzeszy, czyli dalej będzie w większości w niemiec­kich rękach. Zmiana nastąpi dopiero w styczniu i lutym 1920 roku, kiedy to na ziemie województwa pomorskiego wkroczy wojsko polskie dowodzone przez generała Józefa Hallera. Polscy mieszkańcy Pomorza solidnie i sumiennie przygotowywali się do przejęcia administracji, sądownic­twa, szkolnictwa oraz służb porządkowych. Już odezwa Naczelnej Rady Ludowej z 30 czerwca 1919 roku zapowiadała, że w wolnej Polsce nie będzie miejsca dla urzędników państwa niemieckiego. Dlatego uznała, iż już teraz należy szkolić i kompletować polskie profesjonalne kadry pod nadzorem przyszłego Ministerstwa Byłej Dzielnicy Pruskiej.

16 października doktor Stefan Łaszowski, prawnik z Pomorza, były poseł na Sejm Rzeszy, został mianowany wojewodą pomorskim. Rezydował gościnnie w Poznaniu. Polskie władze mianowały również organizatora sądownic­twa polskiego oraz polskich delegatów powiatowych przy urzędach niemieckich, którzy mieli się przygotowywać do szybkiego i sprawnego przejęcia władzy, a jednocześnie mieli się zorientować co do potrzeb kadrowych przyszłych polskich służb cywilnych. W prasie polskiej i niemieckiej pojawiły się ogłoszenia o rozpoczęciu spisu kandydatów na posady w administracji, szkolnictwie, sądownictwie, policji. Akcję wspierały polskie towarzystwa skupiające urzędników między innymi z Berlina, Hamburga i Gdańska. Od września 1919 do 20 stycznia 1920 roku zarejestrowało się cztery tysiące kandydatów, w tym z głębi Niemiec. Niektórzy, choć czuli się Polakami i Polsce chcieli służyć, swoje myśli i pragnienia mogli wyrazić tylko w języku niemieckim. Rady ludowe uruchomiły kursy nauczycielskie i urzędnicze, aby w szybkim tempie przeszkolić kandydatów.

Życzeniem lokalnych rad ludowych było, aby posady urzędnicze przypadły polskim mieszkańcom Pomorza. Stanowisko Naczelnej Rady Ludowej było w tej kwestii nieco inne. Jej kierownictwo uważało, że ani Wielkopolska, ani tym bardziej Pomorze nie będą w stanie zapewnić dobrej klasy fachowców na wszystkie stanowiska. Trzeba było sprowadzić pracowników z Polski. I tak się stało. Przeto niejednokrotnie kandydatów na wyższe zwłaszcza stanowiska wskazywały NRL oraz rząd w Warszawie. Nie ucieszyło to mieszkańców Pomorza, którzy urzędników spoza swojej dzielnicy postrzegali jako innych, obcych. Podkreślali, że obie społeczności, to jest miejscowych i napływowych, dzielą świat wartości, mentalność i odmienne interesy. Nie miano dobrego zdania ani o kompetencjach, ani o morale osób napływowych. Widziano w nich sprzedajnych, skorumpowanych i niewykształconych pracowników, marnotrawiących majątek narodowy, rozrzutnych, traktujących pracę na Ziemiach Zachodnich jak w kolonii. Podkreślano, że urzędnicy z Pomorza i z Niemiec są zdyscyplinowani, karni i kulturalni, czego nie można powiedzieć o urzędnikach ze wschodu, zwłaszcza z Kongresówki, którzy w opinii Polaków z zaboru pruskiego są niewykształceni, prostaccy, niezdyscyplinowani, o tendencjach anarchistycznych. W tych opiniach trudno się nie doszukać poczucia wyższości i dystansu, a nawet pogardy wobec „obcych”. Polscy Pomorzanie obawiali się, że źle dobrani urzędnicy z Polski zdemoralizują miejscowych i doprowadzą do ruiny dobrze funkcjonujące gospodarstwa pomorskie. Irytowali się, gdy napływowi śmiali się z języka kaszubskiego, uważając, że jest on „zgniłym, zaśmieconym językiem polskim”. Kaszubi w akcie protestu niejednokrotnie posługiwali się językiem niemieckim. „W kołach polskich na Pomorzu panuje pewne po części uzasadnione zdanie o braku organizacji, o nieporządkach, o łapownictwie w urzędach [w Polsce – A. Ch.] […]. Krążą pogłoski o nasyłaniu byłych urzędników ck i rosyjskich z pominięciem wielu miejscowych”. Miejscowi „przyzwyczajeni są do porządku, punktualności, do całego szeregu urządzeń społecznych i instytucji, których budujące się Państwo Polskie nie będzie im w stanie dać. Tę pewną odmienność Polaków na kresach zachodnich trzeba zrozumieć i uszanować” – pisał w lipcu 1919 roku Delegat Rządu Polskiego w Gdańsku. Już pierwsze miesiące istnienia państwa polskiego potwierdziły obawy Pomorzan.

 

Wychowani w twardej szkole obowiązkowości żądamy, aby urzędnicy z innych dzielnic, niepoczuwający się do żadnej odpowiedzialności, co kulturę na Pomorzu chcą zaprowadzić, sami jej nie posiadając, pracowali sumiennie, nie brali łapówek, nie demoralizowali ludności, dzięki Bogu moralnie zdrowej; by nie powodowali niczym nieuzasadnionego rozrostu biurokracji i przestali się wyręczać urzędnikami niemieckimi, którzy polskich interesantów traktują gorzej, niż bywało w okresie zaboru

– żalili się w Sejmie posłowie z Pomorza.

Polacy z Wielkopolski i z Pomorza przesadzali co do skali „zalewu” ich przez „obcych”, przez – jak ich nazywali – „Galileuszy”, „bosych Antków”, „Chadziajów”, „­Rusków”, „Moskali z Kongresówy”. Po pierwsze, napływ był kontrolowany. Po drugie, jego skala nie była taka jak w powszechnych wyobrażeniach. W rzeczywistości to miejscowi obsadzili w Wielkopolsce osiemdziesiąt procent stanowisk urzędniczych i dwie trzecie nauczycielskich, a na Pomorzu siedemdziesiąt procent posad urzędniczych i osiemdziesiąt procent nauczycielskich. Jedynie w sądownictwie przybysze stanowili około połowy, co jest zrozumiałe, a ich napływ to obiektywna konieczność. Natomiast jest prawdą, że przybysze byli kierowani najczęściej na bardziej lukratywne, bo kierownicze, stanowiska, a poza tym otrzymywali dodatki.

Ze względu na napięcie polsko-niemieckie oraz ewidentne braki kadrowe 7 listopada 1919 roku zawarto porozumienie, na mocy którego urzędnicy niemieccy mogli kontynuować pracę w urzędach, aczkolwiek na określonych przez stronę polską warunkach. Polskie władze zrozumiały, że ze względu na potrzebę zachowania ładu i porządku oraz w celu stworzenia dobrej atmosfery i kultury pracy niezbędni są funkcjonariusze niemieccy. O dalsze zatrudnianie miejscowych Niemców zabiegali Polacy. W niejednym przypadku woleli „swojego” Niemca, podobnego do miejscowych w kulturze, obyczajach, wartościach i zachowaniach. Ponad sto lat wspólnej polsko-niemieckiej historii nie pozostało bez wpływu na proces przyjmowania przez tamtejszych Polaków kultury niemieckiej, mimo piętnowania germanizacji i potępiania szykan stosowanych przez władze pruskie i niemieckie. Obawa przed „obcymi” spowodowała, że Niemiec, dotychczasowy przeciwnik, stał się bardziej swojski, bliższy kulturowo niż Polak z Warszawy, Białegostoku czy Tarnowa. Napływowi to dostrzegli i zarzucali miejscowym, że schlebiają Niemcom, nadskakują im, że zachowują się jak przedstawiciele narodu przekonanego o „młodszości cywilizacyjnej i kulturowej”.

Niemniej nawet lokalni działacze polityczni zdawali sobie sprawę, że na przyznanych przez traktat wersalski ziemiach polskich musi być polska administracja i musi panować polskie (w przyszłości) prawo. Władze niemiec­kie jeszcze przed przejęciem województwa pomorskiego przez Polskę zgodziły się zatrudnić w szkołach, w których większość stanowili polscy uczniowie, polskich nauczycieli. Zatrudniły także Polaków jako pomocniczych żandarmów i policjantów oraz funkcjonariuszy straży ludowych, zwanych też obywatelskimi. W efekcie straże bezpieczeństwa stały się niemiecko-polskie. Polscy żandarmi, policjanci, strażnicy zostali wyposażeni w niemiecki sprzęt oraz broń.

Jeszcze inaczej i w innych okolicznościach formował się polski aparat administracyjny w Królestwie Polskim. W 1915 roku wojska rosyjskie, wycofując się na wschód, ewakuowały służby cywilne, w których służyli zarówno Ros­janie, jak i Polacy. Królestwo zajęły wojska państw centralnych. Berlin i Wiedeń podzieliły jego obszar na dwie strefy okupacyjne: większą, niemiecką (GGW), i mniejszą, austro-węgierską (GGL). W tej drugiej na stanowiska w administracji cywilnej stopniowo mianowano Polaków, najczęściej pochodzących z Galicji, ze względu na zaufanie, jakim się cieszyli ze strony władz ck monarchii. Tylko stosunkowo nieliczni reprezentowali miejscowych. Jesienią 1918 roku, po usunięciu okupacyjnej administracji, Polacy z Królestwa potraktowali urzędników z Galicji jako obcych, zaprzedanych okupantowi, w związku z czym niejednokrotnie żądali ich usunięcia z zajmowanych posad. Gdyby tak się stało, doszłoby do paraliżu aparatu administracyjnego, przeto światlejsi i lepiej zorientowani w realiach oraz potrzebach dyrektorzy i naczelnicy jednostek administracyjnych stanęli w obronie przydatnych w pracy biurokratycznej, a teraz wyrzucanych na bruk dawnych ck urzędników. Jan Urbański, generalny komisarz do spraw pocztowych, apelował 17 listopada 1918 roku, aby „funkcjonariuszów z Galicji i Śląska [Cieszyńskiego – A. Ch.] spełniających ofiarnie swój ciężki obowiązek służbowy i obywatelski nie uznawano za obcych przybyszów i natrętów, ale za braci tej samej Matki Ojczyzny, w której dla wszystkich chętnych pracy dość jest i dość zawsze będzie miejsca”.

W GGW wyższe stanowiska w okupacyjnej administracji cywilnej zajęli Niemcy, niższe Polacy i Żydzi, w tym Polacy z zaboru pruskiego. Obok administracji okupacyjnej stopniowo organizowała się polska administracja podlegająca Radzie Regencyjnej. Jesienią 1917 roku został powołany polski rząd z Janem Kucharzewskim na czele, który przystąpił do organizowania polskich służb cywilnych. Najliczniej Polacy zostali zatrudnieni w sądownic­twie, w tym w Sądzie Najwyższym, oraz w szkolnictwie, gdyż kontrolę nad nimi przejęły polskie ministerstwa. Jednak jakość pracy sędziów, a zwłaszcza nauczycieli, pozostawiała wiele do życzenia. Pozostałym ministerstwom okupanci przyznali skromny zakres obowiązków, co skutkowało niewielką liczbą zatrudnionych polskich urzędników. Niemniej pojawiły się ważne instytucje mające polską załogę, jak choćby Główny Urząd Statystyczny. Warto podkreślić, że ministrowie przystąpili również do organizowania kursów i szkoleń dla przyszłych pracowników służby państwowej. Nie czekając zatem na odzyskanie niepodległości, przygotowywano kadry urzędnicze oraz nowy ład prawny. Okupanci zezwolili na tworzenie samorządów. Najpierw w Warszawie, później w innych większych miastach, a na końcu w mniejszych. Instytucje samorządowe potrzebowały wykwalifikowanych pracowników administracyjnych, ale potrzeby były znacznie większe niż możliwości rekrutacyjne, dlatego organizowały kursy. Dzięki temu i dzięki poszukiwaniu osób wykwalifikowanych udało się sformować profesjonalne jak na czas wojny kadry urzędników samorządowych; niektórzy z nich przeszli w 1919 roku do administracji państwowej.