1919Tekst

Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W Warszawie POW była nieźle przygotowana do wykonania zadania, między innymi dzięki temu, że w tamtejszym garnizonie niemieckim służyli polscy żołnierze z zaboru pruskiego. Ośmiuset spośród nich wstąpiło do POW! To oni ułatwiali zabezpieczanie wyposażenia i przejmowali, w imieniu państwa polskiego, magazyny i obiekty cywilne należące dotąd do Niemców. Wspierali ich żołnierze Alzatczycy, którzy wracając do Francji, wywiesili na pociągach francuskie tricolore. „Niemcy zbaranieli, gdzieniegdzie się bronią, zresztą dają się rozbroić nie tylko przez wojskowych, ale lada chłystków cywilnych. Widok niepojęty” – wspominała zaskoczona takim obrotem wypadków księżna Maria Lubomirska.

W Warszawie atmosfera była omalże rewolucyjna. Współtworzyli ją, jak zwykle w podobnych okolicznościach, ludzie młodzi i bardzo młodzi, nieraz czternasto-, piętnastoletni uczniowie. Siedemnastoletni Henryk Comte pisał: „W mojej głowie bez przerwy kołatała jedna myśl – kiedy wreszcie będę mógł naprawdę walczyć o Polskę… Ja smarkacz rozbrajałem starych frontowych wiarusów, odbierałem broń kajzerowskim oficerom. Cóż to była za rozkosz”. Wielu miało satysfakcję, że mogą uczestniczyć w tworzeniu ważnej dla narodu historii, że mogą zademonstrować Niemcom prawo do decydowania o swoim losie, że jest to okazja do rewanżu za niełatwe lata okupacji. Warszawa odkuwała się na okupantach za ich trzyipółletni okres dominacji. Dlatego nie zawsze przestrzegano porozumienia o pozostawieniu żołnierzom niemieckim broni.

Tłumy urządzały polowania na Niemców, szukały trofeów. Każdy chciał powrócić do domu z bagnetem, szablą, rewolwerem, a już w najgorszym razie z pasem niemieckim lub bączkiem od czapki wojskowej […]. Rozbrajaniu towarzyszył ogólny śmiech tłumów, ogólna radość, ogólny entuzjazm, a rozbrajany przy takim akompaniamencie Niemiec najczęściej nie krył swego zadowolenia, jeśli nie wdzięczności

– pisał po latach jednak z pewną przesadą Marian ­Romeyko.

Polscy świadkowie zwracali też uwagę na fatalny stan ducha i upadek morale żołnierzy niemieckich. Stanisław Rostworowski, były legionista i przyszły generał, wspominał, że Niemcy „dali się rozbroić bez cienia oporu przez niedorostków i własnych ordynansów i wykazali wprost fenomenalny upadek ducha i bezradność”. Niemieccy oficerowie i wyżsi urzędnicy bardzo krytycznie to oceniali. Uważali, że postawa zrewolucjonizowanych żołnierzy była kompromitująca, żałosna, niegodna niemieckiego wojskowego. Lecz także niektórzy szeregowcy wstydzili się listopadowych dni. Po latach żałowali, że ich opór był symboliczny, że wyposażenie wojskowe i magazyny przejmowały dzieci nieznające fachu żołnierskiego. Nie licowało to z niemiec­kim honorem, a dla żołnierzy regularnej armii było poniżające. Oficerowie Wilhelma II nazywali porozumienie z Piłsudskim „haniebnym układem”, zawartym „bez śladu poczucia godności narodowej”. Polskie dni triumfu i chwały stanowiły przeciwieństwo nastroju dominującego wśród niemieckich żołnierzy, a zwłaszcza oficerów wychowanych w pruskiej tradycji wierności sztandarom, tradycji zachowania porządku i dyscypliny. Ten wątek powróci w niemieckich działaniach propagandowych III Rzeszy podczas września 1939 roku. Do żołnierzy Wehrmachtu i Luft­waffe kierowano wezwania: „Pomścijmy listopad 1918 roku”, „Ukarzmy Polaków”!

Tempo przeprowadzania akcji przejmowania wyposażenia wojskowego, magazynów i innych obiektów zaskoczyło wielu Niemców, zwłaszcza niemieckich wyższych dowódców z pułkownikiem Willim Nethem, szefem sztabu, na czele; nie akceptowali oni porozumienia Centralnej Rady Żołnierskiej z Piłsudskim i wzywali do oporu. Chcieli wracać do Niemiec w pełnym uzbrojeniu i umundurowaniu, z ciężką bronią, jak prawdziwi żołnierze i bohaterowie, a nie jak ciury obozowe. Zaskoczony był Beseler, który planował przekazanie władzy cywilnej Polakom dopiero 1 grudnia, dlatego zarządził umocnienie fortyfikacji w Cytadeli i na Zamku, gdzie wówczas rezydował po przeniesieniu się z Belwederu. Niemniej nastroje rewolucyjne i pacyfistyczne były silniejsze od rozkazów niemieckich dowódców. To rewolucjoniści decydowali, a nie stary układ. Dlatego nie doszło do obrony ani Cytadeli, ani Zamku. „Jeszcze wczoraj byliśmy panami w tym kraju. W ciągu 24 godzin Rada Żołnierska zrobiła z tym koniec. Jesteśmy całkowicie zdani na Piłsudskiego” – komentował jeden z niemieckich oficerów.

W Warszawie zasadniczo przejęcie obiektów kontrolowanych i zajmowanych dotychczas przez Niemców oraz przejęcie wyposażenia wojskowego dokonało się 11 listopada oraz w nocy z 11 na 12. „Po nocy niespokojnej ranek wczorajszy zapowiadał się mglisto i smętnie […]. Koło godz. 8 i pół rano Warszawa budzi się w trosce, co dzień przyniesie” – czytamy w jednym z warszawskich dzienników. Trudno być w takiej sytuacji obojętnym na to, co się dzieje, przeto warszawiacy niezależnie od poglądów politycznych i statusu społecznego wymieniali opinie, plotkowali, doradzali, komentowali. Odgłosy strzałów, krzyki i nawoływania musiały wyrwać ich z letargu. „Warszawa żyła w tych dniach na ulicy. Zrozumiałe podniecenie ogarnęło wszystkich. Każdy chciał się czegoś dowiedzieć, na ulicach tworzyły się grupki ludzi omawiających wypadki” – zanotował Mieczysław Jankowski, działacz społeczny. Ten wielki dzień zgrabnie opisała Maria z Łubieńskich Górska: „jesteśmy nareszcie sami, co marzone – ziszczone, co kochane – otrzymane […]. Pan Bóg zrobił dla nas wszystko; obyśmy dzieła Jego nie psuli […] ulice przepełnione…, dzień to piękny, cudowny, o którym tylko w snach się marzyło”. 12 listopada to, co cię dokonało, podsumował prezes Rady Miejskiej Warszawy Ignacy Baliński: „Jesteśmy sami panami i gospodarzami, w tym sercu naszego domu, władni ten dom urządzać, jak chcemy, wyłącznie według woli narodu”. Wizualnym, z daleka widocznym znakiem zmiany było zniknięcie z krajobrazu Warszawy tramwajów oznaczonych dużą literą „N”, a przeznaczonych wyłącznie dla żołnierzy i cywilów niemieckich.

Jednak nie brakowało warszawiaków zaniepokojonych i przerażonych tym, jak zareagują na rozbrojenie i przejęcie władzy w GGW liczne wojska niemieckie znajdujące się na Litwie i Białorusi, czyli w Ober-Oście, oraz w Rumunii. Brak rzetelnych informacji jak zwykle wypełniała plotka. Jedni warszawiacy powiadali, że na miasto maszerują wojska Ober-Ostu, by zabijać i terroryzować, co jak się okazało, nie było wyssane z palca, gdyż niemieckie dowództwo w Kownie, któremu od 10 listopada podlegały wojska w GGW, planowało marsz na Warszawę. Inni opowiadali, że na Polskę maszerują z Rumunii wojska feldmarszałka niemieckiego Augusta von Mackensena. Jeszcze inni twierdzili, co miało być pewne, że na prowincji GGW wybuchły walki, że doliczono się setek zabitych i rannych, tysięcy uwięzionych i wywiezionych do Niemiec. Byli i tacy, którzy słyszeli, że Piłsudski został przez Niemców zabity. Padały różne nazwy miejsc, gdzie się to miało stać: Berlin, Kalisz, nad rzeką Prosną. Niektórzy przysięgali, że do Warszawy przyjechał jego sobowtór. Dodajmy – nie był to pierwszy przypadek uśmiercenia Piłsudskiego przez plotkę. W czasie Wielkiej Wojny ginął co najmniej siedmiokrotnie, gdyż tyle razy widziano jego skrwawione i porzucone przez wrogów ­ciało. Powiadano nawet, że ci, którzy go zabili, nie pozwolili pochować ciała po chrześcijańsku. Wielu nie wierzyło, że nastąpiło przejęcie władzy od Niemców, stąd te fantastyczne czy absurdalne opowieści. Podobne co do treści plotki, równie niepokojące, udramatyzowane, przekazywano sobie z ust do ust także poza Warszawą. Brak komunikacji i obiegu informacji między stolicą a prowincją sprzyjał wymyś­laniu i powielaniu niestworzonych historii.

Choć los Warszawy rozstrzygnął się 12 listopada, to niektóre obiekty żołnierze niemieccy opuścili w późniejszych dniach, jak choćby warszawską Cytadelę czy 15 listopada lotnisko na Mokotowie. 19 listopada wyniósł się ostatni duży oddział niemiecki, a 2 grudnia z Warszawy wyjechała załoga ostatniego niemieckiego szpitala.

Przejmowanie broni i rozbrajanie Niemców miało miejsce także na prowincji. Do połowy listopada GGW było wolne od okupanta. Wojska niemieckie znajdowały się jeszcze na Podlasiu oraz na Suwalszczyźnie. Do lata 1919 roku Niemcy definitywnie pożegnali ziemie byłego Królestwa Polskiego. Otwarło to drogę dla wojsk polskich idących w kierunku wschodnim na spotkanie wojsk bolszewickich.

W tym samym czasie przystąpiono do przejmowania obiektów wojskowych i cywilnych oraz niemieckiego wyposażenia wojskowego w pozostałych miastach i miasteczkach GGW. Soldatenrat Warschau wysłał do garnizonów prowincjonalnych depeszę informującą o zawartym porozumieniu i jego warunkach, w tym o przekazaniu wyposażenia stronie polskiej. Scenariusz przejmowania broni od Niemców i zajmowania magazynów w zasadzie nie różnił się od tego w stolicy. Podobny jak w Warszawie był skład uczestników akcji po polskiej stronie. Najczęściej byli to peowiacy. Bywało, że przystępując do akcji, zakładali czerwone opaski i występowali jak rewolucjoniści wobec rewolucjonistów. „Ceremonia oddawania broni odbywała się w zupełnej ciszy. Niemcy mieli przygnębione twarze. Polacy instynktownie hamowali swą radość, by starszym landszturmistom nie sprawiać dodatkowej przykrości” – wspominał moment rozbrajania w Częstochowie Stefan Korboński. Dobrze zapamiętał, że niemiecki żołnierz nie tylko przekazał mu karabin, ale i opowiedział, jak się go ładuje i rozładowuje, jak się zakłada i zdejmuje bagnet oraz ładownicę. Podobnie jak w Warszawie także na prowincji zazwyczaj nie okazywano Niemcom nienawiści. Reakcje były raczej stonowane, aczkolwiek zdarzały się sytuacje, jak się wydaje incydentalne, gdy żegnano ich – jak wspominano – „głośnymi przekleństwami” i wyzwiskami lub gdy doszło do pobicia już po odebraniu broni. Takie sceny zdarzały się tam, gdzie przez lata okupacji niemieckie komendy dały się poznać z gorszej strony.

Z reguły przejmowanie wyposażenia wojskowego było formalnością, a żołnierze z ulgą przekazywali magazyny polskim władzom. Niemniej bywało, zwłaszcza w Łódzkiem i Płockiem, że żołnierze nie dawali się rozbroić i z bronią przejeżdżali granicę. Zdarzały się też przypadki wymiany ognia, między innymi w Zagłębiu Dąbrowskim i Sieradzu. Byli zabici po polskiej stronie. Również w Łodzi, drugim po Warszawie mieście GGW, doszło do wzajemnego ostrzeliwania się i były ofiary, w tym podczas zajmowania dworców kolejowych. Powyższe sytuacje wynikały między innymi z tego, że wiadomość o warszawskim porozumieniu nie wszędzie dotarła lub też nie wszędzie je respektowano. Dla niejednego oficera niemieckiego nie miało ono żadnego znaczenia, gdyż podpisali je zbuntowani żołnierze. Do aktów przemocy dochodziło również, gdy żołnierze nie chcieli się pozbyć zrabowanych łupów, pierzyn, koców, garnków, sztućców i tym podobnych. W sumie akcja przejmowania obiektów wojskowych i cywilnych oraz wyposażenia wojskowego przebiegła w Warszawie i na prowincji w myśl uzgodnień, a w niektórych miastach i ­miasteczkach w sposób wzorowy.

 

Wydarzenia te opisywane we wspomnieniach i pamiętnikach często znacząco różniły się od ich rzeczywistego przebiegu. Po latach akcjom z 11 listopada zakończonym przejęciem władzy i zabezpieczeniem obiektów wojskowych przydawano niemało dramaturgii. Prawie wszyscy autorzy pisali o rozbrajaniu żołnierzy, o zabieraniu im broni, co oczywiście miało miejsce, zwłaszcza przed porozumieniem, niemniej generalnie żołnierze niemieccy zdawali broń dopiero na granicy.

W pamiętnikarskiej narracji pojawiły się słowa pełne emocji i patosu, utrzymane w konwencji romantycznego, rewolucyjnego i heroicznego czynu. Niektórzy pamiętnikarze podkreślali, że czuli się powstańcami, uczestnikami kolejnego powstania listopadowego, tym razem zwycięskiego. Zwracali także uwagę na masowy udział ludności w rozbrajaniu Niemców oraz przejmowaniu magazynów wojskowych i na powszechny narodowy entuzjazm. Są to przesadne opinie, gdyż bezpośrednio w antyniemieckiej i niepodległościowej akcji uczestniczyła znikoma mniejszość. Natomiast większość występowała jedynie w roli widzów oklaskujących aktorów narodowego spektaklu. Na ulicach zameldowały się tysiące warszawiaków, mieszkańców Łodzi, Częstochowy, Piotrkowa Trybunalskiego, Płocka. Gnały ich ciekawość i sensacja. „Na ulicach ciekawe tłumy przypatrują się, co się dzieje” – pisał z Łodzi Roman Starzyński, brat Stefana, a podobnych opinii było bardzo wiele.

Przeglądając wydane drukiem źródła na temat listopadowych dni, spotykamy się prawie wyłącznie z entuzjastycznymi opiniami na temat końca okupacji i początku polskiej wolności. Jest zrozumiałe, że nie było wówczas zapotrzebowania społecznego na opowieści sceptyków i malkontentów, a tym bardziej jawnych nieprzyjaciół polskiej niepodległości. Nie znaczy to jednak, że wszyscy mieszkańcy GGW myśleli podobnie jak autorzy opublikowanych tekstów oraz prasy. Gdy się wczytamy w niewydane drukiem źródła, zapiski, korespondencję, wspomnienia i gdy dokonamy sumiennej kwerendy prasy obcojęzycznej ­wydawanej na ziemiach okupowanych, to się okaże, że nie wszyscy spośród świadków listopadowych dni życzyli sukcesu polskiej stronie. Wydaje się to oczywiste. Po trudnych, ale przewidywalnych rządach okupanta niejeden spośród mieszkańców miast, miasteczek, wsi po prostu bał się chaosu i bałaganu. Niejeden był poważnie zaniepokojony tym, co wyniknie z nowej rzeczywistości. Niejeden był również powiązany zyskownymi interesami finansowymi z okupantem, czerpiąc profity ze współudziału w eksploa­tacji Królestwa Polskiego. Ci wszyscy nie mogli radośnie żegnać Niemców. Wśród nich byli liczni Żydzi i do tego wątku jeszcze powrócimy, a także Niemcy, mieszkańcy Łodzi i okolic, oraz polscy nuworysze.

Symbolicznym zamknięciem historii niemieckiej okupacji był wyjazd 12 listopada z Warszawy Hansa von Beselera, który w ostatnich dniach przebywał na Zamku otoczony wianuszkiem żołnierzy. Władze polskie zagwarantowały mu bezpieczną podróż Wisłą do Niemiec. „Twarz – wyrażająca zwykle tyle siły, woli – zwiędła, postać przyzwyczajona od 50 lat do rozkazywania – zgarbiona. Widać było, że zupełnie jest już załamany” – pisał Stanisław Rostworowski o Beselerze. Niemieccy nacjonaliści nie darowali mu zakończenia misji w Warszawie bez próby oporu i walki. Oskarżano go o pobłażanie Polakom, o tchórzostwo, a nawet o zdradę.

Kolejami żelaznymi oraz Wisłą ewakuowano z Warszawy dwadzieścia siedem tysięcy osób: żołnierzy, urzędników wojskowych, cywilnych pracowników niemieckiej administracji, a blisko trzy tysiące odjechało na własną rękę. Polskie władze uznały, że wyjeżdżający muszą mieć pierwszeństwo przed innymi składami pociągów. Dobrze tę intencję rozumieli polscy kolejarze, którzy również chcieli jak najszybciej pożegnać okupantów. W efekcie nie lada sukcesem, a nawet sensacją, było przewiezienie tylu tysięcy ludzi w tak krótkim czasie, po silnie wyeksploatowanych torach, bardzo sfatygowanym taborem kolejowym. Za organizację transportu wojsk niemieckich na zachód byli odpowiedzialni pracownicy wydziału kolei Ministerstwa Przemysłu i Hand­lu. Do początku grudnia ewakuowało się z Królestwa do Niemiec około osiemdziesięciu tysięcy osób, z czego blisko czterdzieści tysięcy żołnierzy. Pozostali jedynie Polacy służący w armii niemieckiej, a pochodzący z zaboru pruskiego. Niemieccy żołnierze, zgodnie z umową, zostawili broń na stacjach granicznych, między innymi w Mławie i w Skalmierzycach. Niektórym odebrano ją wcześniej i jechali tylko w mundurach i płaszczach. Największy arsenał zgromadzono na stacji granicznej w Mławie: między innymi dwanaście tysięcy karabinów, sto dwadzieścia karabinów maszynowych, amunicję, granaty, maski przeciwgazowe.

Po przejęciu obiektów wojskowych i cywilnych peowiacy strażacy, wspierani przez młodzież szkolną, studencką i rzemieślniczą, usuwali dotychczasowe godła i napisy, przemalowywali szyldy znajdujące się na cywilnych i wojskowych instytucjach niemieckich, krawcy przerabiali czapki niemieckie na maciejówki lub rogatywki. Podobnie sprawy się miały w GGL, a wcześniej w Galicji. W krótkim czasie nastąpiła zmiana krajobrazu symbolicznego, tak by wygląd miast i miasteczek świadczył o nowym gospodarzu.

Do rozbrajania wojsk niemieckich przystąpiono również na Podlasiu, gdzie były one wyłączone spod kompetencji niemieckich władz Królestwa i podlegały bezpośrednio dowództwu Ober-Ostu. Dochodziło tam do potyczek, gdyż Niemcy nie zawsze chcieli oddać broń i wyposażenie. Obawiali się, że Polacy odetną im główną drogę ewakuacji kolejami żelaznymi z Brześcia przez Białystok do Prus. Niepokoili się także z powodu przerwania komunikacji pocztowej z Niemcami na skutek wyzwolenia GGL i GGW. Nie mogli zatem wysyłać paczek do rodzin ani prowadzić kores­pondencji. Zatroskani o swój los i o pieniądze, jakie posiedli w następstwie wyprzedaży wyposażenia wojskowego, postanowili przywrócić status quo. Dlatego zdecydowali się zaatakować wyzwolone już przez polskich ochotników miasta i miasteczka Podlasia. Tego obawiali się polscy mieszkańcy. Powiadali, że armia niemiecka „gwałtem utoruje sobie drogę przez Polskę”. I tak się stało.

Centrum polskiej aktywności wojskowej i politycznej na Podlasiu znajdowało się w Białej, którą opanowali polscy spiskowcy kierowani przez Komitet Narodowy. Przejęli oni między innymi dobrze zaopatrzony magazyn wojskowy. Lecz wkrótce Białą znów zajęli niemieccy żołnierze – 16 listopada interweniowali w Międzyrzecu Podlaskim, aby przywrócić dotychczasową władzę. Żołnierze z Białej, po uzyskaniu wsparcia żołnierzy z Przybocznego Pułku ­Huzarów, nazywanych „czarnymi huzarami śmierci” (czarne były elementy munduru i futrzana czapka, a na niej trupia główka), wkroczyli do miasteczka, strzelając do polskich żołnierzy oraz cywilów. „Wyciągano z domów i mordowano w okrutny sposób nawet bezbronnych ludzi, nienależących do żadnej organizacji. Rzucano do mieszkań granaty ręczne, raniąc i zabijając mieszkańców” – wspominał Czesław Górski, jeden z miejscowych. Podczas zbrojnej interwencji, a następnie pacyfikacji ludności cywilnej w Między­rzecu zginęło dziewiętnastu (lub dwudziestu dwóch – różne dane) peowiaków i dwudziestu (lub dwudziestu dwóch) cywilów. Pogrom przeszedł do historii jako „krwawe dni Między­rzeca”. Był to najgłośniejszy i najkrwawszy przypadek zbrojnej interwencji w tamtych dniach. W komunikacie przekazanym zwierzchniej władzy niemiecki oficer napisał, że jego żołnierze rozbili „bandy polskie”. Wojska niemieckie zdecydowanie interweniowały także w innych miejscowościach opanowanych przez Polaków, organizując karne ekspedycje. W niektórych doszło do strzelaniny, jak w Janowie, Radzyniu czy we wspomnianej Białej. „Straszne wiadomości z Etapów. Soldateska niemiecka pali i morduje” – pisał minister Leon Wasilewski. W sumie podczas „dni listopadowych” w GGW i na Podlasiu poległo około stu osób, polskich żołnierzy i cywilów, a kilkaset zostało rannych.

Sytuacja na Podlasiu dalej wyglądała groźnie, dlatego natychmiast po „krwawych dniach Międzyrzeca” strona polska i dowództwo Ober-Ostu, reprezentowane między innymi przez szefa sztabu generała Maxa Hoffmanna, rozpoczęły negocjacje. Ponownie z polskiej strony prowadził je Boerner wspierany przez Szeptyckiego. Już 17 listopada Boerner napisał, że „naprężenie minęło”, a kolejnego dnia rokowania między stroną polską a niemiecką doprowadziły do zawieszenia broni i wyznaczenia linii demarkacyjnej. Wstępnie ustalono, że ewakuacja wojsk do Niemiec z Podlasia oraz z obszaru Ober-Ostu będzie się odbywała linią kolejową przez Brześć, Białystok, Grajewo. Jednak dalsze rozmowy z dowództwem wojsk niemieckich Ober-Ostu o szczegółach przedsięwzięcia nie należały do łatwych, gdyż Polska zerwała z Niemcami stosunki dyplomatyczne. Władze polskie doskonale zdawały sobie sprawę, jak niebezpieczne dla państwa mogą być wojska Ober-Ostu, liczące około pół miliona żołnierzy. Niektóre jednostki wciąż posiadały wysoką wartość bojową. Była to potężna i groźna siła. Zgodnie z warunkami rozejmu w Compiègne wojska niemieckie dalej miały pozostać na wschodzie, stanowiąc rodzaj tamy chroniącej przed atakiem wojsk bolszewickich i przenikaniem idei rewolucyjnych, aż do momentu zbudowania struktur państwowych Polski i Litwy. Takie struktury powstały, w tym rząd ogólnopolski i armia polska, nie było zatem powodów politycznych, by Niemcy dalej stacjonowali na tych terenach.

Rokowania z dowództwem wojsk Ober-Ostu na temat dróg ich ewakuacji do Niemiec trwały przez kilka tygodni. Władze polskie pragnęły, aby wojska opuściły zajmowane terytoria, korzystając z linii kolejowych leżących poza terytorium kraju. I tak się stało. Ostatecznie, za pośrednictwem i pod presją aliantów, 5 lutego 1919 roku w Białym­stoku podpisano umowę określającą zasady współpracy przy transporcie wojsk Ober-Ostu oraz niemieckich oddziałów z Ukrainy. Zgodnie z nią żołnierze mogli jechać w pełnym rynsztunku liniami kolejowymi do Prus. Pociągi prowadzili niemieccy kolejarze, a konwojowali niemieccy żołnierze. W wagonach, poza bronią i sprzętem, wieźli bogate łupy, w tym konie i bydło.

Po 20 lutego 1919 roku pozostały jeszcze oddziały niemiec­kie na Suwalszczyźnie oraz na Łotwie i w Estonii. Niemcy traktowali Suwalszczyznę jako kraj podbity i okupowany. Ponieważ byli odcięci od dostaw żywności, przeprowadzali rekwizycje, zabierali ludności włościańskiej produkty rolne, bydło, plądrowali i grabili sklepy żydowskie, rozbrajali polskich policjantów, jak choćby w Augustowie, i zabierali im broń. Sytuacja była napięta aż do lata 1919 roku, kiedy to wojska niemieckie opuściły zajmowane ziemie.