1919

Tekst
Z serii: Poza serią
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Andrzej Chwalba
1919
Pierwszy rok wolności


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce: Józef Piłsudski wraz z otoczeniem obserwuje lot pokazowy samolotu CWL SK-1 Słowik 23 sierpnia 1919 roku. Reprodukcja za: Ku czci poległych lotników. Księga pamiątkowa, praca zbiorowa pod red. Mariana Romeyki, Warszawa 1933

Copyright © by Andrzej Chwalba, 2019

Redakcja Anastazja Oleśkiewicz

Korekta i indeks d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-804-4

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Uwagi wstępne

1. Odrodzenie: 11 listopada 1918 roku

2. Dziedzictwo zaborów

3. Polska in statu nascendi

4. Terytorialny aparat administracyjny

5. Jak reagowano na „wybuch niepodległości”?

6. Wojny o granice. Armia

7. Zniszczenia. Odbudowa

8. Moneta

9. Aprowizacja

10. Zdrowie. Choroby

11. Migracje

12. Przemoc. Bandyci i złodzieje

13. Polacy i Żydzi. Trudne sąsiedztwo

Uwagi końcowe

Bibliografia

Kolofon

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Uwagi wstępne

„My Polacy wyczuliśmy od razu, że wojna, która przyszła, to była wojna, o którą się modlił i którą przewidział Mic­kiewicz” – pisał Konstanty Skirmunt, jeden z polskich polityków okresu międzywojennego. Rzeczywiście konflikt zbrojny, która przeszedł do historii pod nazwą Wielkiej Wojny, przyniósł uprawomocnione nadzieje: w sierpniu 1914 roku, tak jak pragnął Mickiewicz, runęły na siebie armie mocarstw rozbiorowych, których wieloletni sojusz wojskowy i polityczny betonował architekturę polityczną Europy Środkowej. Sprzeczności interesów, jakie się pojawiły między nimi pod koniec XIX wieku, doprowadziły najpierw do głębokich podziałów, a ostatecznie do wojny, która przyniosła Polakom nadzieje na niepodległość. Gdyby wypadki wojenne rozgrywały się tylko przez kilka miesięcy, to Mickiewiczowski sen o wskrzeszeniu Rzeczypospolitej by się nie spełnił. Jednak szczęśliwie dla sprawy polskiej wojna trwała wystarczająco długo, aby znużyć mocarstwa rozbiorowe. Rosję carską Romanowów dopadła rewolucja i unicestwiła ją w roku 1917. Austro-Węgry rozsypały się w październiku kolejnego roku, a II Rzesza niemiecka 11 listopada podpisała rozejm na warunkach zwycięskich aliantów. Austriackich Habsburgów i niemieckich Hohenzollernów przepędziły rewolucje. Wszystkie te okoliczności stworzyły dogodne warunki do realizacji polskich aspiracji niepodległościowych.

Jesienią 1918 roku najważniejszym zadaniem dla polskich elit stała się budowa państwa. Zupełnie inne zadania dla siebie postawiły szerokie rzesze ludności. „Zwykli ludzie nie tworzą historii, oni po prostu zarabiają na życie” – pisał Arnold Bennett, angielski pisarz. Dla milionów Polaków najistotniejsze było zakończenie zmagań z uciążliwymi kłopotami dnia codziennego, chaosem, głodem, fatalnym zaopatrzeniem, chorobami, przemocą, migracjami żołnierzy, jeńców, uchodźców, reemigrantów. Niemniej niejednemu towarzyszyła nadzieja, że jutro będzie lepsze, bo żyjemy w wolnej, niepodległej Polsce.

W roku 1919 mieszkańcy Polski nie tylko opłakiwali tych, którzy z wojny nie wrócili, czy tych, którzy zmarli z powodu epidemii chorób zakaźnych, ale koncentrowali się na odbudowie warsztatów pracy i zniszczonych gospodarstw domowych. Dla nich ów rok był początkiem dźwigania się z ruin i biedy, budowania przyszłości na zgliszczach. Ludzkich zmagań, by uciec od pełnej dramatów codzienności i tworzyć lepszy, zdrowszy oraz zamożniejszy świat, trudno nie uważać za pasjonujące dla historyka i czytelnika. I dlatego warto, a nawet trzeba nam powracać do 1919 roku. Jest to istotne także dlatego, że mija sto lat od pierwszego powojennego roku wolności, a ówczesne doświadczenia, doznania i przeżycia tysięcy rzutowały na cały okres międzywojenny.

Codzienność setek tysięcy osób tego czasu nie stała się bliżej źródłem dociekań polskich i zagranicznych badaczy. W ogóle rok 1919 jako ważny moment dziejowy jest słabo widoczny w publikacjach naukowych. Nie zaistniał też w naszej pamięci i świadomości. Przegrał z kolejnymi ważnymi cezurami: rokiem 1920, 1926, 1930, 1939. Poza specjalistami nikomu z niczym nadzwyczajnym się nie kojarzył. A jednak – i mimo wszystko – jest to rok bardzo istotny w naszych dziejach. Dlaczego? Postaramy się o tym opowiedzieć.

Jesienią 1918 roku polscy przywódcy doskonale zdawali sobie sprawę, że kwestią fundamentalną jest wymyś­­lenie Polski od nowa i na nowo. Nie może ona stanowić bezpośredniego nawiązania do upadłej w końcu XVIII stulecia Rzeczypospolitej choćby dlatego, że popełniła poważne błędy i została wymazana z mapy Europy, ale i z tego powodu, że świat się od tego czasu zmienił, że rozwiązania ustrojowe kiedyś aktualne i atrakcyjne – po Wielkiej Wojnie już przydatne nie były. Niemniej wiedzieli jednocześnie, że wymyślając Polskę od nowa, nie mogą zapominać o jej poprzedniczce, o jej tradycjach, dziedzictwie i o pamięci o niej.

W roku 1919 szukano zatem odpowiedzi na pytanie: jak żyć bez zaborców i okupantów, jak skutecznie – jako państwo – funkcjonować? Realizacja wizji wymyślonej przez przywódców Polski rozpoczęła się natychmiast po pożegnaniu obcej władzy. Dosłownie z marszu przystąpiono do budowy państwa, które miało być suwerenne i demokratyczne. Zdawano sobie sprawę, że od jego siły i możliwości będzie zależał los mieszkańców. Konstruowanie sprawnego aparatu centralnego i terytorialnego państwa okazało się jednak trudne i skomplikowane, gdyż miało miejsce w czasie wojen z sąsiadami i w okresie gorących konfliktów wewnętrznych, społecznych oraz politycznych. I o tym również chcemy opowiedzieć.

Z roboczą wersją książki zechcieli się zapoznać profesorowie Uniwersytetu Jagiellońskiego Tadeusz Czekalski i Janusz Mierzwa, za co jestem im bardzo wdzięczny. Serdecznie Panom dziękuję za cenne, przydatne w ostatecznej wersji uwagi, sugestie, spostrzeżenia.

1. Odrodzenie: 11 listopada 1918 roku

Rok 1919, jako pierwszy rok wolności, rozpoczął się wcześniej niż jego poprzednicy, gdyż jeszcze w październiku i listopadzie 1918 roku, kiedy to zakończyły się lata zaborów oraz okupacji i Polacy przystąpili do działań na rzecz niepodległości. W tytule pierwszego rozdziału wskazano konkretny dzień odrodzenia państwowości polskiej. Czy słusznie? Współcześnie dzień 11 listopada nie budzi emocji, gdyż jest powszechnie kojarzony z początkiem niepodleg­łości. Ale przez wiele lat wcale nie było pewne, czy zostanie zapamiętany, gdyż konkurowały z nim jeszcze cztery inne dni, z których każdy miał swoich zwolenników. Poza 11 listopada były to: 7 listopada 1918 roku, 28 października 1918 roku, 15 sierpnia 1917 roku oraz 5 listopada 1916 roku. Takich problemów z uzgodnieniem daty uzyskania statutu wolnego państwa nie miały i nie mają inne narody Europy Środkowej, Północnej i Wschodniej. Powszechnie uznały, że jest nią ogłoszenie aktu niepodległości. Tak postąpili Czesi, Słowacy, Litwini, Finowie, Estończycy, Łotysze, a także Gruzini, Ukraińcy, Azerowie, Białorusini i Ormianie. W historii powstania ich niepodległych państw w XX stuleciu nie konkurują ze sobą różne daty. W Polsce było inaczej, gdyż proces dochodzenia do niepodległości był rozłożony w czasie.

 

Po 1918 roku polskie obozy polityczne nie mogły się porozumieć co do pierwszego dnia istnienia odrodzonej Polski. Krył się za tym konkretny interes partyjny. Powód do chwały. Do dobrej pamięci. Do satysfakcji. Uznanie się za odnowiciela Polski dawało prawo do decydowania – albo przynajmniej do współdecydowania – o losie i polityce kraju przez kolejne lata. Intensywne dyskusje na temat daty odrodzenia Polski toczyły się przez okres międzywojenny, a także po wojnie, w PRL. Stronnictwa polityczne przekonywały do uznania własnej propozycji za najwłaściwszą. I tak środowiska lewicowe skupione wówczas wokół PPS i PSL-Wyzwolenie zdecydowanie optowały za akceptacją 7 listopada 1918 roku jako dnia odrodzenia Polski, gdyż wówczas w Lublinie powstał Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej z Ignacym Daszyńskim na czele, będący w przekonaniu jego twórców pierwszym rządem suwerennej Polski. Lecz tego zdania nie podzielały stronnictwa centrowe i prawicowe. Po 1945 roku polscy komuniści, sięgając do dorobku i dziedzictwa polskiej lewicy demokratycznej, wskazali na dzień 7 listopada, a dzień 11 listopada został zdetronizowany i wrzucony do niepamięci. Dodatkowym, niemniej mocnym atutem 7 listopada była jego zbieżność z dniem wybuchu rewolucji bolszewickiej w Rosji.

Z kolei narodowcy z Romanem Dmowskim na czele uważali, że Rzeczpospolita zaczęła się odradzać 15 sierpnia 1917 roku, kiedy to w Paryżu powstał Komitet Narodowy Polski (KNP), rok później uznany przez aliantów za oficjalną reprezentację Polski. Pozostałe stronnictwa polityczne nie podzieliły jednak tej argumentacji. Ów dzień nie trafił także do świadomości ogółu Polaków. Proalianccy narodowcy przegrali w walce o pierwszy dzień niepodległej Polski, nie mając w ręku silnej karty. Dzień 15 sierpnia milionom katolików kojarzył się ze świętem maryjnym i z pielgrzymkami na Jasną Górę, a nie z powstaniem KNP.

Stronnictwa galicyjskie, które 28 października powołały w Krakowie Polską Komisję Likwidacyjną (PKL), stały na stanowisku, że ów dzień należy uznać za symboliczny początek odradzania się Polski. Politycy galicyjscy argumentowali, że PKL była pierwszą polską władzą, która nie uznawała zaborczej administracji i jako pierwsza przystąpiła do rozbrajania wojsk austriackich. Dlatego Kraków i Tarnów jako pierwsze miasta w Polsce były wolne od administracji i wojsk ck monarchii, stając się symbolami niepodległości. Jednak jak podkreślali krytycy, PKL nie miała ambicji tworzenia centrum ogólnopolskiej władzy ani nawet lokalnej typu rządowego, a jedynie zajmowała się przejmowaniem masy upadłościowej po rządach monarchii austro-węgierskiej.

Najsilniejsze karty w talii miał obóz niepodległościowy i legionowy. Jego przywódcy stali na stanowisku, że pierwszym dniem niepodległej Polski był 11 listopada 1918 roku, kiedy to Rada Regencyjna (RR) przekazała władzę nad wojskiem Józefowi Piłsudskiemu. Bez jego obecności zapanowałyby chaos i wojna domowa. To Piłsudski – argumentowano – rozpoczął wznoszenie struktur nowego państwa. Zwolennicy 11 listopada jako pierwszego dnia niepodległości nie odwoływali się do zawieszenia działań wojennych na froncie zachodnim w Compiègne, choć oznaczało ono faktyczne zakończenie wojny i otwarło drogę do rokowań pokojowych w Paryżu i do traktatu wersalskiego. Jednak Compiègne było i nadal jest słabo obecne w polskich dziejach i pamięci. Polska narracja zdecydowanie dominuje nad narracją powszechną. Compiègne było zbyt daleko. Potwierdzają to teksty dzienników, pamiętników, korespondencji, a nawet prasy wydawanej w Polsce. Ich autorom dzień 11 listopada kojarzył się częściej z Piłsudskim niż z frontem zachodnim.

W tym swoistym konkursie piękności przepadła jeszcze jedna data, a mianowicie dzień 5 listopada 1916 roku, proponowana przez proniemieckich aktywistów i entuzjastów z Władysławem Gizbert-Studnickim i Adamem Ronikierem na czele. Argumentowali oni, że tego dnia Polska zaczęła się odradzać, że Niemcy i Austro-Węgry zapowiedziały powstanie niezawisłego Królestwa Polskiego. Jednak data 5 listopada nie mogła przekonać szerszych mas ani elit. Po pierwsze dlatego, że inicjatorzy aktu wojnę przegrali. Po drugie, Królestwo Polskie nie stało się tworem niezawisłym. Stale było nadzorowane i kontrolowane przez okupantów, a wydany w październiku 1918 roku przez Radę Regencyjną akt powołujący powstanie niepodległego państwa nie zapisał się na trwałe w społecznej świadomości. Po trzecie, trudno było świętować utworzenie Polski powstałej z łaski okupantów. Po czwarte, w Polsce po wojnie zdecydowanie przeważyła opcja republikańska nad monarchistyczną. Po listopadzie 1918 roku trójzaborowe Królestwo Polskie nie mogło powstać z braku jego zwolenników. Już w okresie między­wojennym 5 listopada 1916 roku jako początek państwowości przestał się poważnie liczyć w rywalizacji. Przegrał również dzień narodzin KNP, a dzień 28 października nawet w Galicji nie zyskał szerszego poparcia. Powyższe karty przegrały z silniejszymi. Na placu pozostały dwie daty: 7 i 11 listopada. Za dniem 7 listopada opowiedziała się tylko demokratyczna lewica, czyli mniejszość. Z pewnością nazwa Republika Polska oraz orzeł bez korony, gdyż takim się posługiwały jej władze, nie mogły zwyciężyć. Zwycięzca mógł być tylko jeden: 11 listopada. Za wyborem tej daty opowiadał się obóz mający władzę w Polsce i dysponujący instrumentami jej promocji oraz – co najważniejsze – mający w swych szeregach bohatera tego roku i lat późniejszych, czyli Piłsudskiego. To był as w talii obozu legionowego. Już po 1926 roku obchodzono dzień 11 listopada jako dzień wolny od pracy dla urzędników i wolny od nauki dla uczniów. Organizowano państwowe fety i defilady wojskowe. Ale świętem państwowym jeszcze się nie stał, gdyż niektórzy piłsudczycy uważali, że Polska zaczęła się odradzać 6 sierpnia 1914 roku, kiedy to strzelcy prowadzeni przez Piłsudskiego w ramach Pierwszej Kompanii Kadrowej przekroczyli granicę z Rosją i rozpoczęli wojnę o Polskę. Do tej daty był też przywiązany Marszałek. Dlatego dopiero po jego śmierci, w 1937 roku, święto stało się państwowe. Wówczas to, definitywnie, za symboliczną datę początku uznano 11 listopada, aczkolwiek stronnictwa opozycyjne miały inne zdanie na ten temat. Ponownie stało się tak w III Rzeczypospolitej Polskiej. Skoro tak, to dzień ów musi być także w naszej narracji datą wyjściową, aczkolwiek wówczas olbrzymiej większości mieszkańców Polski – poza mieszkańcami Generalnego Gubernatorstwa Warszawskiego (GGW) – nie kojarzył się on z żadnym istotnym wydarzeniem.

Początek opowieści powinniśmy łączyć z przyjazdem Józefa Piłsudskiego do Warszawy 10 listopada 1918 roku. Była to niedziela. Dzień był mglisty i chłodny. W godzinach rannych na dworzec w Warszawie wtoczył się pociąg jadący z Berlina transportujący dwóch więźniów twierdzy w Magdeburgu: Józefa Piłsudskiego i Kazimierza Sosnkowskiego, którzy dzień wcześniej zostali uwolnieni. Na dworcu witało ich jedynie siedem osób, co kłóci się z opinią wyrażaną w niektórych popularnych pracach historycznych, że miały Komendanta witać setki, a nawet tysiące osób. Potwierdzeniem tego było i jest wielokrotnie prezentowane w podręcznikach szkolnych oraz mono­grafiach zdjęcie z uroczystego powitania Piłsudskiego przez tłumy na dworcu kolejowym w Warszawie. Lecz zdjęcie zostało wykonane… w grudniu 1916 roku, kiedy po raz pierwszy, legalnie, za zgodą Hansa von Beselera przybył on do Warszawy. Wówczas rzeczywiście witały i oklaskiwały go tłumy. Dwa lata później, 10 listopada, nie było nawet fotografa, który by ów fakt odnotował. Poza kilkoma wtajemniczonymi, jak Adam Koc i Aleksander Prystor z Polskiej Organizacji Wojskowej (POW), nikt nie wiedział o jego powrocie. Wiadomość o tym otrzymał z Berlina Zdzisław Lubomirski, jeden z trójki ­regentów, i dlatego wyjechał samochodem na jego powitanie.

Kolejnego dnia Rada Regencyjna, mająca swoją siedzibę w Warszawie, przekazała Piłsudskiemu władzę nad Wojskiem Polskim, którą posiadała zresztą od niedawna. Uczyniła to z wyraźną ulgą. Wcześniej polskie wojsko jako Polska Siła Zbrojna podlegało jego twórcy – niemieckiemu ­generałowi-gubernatorowi warszawskiemu Hansowi von Beselerowi. 11 listopada 1918 roku Wojsko Polskie liczyło około dziewięciu–dziesięciu tysięcy żołnierzy, a szefem sztabu był znany generał z ck armii Tadeusz Jordan Rozwadowski. Przekazanie Piłsudskiemu władzy wojskowej przez RR nie było zaskoczeniem, gdyż już wcześniej, będąc jeszcze w niewoli w Magdeburgu, był wymieniany jako pewny kandydat na stanowisko ministra spraw wojskowych. „Wtedy wszystkie stronnictwa, od najskrajniejszej prawicy do lewicy, żądały od nas oddania władzy Piłsudskiemu” – pisał w relacji z 1923 roku Zdzisław Lubomirski.

Piłsudski był najpopularniejszym polskim politykiem i wojskowym oraz przywódcą charyzmatycznym. Dysponował karnym i zdyscyplinowanym obozem politycznym, tysiącami wielbicieli oraz tysiącami entuzjastek. Mógł liczyć na blisko trzydziestotysięczną Polską Organizację Wojskową, formowaną jako polska armia podziemna od jesieni 1914 roku. Miał władzę nad swoim kultem, który mniej czy bardziej dyskretnie, ale skutecznie współtworzył. Tysiące ludzi nie mogło się doczekać jego powrotu, włącznie z trzema regentami: Lubomirskim, Józefem Ostrowskim i arcybiskupem warszawskim Aleksandrem Kakowskim. Regenci mieli świadomość, że ich czas dobiegł końca, że nie panują już nad rozgardiaszem, jaki zapanował w Polsce w następstwie klęski państw okupacyjnych. Lubomirski, zwracając się do Piłsudskiego, miał powiedzieć: „Ach, wreszcie, wreszcie Pan Komendant przyjechał, co tu się dzieje, co tu się dzieje!”.

Piłsudski wracał z niewoli jako męczennik za polską sprawę i bohater, co oczywiście nie znaczy, że po prawej stronie sceny politycznej nie miał zagorzałych przeciwników. Niemniej w momencie przyjazdu to głos jego politycznych przyjaciół był lepiej słyszalny. „Przyjechał Piłsudski. Teraz doprawdy cała w nim nadzieja. Dziś to dla niego czas pracy” – pisała w Dziennikach Maria Dąbrowska 10 listopada, a cztery dni później: „Daj Boże, aby okazał się nie tylko fetyszem narodu, ale istotnie wielkim jego sternikiem”. Nie inaczej powrót Komendanta zapamiętał Jan Gawroński, wówczas słuchacz Szkoły Podchorążych Piechoty. „Co za szczęście, że zdołaliśmy uzyskać zwolnienie Piłsudskiego! To ostatnia nadzieja. Może on potrafi opanować sytuację”. Podobnie brzmiących głosów były tysiące. Najczęściej pojawiało się w nich słowo „nadzieja”. Wszystkie te opinie to kapitał społeczny, z którego mógł i musiał korzystać, bo wymagała tego sytuacja w kraju. Jego przybycie poprzedzał czas coraz bardziej niecierpliwego oczekiwania. Wierzono, że jego obecność pozwoli na prowadzenie skutecznej polskiej polityki. Powiadano, że gdyby go nie było, należałoby go wymyślić. „Znajomi, spotykając się, klaskali w dłonie, powtarzając bez przerwy z wypiekami na twarzy: »Piłsudski wreszcie przyjechał«” – wspominał Marian Romeyko, przyszły wyższy oficer Wojska Polskiego.

Ale na tę w znacznej mierze powszechną cześć i poważanie Piłsudski pracował systematycznie od wielu już lat. Sprzyjał mu czas Wielkiej Wojny, gdyż jako jedyny z czołowych polskich polityków twardo i konsekwentnie walczył o niepodległą i wolną Polskę, co wszyscy, z wyjątkiem osób z jego obozu, uważali za dziwactwo lub szaleństwo. Historia jemu przyznała rację. Poddały mu się nie tylko Rada Regencyjna, która 14 listopada przekazała Piłsudskiemu pełnię władzy cywilnej, jednocześnie dokonując samorozwiązania, lecz także Rząd Tymczasowy Ludowej Republiki Polskiej (RTLRP) z Ignacym Daszyńskim na czele, Polska Komisja Likwidacyjna w Krakowie i Rada Narodowa Śląska Cieszyńskiego. 22 listopada nowo powstała ­Tymczasowa Komisja Rządząca we Lwowie uczyniła to samo.

Jedynie proaliancki Komitet Narodowy Polski (KNP), mający siedzibę w Paryżu, kierowany przez endecję, a osobiście przez Romana Dmowskiego i uznawany przez aliantów za oficjalnego przedstawiciela niepodległej Polski, nie uznał władzy Piłsudskiego, podobnie jak polskie władze w zaborze pruskim. 14 listopada 1918 roku powstała w Poznaniu z inicjatywy polityków narodowych Naczelna Rada Ludowa (NRL), która zwołała do Poznania na dzień 5 grudnia Sejm Dzielnicowy. Przybyło 1399 delegatów. Najwięcej z Wielkopolski, Śląska i Pomorza, a poza tym z Warmii, Mazur i emigracji. Sejm Dzielnicowy uznał NRL za polski organ państwowy, dodajmy: istniejący obok władz niemiec­kich. Kolejnego dnia NRL wyłoniła Komisariat jako swój organ wykonawczy z księdzem Franciszkiem Adamskim i Wojciechem Korfantym na czele. W Bytomiu i w Gdańsku powołała podkomisariaty.

 

11 listopada 1918 roku ziemie wyzwolone spod władzy zaborców i okupantów obejmowały Galicję Zachodnią, zachodnie rubieże Galicji Wschodniej z Przemyślem i Lwowem, wschodnią i środkową część Śląska Cieszyńskiego, południową Królestwa Polskiego, to jest dawne Generalne Gubernatorstwo Lubelskie (GGL), podczas wojny podleg­łe władzom Austro-Węgier. Na wschód od granic Królestwa znajdowały się wojska niemieckie, na południowym wschodzie ukraińskie, kontrolowane przez Niemców i Austriaków, a jeszcze dalej na wschodzie bolszewickie. Wojska niemieckie okupowały również należące do Królestwa Polskiego Podlasie oraz Suwalszczyznę. Pod władzą Niemiec dalej pozostawały ziemie zaboru pruskiego. Natomiast w północnej i zachodniej części Królestwa, czyli w Generalnym Gubernatorstwie Warszawskim, władza była podzielona między administrację polską z rządem polskim i RR na czele a władzę niemiecką, która dysponowała własną służbą cywilną oraz wojskiem i policją. Władze niemieckie GGW nie miały zamiaru dobrowolnie ustąpić. Dysponowały co prawda jedynie trzydziestoma ośmioma batalionami piechoty Landsturmu, czyli pospolitego ruszenia skupiającego starszych wiekiem żołnierzy, oraz nielicznymi formacjami kawalerii i artylerii, niemniej te stosunkowo skromne siły i tak miały zdecydowaną przewagę nad polskimi formacjami konspiracyjnymi, które były niedostatecznie wyposażone w broń palną i słabo wyszkolone. Zatem rozbrojenie wojsk niemieckich byłoby mało prawdopodobne, a samo podjęcie takiej próby musiałoby doprowadzić do wielu ofiar i klęski.

Szczęśliwie jednak dla strony polskiej i osobiście Piłsudskiego pojawiła się nadzwyczajna okoliczność, a mianowicie szybko pogarszający się od 8–9 listopada stan ducha żołnierzy wojsk okupacyjnych. W obliczu klęski armii Rzeszy na froncie zachodnim poważna ich część uległa prądom rewolucyjnym i nie chciała już walczyć, wywieszając czerwone sztandary. W niektórych garnizonach GGW, między innymi w Warszawie, władzę przejęli rewolucjoniści. Nie słuchali już oni rozkazów zwierzchności, lekceważyli oficerów i artykułowali własne cele i potrzeby. Zrewoltowani żołnierze z czerwonymi kokardkami kierowali karabiny przeciwko oficerom. Przed możliwym linczem kilkakrotnie uchronili ich członkowie POW. Niemieccy żołnierze przestali już widzieć sens w dalszym sprawowaniu okupacji w Królestwie i wycieraniu butami koszarowych korytarzy. Myśleli teraz głównie o tym, aby jak najszybciej i bezpiecznie powrócić do domów. W Niemczech tyle ważnego się działo i niejeden spośród żołnierzy uważał, że tam być powinien. Niektórzy, widząc bezsens dalszej służby, zajęli się handlem bronią i wyposażeniem wojskowym znajdującym się w magazynach. „Doszło do mojej wiadomości, że żołnierze niemieccy sprzedają karabiny ręczne i maszynowe na peryferiach miasta mętom społecznym. Pamiętajcie, że żołnierz bronią nie handluje” – w tych słowach zwrócił się Piłsudski do niemieckich żołnierzy.

Zmianę nastrojów niemieckich żołnierzy dostrzegli uczestnicy polskiej konspiracji, którzy od wielu tygodni przygotowywali się do rozbrojenia i przejęcia władzy. W niektórych miejscowościach GGW już przed 11 listopada udało się rozbroić posterunki niemieckiej żandarmerii oraz niewielkie oddziały Landsturmu. W nocy z 8 na 9 listopada z krajobrazu Warszawy zniknęły niektóre niemieckie „wachy”, a pojedyncze obiekty żołnierze przekazali Wojsku Polskiemu (beselerczykom). Jednak generalnie mieszkańcy GGW czekali na sygnał do walki. „Nikt nie był w stanie przewidzieć, co nastąpi, a nasze plany nie wykraczały poza dzień następny […] Wiedza skromna o tym, co się dzieje na froncie” – pisał Marian Romeyko, przyszły wyższy oficer i autor pamiętników. Rosło napięcie, które zwłaszcza w Warszawie było odczuwane. Młodzi polscy konspiratorzy czekali w stanie przedrewolucyjnej gorączki na rozkaz do działania. Na nastroje podniecająco wpłynęły wieści z Galicji o szybkim rozbrojeniu wojsk austro-węgierskich, a następnie z sąsiedniego GGL, gdzie dokonano tego samego co w Galicji. Ludzie czuli, że lada moment coś się musi wydarzyć. Podobnie, tylko trochę wcześniej, przeżywali to mieszkańcy Galicji i GGL.

Ostatnie dni października przyniosły nastrój prawdziwego napięcia nerwowego, którego nikt sobie nie umiał wytłumaczyć. Każdy żył w oczekiwaniu czegoś, z czego nie zdawał sobie sprawy. Spodziewał się wieści, które nie wiadomo skąd miały nadejść. Nikt nie mógł usiedzieć w domu

– czytamy w jednej z relacji z Sandomierza.

Przyjazd Piłsudskiego do Warszawy został uznany przez konspiratorów za sygnał do przyspieszenia akcji rozbrajania Niemców. „Dzień przyjazdu Komendanta oznacza początek nowej epoki dziejów naszych” – czytamy w ulotce Naczelnej Komendy POW wydanej w godzinach popołu­dniowych 10 listopada. Jednak Piłsudski był przeciwny niesko­ordynowanym działaniom, dlatego pozytywnie odpowiedział na prośbę niemieckiej Centralnej Rady Żołnierskiej w Warszawie (Soldatenrat Warschau), aby rozpocząć rozmowy na temat warunków ewakuacji wojsk niemieckich z GGW. Do rozmów oddelegował byłego oficera Legionów Polskich Ignacego Boernera, biegle mówiącego po niemiec­ku i dobrze rozumiejącego niemiecką mentalność, i razem z nim złożył wizytę Centralnej Radzie Żołnierskiej rezydującej w Pałacu Namiestnikowskim (obecnie Prezydenckim), udekorowanym czerwonymi sztandarami. Przemówienie Piłsudskiego, w którym zapewniał on żołnierzy niemieckich o polskiej opiece, zostało pozytywnie przyjęte przez Soldatenrat. Dalsze negocjacje udanie prowadził Boerner. Zdobył zaufanie żołnierzy niemieckich i przekonał ich między innymi, że nie jest prawdą powtarzana plotka, iż Polacy po rozbrojeniu dokonują mordów na bezbronnych. Zapewnił, że bierze ich pod swoją opiekę i nie dopuści, aby któremukolwiek stała się krzywda.

Ostatecznie negocjacje zakończyły się sukcesem. Żołnierze niemieccy zdecydowali się na powrót do domów. Na miejscu mieli pozostawić wyposażenie wojskowe, w tym zawartość magazynów, a broń – karabiny, karabiny maszynowe, granaty – mieli złożyć na granicy. Musieli również przekazać stronie polskiej tabor kolejowy oraz zaniechać porachunków z oficerami. W zamian polska strona gwarantowała im bezpieczny transport. 13 listopada w kierunku granicy z Niemcami ruszył pierwszy pociąg z ewakuowanymi żołnierzami, pomimo że ostateczną umowę o ewakuacji Niemców z Warszawy podpisano piętnastego tego miesiąca. Poza Boernerem w dalszych rozmowach uczestniczył między innymi były komendant Legionów Polskich generał Stanisław Szeptycki.

Porozumienie z Soldatenratem oraz elektryzujący przyjazd Piłsudskiego zadziałały. Uśpieni się obudzili, a przygoto­wani do akcji ruszyli, aczkolwiek nie wszyscy, gdyż listopad to okres zabaw przed Adwentem i niejeden z młodych spędzał czas w tradycyjny sposób. „Diabli mi nadali być całą noc na tańcach i zaspałem” – pisał 11 listopada Władysław Broniewski. Jak się zorientował, że zaczęło się na dobre przejmowanie magazynów, napisał: „cały gmach ucisku, dławiący kraj przez trzy lata, runął w ciągu jednego dnia…”. Tempo zmian było imponujące i to nie tylko w dużych miastach, ale i w miasteczkach. „Wielki dzień. Wypadki biegną z szybkością piorunującą. Już nie tylko dzień jutrzejszy niepodobny do wczorajszego, ale nawet w toku jednego dnia wypadki, które zachodzą po południu, są takie, o jakich przed południem się jeszcze nie śniło” – pisał Michał Romer.

Porozumienie ze stroną niemiecką pozwoliło stronie polskiej przejmować wojskowe wyposażenie oraz magazyny usytuowane na obszarze Warszawy, a także na terenach podmiejskich. Istotne było również przejęcie kilkudziesięciu kluczowych obiektów miasta, takich jak dworce kolei żelaznej, budynki poczty i telegrafu, Belweder, a w dalszej kolejności Cytadela i Zamek. Aby osiągnąć oczekiwane rezultaty, strona polska musiała dysponować znacznymi siłami wojskowymi. Takich sił nie było, gdyż poza nielicznymi, aczkolwiek dobrze uzbrojonymi i wyszkolonymi formacjami regularnymi Wojska Polskiego, które warszawiacy nadal nazywali beselerczykami, można było liczyć wyłącznie na formacje ochotnicze.

W pierwszej kolejności żołnierze Wojska Polskiego zajęli Dworzec Główny, Komendę Miasta, część magazynów, gmachy urzędów niemieckich, drukarnie i niektóre szpitale. W innych rejonach Warszawy aktywnością wykazali się pełni zapału członkowie POW. Była to młodzież dojrzała, świadoma powagi wydarzeń i tego, co trzeba uczynić, aby stało się to, co było kiedyś niemożliwe. Peowiaków wspomagali skauci, dowborczycy, to jest żołnierze rozwiązanego przez Niemców w maju 1918 roku w Bobrujsku I Korpusu Polskiego w Rosji dowodzonego przez generała Józefa ­Dowbor-Muśnickiego, dalej ochotnicy, członkowie endec­kiego Sokoła, członkowie Pogotowia Bojowego PPS oraz formacji bojowych Narodowego Związku Robotniczego, młodzi robotnicy i rzemieślnicy, uczniowie oraz studenci z Legii Akademickiej. Jak to zwykle bywa w podobnych okolicznościach, do polskich żołnierzy przyłączyły się męty społeczne z biało-czerwoną opaską, które skupiły się na opróżnianiu zawartości pozostawionych przez Niemców magazynów, kradnąc żywność, uprzęże, mundury, pasy skórzane, bieliznę, narzędzia kowalskie i stolarskie, broń i amunicję. Ze względu na słabość sił polskich wiele magazynów miało niepełną osłonę albo nawet nie dysponowało żadną. W tej sytuacji to, co się w nich znajdowało – „rozpłynęło się”. Powiadano, że „co kto chciał, to brał”. Podobnie działo się poza Warszawą, na prowincji, gdzie w szeregi formacji ochotniczych, w tym POW, wstąpili miejscowi złodzieje, którzy „workami wynosili z koszar ubrania, bieliznę, rzeczy skórzane” – czytamy w korespondencji z Łowicza. Poprzez sieć paserów kradzione towary zasiliły czarny rynek. „Złodziejstwo w powstającej Polsce było niestety lepiej zorganizowane niż potrzebne dla rozwoju ojczyzny gałęzie życia prywatnego i publicznego” – wspominał Marian Romeyko. Ale również pozostali uczestnicy akcji, polscy patrioci, „na pamiątkę” zabierali do domów zarekwirowaną zdobycz wojenną, gdyż wbrew porozumieniu z Soldatenratem niejednokrotnie rozbrajali żołnierzy niemieckich i zabierali im broń. Mieszkania niektórych obrotnych przypominały małe arsenały. Dopiero apele polskiego dowództwa wzywające do zwrotu opróżniły mieszkania ze zdobycznej broni i wyposażenia.