Łukaszenka

Tekst
Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Czwartek, który stał się początkiem

Czwartek 23 czerwca 1994 roku był dniem wyjątkowym: z powodu pierwszych w historii wyborów prezydenckich białoruskie władze ogłosiły go dniem wolnym od pracy. W lokalach wyborczych zjawiło się 78,97 procent osób uprawnionych do głosowania. Według oficjalnych danych Łukaszenka otrzymał 44,82 procent głosów, Kiebicz – 17,33, Paźniak – 12,18, Szuszkiewicz – 9,91. Reszta głosów rozłożyła się pomiędzy polityczny plankton, czyli dwóch kandydatów: Alaksandra Dubkę (agronoma) i Wasila Nowikaua (komunistę).

Andrej Lachowicz:

Były dyrektor sowchozu, politruk w czasach radzieckich Łukaszenka lepiej niż inni kandydaci słyszał, o czym mówią ludzie i czego oczekują. Poza tym według wielu Białorusinów na Kiebiczu spoczywała odpowiedzialność za złą sytuację gospodarczą w kraju, byłego premiera odbierano też jako reprezentanta radzieckiej nomenklatury, do której wielu miało negatywny stosunek. Część wyborców – chociaż niewielka – w pierwszej turze oddała głos nie tyle na Łukaszenkę, ile przeciwko Kiebiczowi.

Jednak takiej przewagi Łukaszenki nie spodziewali się nawet pracownicy jego sztabu. Poparła go przede wszystkim wieś, mieszkańcy małych miasteczek, a także robotnicy. Mieszkańcy dużych miast, inteligencja oddawali głos na Szuszkiewicza albo Paźniaka. W Mińsku Łukaszenka otrzymał jedynie 26,5 procent głosów.

Przed drugą turą wyborów Łukaszenka kolejny raz postanowił odegrać rolę wojownika z korupcją, którego bezpieczeństwo jest zagrożone. Tym razem nie chodziło już o strzały z pistoletu, tylko o rękoczyny. Otóż Aleksander Grigoriewicz postanowił wejść do swojego gabinetu, w którym zasiadał jako przewodniczący komisji do walki z korupcją. Tymczasem kilka miesięcy wcześniej Rada Najwyższa podjęła decyzję o jego zamknięciu i opieczętowaniu. Pod drzwiami Łukaszenka wdał się w przepychankę z oficerami milicji, ci podarli na nim marynarkę. Nie trzeba chyba dodawać, jakim sosem podlały tę sprawę media, podając wiadomość o pobiciu kandydata na urząd prezydenta, a zarazem pierwszego pogromcy korupcji.

Druga tura wyborów odbyła się 10 lipca 1994 roku. Przewaga Łukaszenki była miażdżąca, otrzymał 80,34 procent głosów.

Dekadę później przez terytorium byłego ZSRR przetaczały się kolorowe rewolucje – to społeczeństwa upominały się w nich, by głosy liczono uczciwie, i dawały do zrozumienia, że będą walczyć o obalenie panujących w ich krajach reżimów, ale ktoś celnie zauważył, że właściwie pierwszą taką rewolucją było zwycięstwo Łukaszenki. Wszystko odbyło się według takiego samego scenariusza: ludzie odsunęli od władzy partyjnego aparatczyka, dokonali tego w demokratyczny sposób, i to mimo że aparat państwa jednoznacznie sprzyjał urzędującemu premierowi. Po latach i ta rewolucja zyskała swoją nazwę, zaczęto o niej mówić „kartoflana rewolucja”.

Andrej Lachowicz:

Zwycięstwo Łukaszenki w 1994 roku było zgodne z nastrojami. W kraju panowała trudna sytuacja gospodarcza, ludzie z prowincji przyjeżdżali do stolicy, ponieważ w Mińsku można było trochę taniej kupić żywność. W tym też czasie pod Mińskiem wyrosły nagle urocze osiedla willowe, a w poradzieckim społeczeństwie zrodziło się przekonanie, że lud jest biedny, natomiast ludzie znajdujący się u władzy to złodzieje. Powszechne było coś, co można nazwać „obrażeniem się na władzę”. Wielu było przekonanych, że jeśli prezydentem zostanie człowiek „z ludu”, to zaprowadzi porządek – ukarze złodziei, którzy znajdują się u władzy, zwalczy korupcję i życie stanie się lepsze. I kimś takim był Łukaszenka.

Trudno powiedzieć, czy jego zwycięstwo w tamtych wyborach było nieuniknione. Są tacy, którzy twierdzą, że doszło do niego niejako przypadkiem.

Anatol Labiedźka: „Wybór Łukaszenki na prezydenta to był zbieg okoliczności, splot czynników, które wyniosły go do władzy. Takie rzeczy zdarzają się raz na tysiąc lat. Łukaszenka jest właśnie tym przypadkiem: jednym na tysiąc”.

Rzeczywiście, gdyby w ogólnym zamieszaniu nie wybrano go na przewodniczącego komisji antykorupcyjnej, nie zdobyłby tak oszałamiającej popularności. Białorusini mogli też w ogóle nie wprowadzić urzędu prezydenta albo ustalić taką barierę wieku, która wykluczyłaby Łukaszenkę z szeregu kandydatów. Wreszcie demokratyczni kandydaci mogli nawzajem nie odbierać sobie głosów, a aparat państwowy energiczniej pracować na rzecz Wiaczasłaua Kiebicza. Wszystko jednak złożyło się na wygraną Łukaszenki. Niektórzy uważają, że pomyślnych zbiegów okoliczności było zbyt dużo, aby sądzić, że Łukaszence sprzyjało jedynie szczęście, i doszukują się w oszałamiającej karierze dyrektora sowchozu ręki kremlowskich służb specjalnych. To one miały prowadzić Łukaszenkę co najmniej od momentu, gdy zaczął zbierać haki na politycznych liderów państwa. Bez dowodów trudno przesądzać o ingerencji służ specjalnych. Pewne jest za to, że nikt nie zmuszał Białorusinów do oddawania głosu na Łukaszenkę. To on sam ich do tego przekonał.

Część II Prezydent

4. Powrót do przeszłości

Rozdział, w którym Aleksander Grigoriewicz cofa wskazówki zegara i uznaje, że niemiecki porządek z czasów Hitlera odpowiada jego rozumieniu republiki prezydenckiej

Zamaskowane i uzbrojone postacie rzuciły się na białoruskich parlamentarzystów. Wszędzie kłębili się żołnierze, na balkonach kamerzyści filmowali przebieg zajścia, ale nie był to plan filmowy, tylko sala obrad parlamentu. Deputowanemu Lawonowi Barszczeuskiemu wykręcono ręce i kopano go po twarzy, innym także solidnie się oberwało. Polała się krew. Grupa umundurowanych osiłków wyciągnęła parlamentarzystów z budynku i wpakowała do przygotowanych wcześniej samochodów, które natychmiast rozjechały się w różne strony. Kilka kilometrów dalej zmaltretowanych deputowanych pozostawiono na poboczu…

Tak wyglądał koniec rządów prawa na Białorusi i początek dyktatury Aleksandra Łukaszenki. Tamtej kwietniowej nocy 1995 roku prezydent Białorusi jednym zamachem i kilkoma kopniakami zlikwidował w kraju praworządność. Podobno nawet przyglądał się scenie bicia parlamentarzystów z kuluarów, jakby chciał się upewnić, że ich opór zostanie złamany. Wiedział, że od tego zależą jego dalsze rządy, od tej pory bowiem już nikt nie miał mu przeszkadzać. Warto zapamiętać ten moment, kiedy na Białorusi narodziła się dyktatura.

Trudno powiedzieć, że Łukaszenka wszystkich zaskoczył. Już w styczniu 1995 roku rządzący wówczas dopiero od kilku miesięcy prezydent w wywiadzie dla jednej z białoruskich gazet powiedział: „Od dziś będziemy bardzo aktywnie wpływać na media i nawet mieszać się w ich pracę. Przyszedłem na co najmniej dziesięć lat i dziennikarze powinni się do tego przygotować”. Innych ostrzec mógł dekret Łukaszenki, także ze stycznia 1995 roku, powołujący Urząd Ochrony Prezydenta – służbę specjalną mogącą inwigilować opozycję.

Zamach stanu po raz pierwszy

Łukaszenka rządzący krajem od 1994 roku z parlamentem Białorusi miał stale na pieńku. Jak zauważa jego białoruski biograf Waler Karbalewicz, prezydent, który jeszcze niedawno sam był deputowanym, nagle zwrócił się przeciwko kolegom.

Łukaszenka obwiniał deputowanych o to, że są skorumpowani, piją i – przede wszystkim – że stworzyli dla siebie system przywilejów. Prezydent umiejętnie przedstawiał parlament jako głównego winowajcę pogorszenia ekonomicznej sytuacji kraju, przeszkadzającego głowie państwa w zaprowadzeniu porządku.

Trzeba przyznać, że argumentacja Łukaszenki trafiała na podatny grunt. W krajach poradzieckich pierwsze zachłyśnięcie się parlamentaryzmem już mijało. To, co jeszcze kilka lat wcześniej, w czasach pierestrojki, wszystkich fascynowało, a więc długie i burzliwe debaty w sali obrad, teraz było symbolem chaosu i nieporządku. Właśnie wtedy powstało słowo „diermokracja” – z połączenia słów „diermo” („gówno”) i „demokracja” – które dobrze oddawało stosunek ludzi do parlamentaryzmu. Rządy parlamentarne zaczęto powszechnie kojarzyć ze spadkiem poziomu życia zamiast z praworządnością, bo akurat trwał kryzys gospodarczy, a winą za niego obarczano kłótliwych polityków.

W Rosji Borys Jelcyn krwawo rozprawił się z parlamentem w 1993 roku i uszło mu to na sucho. W innych krajach do władzy dochodzili politycy, którzy obiecywali zaprowadzić porządek. Dlatego i Łukaszenka mógł liczyć na to, że na walce z parlamentem zbije polityczny kapitał. I najważniejsze: mógł oczekiwać, że parlament nie będzie miał w społeczeństwie wielu obrońców.

Pozwalał więc sobie na coraz więcej. W marcu 1995 roku doprowadził do odsunięcia redaktora naczelnego wpływowej „Narodnej Haziety”, która była organem parlamentu. Deputowani mogli się nawet sprzeciwić decyzji głowy państwa, a to oznaczało zapowiedź dalszych nacisków.

I rzeczywiście bezpośrednim powodem, dla którego w kwietniu 1995 roku Łukaszenka wysłał uzbrojonych ludzi przeciwko części deputowanych i kazał ich pobić, była awantura o referendum, które prezydent chciał przeprowadzić. Referendum jest instytucją spotykaną w demokracji, ale zawsze oznacza pominięcie parlamentu; tym razem prezydent Białorusi chciał zapytać obywateli kraju, czy pozwolą mu rozwiązać parlament, gdyby deputowani naruszyli konstytucję. Pytanie z prawnego punktu widzenia bez sensu, bo jak przekonywali politolodzy, to Sąd Konstytucyjny powinien rozstrzygać, czy decyzje deputowanych są prawomocne. Prezydentowi przysługiwało też prawo weta.

Pytanie to miało jednak głębszy polityczny sens jako rozstrzygające o tym, czy Białorusini pozwolą Łukaszence zdominować parlament. Referendalne pytania dotyczyły także kwestii zacieśnienia współpracy z Rosją, ustanowienia języka rosyjskiego drugim – obok białoruskiego – językiem państwowym oraz zmiany symboli narodowych.

 

Jednym słowem, referendum w 1995 roku było przygotowane według „najlepszego” wzorca, zgodnie z którym wśród pytań mających ułatwić obywatelom życie jest schowane pytanie rozstrzygające sprawy naprawdę ważne dla Łukaszenki. Nie ulegało bowiem wątpliwości, że w sprawach stosunków z Rosją, języka państwowego i symboli narodowych prezydent zyska poparcie głosujących.

Od kilku lat Białoruś borykała się z kryzysem spowodowanym oderwaniem od rosyjskiej metropolii, gospodarka kulała i jedynym lekiem na jej dolegliwości wydawało się schronienie pod skrzydłami wielkiej Rosji. Białorusini gardzili wówczas swoją walutą, nazywaną zajczykami – na banknocie były wizerunki zwierząt, między innymi zajączków; nie umieli też uzgodnić, kto należy do panteonu ich bohaterów narodowych, których chcieliby pokazać – i marzyli o tym, by zarabiać w rublach kojarzących im się z bezpiecznymi radzieckimi czasami.

Większość obywateli kraju mówiła po rosyjsku, a język białoruski, który niedawno zapanował jako urzędowy, jedynie utrudniał im funkcjonowanie. Byli i tacy, którzy znali tylko rosyjski, więc zmiana języka państwowego na białoruski sprawiłaby, że w podeszłym wieku staliby się niczym analfabeci. Białoruski kojarzył się poza tym z mową wsi, prymitywnymi wiejskimi obrządkami, a rosyjski z językiem awansu, którym mówiły metropolie: Moskwa i Petersburg. Wprowadzone przez demokratów i nacjonalistów biało-czerwono-biała flaga oraz herb Pogoni nie były zbyt popularne. Flagi tej używali między innymi nacjonaliści kolaborujący z hitlerowcami w czasie II wojny światowej, co mocno podkreślała propaganda, Pogoń zaś za bardzo kojarzyła się z symboliką litewską. Sam Łukaszenka wyśmiewał się, że na symbolu Pogoni, przedstawiającym rycerza na koniu, „koń jest zupełnie litewski, tylko ogon ma przekrzywiony w trochę inną stronę”.

Było więc pewne, że obywatele pozytywnie odpowiedzą na pytania dotyczące ich życia, a jeśli tak zrobią – to nie będą mieli oporów także w innych kwestiach, by zgodzić się z pomysłodawcą referendum.

Pojawiała się tylko jedna przeszkoda – na referendum musiał wyrazić zgodę parlament. Większość jego członków nie miała zresztą zamiaru sprzeciwiać się planom Łukaszenki. Nie dla wszystkich stanowiły one zagrożenie. Parlamentaryzm na Białorusi był świeżej daty, politycy w tym kraju od niedawna romansowali z demokracją i nie do końca widzieli niebezpieczeństwo w zwiększonych pełnomocnictwach prezydenta. Zresztą wielu z nich podobały się pozostałe propozycje, poza tym tak jak większość społeczeństwa deputowani odczuwali nostalgię za Związkiem Radzieckim i mówili na co dzień po rosyjsku.

A jednak owego pamiętnego 11 kwietnia 1995 roku, gdy lider Białoruskiego Frontu Ludowego Zianon Paźniak w dramatycznym wystąpieniu ogłosił głodówkę i blokadę trybuny w geście protestu przeciw narzucanemu referendum, pozostali członkowie parlamentu nie zdecydowali się, by mimo to wyrazić zgodę na powszechne głosowanie. Parlament w większości składał się z politycznej magmy pozbawionej własnego zdania i gotowej ustąpić przed tymi, którzy są zdeterminowani. Paźniak był zdeterminowany.

Zdecydowany był także Łukaszenka – gdy w nocy budynek parlamentu opustoszał i została w nim właściwie tylko garstka głodujących deputowanych, wysłał przeciw nim uzbrojone oddziały. Kiedy wiele lat później rozmawialiśmy o tych zajściach z jednym z ówczesnych liderów Białoruskiego Frontu Ludowego Lawonem Barszczeuskim, ten nie miał wątpliwości, że pobicie deputowanych było najprawdziwszym zamachem stanu, a wszystko, co nastąpiło później, tylko jego następstwem. Twarz Barszczeuskiego, spokojnego tłumacza, intelektualisty, do dziś zdaje się przypominać o tamtym wydarzeniu, kiedy co pewien czas pojawia się na niej coś w rodzaju nerwowego tiku.

Oczywiście zamach stanu mógłby się nie udać, gdyby praworządność znalazła nazajutrz obrońców. Tak się jednak nie stało. Nazajutrz pokrzywdzonych deputowanych milicja nie chciała wpuścić do sali obrad i musieli się tam wedrzeć siłą. To posiedzenie Rady Najwyższej zdominowały dyskusje o zajściach poprzedniej nocy, przeważały oczywiście głosy oburzenia, ale… na tym właściwie się skończyło. Łukaszenka, którego obecności się domagano, nie pofatygował się do parlamentu. Wezwał do siebie przewodniczącego Rady Najwyższej, co już samo w sobie ustawiło całe spotkanie. Potem publicznie stwierdził, że deputowanych opozycji wyciągnięto z parlamentu dla ich dobra, sugerował też, że zrobili sobie wówczas małą bibkę. Obiecał upublicznić nagranie z feralnej nocy, by wszyscy zobaczyli, że nikomu nie spadł włos z głowy, ale nigdy tego nie uczynił.

Pozostali deputowani nie podjęli już żadnych starań, by pociągnąć Łukaszenkę do odpowiedzialności. Co więcej, wystraszeni, zgodzili się na przeprowadzenie referendum.

Nie po raz pierwszy i nie ostatni Łukaszenka osiągał swoje nie tylko dzięki determinacji, ale także dlatego, że mu na to pozwolono. Rok wcześniej wygrał wybory prezydenckie, bo jego kontrkandydaci byli skłóceni i podzieleni, a teraz już jako prezydent mógł sięgać po władzę absolutną, bo ci, którzy mogli stanąć mu na drodze, ustępowali. Choćby w tym momencie należy wskazać na odpowiedzialność białoruskich elit za autorytaryzm, który zrodził się w ich kraju.

Referendum i jednoczesne wybory parlamentarne, bo właśnie kończyła się kadencja wybranej jeszcze w czasach radzieckich Rady Najwyższej, zbliżały się wielkimi krokami. Kampania odbywała się pod dyktando prezydenckiej propagandy. Łukaszenka już wcześniej zagwarantował sobie pełne panowanie w przestrzeni medialnej.

Pół roku wcześniej bowiem, pod koniec 1994 roku i raptem kilka miesięcy po objęciu rządów, groźbami i prośbami doprowadził do tego, że gazety nie wydrukowały przemówienia jednego z opozycyjnych posłów, Siarhieja Antonczyka, który wyciągnął na światło dzienne przypadki korupcji w państwie. O Antonczyku – niezwykle impulsywnym mężczyźnie – mówi się na Białorusi, że „chciał zostać Łukaszenką bis”. Łukaszenka, który sam zdobył ogromną popularność, wygłaszając swego czasu w parlamencie antykorupcyjny raport otwierający mu drogę do prezydentury, wiedział, że nikomu innemu nie może pozwolić na podobną akcję. Wówczas w geście protestu wydrukowano gazety z całymi pustymi stronami; może gdzie indziej taka postawa dziennikarzy wstrząsnęłaby opinią publiczną, ale życie polityczne na Białorusi z tego powodu nawet nie drgnęło. Skończyło się na jednorazowej akcji. Od tej pory dziennikarze, widząc, że ani w społeczeństwie, ani wśród innych polityków nie znajdą wsparcia, byli coraz posłuszniejsi woli prezydenta.

Podczas pierwszego roku rządów Łukaszenka zdołał podporządkować sobie także telewizję i radio. A gdy ktoś mu przeszkadzał, tak jak redaktor naczelny wspomnianej parlamentarnej „Narodnej Haziety”, po prostu doprowadzał do jego usunięcia. Potrzebował tylko kilkunastu miesięcy, by stłumić ewentualny opór dziennikarzy i politycznej konkurencji.

W kampanii referendalnej i wyborczej w 1995 roku miał zatem zdecydowaną przewagę. Przed referendum telewizja wyemitowała film Nienawiść: dzieci kłamstwa – sprytny miks wypowiedzi lidera narodowców Zianona Paźniaka ze zdjęciami faszystów sprzed kilkudziesięciu lat. Film miał dowieść, że w Kuropatach, lasku pod Mińskiem, to nie stalinowcy wymordowali ponad sto tysięcy ludzi w latach trzydziestych XX wieku, ale właśnie zwolennicy Hitlera, i działo się to pod biało-czerwono-białą flagą, tą samą, którą Łukaszenka właśnie chciał usunąć, a której broniła białoruska opozycja.

Łukaszenka triumfował, sam publicznie zachęcał do udziału w referendum i zniechęcał do głosowania w wyborach parlamentarnych, dając do zrozumienia, że nowo wybrani deputowani i tak nie będą się liczyć w polityce.

Czy można się więc dziwić, że w majowym referendum Łukaszenka miał poparcie trzech czwartych Białorusinów? Tymczasem wybory do Rady Najwyższej zakończyły się fiaskiem. Niska frekwencja uniemożliwiała wybór w wielu okręgach, bo zgodnie z ordynacją kandydat, by wejść do parlamentu, musiał zdobyć ponad połowę głosów przy frekwencji powyżej 50 procent. Inaczej miejsce w Radzie Najwyższej pozostawało nieobsadzone i potrzebna była dogrywka. A podległe Łukaszence komisje wyborcze już wiedziały, jak to zrobić, by frekwencja była za niska. W pierwszej turze wyborów nie tylko opozycyjny Białoruski Front Ludowy nie wprowadził nikogo do parlamentu, ale w ogóle cały parlament był sparaliżowany, ponieważ nie wybrano wystarczającej liczby deputowanych. Łukaszenka tylko dolewał oliwy do ognia, mówiąc w telewizyjnym wystąpieniu:

Nie będę na nikogo głosował. Na nikogo! Wszyscy i tak oszukają. Jedni odeszli z przywilejami, drudzy przyjdą – zgarną przywileje. I jeszcze mnie będą naciskać. Nie chodzi o to, że jestem przeciwko wyborom. Broń Boże! Ale głosować nie pójdę.

Był to chyba jedyny przypadek w historii, gdy przywódca państwa zniechęcał swoich współobywateli do udziału w życiu publicznym… Oczywiście miał w tym interes, bo gdyby Białorusini nie zdołali wyłonić parlamentu, wprowadzone zostałyby bezpośrednie rządy prezydenckie.

Łukaszenka zaraz po wygranym referendum, w czerwcu 1995 roku, podpisał dekret o zmianie symboliki narodowej, choć formalnie nie miał jeszcze do tego prawa, ponieważ wyniki referendum powinni uznać deputowani. Był to szczegół, którym prezydent już się nie przejmował. Urzędnicy Łukaszenki zrobili sobie przedstawienie: przed kamerą na dachu parlamentu ściągnęli starą flagę i darli ją na kawałki, podpisując się na niej flamastrem. Od tej pory nad gmachami publicznymi powiewać miała niemal identyczna z flagą radzieckiej Białorusi czerwono-zielona flaga (nazwana przez opozycję zachodem słońca nad bagnami), a na ścianach urzędów wisieć miało godło do złudzenia przypominające herb komunistycznej Białorusi: kłosy zboża otaczające coś na kształt kapusty. W barwach zielono-brązowawych.

Andrej Lachowicz, białoruski politolog i analityk:

Łukaszenka pochodzi ze wschodniej Białorusi, w tej części kraju wcześniej niż na zachodzie pojawiły się kołchozy i komunistyczna propaganda. W masowej świadomości społeczeństwa było zakorzenione przekonanie o „zdobyciu” Białorusi najpierw przez Litwinów, następnie przez Polaków i na koniec o „wyzwoleniu”, które przynieśli nam „rosyjscy bracia”.

Tymczasem biało-czerwono-biała flaga i herb Pogoni były symbolami nieznanej historii kraju, demokratycznego rozwoju Białorusi, narodowego odrodzenia. A symbolika zaproponowana przez Łukaszenkę – nawiązująca do czasów radzieckich – była zgodna z jego politycznym i cywilizacyjnym wyborem. Pod tą symboliką łatwo było też określić geopolityczny kurs Mińska, czyli zbliżenie z Rosją.

Aleksander Grigoriewicz, który obiecywał swoim obywatelom, że zrobi wszystko, by żyło im się jak w Związku Radzieckim, wywiązywał się z obietnicy, jak tylko mógł. Był to swoisty powrót do przeszłości, stara radziecka symbolika miała wszystkim uświadomić, że szalone i zwariowane lata demokracji (czyli diermokracji), które nastały po upadku Związku Radzieckiego w 1991 roku, właśnie się skończyły i wszystko wraca do normy: nastaje porządek i każdy ma być posłuszny.

Także centrum polityczne Białorusi wróciło na stare miejsce, Łukaszenka już w kwietniu 1995 roku zapowiedział podczas występu w telewizji:

Prezydent jako głowa państwa powinien zajmować najlepszy budynek, jaki istnieje dziś w naszym państwie. Jest nim była siedziba Komitetu Centralnego, gdzie siedział zbiorowy prezydent. Bo u nas zawsze był prezydent, tylko pod przykrywką partii komunistycznej. Dlatego wprost wam mówię, że rezydencja prezydenta będzie się mieścić w budynku Komitetu Centralnego.

Od tamtej pory betonowy moloch, potężny i pilnie strzeżony gmach administracji prezydenta, który góruje nad okolicą w centrum Mińska, jest symbolem dominacji Łukaszenki w kraju.

Aby także młode pokolenia Białorusinów uczyły się historii na sprawdzonych wzorcach, Łukaszenka wydał dekret zabraniający nauki historii z podręczników wydanych po odzyskaniu przez kraj niepodległości.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?