Łukaszenka

Tekst
Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wódka i ogórki

A nadchodzący czas zmian akurat sprzyjał marzycielom. W Związku Radzieckim trwała pierestrojka. Białoruś opierała się jej najdłużej, jeden z publicystów nazwał nawet tę republikę Wandeą komunizmu. Tak jak mieszkańcy francuskiej Wandei opierali się rewolucji pod koniec XVIII wieku, tak Białorusini nie akceptowali pierestrojki. Młyny historii jednak mełły powoli i do parlamentu udało się wejść także deputowanym Białoruskiego Frontu Ludowego. To za sprawą jej lidera Zianona Paźniaka Białorusini poznali dwa lata wcześniej makabryczną historię położonego na obrzeżach Mińska lasku Kuropaty. Dziś stoi tu wielki supermarket, ludzie kąpią się w pobliskim jeziorku i opiekają mięso na grillu. Pewnie nie wszyscy wiedzą, że to uroczysko położone jest na ludzkich szczątkach. Po opublikowaniu w czasopiśmie „Literatura i Mastactwa” artykułu Zianona Paźniaka i Jauhiena Szmyhalowa Kuropaty. Droga śmierci o masowych rozstrzeliwaniach Białorusinów, ale także obywateli II Rzeczypospolitej w latach stalinowskiego terroru, doszło do wielkiej demonstracji. Ludzie przemaszerowali ławą do leżących pod miastem Kuropat, by symbolicznie uczcić pamięć rodaków zamordowanych w czasach stalinowskiego wielkiego terroru. Nieśli biało-czerwono-białe flagi, skandowali hasła po białorusku. Kiedy Łukaszenka już dojdzie do władzy, to miejsce będzie mu się źle kojarzyć. Wielokrotnie będzie się starał usunąć krzyże z biało-czerwono-białymi flagami postawione tam przez Białorusinów. Ostatnim razem w 2019 roku.

Ale wróćmy do 1988 roku: powstały wówczas Białoruski Front Ludowy był organizacją skupiającą inteligencję, która domagała się większej demokratyzacji życia, ale także kładła nacisk na tradycję narodową – to również było coś zupełnie nowego, bo przecież do niedawna wszędzie lansowano internacjonalizm, a samą białoruskość uważano za symbol zacofania.

Tak rozpoczęło się narodowe odrodzenie Białorusi, która za przykładem innych republik coraz odważniej demonstrowała swoją odrębność od Rosji. Jeszcze poprzedni parlament republiki ustanowił, że język białoruski jest językiem narodowym. Nie można jednak porównywać świadomości Białorusinów ze świadomością narodów bałtyckich czy Ukraińców. Historyk dwudziestowiecznej Białorusi Eugeniusz Mironowicz pisał:

Nawet gdy wiedza o zbrodniach komunistycznych stała się szeroko dostępna, pomniki Lenina, Dzierżyńskiego i innych bohaterów bolszewickich nie znikły z centralnych placów miast białoruskich. Imiona bolszewików odpowiedzialnych za ludobójstwo pozostały w nazwach ulic, kołchozów i zakładów pracy.

Jeszcze podczas wyborów do Rady Najwyższej ZSRR władze zdołały powstrzymać narodowców, ale w wyborach do Rady Najwyższej na Białorusi już nie były w stanie. Próbowano nie dopuścić narodowców do kandydowania, ale po licznych demonstracjach musiano ustąpić. I choć deputowani z organizacji Zianona Paźniaka stanowili raptem około 10 procent wszystkich członków parlamentu, byli zwartą grupą potrafiącą często narzucać zdanie coraz bardziej zdemoralizowanej komunistycznej większości.

Większość tamtego parlamentu można określić mianem „starej partyjnej konserwy”. W ławach deputowanych zasiadali obywatele w ledwie dopinających się brązowych garniturach, czytali gęsto zadrukowane radzieckie gazety, ziewali, kiedy z mównicy płynęła mowa-trawa, której nikt nie słuchał. Pojawienie się młodych polityków pokroju Aleksandra Łukaszenki czy gotowych do ideologicznej walki narodowców było jak powiew świeżego powietrza w zatęchłej sali parlamentu, nawet jeśli czasem oznaczało chaos. Nie ma się czemu dziwić, całe społeczeństwo, ze swoimi nowymi elitami na czele, nie znało procedur demokratycznych.

Wiaczasłau Kiebicz, stary partyjny wyjadacz (i jak pamiętamy, konkurent Łukaszenki w 1989 roku), w swoich wspomnieniach o pierwszym posiedzeniu parlamentu pisał:

Brak doświadczenia w pracy parlamentarnej wpływał na przebieg sesji. Sporo czasu schodziło na dyskutowaniu o drobnych proceduralnych kwestiach. Niektórzy deputowani podchodzili do mikrofonu tylko po to, by zwrócić na siebie uwagę wyborców, mówili nie na temat, kłócili się ze sobą. Prawie dwa dni zeszło na ustalenie porządku obrad.

Wśród tych niedoświadczonych deputowanych był także Łukaszenka, który natychmiast stał się jednym z aktywniejszych polityków w Radzie.

Anatol Labiedźka, wówczas jeden z młodszych deputowanych do Rady Najwyższej, poznał Łukaszenkę właśnie w 1990 roku. Sam Labiedźka był politykiem o dużych ambicjach i wyróżniał się na tle Rady. Młody, przystojny, wykształcony i ubrany nie w brązowy, ale w malinowy czy fioletowy garnitur. Z zawadiackim wąsem.

Labiedźka:

Jego wystąpienia na forum parlamentu były podlewane populistycznym sosem, ale często miały sens! Mówił o konieczności stworzenia niezależnej prasy, niezawisłości sądu. Z czasem zaczął składać bardzo wiele obietnic i nawet się nie zastanawiał, czy można je zrealizować. Mieliśmy do niego ironiczny stosunek. A, no tak, Saszka dorwał się do mikrofonu. To teraz będzie gadać i gadać.

Łukaszenka wyrywał się do głosu niemal na każdym posiedzeniu Rady Najwyższej. Wypowiadał się na każdy temat, znał się na problemach opieki zdrowotnej, transporcie, młodzieży, polityce międzynarodowej i wreszcie na korupcji. Korupcja stanie się zresztą leitmotivem wystąpień Aleksandra Grigoriewicza, a retoryka antykorupcyjna utoruje mu drogę do fotela prezydenckiego.

Siarhiej Antonczyk, jeden z deputowanych do ówczesnego parlamentu, opowiadał nam wiele lat później, że występujący na mównicy Łukaszenka przypominał mu wielką bazarową przekupkę, która dorwawszy się do głosu, wymachiwała wielkimi jak bochny chleba rękoma. I gadała, gadała, gadała.

Powierzchowność Łukaszenki u jednych budziła uśmiech, ale u drugich sympatię. Wielki, wąsaty chłop, ratujący się przed łysiną czesaniem włosów „na pożyczkę”, był najwyraźniej nieokrzesany, nie miał dobrych manier, ale często myślano, że może ma dobrą wolę i szlachetne intencje. Takich jak on w ówczesnym parlamencie Białorusi było zapewne wielu: przyjechali do stolicy z prowincjonalnych miasteczek, byli przekonani, że państwem można rządzić tak, jak kieruje się kołchozem czy niewielką fabryką, wyrywali się do głosu, by o sprawach państwa rozprawiać zgodnie ze swoim „chłopskim rozumem”.

Zrekonstruowanie rzeczywistych poglądów Aleksandra Łukaszenki w tamtym czasie nie jest łatwe. „Jeśli porównać jego publiczne wystąpienia z tamtych lat – z trybuny Rady, w wywiadach i artykułach – z jego zachowaniem i późniejszymi wypowiedziami, można tylko się dziwić, na ile człowiek jest w stanie sam sobie przeczyć” – pisał Alaksandar Fiaduta.

Podczas wyborów na przewodniczącego Rady Najwyższej Łukaszenka aktywnie popierał demokratycznie nastawionego Stanisłaua Szuszkiewicza startującego przeciw kandydatowi komunistycznej większości Mikołajowi Dementejowi. Było to logiczne, Łukaszenka wszedł do parlamentu jako zwolennik walki ze starym systemem. Jednocześnie i Szuszkiewicz, który wówczas przegrał, i Łukaszenka cały czas byli członkami partii. Deputowany ze Szkłowa opowiadał się też za prywatyzacją i dalszą demokratyzacją. Były to wtedy hasła popularne, kojarzyły się z lepszym życiem, choć zapewne niewielu tak naprawdę dokładnie rozumiało, co one oznaczały.

W parlamencie Łukaszenka chciał znaleźć się w partii, w której mógłby sprawować realną władzę, a tej komuniści by mu nie zaproponowali. W starej partii wszystkie stanowiska były już dawno obsadzone, a drogi awansu długie. Łasił się więc Łukaszenka do każdego, kto miał jakieś wpływy i mógł być jego protektorem.

Swietłana Kalinkina:

Sympatyzował z Białoruskim Frontem Ludowym, ale kiedy okazało się, że wszystkie kluczowe stanowiska są w nim już zajęte, zaczął flirtować z komunistami. Żartowano, że Łukaszenka nie ma poglądów: rano jest z narodowcami, wieczorem z komunistami. Wykorzystywał za to każdą okazję, by publicznie wystąpić czy dać wywiad dziennikarzom. To dzięki mediom świat dowiedział się o nim, wówczas dyrektorze sowchozu, deputowanym ze Szkłowa.

Ówczesne obrady parlamentu były relacjonowane na żywo przez radio i telewizję, a mieszkańcy Białorusi, przez dekady komunizmu pozbawieni normalnego życia politycznego, chłonęli te dyskusje z uwagą. Ten, kto częściej pojawiał się przy mikrofonie, stawał się popularniejszy. Łukaszenka niebawem stał się jednym z bardziej rozpoznawalnych polityków w kraju.

Od czasu wyboru na stanowisko deputowanego Aleksander Grigoriewicz mieszkał w mińskim hotelu, ale często zajeżdżał w rodzinne strony. Żony Galiny Rodionowny ani też synów Wiktara i Dymitra nie zabrał do stolicy. Dbał, by wiedza o jego rodzinnym życiu nie przedostawała się na łamy prasy. Z sowchozu przywoził za to do Mińska kartofle, ogórki i samogon. Po skończonych obradach Rady Najwyższej deputowany Łukaszenka zapraszał „na jednego”.

Anatol Labiedźka:

Z jednej strony to był swojski facet, otwarty, komunikatywny. Miał wielu znajomych, szczególnie z obwodu mohylewskiego, ale z drugiej strony nie miał przyjaciół. Nikogo nie dopuszczał do siebie za blisko. Były też tematy tabu związane z Łukaszenką. Nie sposób było dowiedzieć się czegoś o jego żonie i życiu rodzinnym.

Białoruska polityka – tocząca się w kuluarach – polegała nie tylko na piciu wódki z zagryzką, na przykład po obradach deputowani grali w piłkę. Ale i tak po skończonym meczu Aleksander Grigoriewicz wyciągał z walizki samogon i kiełbasę.

Anatol Labiedźka: „Łukaszenka nie umiał grać w zespole. Grał na siebie, a jak coś mu nie wychodziło, strasznie się wkurzał”.

Lawon Barszczeuski, działacz Białoruskiego Frontu Ludowego, tłumacz i literat, opowiadał nam kilka lat temu: „Faulował. Kopał po kostkach albo dawał kuksańca pod żebra”.

Łukaszenka umiał się za to fraternizować. Zabiegał o sympatię. Często przychodził do Michaiła Czyhira, przewodniczącego Banku Rolno-Przemysłowego, później pierwszego premiera pod rządami Łukaszenki w 1994 roku.

 

Czyhir:

Kiedy został deputowanym, chciał pogadać o kwestiach związanych z rolnictwem. W parlamencie toczyły się na ten temat dyskusje, padały różne pytania. Łukaszenka chciał się dokształcić. I trzeba przyznać, uczniem był zdolnym. Po prostu chłonął, co się do niego mówiło. Nigdy nie powiem, że to leń i nieuk. Jemu nie trzeba dwa razy powtarzać.

Jedną z metod pozyskiwania przyjaciół było obdarowywanie ich płodami natury przywiezionymi ze Szkłowa. Deputowanemu Szuszkiewiczowi Łukaszenka ofiarował kiedyś cały bagażnik ogórków.

Nie było to w tamtych czasach zachowanie aż tak dziwne, jak by się polskiemu czytelnikowi mogło wydawać. Białorusini są bardzo przywiązani do wsi. Nieważne, inteligent czy robotnik, prawie każdy ma za miastem daczę z kawałkiem ziemi, na którym uprawia warzywa i owoce, w miastach niektórzy sadzą pomidory przed blokiem. Wielu deputowanych – tak jak Łukaszenka – było dyrektorami kołchozów i sowchozów, a w czasach, gdy pieniądze szybko traciły wartość, płody rolne wydawały się dobrem stałym i pewnym. Wódka i ogórki były sprawdzonym narzędziem w polityce. Wiaczasłau Kiebicz opisał kulisy ważnej rozmowy ze Stanisłauem Szuszkiewiczem z 1991 roku, gdy on był już premierem, a Szuszkiewicz właśnie został szefem parlamentu i trzeba było ustalić wzajemne relacje:

Wyciągnąłem przygotowaną wcześniej butelkę dobrego koniaku i jakąś zagryzkę. Zobaczywszy to skromne nakrycie, Szuszkiewicz oznajmił, że ma ogórki i pomidory samodzielnie marynowane, i co prędzej po nie poszedł. Koniak trzeba było zamienić na wódkę.

Łukaszenka jednak lepiej radził sobie z pozyskiwaniem serc zwykłych Białorusinów niż kolegów parlamentarzystów. Częste wolty i wystąpienia pod publiczkę – a więc w dużej mierze przeciw elicie politycznej – sprawiły, że miał w parlamencie sporo wrogów. Gdy w 1991 roku deputowani wyłaniali ze swojego grona reprezentantów na wspólne posiedzenie z parlamentarzystami z Rosji, Łukaszenka przegrał z kretesem. Jak pisze Waler Karbalewicz, deputowani nie mieli zaufania do Łukaszenki, mówili o nim: „ni wasz, ni nasz”.

Umowy białowieskie

Polityczne życie na Białorusi nabrało tempa latem 1991 roku.

19 sierpnia tego roku miliony obywateli Związku Radzieckiego po włączeniu telewizora zobaczyły na ekranie Jezioro łabędzie Piotra Czajkowskiego. Większość widzów od razu pomyślała, że umarł ktoś ważny, dopiero później okazało się, że doszło do puczu, na którego czele stanął wiceprezydent ZSRR Giennadij Janajew, popierany przez twardogłowych wojskowych i kagiebistów. Michaił Gorbaczow, który akurat przebywał na Krymie na wakacjach, został osadzony w areszcie domowym. Świat wstrzymał oddech, przez chwilę wszystkim wydawało się, że sytuacja jest bardzo groźna i historia może zmienić swój bieg.

Puczyści oznajmiali:

Rodacy! Obywatele Związku Radzieckiego! W trudnej, krytycznej dla losów Ojczyzny i naszych narodów godzinie zwracamy się do Was! Nad naszą wielką Ojczyzną zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo! Rozpoczęta z inicjatywy Michaiła Siergiejewicza Gorbaczowa polityka reform, pomyślana jako narzędzie zabezpieczenia dynamicznego rozwoju państwa i demokratyzacji życia społecznego, z wielu przyczyn znalazła się w ślepym zaułku.

Początkowo nikt nie wiedział, jakimi siłami ta grupa dysponuje, i wydawało się bardzo prawdopodobne, że puczyści zdołają przejąć władzę w upadającym imperium. Na zwolenników demokratyzacji padł blady strach.

Wstrzymano oddech także na Białorusi, gdzie większość partyjnych aparatczyków po cichu sympatyzowała z puczystami. Gdy jednak dzięki telewizji cały świat zobaczył, jak tym zbuntowanym politykom trzęsą się ze strachu ręce, i gdy Borys Jelcyn z tysiącami mieszkańców Moskwy stawił im opór, wszyscy zrozumieli, że demokratyzacji nie da się powstrzymać.

Na Białorusi wśród działaczy partyjnych zapanowała panika. Obawiano się, że teraz Jelcyn będzie się mścił na tych, którzy patrzyli na pucz przychylnym okiem. Demoralizacja komunistów była całkowita. W Radzie Najwyższej doszło do awantury – pierwszego sekretarza Komunistycznej Partii Białorusi przegnano z mównicy, inny wysoki działacz partyjny z atakiem serca wylądował w szpitalu. Spanikowani komuniści postanowili szybko się przefarbować. 25 sierpnia Rada zagłosowała za ogłoszeniem niepodległości Białorusi, dzięki czemu białoruscy komuniści nie musieli się obawiać Jelcyna, a dzień później cały rząd Wiaczasłaua Kiebicza wystąpił z partii, podważając tym samym zasadę jej kierowniczej roli. 29 sierpnia 1991 roku Rada Najwyższa Białorusi zawiesiła działalność partii komunistycznej.

W tym czasie to narodowcy nadawali ton w polityce i 18 września Białorusini zdołali przeforsować kandydaturę Stanisłaua Szuszkiewicza na przewodniczącego Rady Najwyższej. Tego samego dnia, 19 września 1991 roku, dzień po tym, jak profesora fizyki wybrano na szefa parlamentu, deputowani zdecydowali o zmianie nazwy kraju na Republika Białoruś i ustanowieniu nowych symboli narodowych. Od tej pory flaga Białorusi miała być biało-czerwono-biała, a godłem państwowym została Pogoń.

Jak w tych dniach zachowywał się Aleksander Łukaszenka? Opowiedział się przeciwko puczowi i za zmianą państwowej symboliki. Był nawet w honorowym poczcie deputowanych wnoszących na salę Rady Najwyższej biało-czerwono-białą flagę. Choć niektórzy są zdania, że znalazł się tam przypadkowo.

Jak wspomina Alaksandar Fiaduta, wtedy działacz Komsomołu, który po upadku puczu okazał się tak samo niepotrzebny jak partia, Łukaszenka potrafił już łowić ryby w politycznym stawie:

W ostatnich dniach września udało nam się zebrać plenum Komitetu Centralnego Komsomołu, żeby omówić kwestie dalszego istnienia organizacji. Na to plenum nie przyszedł żaden z deputowanych, których swego czasu wysunął do parlamentu Komsomoł. Ale za to przyszedł Aleksander Łukaszenka. Wydaje mi się, że wszyscy to zapamiętali.

Wyszedł na trybunę ogromny, silny, pełen wiary w siebie. Jego wypowiedź była zagmatwana, ale sens jasny: ludzie, was obrażono. Z żadnym puczem nie macie nic wspólnego. Chodźcie do nas, bądźcie młodzieżowym zapleczem grupy Komuniści na rzecz Demokracji. My was obronimy, poprzemy. Ojczyźnie potrzebna jest silna organizacja młodzieżowa.

Łukaszenka miał wówczas wiele takich wystąpień, podczas wszystkich robił wrażenie młodego, rzutkiego i chętnego do pracy deputowanego.

To zachowanie oraz wcześniejsze wypowiedzi popierające wolny rynek stawiałyby Łukaszenkę w awangardzie przemian. W rzeczywistości okres puczu Janajewa był szczytowym punktem jego prodemokratycznej działalności. Wkrótce Łukaszenka przesunie się na pozycje obrony zdobyczy realnego socjalizmu i dawnego ustroju. Dlaczego tak się stanie? Pewną wskazówką mogą być nastroje społeczne. Łukaszenka wiedział przecież, że – zgodnie z wynikami referendum z 17 marca 1991 roku – 83 procent Białorusinów opowiadało się za pozostaniem w Związku Radzieckim. Można było przewidywać, że ekonomiczne trudności pierwszych lat samodzielności będą sprzyjać nastrojom nostalgii za przeszłością. A tam, gdzie były nastroje społeczne, zawsze starał się być Łukaszenka.

Wbrew woli mieszkańców i swojej elity Białoruś stała się jednak państwem niepodległym, a superpaństwo, w którym Białorusini chcieli żyć, zakończyło żywot już w grudniu 1991 roku.

Choć niepodległość zaskoczyła Białorusinów i wcale nie była celem ich marzeń, paradoksalnie o dalszych losach Związku Radzieckiego zdecydowano właśnie na Białorusi, w Wiskulach leżących w Puszczy Białowieskiej. W rezydencji radzieckich genseków, słynnej z polowań zakrapianych wódką, spotkali się: Borys Jelcyn ze strony rosyjskiej, Leonid Krawczuk ze strony ukraińskiej oraz Stanisłau Szuszkiewicz – białoruskiej, i podpisali dokument o rozpadzie ZSRR oraz powołaniu nowego ciała: Wspólnoty Niepodległych Państw.

Jak doszło do tego historycznego spotkania? Tu musimy się cofnąć o kilka miesięcy. Przez cały bowiem 1991 rok Michaił Gorbaczow, prezydent Związku Radzieckiego, próbował powstrzymać nieuchronny rozpad imperium. Pierestrojka poszła w zupełnie innym kierunku, niż zamierzał, a gdy w styczniu 1991 roku wysłał czołgi przeciw cywilom w Wilnie domagającym się niepodległości Litwy, jego wiarygodność bardzo ucierpiała. Gorbaczow próbował jeszcze przekonać przywódców radzieckich republik do stworzenia nowej konfederacji suwerennych państw, zapraszał ich pod Moskwę, do Nowo-Ogariowa. Spotkanie miało się odbyć 20 sierpnia 1991 roku, ale dzień wcześniej w Moskwie doszło do puczu wojskowego. Szybko zdławiony zamach obnażył przy okazji słabość Gorbaczowa, a więc i nierealność jego pomysłów. Inicjatywę w Moskwie przejął Borys Jelcyn. Gorbaczow organizował jeszcze kolejne spotkania w Nowo-Ogariowie, ale ich efekt był mizerny. Przywódcy republik, które wybijały się na niepodległość, mieli już przed oczami fotele prezydenckie i realną władzę, a nie – jak dotąd – namiestniczą. Wszyscy oni do niedawna byli partyjni, wierzyli w ZSRR i jeszcze niedawno mówiąc o suwerenności, mieli na myśli jedynie wyższość prawa swych republik nad prawem związkowym. Tymczasem z każdym miesiącem społeczne postulaty były coraz radykalniejsze, a równocześnie radykalizowali się lokalni politycy.

Borys Jelcyn, który jako przywódca Rosji coraz bardziej zdecydowanie wchodził w kompetencje Michaiła Gorbaczowa, zaczął walczyć o interesy swego powstającego państwa. Chciał skończyć z dawnymi rozliczeniami między republikami związkowymi. Chodziło przede wszystkim o handel surowcami.

„W pewnym momencie Rosjanie stwierdzili, że za ropę i gaz chcą pieniędzy. A płacić nie było czym” – opowiadał nam kilka lat temu Stanisłau Szuszkiewicz.

Dawniej wyglądało to tak, że kiedy Mińsk miał uzgodnić jakieś kwestie z Moskwą, premier Białorusi Wiaczasłau Kiebicz zabierał kilka skrzynek białoruskiej wódki i udawał się do stolicy Rosji, by zawrzeć porozumienie. Teraz trzeba było wymyślić coś nowego. Podczas jednego ze spotkań w Nowo-Ogariowie Szuszkiewicz zaprosił Jelcyna na Białoruś.

Gdy przywódca Ukrainy Leonid Krawczuk dowiedział się o planowanej wizycie Jelcyna na Białorusi, pomyślał, że samemu byłoby dobrze znaleźć się w tym towarzystwie. Szuszkiewicz: „Premier Kiebicz odebrał telefon z Ukrainy. Spytano go, czy Leonid Makarowycz też może przyjechać na Białoruś. Oczywiście zgodziliśmy się”.

Mała i zawsze senna republika była najlepszym miejscem na spotkanie trzech przywódców. W wielkich metropoliach – Moskwie, Kijowie – byłoby trudno spokojnie rozmawiać. Wścibscy dziennikarze, plotki. Stolice narzucają rozmowom dyplomatyczny ton. Białorusini zdecydowali się przyjąć gości w Wiskulach – zatopionej w dziczy przyrody myśliwskiej rezydencji w Puszczy Białowieskiej.

Stanisłau Szuszkiewicz:

Nigdy wcześniej tam nie byłem. Piękne miejsce. Następnego dnia, 8 grudnia, usiedliśmy w szóstkę do rozmów. Nikt z nas wtedy nie myślał, że zebraliśmy się, żeby rozwalić Związek Radziecki. Chcieliśmy omówić tylko problemy, jakie narzucała sytuacja gospodarcza. Ale one pociągały za sobą kwestie polityczne.

Rozmowy nie były rejestrowane, protokołowane ani nagrywane – o ich spontaniczności świadczy fakt, że w Wiskulach nie było nawet stenotypistki z maszyną do pisania i w pewnym momencie trzeba ją było ściągnąć z położonego nieopodal kołchozu.

Do stołu zasiedli przedstawiciele tych samych państw, które prawie siedemdziesiąt lat wcześniej podpisały „umowę związkową” i dały początek Związkowi Radzieckiemu. Zaczęła się żywa dyskusja. Rosjanie przywieźli ze sobą ekspertyzę prawną, która uprawniała Rosję, Ukrainę i Białoruś do wypowiedzenia umowy o utworzeniu ZSRR.

Stanisłau Szuszkiewicz:

Ktoś powiedział, że jeśli chcemy coś ustalić w związku z dostawami energii między republikami radzieckimi, to powinniśmy to uczynić w obecności Gorbaczowa. Wtedy Jelcyn poważnym głosem zadał pytanie: „A kim jest Gorbaczow? Bo ja jestem prezydentem Rosji, a on?”.

Te słowa dodały zebranym pewności siebie. Bo rzeczywiście, Rosja, Ukraina i Białoruś miały już deklaracje niepodległości. Były nowymi podmiotami prawa międzynarodowego.

Szuszkiewicz: „Miałem tę myśl w głowie, że de facto ZSRR już nie istnieje. Że jest to fikcja. Ale wypowiedzieć to na głos…”.

I tak zapisano:

My, Republika Białoruś, Federacja Rosyjska, Ukraina, jako państwa założycielskie ZSRR, które podpisały Układ Związkowy z 1922 r., stwierdzamy, że ZSRR jako podmiot prawa międzynarodowego i jako zjawisko geopolityczne przerywa swoje istnienie.

W Wiskulach więc ZSRR faktycznie przestał istnieć, choć formalnie stało się to dopiero wtedy, gdy parlament każdej z trzech republik zatwierdził dokument z puszczy. Deklaracja została zapisana w trzech językach: po białorusku, rosyjsku i ukraińsku. Stanowiła jeden z czternastu punktów umowy białowieskiej. Kolejne mówiły między innymi o powołaniu Wspólnoty Niepodległych Państw. Wszystkie zostały potem zmienione i przeredagowane. Wszystkie prócz tego najważniejszego.

 

Szuszkiewicz:

Nic nie czułem, podpisując ten dokument. Nie wierzę w historyczne znaczenie chwili. Po prostu wzięliśmy i podpisaliśmy. Wiedziałem, że przesądzamy o rozwaleniu Związku Radzieckiego, jednak myśl ta nie dochodziła do mnie w pełni.

Teraz trzeba było zawiadomić najbardziej zainteresowanego, czyli Michaiła Gorbaczowa. Zdecydowano, że powinien to zrobić gospodarz. Postanowiono też zadzwonić do Białego Domu. Z prezydentem Stanów Zjednoczonych George’em Bushem rozmawiał Jelcyn.

Kiedy Szuszkiewicz powiedział Gorbaczowowi, z czym dzwoni, przywódca ZSRR spytał: „A czy pan sobie wyobraża, jak to przyjmie międzynarodowa społeczność?”. Białorusin odparł: „Bardzo dobrze przyjmie. Borys Nikołajewicz właśnie powiedział o tym Bushowi”.

Według Szuszkiewicza w słuchawce zapadła wtedy cisza. Ale będący wówczas w Wiskulach premier Białorusi Wiaczasłau Kiebicz we wspomnieniach zapisał, że Gorbaczow zaczął krzyczeć z wściekłości.

Złość prezydenta Związku Radzieckiego na nic się zdała.

21 grudnia 1991 roku podczas szczytu w Ałma Acie do utworzonej w Wiskulach Wspólnoty Niepodległych Państw dołączyły republiki azjatyckie oraz Armenia i Mołdawia.

Cztery dni po spotkaniu w Kazachstanie, 25 grudnia wieczorem, Michaił Gorbaczow ustąpił ze stanowiska prezydenta ZSRR. Był pierwszym i ostatnim człowiekiem, który pełnił ten urząd. Chwilę potem na Kremlu spuszczono czerwoną flagę. Był to formalny i definitywny koniec Związku Radzieckiego. Tym samym rozpoczął się nowy rozdział historii. Także historii Białorusi.

Niemal natychmiast po ustaleniach w Białowieży Rada Najwyższa Republiki Białoruś ratyfikowała je z jednym głosem sprzeciwu. Choć w tamtym czasie Aleksander Łukaszenka nosił w klapie marynarki flagę Związku Radzieckiego, poparł rozpad ZSRR i powstanie niepodległej Białorusi. Jednak wkrótce, na fali społecznej nostalgii za ZSRR, Łukaszenka będzie się chwalić, że jako jedyny deputowany w białoruskim parlamencie głosował przeciwko ratyfikacji umowy białowieskiej. Była to nieprawda. Łukaszenka jedynie wstrzymał się od głosu, przeciw był inny deputowany.