Łukaszenka

Tekst
Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dziadek Mróz i Śnieżynka

W Związku Radzieckim lat siedemdziesiątych XX wieku trwał breżniewowski zastój, mało kto myślał, że kiedyś będzie inaczej, o pierestrojce nawet się nie śniło. W atmosferze takiego marazmu mijało dzieciństwo Łukaszenki. Można sobie tylko wyobrażać, jak przygnębiająca musiała być wówczas białoruska wieś – uboga, odcięta od świata, bez asfaltowych dróg, często bez prądu i bieżącej wody. Tymczasem w gazetach oglądało się zdjęcia obwieszonego medalami Leonida Breżniewa i jego komandy, podstarzałe kierownictwo Kraju Rad podejmowało coraz głupsze decyzje: zatrzymano proces destalinizacji rozpoczęty przez Nikitę Chruszczowa, wzmocniono cenzurę i walkę z myśleniem niezgodnym z linią partyjną. W niewielkim stopniu dotyczyło to Białorusi, bo choć w Związku Radzieckim byli „inaczej myślący”, czyli dysydenci, i za Breżniewa wypełniły się nimi słynne psychuszki, to na Białorusi był tylko jeden dysydent, którego zresztą i tak więziono w Moskwie, i dziś o żyjącym na emigracji Michaile Kukobace w rodzinnym kraju mało kto pamięta. A przeszedł piekło, bo u niego, tak jak u innych dysydentów, zdiagnozowano „schizofrenię bezobjawową” – chorobę znaną jedynie radzieckiej psychiatrii. „Chorych” leczono, owijając ich mokrymi prześcieradłami, które kurczyły się, wysychając, a to powodowało ból nie do zniesienia.

Breżniew robił porządek nie tylko na własnym poletku, marzył o eksporcie rewolucji, sponsorował proradzieckie reżimy na Kubie i w Wietnamie, chciał, by władza radziecka miała wpływy w Trzecim Świecie: Etiopii, Mozambiku, Angoli i Afganistanie. Zdecydował się na interwencję zbrojną w Czechosłowacji w 1968 roku, a uwieńczeniem jego imperialnej polityki było wejście wojsk radzieckich do Afganistanu w 1979 roku – to znów odniesienie do Białorusi, bo choć w wojnie afgańskiej walczyli żołnierze z całego ZSRR, to dekadę później najsłynniejsza białoruska pisarka Swietłana Aleksijewicz wyda książkę Ołowiane żołnierzyki o chłopakach rzuconych na tamtą wojnę, w dużej liczbie Białorusinach. W Mińsku matki i żony poległych czy okaleczonych Afgańców wytoczą pisarce proces o kłamstwo. Ale podczas procesu będą z płaczem przyznawać, że wszystko w tej książce to „prawda, sama prawda”.

Jednak na co dzień Białorusini żyli trochę obok polityki. Mała senna republika ciężko pracowała i była przekonana, że karmi Moskwę, wysyłając do niej wagony mięsa i zboża. Białoruś była Związkiem Radzieckim w miniaturce – krajem zbudowanym po wojnie w pośpiechu, brzydkim i betonowym, straszącym socrealizmem. Tej brzydoty nie dawało się niczym zamaskować – historyczne budowle, takie jak zamek Radziwiłłów w Mirze czy ceglany kościół w Mińsku, to przykłady niewielu budowli świadczących o tym, że przed socrealizmem coś jednak zbudowano. Gdyby jednak ich nie było, przybyszowi z zewnątrz wydawałoby się, że znalazł się w wymyślonej naprędce krainie Orwella. Białoruś szczyciła się swoją produkcją: słynnymi w całym Związku Radzieckim lodówkami Minsk, które głośno buczały, pożerając tyle prądu co elektrownia, traktorami, wielkimi ciężarówkami i rowerami. Było tu brzydko, ale zarazem tak spokojnie i sielsko, że emerytowani mieszkańcy innych republik przeprowadzali się właśnie na Białoruś.

Tymczasem Łukaszenka w rodzinnej wiosce codziennie pokonywał pięciokilometrowy dystans do szkoły, gdzie jako szczupły dryblas wyróżniał się wzrostem, ale w nauce pozostawał przeciętniakiem. Sam twierdzi, że był wyjątkowo uzdolniony muzycznie, w jednym z wywiadów powie: „Skończyłem szkołę muzyczną w klasie harmonii. Potrafiłem śpiewać, pisałem wiersze. Jednym słowem, byłem pierwszym chłopakiem we wsi. Żadna impreza czy wesele nie mogły się beze mnie odbyć”.

Zresztą w kampanii prezydenckiej w 2001 roku zagrał na harmonii i zaśpiewał piosenkę.

Ze szkolnymi latami Łukaszenki wiąże się historia jak z telenoweli: grali razem w przedstawieniu, on, Sasza Łukaszenka, był Dziadkiem Mrozem, ona, Gala Żelnierowicz – Śnieżynką. W ten sposób Łukaszenka poznał swoją przyszłą żonę, dziś Galinę Rodionownę Łukaszenkę. Podobno zakochał się w rok młodszej koleżance, córce nauczycielki, od pierwszego wejrzenia. Była ładna, spokojna, ułożona, dobrze się uczyła. Nie wiedziała, że romans, a później małżeństwo ze szkolnym kolegą przysporzy jej tyle cierpienia. Przecież Łukaszenka starał się o jej rękę najlepiej, jak potrafił: przychodził z kwiatami, pożyczał książki do nauki, chciał zyskać uznanie jej matki. Ale po ślubie szybko zaczął zdradzać żonę, po kołchozie wciąż chodziły plotki, z kim tym razem spędził noc Aleksander Grigoriewicz. A później – już jako prezydent – Łukaszenka zamknie żonę w areszcie domowym i zrobi dziecko swojej współpracownicy.

W 1971 roku Łukaszenka skończył szkołę średnią i został studentem historii Mohylewskiego Instytutu Pedagogicznego. Na studiach musiał radzić sobie sam, bo matka, choć pracowała do 1983 roku (nawet po odejściu na emeryturę), zarabiała tylko na siebie i nie byłaby w stanie utrzymać syna. Łukaszenka dostawał stypendium i 10 rubli za „prace społeczne”. Wspomina, że dorabiał rozładowywaniem pociągów towarowych, a w studenckich czasach może raz był w restauracji – to był luksus nie na jego kieszeń.

Duch działacza odezwał się w Łukaszence już na studiach, na drugim roku zaczął się udzielać w organizacjach studenckich. Jego koledzy z tamtych lat wspominają, że Łukaszenka zawsze wiedział, jak zakombinować, urządzić się, był też pamiętliwy – jeśli się z kimś pokłócił, nie miał ochoty się godzić.

Komsomolec

W 1975 roku Łukaszenka obronił dyplom, wrócił w rodzinne strony, do rejonu szkłowskiego, i ożenił się ze Śnieżynką ze szkolnego przedstawienia Galiną Rodionowną. Pierwszym miejscem pracy Aleksandra Grigoriewicza był szkolny Komsomoł w Szkłowie, ale nie zagrzał tam długo miejsca. Otrzymał wezwanie do wojska, trafił na zachód kraju, do wojsk przygranicznych w Brześciu. Być może właśnie tam poznał Wiktara Szejmana, wycofanego milczka, człowieka, który prawie od początku kariery politycznej Łukaszenki będzie jego najwierniejszym i najbliższym współpracownikiem i nie zawaha się dla niego wypełnić żadnego rozkazu, nawet jeśli będzie to zlecenie morderstwa.

Jako młody sierżant Łukaszenka znów kręcił się koło Komsomołu. Przez kilka lat starał się zrobić karierę w tej organizacji, w Związku Radzieckim była to bowiem trampolina do władzy i wpływów. Tacy ludzie jak Michaił Chodorkowski, kiedyś milioner o politycznych ambicjach i niezwykle wpływowy człowiek w Rosji, do niedawna więzień prezydenta Władimira Putina, piszący za kratami książki, czy też ukraińska polityczka Julia Tymoszenko, która fortuny dorobiła się na pośrednictwie przy sprzedaży gazu, również do niedawna przebywająca w areszcie, byli w tamtych latach właśnie działaczami Komsomołu. Łukaszenka poszedł jeszcze dalej: w 1979 roku wstąpił do Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Z karierą mu się jednak nie wiodło, chciał być na pozycji rozgrywającego, a okazywało się, że zarówno w Komsomole, jak i w partii może być jedynie rezerwowym.

Swietłana Kalinkina, białoruska dziennikarka, współautorka książki o Łukaszence, pisze:

Szukał miejsca, w którym uda mu się grać pierwsze skrzypce. Pochodził z małej wioski, z biednej rodziny, wychowywał się bez ojca, i może to wszystko sprawiło, że w młodości pragnął zostać kimś. Często zmieniał więc pracę, nigdzie nie przepracował więcej niż dwa–trzy lata na jednym stanowisku.

Łukaszence sprzyjała epoka. Nowe szło powoli, ale nadciągało – w Moskwie za kilka lat rozpocznie się pierestrojka, która umożliwi zrobienie kariery aparatczykom w rodzaju Aleksandra Grigoriewicza.

Być może zakrawa to na kpinę historii, ale tak jest naprawdę: Aleksander Łukaszenka zawdzięcza swoją karierę pierestrojce Michaiła Gorbaczowa. Tej samej pierestrojce, która milionom ludzi w innych krajach przyniosła wolność i nadzieję na lepsze jutro. Na Białorusi z pierestrojki skorzystał tylko jeden człowiek.

Biografia Aleksandra Łukaszenki to krzywe zwierciadło marzeń demokratów z Europy Środkowej i Wschodniej. Najpierw to właśnie dzięki pierestrojce i demokratyzacji w ogóle stał się politykiem, jego wybór na prezydenta był z kolei efektem demokratycznego buntu przeciw poradzieckiej nomenklaturze, a model gospodarczy, jaki Łukaszenka stworzył na Białorusi, to próba modernizacji gospodarki bez rozstawania się z socjalizmem i wyrzucania ludzi na bruk.

Gdyby nie Michaił Gorbaczow i jego głasnost, skory do konfliktów lokalny działacz partyjny i kierownik sowchozu zapewne ugrzązłby w nomenklaturowych układach i układzikach, wiele nie osiągając. To właśnie tak chwalona przez cały świat pierestrojka stworzyła Aleksandra Łukaszenkę takiego, jakiego znamy dziś.

Jeden z biografów Łukaszenki, politolog Waler Karbalewicz pisał o nim:

Zrozumiał i poczuł, że nadszedł jego czas. Pierestrojka była polityczną rewolucją. Krok po kroku łamała stary kadrowy system, dawne mechanizmy i zasady awansów. Im bardziej radykalne zmiany, tym bardziej przewracają społeczną piramidę do góry nogami. Tak jak w każdej rewolucji – „kto był nikim, ten będzie wszystkim”. I Łukaszenka – oczywisty margines radzieckiego systemu – od razu znalazł się w awangardzie przemian.

Pierestrojka w Związku Radzieckim dała bowiem szansę nie tylko demokratom i dysydentom, ale także tym wszystkim, którzy chcieli się „dorwać” do władzy i pieniędzy. Zresztą patrząc z perspektywy ponad trzech dekad, można zauważyć, że demokraci nie wykorzystali na dłuższą metę swojej szansy w żadnym z krajów, który należał do Związku Radzieckiego, z wyjątkiem państw bałtyckich. Ci, którzy chcieli władzy i pieniędzy, poradzili sobie lepiej. Był wśród nich Aleksander Łukaszenka.

Łukaszence nie wiodło się aż do spotkania z Wasylem Leonowem, które wiele w jego życiu miało zmienić, choć dopiero za jakiś czas. Leonow zajmował się rolnictwem w szkłowskim oddziale partii. W 1979 roku podczas jakiegoś zebrania przedstawiono mu młodego, ale już lekko łysiejącego chłopaka, otwartego, łatwo nawiązującego kontakt, uśmiechniętego od ucha do ucha, który nagle postanowił zostać… dyrektorem sowchozu. To spotkanie nie tylko sprawiło, że Łukaszenka przekonał się, którędy wiedzie droga do kariery. Także Leonow zapamięta je na długo, stał się bowiem jedną z pierwszych ofiar Aleksandra Grigoriewicza (Łukaszenka zaraz po objęciu fotela prezydenta dał mu posadę ministra rolnictwa, a trzy lata później rozpętał przeciwko Leonowowi nagonkę i wtrącił go do aresztu). Ale po kolei. Tamtą rozmowę białoruscy biografowie Łukaszenki rekonstruują następująco:

 

Leonow zapytał:

– Jakie jest pańskie wykształcenie?

– Nauczyciel – usłyszał.

– To dlaczego nie chce pan pracować w swoim zawodzie?

– Urodziłem się na wsi i chcę zarządzać gospodarstwem.

Sowchozy i kołchozy, które zapełniały wiejski, płaski jak stół krajobraz Białorusi, były dla radzieckich mieszkańców wsi centrum ich świata. Były to gospodarstwa rolne, w których rolnicy wspólnie pracowali dla dobra ojczyzny. W sowchozach ziemia należała do państwa i ich dyrektorzy mieli sporą władzę, kołchozy formalnie były „dobrowolnymi” zrzeszeniami rolników – na zasadzie: wspólnie możemy więcej – i kierowały się, przynajmniej w założeniu, wewnętrzną demokracją. Dla prostego człowieka z radzieckiej prowincji szczytem kariery wydawało się wejście do kadr kierowniczych takiego gospodarstwa. I tu przekonamy się, że jak długo wspominana już pierestrojka nie stworzy dalszych możliwości, tak długo także Łukaszenka nie będzie marzyć o niczym innym.

Zdał sobie jednak sprawę, że z humanistycznym wykształceniem wiele nie zdziała, zaczął więc zaoczne studia ekonomiczne. Naukę przerwało kolejne wezwanie do armii, w latach 1980–1982 Łukaszenka służył pod Mińskiem.

Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku Aleksander Grigoriewicz bardzo często zmieniał pracę. Wszędzie bowiem, gdzie się znalazł, popadał w konflikty. Waler Karbalewicz zwraca uwagę, że przez wiele lat nie powierzano mu kierowniczych stanowisk. Zwrot w karierze Łukaszenki nastąpił w 1985 roku, kiedy został sekretarzem komórki partyjnej w kołchozie imienia Lenina, co utorowało mu drogę do wymarzonej posady dyrektora sowchozu Gorodiec w Szkłowie.

Dyrektor z sukcesem

Mianowanie dyrektorem sowchozu Gorodiec w marcu 1987 roku było dla Łukaszenki jak podmuch wiatru w żagle. Został panem na gospodarstwie. Był wreszcie pierwszy i najważniejszy, a pracownicy sowchozu niebawem mieli się przekonać na własnej skórze, kto tu rządzi. Dyrektor zabrał się do wprowadzania nowych porządków: zarządził abstynencję i dyscyplinę pracy. Po sowchozie jeździł traktorem albo się wolno przechadzał. W bani jeszcze uważniej nastawiał ucha: chciał wiedzieć, kto z kim sypia, kto z kim robi interesy, kto jest pracowity, a kto leń, kto wynosi własność państwową. Dyscyplinę przyjąć było trudno, bo wcześniej żyło się według zasad: praca nie zając, nie ucieknie i czy się stoi, czy się leży, tysiąc pięćset się należy. A Łukaszenka chciał dobrych wyników. I to szybko.

Na własnej skórze odczuł to Władimir Bandurkow, mechanik sowchozu Gorodiec.

W październikowe popołudnie Bandurkow i Podolski (też pracownik sowchozu) skończyli pracę i żeby uczcić ten fakt, kupili po butelce taniego wina Agdam na głowę. Zasiedli na ławce i rozkoszując się jesiennym ciepłem, pociągali łyk za łykiem, kiedy nagle pojawił się samochód Łukaszenki. Dyrektor już z daleka musiał wyglądać na rozeźlonego, bo głośno klął, a kiedy tylko wysiadł z auta, nie wdając się w dyskusje, z pięści walnął Bandurkowa w twarz. Bandurkow upadł. Trzy dni później, z podbitym okiem, zawiadomił o pobiciu milicję.

Wprawdzie postępowanie karne zostało wszczęte, ale sprawa rozeszła się po kościach, a później – przebijając się do wielkiej polityki – Łukaszenka zadbał, żeby to wydarzenie (podobnie jak wiele innych) zostało wymazane z jego oficjalnej biografii.

Białoruscy biografowie Łukaszenki nie są zgodni, czy radził on sobie z kierowaniem sowchozem Gorodiec, czy też była to wyłącznie porażka. Alaksandar Fiaduta jest zdania, że choć Łukaszenka przepracował w sowchozie dekadę, to „nie zdołał wprowadzić poważniejszych zmian”. Tymczasem Karbalewicz przytacza dane, z których wynika, że sowchoz za Łukaszenki odnotował dwukrotny wzrost produkcji. W komunistycznej gospodarce zazwyczaj było jednak tak, że jeśli jakieś przedsiębiorstwo zaczynało się rozwijać, to raczej tylko dzięki bardzo silnym impulsom z zewnątrz. Innymi słowy, władza nie szczędziła środków, by w upadającym sowchozie zaczęło się dziać lepiej.

Głównie jednak pomogła decyzja partii, by sowchozy mogły dzierżawić ludziom ziemię, budynki i sprzęt. Dopóki ziemia była własnością państwa, pracownikom na niczym nie zależało, a na wynikach pracy w szczególności. Gdy jednak własność sowchozu zaczęto dzierżawić konkretnym ludziom, ci poczuli się za coś odpowiedzialni i wyniki produkcji wyraźnie się poprawiły. W tamtym czasie Łukaszenka jako członek białoruskiej delegacji trafił do Moskwy na partyjne zebranie w sprawach dzierżawy. Umożliwiono mu wystąpienie, gdy obradom przysłuchiwał się sam Michaił Gorbaczow. Schodząc z mównicy, dyrektor sowchozu Gorodiec zaczepił w jakiejś sprawie przywódcę Związku Radzieckiego i ten mu przytaknął. Łukaszenka później wielokrotnie przywoływał ten moment jako dowód na to, że w czasach pierestrojki publicznie dyskutował z Gorbaczowem. Później będzie też dowodził, że współuczestniczył w tworzeniu planu reform gospodarczych Jegora Gajdara, które legły u podstaw rosyjskiej transformacji.

Niewątpliwie jednak lepsze wyniki gospodarstwa oraz fakt, że Łukaszenka mógł się zaprezentować w Moskwie, sprawiły, że stał się kimś dla swego najbliższego otoczenia. W tamtych czasach na białoruskiej prowincji wpływy zdobywało się, pijąc wódkę z kim trzeba. Miejscowa nomenklatura – działacze Komsomołu i partii – spotykali się w bani. Przyłączał się do nich Aleksander Grigoriewicz. Wysoka temperatura wyciskała ze wszystkich siódme poty, polewali się zimną wodą, okładali dla zdrowia brzozowymi gałązkami, pili samogon i zagryzali a to kiszonym ogórkiem, a to kiełbasą.

Toczyli dysputy, politykowali, zastanawiali się, co będzie za pięć czy dziesięć lat. W oparach alkoholu pragnienie, by zostać kimś, stawało się coraz mocniejsze.

2. Ni wasz, ni nasz

Rozdział, w którym Aleksander Grigoriewicz zostaje deputowanym, rano jest z narodowcami, wieczorem z komunistami, a na boisku kopie po kostkach wszystkich

Wielu biografów Łukaszenki przekonuje, że od początku roił on o wielkiej władzy. Takiego zdania jest choćby Swietłana Kalinkina, według której Łukaszenka śnił o prezydenturze Białorusi już wtedy, gdy jeszcze nie było tego urzędu. Niewątpliwie zaczął przemyśliwać o objęciu stanowiska głowy państwa, kiedy tylko zaczęły się na Białorusi dyskusje na ten temat.

Miał (i ma do dziś) polityczny temperament, ale pułap jego marzeń wyznaczały osiągalne wówczas stanowiska. W 1989 roku za sprawą pierestrojki możliwy do zdobycia okazał się mandat deputowanego Rady Najwyższej Związku Radzieckiego. Po raz pierwszy bowiem w marcu 1989 roku miały się odbyć wybory, których wynik nie był z góry ustalony, a wyborcy mogli sami wyłaniać kandydatów, także spoza partii komunistycznej. Wielu jej członków zdecydowało się startować w tych wyborach na przekór nomenklaturze, która wystawiała własnych kandydatów, i tak przyczyniali się do rozkładu potężnej niegdyś partii. Tamta kampania wyborcza była czymś niesamowitym w republikach radzieckich – po raz pierwszy niezależni kandydaci mogli wygrać w walce z partyjnymi wybrańcami. Także poziom wolności słowa i możliwość krytyki rzeczywistości były czymś absolutnie nowym.

Łukaszenka, choć sam miał legitymację partyjną, postarał się, by wyłoniono go jako niezależnego kandydata w mohylewskim okręgu wyborczym. Była to niespodzianka dla władz partyjnych, które miały już w tym okręgu kandydata w osobie Wiaczasłaua Kiebicza, wysoko postawionego w nomenklaturze urzędnika.

To, co dla Kiebicza miało być czymś oczywistym i łatwym, okazało się ciężką próbą. Aleksander Grigoriewicz Łukaszenka zorganizował bowiem wokół siebie oddanych współpracowników i rozpoczął ożywioną kampanię wyborczą, której głównym motywem była krytyka dotychczasowych porządków. Okazało się, że pogonił tym samym Kiebiczowi kota, ponieważ partyjny pewniak wygrał wybory ledwo, ledwo, i to przy ogromnym wsparciu administracji państwowej.

Łukaszenka poczuł gorycz porażki. Była to jednak porażka, która zapowiadała przyszłe zwycięstwo. Według Alaksandra Fiaduty Łukaszenka:

miał realną szansę zostać deputowanym Związku Radzieckiego, gdzie jego polityczny dar uczyniłby go jednym z ulubieńców całego państwa, których potem, po upadku radzieckiego systemu, czekało zapomnienie. Wielu polityków doby pierestrojki, którzy wybili się ze swoich regionów, by robić karierę w Związku Radzieckim, razem ze Związkiem Radzieckim te kariery pokończyli […]. Tak więc wygrał Aleksander Łukaszenka znacznie więcej, niż przegrał.

I choć Łukaszenka nie został wtedy deputowanym, wybory te miały bezpośredni wpływ także na jego osobisty los. Po nich bowiem już nic w Związku Radzieckim nie miało być takie jak przedtem. Deputowani okazali się bowiem zwolennikami pierestrojki i zaczęli otwarcie mówić o kryzysie państwa. Był wśród nich chociażby Andriej Sacharow. Obrady transmitowała telewizja, poruszano tematy, o których nie wolno było mówić od kilkudziesięciu lat, i wszystko, o czym była mowa, natychmiast trafiało do obywateli Związku Radzieckiego.

Wyniki pierwszych, tylko częściowo demokratycznych, wyborów na deputowanych Związku Radzieckiego okazały się zupełnie nie takie, na jakie liczyło partyjne kierownictwo podejmujące rok wcześniej na XIX konferencji partyjnej decyzję o ich przeprowadzeniu – piszą Rudolf Pichoja i Andrij Sokołow w książce Istorija sowriemiennoj Rossii. – KPZR nie mogła przeprowadzić skutecznej kampanii wyborczej. To było tym dziwniejsze, że do dyspozycji był olbrzymi aparat partyjny, sięgający najmniejszych wiosek, każdego przedsiębiorstwa, szkoły czy budynku administracyjnego. Do dyspozycji była prasa i inne środki. Zabrakło jednak zaufania.

Niedawny entuzjazm wywołany hasłami „odnowionego socjalizmu”, „przyspieszenia”, „przebudowy wszystkich aspektów życia społecznego” umarł, zostawił po sobie rozczarowanie, bony na większość produktów żywnościowych, ogromne kolejki za wódką, niekończące się dyskusje o skorumpowanych aparatczykach i ich nieograniczonych – rzeczywistych i nie – przywilejach. Niezakończony konflikt w Górskim Karabachu zmuszał do powątpiewania w skuteczność władzy państwowej. Publikacje w prasie dyskredytowały KPZR, przedstawiały jej historię jako ciąg przemocy, przestępstw i oszustw. Jedynym argumentem za zachowaniem jednopartyjnego systemu władzy w państwie było wyrażane pół żartem, pół serio powiedzenie, że więcej jak jednej partii kraj nie wykarmi.

Wiktor Coj, lider kultowego zespołu Kino, w 1989 roku śpiewał: „Przemian! Żądamy przemian!”, i rzeczywiście zmiany miały nadejść. Także w politycznej karierze Łukaszenki.

Już kilkanaście miesięcy później, w 1990 roku, Aleksander Grigoriewicz wygrał wybory do Rady Najwyższej Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Także te wybory były względnie demokratyczne. Ordynacja zakładała, że mandat uzyska ten, kto zdobędzie ponad połowę głosów; jeśli nikt takiego wyniku nie osiągnął, głosowano jeszcze raz.

Łukaszenka kontrkandydatów z rejonu szkłowskiego miał nie byle jakich, należeli do wpływowej nomenklatury. Jeden był na przykład miejscowym ginekologiem i chwalił się, że wszystkie kobiety w okolicy na pewno oddadzą głos właśnie na niego. Wygrał jednak Łukaszenka, zdobywając w pierwszej turze 45,5 procent głosów i 68 procent w drugiej turze. I tak dyrektor sowchozu, znany w obwodzie mohylewskim, ale nie poza jego granicami, został deputowanym Rady Najwyższej ze Szkłowa. Otrzymał mandat i z prowincji wyjechał do Mińska.