Czerniawski

Tekst
Z serii: Linie Frontu
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Seria LINIE FRONTU

Grzegorz Kaliciak Karbala. Raport z obrony City Hall

Michael Golembesky, John R. Bruning Marines. Bohaterowie operacji specjalnych

Grzegorz Kaliciak Afganistan. Odpowiedzieć ogniem

Dan Raviv, Yossi Melman Szpiedzy Mossadu i tajne wojny Izraela (wyd. 2)

Karol K. Soyka, Krzysztof Kotowski Cel za horyzontem. Opowieść snajpera GROM-u (wyd. 2)

Karol K. Soyka, Krzysztof Kotowski Krew snajperów. Opowieść żołnierza GROM-u

Andrzej Brzeziecki

Czerniawski

Polak, który oszukał Hitlera


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Piotr Bukowski

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce dzięki uprzejmości polishairforce.pl

Copyright © by Andrzej Brzeziecki, 2018

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Małgorzata Holender

Korekta Katarzyna Rycko / d2d.pl, Ewa Polańska / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-683-5

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

I WIELKA SIEĆ

1 Kolacja we Fregacie

2 Powtórne narodziny Armanda Borniego

3 Do Tuluzy!

4 Akcja „Ewakuacja”

5 Pierwsi agenci i pierwsza ofiara

6 Żadnych Mata Hari… czyli narodziny Kotki

7 Interallié

8 Niemiecka niedbałość

9 Pociąg Paryż–Marsylia

10 Narty w Megève

11 Pianino

12 Sąsiedzi z Gestapo

13 Sukcesy i kobiety Armanda

14 Pociąg Göringa

15 Tajemniczy przyjaciele z Londynu

16 Znaki ostrzegawcze

17 Gazeta dla Jego Królewskiej Mości

18 W ojczyźnie wszystkich szpiegów

19 Gaszenie pożaru

20 Gadatliwy Emil

21 Ostatnia wieczerza

22 Hugo Bleicher wkracza do akcji

23 Das kleine Kätzchen

24 Ocaleni z pogromu

25 Klęska Victoire

II WIELKIE KŁAMSTWO

26 W zimnej i mokrej celi

27 Więzień stawia warunki

28 Wielka ucieczka… której nie było

29 Paryż–Madryt–Londyn

30 Pułkownik Gano słucha z przymkniętymi oczami

31 Narodziny systemu podwójnych agentów

32 Dżentelmeni grają w krykieta

33 Wesoła gromadka Tara Robertsona

34 Raport Harmera

III WIELKA GRA

35 Czerniawski, czyli kłopot

36 Cień Katynia

37 Każdy polski patriota postąpiłby podobnie

38 „Najlepszy agent, z jakim miałem do czynienia”

39 Proces

40 Obstawa z kłamstwa

41 Armie widma

42 Przed decydującym meczem

43 Krzyż Żelazny dla supermana?

44 Festung Europa

45 D-Day i następne dni

46 Oszukać V1

47 Interallié – życie po śmierci

Od autora

Bibliografia

Przypisy końcowe

Kolofon

Julkowi, który wygrał swoją pierwszą walkę w życiu

Tak, ci, którzy posługują się kłamstwem, sami chętnie wierzą w kłamstwa.

major Benjamin Hodkinson Cowburn, agent SOE we Francji

I Wielka sieć

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1
Kolacja we Fregacie

Wieczorem 17 września 1940 roku Mathilde Carré wybrała się na kolację z koleżanką, o której nie wiemy nic ponad to, że nazywała się Mimi M. Kobiety wybrały lokal La Fregate, jedną z wielu restauracji w Tuluzie, mieście na południu nieokupowanej Francji. Mathilde wspominała potem, że „był to jeden z tych wieczorów spędzonych na żartach i plotkach”1. Mimi zabijała czas w towarzystwie Mathilde, a ona zastanawiała się, co właściwie robi w tym miejscu. Bo sytuacja wcale nie była tak zabawna. Francja trzy miesiące wcześniej zaznała upokarzającej porażki, część jej terytorium, wraz z Paryżem, była pod niemiecką okupacją, reszta, pod rządami marszałka Philippe’a Pétaina, miała przejść do historii jako kolaborujące z III Rzeszą państwo Vichy. Dumny naród Francuzów doznawał smaku goryczy. Wino, bagietki i sery w tamtym czasie zapewne nie smakowały tak jak wcześniej, choć wkrótce Francuzi zaczęli szybko się przyzwyczajać do nowej sytuacji.

Życie osobiste Mathilde tamtego lata wydawało się równie gorzkie. Uważała, jak potem wspominała, że uczyniła z niego beznadziejny bajzel. Niektórzy twierdzą, że była egzaltowana, pretensjonalna, ambitna, mocno przekonana o swojej wyjątkowości, a co gorsza, o swoim talencie literackim. Miała trzydzieści dwa lata, za sobą edukację na Sorbonie i pewien, może typowy dla Francuzek, seksapil. Nie była piękna, ale musiała mieć talent do uwodzenia mężczyzn. Niewysoka, wręcz mała, „nad jej raczej bladą, szczupłą twarzą z cienkimi wargami dominowały żywe, ciekawe oczy”2. Uwagę przyciągały delikatne, zadbane dłonie o smukłych palcach. Tego wieczoru włożyła czarny, dobrze skrojony, klasyczny kostium. Była roz­czochrana.

 

To, co robiło wrażenie, to jej głos – niski, ale pełen życia.

Faktem jest, że miała zdolności do pakowania się w skomplikowane relacje z mężczyznami, często wiele starszymi od siebie. W tamtym czasie jej mąż Maurice przebywał na Bliskim Wschodzie, ale ona wcale za nim nie tęskniła. Prawdę mówiąc, liczyła, że go już więcej nie zobaczy. Latem 1940 roku poznała porucznika Jeana M., z którym wdała się w romans – w swych wspomnieniach zataiła nazwisko kochanka oprócz inicjału. Mieszkali wówczas w budynkach pewnego seminarium w Cazéres-sur-Garonne, gdzie był ulokowany jego batalion. Kochali się co noc i właśnie tam pod „wielkim krzyżem i kilkoma obrazami Dziewicy Marii”3 Mathilde zaszła w ciążę. Jeśli jej wierzyć, cieszyła się. Szczęś­cie nie trwało jednak długo, pewnego ­wrześniowego poranka Mathilde poroniła…

Była zdesperowana, jej świat się walił. Jean miał udać się do Afryki Północnej, która była wówczas pod kontrolą Vichy. Carré nie mogła się zdecydować, czy ma z nim jechać, czy zostać. Myślała o samobójstwie. Ale kobieta z takimi ambicjami nie potrafiła odebrać sobie życia ot, tak po prostu. Zdecydowała się popełnić, jak sama to nazywała: pożyteczne samobójstwo. To, w jej przekonaniu, oznaczało walkę z Niemcami. Miała już w tej walce pewne zasługi. Gdy Hitler najechał Francję, służyła jako pielęgniarka Francuskiego Czerwonego Krzyża, za co odznaczono ją nawet medalem. Nie była tchórzem. To na pewno.

A więc wojna!

Postanowiła przedostać się do Wielkiej Brytanii, tam gdzie organizowali się Francuzi, którzy nie godzili się ani na okupację, ani na marionetkowe państwo Vichy. Słyszała, że są jakieś możliwości przedostania się na Wyspy, ale brytyjski konsul w Tuluzie odradził jej to, przekonując, że tam znów zostałaby pielęgniarką, jakich wiele. We Francji zaś mogłaby się ­bardziej przydać, bo przecież będzie rodził się jakiś ruch oporu.

O tym wszystkim myślała Mathilde, gdy Mimi M. zaprosiła ją na kolację do restauracji La Fregate.

Tego samego wieczoru, choć trochę później, do restauracji wszedł niewysoki mężczyzna. Brunet o pociągłej twarzy. Dla niego kolacja we Fregacie oznaczała większy niż zwykle wydatek, ale był bardzo głodny, a poza tym miał nadzieję, że w takim lokalu może znajdzie „przydatnych ludzi”. A właśnie tacy byli mu teraz najbardziej potrzebni.

Restauracja La Fregate była pełna gości. Francuzi mogli zostać pokonani, ale ich podniebienia nie mogły na tym ucierpieć. Kelner obiecał pomóc mężczyźnie w znalezieniu miejsca. „O, tu jest wolne miejsce. Czy panie pozwolą?”4 – powiedział, wskazując na stolik, gdzie siedziały Mathilde i Mimi. Panie pozwoliły.

Znamy co najmniej dwie relacje z tego, co działo się potem. Obie zresztą różne. Począwszy od daty – według Carré wszystko zaczęło się 17 września, według mężczyzny było to dzień później. Mathilde Carré zapamiętała, że we Fregacie pewien mężczyzna, brunet, siedział niedaleko, ale przy osobnym małym stoliku i tylko uśmiechał się do niej od czasu do czasu. Kiedy indziej podawała, że siedział w odległości dwóch metrów. Mężczyzna zaś zapamiętał, że nie tylko siedział przy stoliku obu kobiet, ale i nawet wdał się z nimi w długą pogawędkę, podlaną kilkoma kieliszka­mi wina.

Wydaje się jednak, że to on szukał towarzystwa. Jego uwagę zwróciła ta, znana nam już, drobna kobieta o pięknych dłoniach i intrygującym głosie, czyli Mathilde.

„Moje nazwisko Borni. Armand Borni”5 – przedstawił się mężczyzna trochę niczym James Bond. Dodał kilka szczegółów na swój temat. Był synem Francuza i Polki z Alzacji, ale całe życie spędził w Rumunii, gdzie jego ojciec, inżynier robiący w biznesie naftowym, miał kontrakt. To tłumaczyło jego dziwny akcent. We Francji znalazł się w momencie, gdy ogłoszono mobilizację.

Wszystko to było jednak nieprawdą.

Po kolacji cała trójka wyszła z Fregaty. Mimi się gdzieś ulotniła – Mathilde i Armand zostali sami. Gdy tak szli ulicą, Borni zaczął jej opowiadać, że jego rodzina naciska, by poprawił swój francuski, jeśli zamierza zostać w kraju. Kobieta zaproponowała mu korepetycje. Zareagował z entuzjazmem. Umówili się już na następny dzień.

Według pani Carré znów wszystko przebiegało inaczej. Mężczyzna w restauracji, jak wiemy, siedział przy innym stoliku i tylko się uśmiechał. Dopiero gdy obie kobiety wyszły na zewnątrz i pożegnawszy się, poszły każda w swoją stronę, niski brunet z Fregaty zagadnął Mathilde i zaproponował odprowadzenie jej do domu. Kiepsko mówił po francusku. Miał okropny akcent!

„Dlaczego chce pan mnie odprowadzić, skoro moja przyjaciółka jest znacznie ładniejsza?”6 – zapytała Mathilde. Mężczyzna odparł, że to ona wydała mu się bardziej inteligentna i w ogóle taka w typie spitfire’a. Tylko lotnik mógłby porównać kobietę do samolotu! Ale tego Mathilde mogła się jeszcze nie domyślać. Co prawda, spitfire był wówczas tej klasy myśliwcem, że był to z pewnością komplement. I zadziałał. Ona, choć zmęczona i bez ochoty na rozmowy tego wieczoru, zgodziła się spotkać z nieznajomym, który przedstawił się jej jako Armand Borni, następnego dnia o jedenastej w Café Tortoni.

Według niego spotkali się nazajutrz, ale nie w kawiarni, tylko w jego małym pokoju hotelowym.

2
Powtórne narodziny Armanda Borniego

Armand Borni siedzący przy stoliku we Fregacie oczywiście nie był żadnym Armandem Bornim – pół Francuzem, pół Polakiem. Cała ta historia o polskiej matce i latach spędzonych w Rumunii była tylko przykrywką dla jego akcentu.

Roman Czerniawski miał nie tylko polską matkę Zuzannę, ale i ojca – Stefana. Pochodził z Tarnopolszczyzny, zdał maturę w gimnazjum w Kościerzynie na Pomorzu (Stefan Czerniawski jako księgowy był często wraz z rodziną przenoszony z jednej części Polski do drugiej), a w 1931 roku ukończył prestiżową „Szkołę Orląt” w Dęblinie. I to z czwartą lokatą. Było to nie lada osiągnięcie, bo w latach trzydziestych XX wieku na jedno miejsce w Dęblinie przypadało kilkudziesięciu kandydatów. W latach 1936–1938 uczęszczał na zajęcia w Wyższej Szkole Wojennej w Warszawie. W wieku dwudziestu ośmiu lat został kapitanem. Latanie było jego pasją. Jak każdy lotnik kochał adrenalinę w dużych dawkach. Należał do elity – bo lotnicy czuli się wybrańcami losu. Co prawda, polskie dowództwo – wciąż zapatrzone w kawalerię – nie przywiązywało do sił powietrznych należytej wagi, ale lotnicy uważali, że to właśnie oni są kawalerią przyszłości. Do legendy przeszły ich popisy i zabawy, takie jak choćby przelatywanie pod mostami czy loty koszące – na minimalnej wysokości nad ulicami i budynkami – często wykonywane po to tylko, by zaimponować mieszkającej tam ukochanej.

Młody Czerniawski też miał ułańską fantazję, a poza tym talent do wpadania w tarapaty. W jego teczce osobowej przechowywanej w Centralnym Archiwum Wojskowym w Rembertowie znaleźć można ślady jego kłopotów z dyscypliną. Ukarano go więc za nieprzestrzeganie dyscypliny w powietrzu, kiedy to podczas ćwiczeń, mimo upomnień, zszedł na wysokość raptem piętnastu–trzydziestu metrów, podczas gdy minimalna dozwolona wysokość wynosiła sto pięćdziesiąt. Był też kilkakrotnie karany zakazem opuszczania kwater za spóźnione przybycie do szkoły, niewłaściwe wejście do świet­licy, bezprawną jazdę na motocyklu wojskowym i nieoddanie honorów starszemu oficerowi.

Czerniawski zimy spędzał jako instruktor narciarski w Karpatach, a latem być może kąpał się w Dniestrze, wypoczywając na jednej ze słynnych plaż w kurorcie Zaleszczyki, leżącym blisko jego rodzinnej miejscowości Tłuste.

Życie stało przed nim otworem. Jak wiadomo, lato 1939 roku było wyjątkowo ciepłe…

Klęska II Rzeczypospolitej we wrześniu 1939 roku oznaczała dla niego tułaczkę przez Rumunię, skąd uciekł przed internowaniem, Jugosławię i Włochy do Francji. W pierwszych dniach wojny otrzymał rozkaz, by pozostać w Warszawie, wkrótce jednak kazano mu ewakuować kilkanaście samo­lotów na południe. Poleciał najpierw do Brześcia, potem do Lwowa i wreszcie 17 września 1939 roku trafił do Rumunii. Jego los był udziałem wielu jemu podobnych. Rumunia, jako kraj neutralny, powinna internować polskich żołnierzy, ale w praktyce, zachęcana po cichu przez Wielką Brytanię i Francję, przymykała oczy na to, w jaki sposób Polacy przedostawali się na Zachód, a czasem, z portów Morza Czarnego, na Bliski Wschód. Niemieccy dyplomaci protestowali, ale „walka z rumuńskim niedbalstwem i polską przedsiębiorczością była jednak beznadziejna”7 – jak pisze historyk Adam Zamoyski.

Czerniawski, wraz z innym lotnikiem, Zbigniewem Czaykowskim, dostał się do Francji samochodem. Jechali przez Belgrad i Sisak w Jugosławii oraz Fiume, Mediolan i Ventimig­lię we Włoszech. Obaj piloci przybyli do Francji 11 listopada 1939 roku.

Roman został skierowany na kurs w prestiżowej École Supèrieure de Guerre – Wyższej Szkole Wojennej – co oznacza, że z jego francuskim wcale nie mogło być tak źle, jak sugerowała Mathilde Carré. Podczas kursu zapoznał się ze strukturą armii niemieckiej i technikami rozpoznania wojskowego. Trafił pod koniec marca 1940 roku do 1 Dywizji Grenadierów dowodzonej przez pułkownika, a od maja generała Bronisława Ducha, gdzie został szefem II Oddziału, czyli wywiadu, zwanego potocznie Dwójką.

Przyjęło się uważać, że Czerniawski już przed wojną został „dwójkarzem” i był doświadczonym szpiegiem. Trudno to jednak potwierdzić. On sam swe wspomnienia rozpoczął od deklaracji, że u progu wojny nie tylko nie był, ale i nie chciał być agentem wywiadu. Stanisław Żochowski, kolega Czerniawskiego z Wyższej Szkoły Wojennej, a w czasie wojny najpierw jeden z dowódców Narodowych Sił Zbrojnych, potem zaś, po przedarciu się na Zachód, żołnierz 2 Korpusu Polskiego, wspominał, że jako słuchacze Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie w ciągu dwóch lat mieli raptem jeden, i to dość ogólnikowy wykład o wywiadzie.

Z rozpoznaniem Czerniawski zetknął się najprawdopodobniej dopiero w École Supèrieure de Guerre. To we Francji napisał pracę o zadaniach II Oddziału w większych jednostkach. Dziennikarzowi-dokumentaliście Januszowi Piekałkiewiczowi opowiadał po latach, że po przydzieleniu go do 1 Dywizji Grenadierów zastanawiano się tam, co zrobić z „tym lotnikiem”8, i że to on sam przekonał dowództwo dywizji, by powierzono mu rozpoznanie. Czy rzeczywiście tak się zostawało oficerem II Oddziału?

Prawdą jest też, że późniejsze metody konspiracyjne Czer­niawskiego były dość niestandardowe i sugerowały, że nie znał on zasad konspiracji albo o nie zupełnie nie dbał. Równocześ­nie major Wincenty Zarembski „Tudor”, doświadczony „dwójkarz”, także nie przestrzegał tych zasad, prowadząc Ekspozyturę „Francja” z Marsylii.

Nie sposób jednak znaleźć w teczce osobowej Czerniawskiego przechowywanej przez brytyjskie Ministerstwo Obrony od czasów, gdy polscy piloci podlegali Royal Air Force, choć formalnie nie byli częścią RAF, potwierdzenia jego przynależności do II Oddziału przed wojną. Są tam wymienione – spisane własnoręcznie przez Czerniawskiego – wszystkie etapy jego służby wojskowej, od szeregowca w 1928 roku przez stopień majora w 1944 aż do demobilizacji. Dokumenty te znali szefowie polskiego wywiadu podczas II wojny światowej. Nie było powodu, by Czerniawski miał ukrywać przed nimi przedwojenną przynależność do II ­Oddziału, skoro wpisał tam, że należał do II Oddziału w 1940 roku. Pewne jest więc tylko to, że w momencie szturmu wojsk III Rzeszy na Francję wiosną 1940 roku Roman Czerniawski był ­oficerem II Oddziału.

Generał Władysław Sikorski wierzył w potęgę Francji. Tymczasem lepiej zorientowani oficerowie II Oddziału nie kryli zaniepokojenia. Leon Mitkiewicz, bliski współpracownik Sikorskiego, zapisał już pod datą 10 stycznia 1940 roku, że zdaniem pułkownika Stanisława Gany z II Oddziału „armia francuska zupełnie nie jest gotowa do nowoczesnej wojny”9. Jeszcze gorzej przedstawiała się sytuacja polskich wojsk – „Płk Gano twierdzi z całym przekonaniem, że wojsko polskie we Francji w najlepszym wypadku latem 1940 roku będzie mogło posiadać dwie dywizje piechoty i drugie tyleż w stadium organizowania”10.

 

Nadszedł maj 1940 roku. Wiosna ponoć była, jak zwykle nad Sekwaną, piękna, w Paryżu „kasztanowce zazieleniły się liśćmi. W kawiarniach było pełno klientów”11. I nagle 10 maja, jak grom z jasnego nieba, nastąpiło niemieckie uderzenie przez Holandię i Belgię. Blitzkrieg. Zaskoczenie było pełne. Historycy są jednomyślni: „Sprzymierzeni nie wyciągnęli żadnych wniosków z przebiegu kampanii w Polsce”12, „alianci zlekceważyli »polską lekcję«”13. Choć przecież, „jeśli zważyć, że alianci pozostawali w stanie wojny z faszystowskimi Niemcami od ponad ośmiu miesięcy, to zdumiewać musi fakt, że Blitzkrieg na Zachodzie okazał się zaskoczeniem, zwłaszcza że ledwie miesiąc wcześniej w podobnie niespodziewany sposób Hitler zaatakował Danię i Norwegię”14.

Hitler nakazał swoim wojskom nie tylko zaatakować przez Holandię, Belgię i Luksemburg, lecz także dokonać „cięcia sierpem” (Sichelschnitt), czyli natarcia przez Ardeny w kierunku kanału La Manche – ten manewr miał odciąć wojska aliantów walczących na północnym wschodzie od reszty kraju. Był nadzwyczaj skuteczny.

Niemieckie czołgi, pod rozkazami Heinza Guderiana, Ewalda von Kleista i Erwina Rommla, pędziły tak szybko na zachód, że nawet niektórzy dowódcy próbowali je hamować, żeby nacierająca piechota mogła za nimi nadążyć. Francuscy żołnierze, którzy się poddawali, słyszeli od oszołomionych sukcesem i metamfetaminą Niemców, że ci nawet nie mają czasu brać ich do niewoli.

Walki wywołały panikę ludności, według różnych szacunków przez Francję przeszła fala około dziesięciu milionów uciekinierów. Sam Paryż przed wkroczeniem wojsk Hitlera miało opuścić trzy miliony ludzi. Ostatecznie 22 czerwca pod wieczór Francuzi podpisali akt kapitulacji. „Błyskawiczny upadek Francji zaszokował wszystkich, nawet Niemców”15. Francuzi, którzy rok wcześniej piórem Marcela Déata z dziennika „L’Oeuvre” pytali, czy trzeba umierać za Gdańsk, teraz musieli opłakać blisko sto tysięcy zabitych i rannych w walkach rodaków. Na mocy rozejmu na południu Francji powstało tak zwane państwo Vichy – zupełnie legalne, niby niezależne, jednak podporządkowane III Rzeszy.

W tej ludzkiej rzece przemieszczającej się po kraju znalazł się też Roman Czerniawski. Jako polski żołnierz oczywiście był stale zagrożony niewolą i nawet, choć nie pisał o tym we wspomnieniach, na trzy dni, 21–23 czerwca 1940 roku, trafił do niemieckiej niewoli, co wiemy z jego zeszytu ewidencyjnego przechowywanego przez brytyjskie Ministerstwo Obrony.

Jednak gdyby ktoś poprosił go o dokumenty, mógłby pokazać akt urodzenia Armanda Borniego. I to oryginalny. Dostał go bowiem od Renée Borni, młodej wdowy po prawdziwym Armandzie. Był już wcześniej u niej zakwaterowany w ­Lunéville, gdy służył w 1 Dywizji Grenadierów. Renée była młoda i dla Czerniawskiego na tyle atrakcyjna – czy, jak on się wyrażał, przystojna – że po klęsce Francji skorzystał ze schronienia w jej domu. Należał do tych tysięcy żołnierzy, którzy odizolowani przez „cięcie sierpem”, nie mieli nawet najmniejszych szans dostać się na północ do Dunkierki, skąd w maju i czerwcu ewakuowały się wojska aliantów. Nie mógł też dostać się do atlantyckich portów Francji, co 19 czerwca polecił polskim żołnierzom generał Sikorski.

Pod koniec maja Czerniawski brał udział w walkach w obronie Linii Maginota w rejonie Alzacji i Lotaryngii, a 17 i 18 czerwca pod Lagarde w obronie kanału Marna–Ren. Ostatecznie jego dywizja została 21 czerwca 1940 roku rozformowana rozkazem „4444”. Generał Duch zarządził podwładnym, by w małych grupach przedzierali się na południe Francji. Mathilde Carré twierdziła, iż Roman opowiadał jej o tym, że trafił na chwilę do wspomnianej już niewoli, ale zdołał pewnej nocy uciec i przedostać się do Lunéville.

Przybył do Lunéville „zmęczony, nieogolony, odziany w obdarte ubranie farmera”16. Spędziwszy kilka dni u Renée Borni, ubrany już w lepsze ciuchy nieboszczyka Armanda, zaopatrzony w jego akt urodzenia i rower, zapewne wyściskawszy także wdowę po nim, ruszył do Paryża, skąd zamierzał przedostać się na południe, zgodnie z rozkazem generała Ducha. W stolicy Francji miał zapewnioną metę w opuszczonym mieszkaniu znajomych blisko Łuku Triumfalnego.

Spacer po Polach Elizejskich przepełniał go smutkiem. Bulwary, zawsze tak tłoczne, teraz wiały pustką, zatrzaśnięte okiennice i niemieckie flagi na budynkach także nie napawały optymizmem.

Przygnębiony, mijając Colisée Café, usłyszał nagle: „Bon jour, monsieur Roman”17. Zaskoczony, obejrzał się i zobaczył pijących jak gdyby nigdy nic kawę poruczników Stefana Czyża i Bernarda Krótkiego, którzy również służyli w jego dywizji – pierwszy jako oficer szyfrowy, drugi jako adiutant generała Ducha.

Po chwili radosnego przywitania obaj panowie opowiedzieli Czerniawskiemu, jak po otrzymaniu rozkazu „4444” w miejscowości Hurbache, gdzie stacjonowało dowództwo dywizji, przejrzeli biurka merostwa i znaleźli tam oficjalną pieczątkę mera. Wzięli ją, jak to dyplomatycznie ujęli, pod polski protektorat. We Francji puste blankiety dokumentów i różne formularze można było zwyczajnie kupić w sklepach z papeterią, więc posiadanie takiej pieczątki dawało niemal nieograniczone możliwości produkowania zupełnie legalnych dowodów tożsamości. I jeśli tylko, powiedzieli, Czerniawski kupi zaraz blankiet w nieodległym sklepie Au Printemps i zrobi sobie zdjęcie w fotomatonie, to oni, korzystając z tymczasowego biura mieszczącego się w kawiarnianej toalecie, wydadzą mu nowiutką kartę. Tak ostatecznie na przełomie czerwca i lipca 1940 roku w Paryżu, w toalecie Colisée Café, narodził się, po raz drugi, Armand Borni – miał nie tylko akt urodzenia, ale i dowód tożsamości.

Formalnie wszystko było u niego w porządku. Tylko ten akcent…