Trzeci RzymTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Motto

WSTĘP

CZĘŚĆ PIERWSZA. TRANSLATIO IMPERII

Florencja i Moskwa

Dwie Zofie

Idea Rzymu na Rusi. Nowogród, Twer, Psków czy Moskwa?

Mistyczne spekulacje

Mit i realność świętej Rusi

Projekt rosyjski. Mistyka i polityka

CZĘŚĆ DRUGA. LUDZIE I IDEE

Medal Judasza. Mazepa

Polityka historyczna Katarzyny Wielkiej

Wojsko chrześcijańskie. Suworow

Sojusz knuta z krzyżem. Arakczejew i Fotij

Cyrkiel i kielnia. Rosyjscy bracia

Czerwony duet. Stalin i Żdanow

Wektory

ZAKOŃCZENIE. DZIEDZICTWO TRZECIEGO RZYMU

Wykaz skrótów

Bibliografia

Źródła ilustracji

Przypisy

Opieka redakcyjna: JOLANTA KORKUĆ

Redakcja: WOJCIECH ADAMSKI

Wybór ilustracji: MARCIN STASIAK

Korekta: EWA KOCHANOWICZ, LIDIA TIMOFIEJCZYK, MAŁGORZATA WÓJCIK

Opracowanie graficzne: ROBERT KLEEMANN

Na okładce wykorzystano Widok na Kreml F. Aleksiejewa z 1810 r. (Alamy)

Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Andrzej Andrusiewicz

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2019

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-08-06795-6

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Nacjonalizm jest wiarą w duchową siłę narodu, prowadzi człowieka do służenia i ofiarności

Iwan Aleksandrowicz Iljin

Nacjonalizm i nacjonalistyczna polityka niczym innym jest, jak odmienną formą nihilizmu moralnego

Marian Zdziechowski

Nacjonalizm jest przejawem słabości narodu, a nie jego siły

Borys Nikołajewicz Polewoj

Nacjonalizm postawił sobie za cel wydobycie jak największej energii z narodu i zorganizowanie jej do walki o jego byt i potęgę

Roman Dmowski

Dziwne karty rozdawała i wciąż rozdaje historia

Roman Bratny

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

WSTĘP

W 1866 roku w związku z nieudanym zamachem na cara Aleksandra II poeta Borys Ałmazow napisał utwór Russkomu cariu, dziękując Bogu za uratowanie monarchy z „ręki bandyty”. Car przeżył sześć zamachów, dopiero w siódmym zginął od bomby rzuconej przez młodego Polaka w 1881 roku. Przelano krew carską na oczach przerażonych widzów, w centrum stolicy. Świątobliwy Synod Rządzący zwrócił się z Listem pasterskim do wiernych, opłakując śmierć monarchy męczennika, a także smutny stan Rosji, za który winiono społeczeństwo pogrążające się w grzechu niewiary, wolnomyślicielstwa, pychy wielkomocarstwowej, samolubstwa. Katalog wymienionych występków był bardzo długi, zabrakło jednego tylko – odpowiedzialności państwa i Cerkwi za tę sytuację.

Rosyjska Cerkiew Prawosławna przez całe wieki utrwalała bizantyjski sakralizacyjny model władzy carskiej. Stworzono wyobrażenie cara jako nadludzkiej, boskiej istoty. Społeczeństwo nie odróżniało „cara ziemskiego” od „cara niebieskiego” (Boga). Zamach na cara był podniesieniem ręki na Pomazańca Bożego. Gdy przy dźwiękach marszów wojskowych wieszano carobójców, zgromadzony tłum wygrażał im pięściami i złorzeczył[1].

Oto Rosja, kochająca i nienawidząca. Jej marsz przez dzieje przypomina ruchy wahadła. Raz skłaniała się ku Wschodowi, innym razem ku Zachodowi, była jakby zawieszona między dwiema cywilizacjami: tradycyjną (staroruską) i liberalną (zachodnioeuropejską). Dwa modele kulturowe determinowały istotę sporu ideowego, który przez całe wieki wpływał na myśl i działalność polityczną. Wszystko, cokolwiek działo się w „rosyjskim kotle”, przebiegało burzliwie albo powoli, krwawo, z zawziętością, nieustępliwie; albo pokojowo, dobrodusznie. Państwo rozwijało się lub słabło w warunkach tak odmiennych od europejskich, iż normy wypracowane na Zachodzie nie przystawały do realiów rosyjskich. Książęta zwalczający się wzajemnie, co trwało przez całe pokolenia, krwawe ofiary, knut, Sybir, katorga, walki o władzę, powstania zamąciły myślenie; czyniące z państwa „bożyszcze” różne odcienie nacjonalizmu, który w określonych sytuacjach wyradzał się w szowinizm bądź grał pozytywną rolę. To wszystko było! Ale była też Rosja wielkich idei, głębokiej myśli, kultury, religii, poprzez które ludzie identyfikowali siebie z narodem i państwem. Istniała Rosja moralności, cnót obywatelskich i udręczonych geniuszy. Zarówno dobra, jak i zła reputacja Rosji przetrwały stulecia. Na tym fundamencie wyrastały mity i teorie objaśniające rzeczywistość. Dla samoświadomości narodowej najważniejszym bodajże mitem, duchowym skarbem był (i jest) mit Bizancjum jako prawosławnego imperium, od którego Ruś przyjęła chrześcijaństwo, i pochodny w stosunku do niego narodowy mit Moskwy – Trzeciego Rzymu, idealizowany bądź profanowany. Ta idea-symbol co rusz pojawia się w dziejach Rosji jak powracająca fala, czemu towarzyszą zmagania w sferze duchowej i materialnej.

Słynny mit kusił wielu, inspirował wyobraźnię, rozbudzał patriotyczną fascynację polityków, ludzi kultury i sztuki, stanowił pożywkę dla misjonizmu bądź wywoływał niepokój, że oto „złowroga” idea zawisła nad rosyjskim światem. To był dramat ludzi i myśli. Ideę Trzeciego Rzymu najbardziej okaleczono w samym Trzecim Rzymie. I to jest także ukryta prawda o nim.

Zdawać by się mogło, że tematyka Trzeciego Rzymu jest dobrze znana i że nie warto o niej więcej pisać. Po bliższym przyjrzeniu się jednak widać, iż występują tu rozmaite luki. Nasuwa się myśl o konieczności zsumowania wyników dotychczasowych badań oraz podjęcia studiów uzupełniających w dziedzinach niezbadanych lub opisanych tylko częściowo. Obok ściśle filozoficznych i religijnych walorów słynnych tekstów Filoteusza należałoby odnieść się do jego zainteresowań astronomicznych, astrologicznych czy lekko zamaskowanych politycznych, bo chociaż te ostatnie eksponowano ponad miarę, miały one służyć raczej podbudowaniu aktualnej polityki państwa niż ukazaniu myśli sławnego mnicha. Poza tym należało oświetlić nieznaną dotychczas „transformację” idei Trzeciego Rzymu w Związku Radzieckim.

Rosyjski nacjonalizm w ciągu wieków zmieniał się „wewnętrznie”, nagromadziło się w nim o wiele więcej różnych treści niż w jakiejkolwiek innej ideologii. Raz występował jako sojusznik samodzierżawia (białego i czerwonego), innym razem jako jego przeciwnik. Postępy cywilizacji tudzież zmienny bieg wydarzeń historycznych spowodowały, iż nie ma jednej miary do jego oceny – bo czy na przykład „nacjonalizm” walczących z tataro-mongolską nawałą Rurykowiczów można porównać z „pełnym” nacjonalizmem Romanowów budujących eurazjatyckie państwo (imperium) wchłaniające etnosy nieruskie? Warto na pewno przeanalizować, jak zmieniała się koncepcja państwa: od silnego, scentralizowanego, poprzez autorytarne, samodzierżawne, do imperialnego. Ta ostatnia przeszła w wiekach XIX i XX tak głęboką transformację polityczną, militarną, ekonomiczną i kulturową, iż jej radziecki wariant jakościowo nie przypominał imperium carskiego. Powstały po 1917 roku nowy typ organizacji politycznej wydaje się niezwykle trudny do zdefiniowania: czy jest to państwo polietniczne, czy imperium w tradycyjnym tego słowa znaczeniu? Jak w ramach zmieniającego się typu państwowości rosyjskiej i nowego porządku usytuować Trzeci Rzym?

 

O tym traktuje moja książka. Wychodzę w niej nieco poza historię polityczną Rusi/Rosji ostatnich sześciuset lat; jest też zarazem artykulacją myśli, które nieodparcie nasuwają się przy ocenie teorii mówiącej o Moskwie jako Trzecim Rzymie i wpływie, jaki owa teoria wywarła na twórczość intelektualną. Ta głośna idea nie była czymś mglistym i ezoterycznym, lecz stała się częścią składową chrześcijaństwa wschodniego oraz rosyjskiego życia kulturalnego i politycznego. Nie formułuję kategorycznych stwierdzeń. Chciałbym pokusić się tu raczej o próbę opisu mitu „przenoszenia imperiów”, na którym została zbudowana teoria Trzeciego Rzymu – od mesjanizmu do misjonizmu. I nie chodzi o mitologiczną „zagadkę duszy rosyjskiej”, wymysłu dziejopisów. W rosyjskim charakterze narodowym nie było niczego „zagadkowego”. Nawet Fiodor Dostojewski, znawca ludzkiej duszy, uważał, iż „Rosjanin wcale nie jest zagadką”, a Iwan Iljin, mówiąc o duchowej sile narodu rosyjskiego, zaznaczył, że „jego dusza jest dzieckiem zmysłów i kontemplacji”. Tak więc „tajemnica duszy rosyjskiej” polegała na tym, że była ona rosyjska, tak jak arcyrosyjski był mit Trzeciego Rzymu. Jego różne warianty sprowadzały się do stwierdzania zarówno „wielkości duchowej” Rosji, jak i jej potęgi ziemskiej. Idea była sprzeczna wewnętrznie, bo pogodzenie wysokiego ideału duchowego z dążeniem do panowania i podbojów okazywało się niezwykle trudne. Przez całe stulecia trwała walka dwóch tych prądów w ramach jednego ideału.

W kontekście doktryny Trzeciego Rzymu uwidaczniają się rosyjskie spory historiozoficzne i kwestia powstawania stereotypów, w tym stereotypu największego, tego mianowicie, że Ruś wyszła z „jarzma mongoło-tatarskiego” niczym despotyczne monstrum, z mongolsko-bizantyjską Moskwą na czele, co zaciążyło na dalszej drodze dziejowej kraju. Stale powracający mit Trzeciego Rzymu wytworzył jakoby specyficzne myślenie polityczne i wojskowe prowadzące do działań imperialnych, których skutkiem były podboje, grabieże, oszustwa, podstępy, okrucieństwa. Jednym słowem – Trzeci Rzym oznaczał niespotykaną zbrodnię państwa. Tymczasem oprócz niezliczonych przypadków uwikłania idei trzeciorzymskiej w działalność różnych sił politycznych, wbrew intencjom Filoteusza, ani jedna wyprawa wojenna, ani jedna grabież cudzych ziem nie odbywała się pod sztandarami Trzeciego Rzymu, ani jeden car nigdy nie wzywał poddanych, aby ginęli za tę podniosłą ideę. W oficjalnej retoryce nie było słynnej frazy pskowianina mianującego Moskwę spadkobierczynią Bizancjum. Epistolarna twórczość Filoteusza nie była programem politycznym, chociaż niektóre akapity skłaniały do wniosków przeciwnych – choćby kiedy pisał o „zjednoczeniu wszystkich krajów chrześcijańskich pod jedyną władzą podniebnego cara”.

Część badaczy szukających sposobu przedstawienia idei Trzeciego Rzymu zakwalifikowała ją do mrocznej mitologii, wpisując się w żywą od stuleci tendencję rusofobijną. Rusofobia nie jest wymysłem naszych czasów. Ma długą tradycję sięgającą odległych epok i zawsze była warunkowana bieżącą polityką pokrywaną wydarzeniami historycznymi. Jak każda fobia ograniczała i ogranicza poznanie intelektualne, utrudnia wyjście poza stereotypy i banały, zniekształca badania historyczne. Rozgorączkowani autorzy (koniunkturaliści?) poniżali i poniżają nie tylko carów, wielkich ludzi kultury, lecz także naród rosyjski. Największy rozwój rusofobii nastąpił pod koniec XVIII i na początku XIX wieku, kiedy Rosja odnosiła wielkie sukcesy na arenie międzynarodowej. Niesłychany zapał rusofobijny wykazali Francuzi. Pisarz, podróżnik, ikona rusofobów markiz Astolphe de Custine zjednał sobie wiele osób o głośnych nazwiskach książką, będącą opisem stanu Rosji, La Russie en 1839, na której zaciążyły przesądy i uprzedzenia, zastępując chęć rzetelnego poznania prawdy o tym kraju. Rosja była dla autora krajem najstraszniejszej niewoli, więzieniem, do którego klucz znajduje się w rękach wszechwładnego imperatora. Stereotypy obecne w dziele de Custine’a pokazały bez wątpienia część prawdy o Rosji, ale też w znacznym stopniu ugruntowały jej fałszywy wizerunek. Podziwiany od stu pięćdziesięciu lat markiz nie przeprowadził rozleglejszej analizy ani nie podjął próby głębszego zrozumienia głównych rysów historii i mentalności Rosjan, całkowicie pomijając fakt wieloetniczności imperium. W rok po La Russie en 1839 powstała „demaskatorska” Les mystères de la Russie. Tableau politique et moral de l’Empire Russe (Tajemnice Rosji. Obraz polityczny i moralny Imperium Rosyjskiego) Paula Lacroix.

Z Francji rusofobia rychło przeniosła się do Anglii, osiągając apogeum podczas wojny krymskiej. W drugiej połowie XIX wieku rusofobijne centrum na długie dziesiątki lat zagościło w Niemczech. Rusofobia legła u podstaw koncepcji pangermańskich. Trwało to aż do końca drugiej wojny światowej. Niemiec Victor Hehn szesnaście lat pracował w Publicznej Bibliotece w Petersburgu. Dosłużył się wysokiej emerytury i w 1873 roku wyjechał do Niemiec. Po śmierci ukazał się drukiem jego dziennik De Moribus Ruthenorum (1892), pełen nienawistnych sformułowań, ukazujący Rosjan i ich kulturę w jak najgorszym świetle.

Rusofobijna choroba nękała także Polskę. Poeta mason Rajnold Suchodolski w infantylnym wierszu Polonez Kościuszki odgrażał się, że każdemu w łeb wypali, kto powie, że Moskale są braćmi Lechitów. Powierzchowny interpretator dziejów Rosji i naiwny marzyciel Henryk Kamieński apelował do Polaków, by byli gotowi porwać za broń przeciwko moskiewskiej barbarii. Należał do tej grupy zacietrzewiony, nienawistny, uznawany nie wiedzieć czemu za geniusza Maurycy Mochnacki, którego publicystyka wyrządziła więcej szkody niż pożytku. Jakże trzeba uważać, by określonej postaci historycznej nie skrzywdzić albo by niezasłużenie nie wynieść jej na piedestał.

Historia Rosji jest tak bogata, dramatyczna, pełno w niej niewyjaśnionych zagadek, legend, mitów, iż dostarcza materiałów do dowolnych interpretacji, niekiedy zupełnie dziwacznych konstrukcji myślowych i manipulacji faktami[2]. W rusofobijnych opracowaniach, szkodliwych z każdego punktu widzenia, znienawidzona Rosja jawi się jako największy barbarzyńca wszech czasów, który wraz ze swoim wybujałym nacjonalizmem zawsze był przeciwko całemu światu. Mnich Filoteusz z Pskowa awansował do roli „pierwszego rosyjskiego inteligenta” – „ojca rosyjskiego imperializmu” (XV wiek). Mikołaj Karamzin otrzymał epitet „imperialisty”, a i Puszkinowi się dostaje za „nacjonalizm”.

Fala rusofobii nie ominęła Rosji. Była tam zawsze, nie umarła wraz z upadkiem Związku Radzieckiego. Fiodor Dostojewski pisał: „W Rosji sami Rosjanie nie zostawili żadnego nie oplutego miejsca”[3]. Dla niektórych postradzieckich badaczy rusofobia stała się przepustką do karier politycznych i naukowych, a antysowietyzm wywołuje zmorę antyrosyjskości, wszak nie da się oddzielić jednego od drugiego.

W pracy ukazałem słynne „duety” – zestawione parami postaci, które wywierały ogromny wpływ na państwo i społeczeństwo. Jakie były motywy poczynań Zoe Paleolog i Katarzyny Wielkiej, Mazepy i Piotra Wielkiego, braci wolnomularzy, Arakczejewa i Fotija, Stalina i Żdanowa? Paralelność oczywiście nie odpowiada na wszystkie pytania, ale wiele wyjaśnia. Piszę o postaciach zasadnie znienawidzonych w Polsce, co jednak nie zwalnia z obowiązku domagania się czegoś więcej niż tylko uproszczonych sądów na ich temat. Pomocny okazał się materiał anegdotyczny, w dużej części zgodny z rzeczywistym stanem rzeczy, nadający ludzki wymiar postaciom, które później otoczyła apologetyczna lub czarna legenda.

Mit Trzeciego Rzymu w ciągu wieków obrastał w różne wersje, od tezy, iż na tej idei wyrósł rosyjski imperializm, do poglądów degradujących mit do roli śmiesznego anachronizmu. Obok historycznego znaczenia widziano w micie Trzeciego Rzymu sens wyższy, religijno-mistyczny. Zawsze jednak idea Trzeciego Rzymu pociągała umysły ludzkie atmosferą wieloznaczności i patosu. Tkwiący w idei trzeciorzymskiej prąd mesjanistyczny niewątpliwie ożywiał wszystko, co najlepsze w świadomości staroruskiej, chociaż każdy pojmował mesjanizm zgodnie ze swoim usposobieniem, wiedzą, kulturą, religijnością.

Idea (doktryna) Trzeciego Rzymu, której znaczenie historyczne stało się tak olbrzymie, była i jest integralną częścią rosyjskiego nacjonalizmu. Nie jest on czymś wyjątkowym, wyizolowanym z nacjonalizmów europejskich, wyrósł jednak w odmiennych warunkach, przechodził przez różne fazy rozwoju i przybierał specyficzne cechy.

Wędrówkę przez sześć wieków dziejów Rosji oparłem na bazie źródłowej nieznanej bądź niedostatecznie wykorzystanej przez historiografię polską. Zarówno w bibliografii, jak i charakterystyce wydarzeń nie powtarzam ustaleń zawartych w innych dziełach, pomijam to wszystko, co zostało dobrze opisane, co ma ogromną literaturę zalegającą biblioteki i księgarnie. Z gigantycznych zbiorów wybrałem tytuły mniej znane, najnowsze i starsze, nawet sprzed stu–stu pięćdziesięciu lat, ale też fundamentalne, które dzięki swej rzetelności naukowej i erudycji przetrwały próbę czasu. Warto je przypomnieć choćby z tego względu, że są już trudno osiągalne.

W bibliografii uwzględniłem dzieła reprezentujące różne punkty widzenia na to samo zagadnienie w kontekstach historiozoficznym, historycznym, kulturologicznym. Rozszerzam bazę źródłową o imponujące edycje źródeł – rzecz bez precedensu w historiografii światowej. Przy najważniejszych wydarzeniach, zwłaszcza tzw. zapomnianej historii (bo niewygodnie o niej pamiętać), podaję źródła. Żeby do pracy wprowadzić ład pozwalający orientować się w materiale, wszystkie rozdziały opatruję przypisami, niekiedy z dodatkowymi informacjami.

Książka składa się z dwóch części i trzynastu obszernych szkiców – ze względu na problematykę i sposób ujęcia łączą się one ze sobą, stanowiąc jednolitą całość. Tam, gdzie tego wymagają względy merytoryczne i przejrzystość wywodów, zdarzają się powtórzenia bądź odstępstwa od chronologii.

Zagadnienie idei Trzeciego Rzymu jest pytaniem o przeszłość i o przyszłość Rosji. O tym także jest książka. O Moskwie jako Trzecim Rzymie pisałem w wielu innych opracowaniach (zob. bibliografia). Tutaj uzupełniam je o ujęcie z perspektywy intelektualnej historii Rosji, próbując ukazać zmiany, jakie słynna megaidea wywołała.

Użycie terminologii specjalistycznej zostało w tej pracy ograniczone do minimum. Wiele nazw i imion staroruskich czy rosyjskich podaję w obowiązującym polskim brzmieniu. Unikam szczegółowego roztrząsania cerkiewnych kwestii dogmatycznych i teologicznych, ponieważ, choć zainteresowałyby może wąskie grono specjalistów, byłyby niezbyt ciekawe dla innych czytelników.

CZĘŚĆ PIERWSZA

TRANSLATIO IMPERII

Święta Ruś potrzebuje świętej sprawy

Władimir Siergiejewicz Sołowjow

Ruś zawsze rosła i zawsze mądrzała

Konstantin Nikołajewicz Leontjew

Rosja jest jedynym w historii przykładem olbrzymiego imperium, którego potęga zawsze traktowana była raczej jako kwestia wiary niż jako fakt

Karol Marks

W istocie rzeczy nie ma Rosji, jest imperium rosyjskie.

Gdyby nie było nieograniczonego samodzierżawia, nie byłoby wielkiego Cesarstwa Rosyjskiego

Siergiej Juljewicz Witte

FLORENCJA I MOSKWA

W 1430 roku nad ziemiami należącymi do księstwa moskiewskiego pojawiły się na niebie „trzy ogniste słupy”[1]. Ustało bicie dzwonów. Trwoga ogarnęła mieszkańców, chociaż przywykli do katastrof. Zaroiło się od ulicznych cudotwórców i proroków, którzy zawsze znajdowali słuchaczy. Zapowiadali różne dziwne znaki na niebie i ziemi zwiastujące wielkie zmiany. Ruską ziemię rzeczywiście nawiedziły kataklizmy przyrodnicze. Pożary, nieurodzaje, tak zwane lata głodowe, epidemie. W sierpniu spadł śnieg, jesienią wyschły rzeki, wyginęły ryby i ptaki, kruki zadziobały swoje pisklęta. „Wiele krwi przelano, brat brata rodzonego zabijał. Takiego strachu najstarsi ludzie nie pamiętali” – zanotował kronikarz[2].

Na drugim krańcu Europy inne problemy rozpalały namiętności. W całym świecie chrześcijańskim toczyła się dyskusja o potrzebie jego jedności. Już od XIII wieku formował się wzorzec unii kościelnej determinowanej zarówno względami doktrynalnymi, jak i czynnikami politycznymi, nade wszystko zaś walką o prymat władzy papieża nad całym Kościołem. Wykształceni mnisi z ruskich klasztorów znali postulaty unijne Rzymu papieskiego, ale różnice teologiczne i psychologiczna bariera między prawosławiem a katolicyzmem uniemożliwiały jakiekolwiek porozumienie.

Bez względu jednak na nieufność, jaką prawosławie czuło do katolicyzmu, spór między nimi doprowadzić miał w przyszłości do najbardziej nieprawdopodobnego wydarzenia w dziejach chrześcijaństwa. Rozpoczął się długi i niełatwy pochód Rusi do „własnego Rzymu”.

 

Rzymscy imperatorowie, przyjąwszy chrześcijaństwo, uważali, że Rzym jest jedynym wszechświatowym państwem chrześcijańskim, że spełniła się obietnica złożona przez Boga. Idea łacińskiego Zachodu i grecko-bizantyjskiego Wschodu również opierała się na proroctwach zawartych w Starym Testamencie. Rzym i Konstantynopol uważały siebie za religijne centra wszechświatowego jedynego imperium chrześcijańskiego. Postrzegano je jako wielki świat. Do Rzymu i Konstantynopola z Rusi jeździło się rzadko, niekiedy raz lub dwa razy w życiu, podróż była zanadto kosztowna, niebezpieczna, opowiadało się o niej i marzyło latami.

Konstantynopol pierwotnie nazywał się Nowym Rzymem, a od 324 roku przybrał nazwę od imienia cesarza Konstantyna I Wielkiego. Od tego czasu wzrosło znaczenie stolicy imperium na Wschodzie. W języku potocznym miasto nad Bosforem popularnie nazywano Wschodnim Rzymem lub Drugim Rzymem. Ta ostatnia nazwa szeroko przyjęła się na Rusi w XV wieku. Sobór powszechny w 381 roku uznał, iż episkopat Konstantynopola stoi na drugim miejscu po rzymskim. Niedługo potem Drugi Rzym wzmocnił się na tyle, że uznał się za jedynego spadkobiercę starego Rzymu, ogłaszając Konstantynopol centrum światowego chrześcijaństwa.

Papieże nie chcieli jednak znosić konkurenta we władzy nad Kościołem chrześcijańskim. Rozpoczęła się nowa faza walki o zjednoczenie świata chrześcijańskiego pod ich władzą.

Ruś z racji przyjęcia chrztu ze Wschodu pozostawała w orbicie wpływów Konstantynopola. Niepostrzeżenie pojawiła się myśl o „szczególnym wybraństwie ziemi ruskiej”, o równoprawności Rusi i Bizancjum. Idea, że Bóg wybrał Ruś, wyniósł ją ponad inne państwa i narody, żywa była w epoce kijowskiej (pierwsze wieki chrześcijaństwa na Rusi), zapisała się też w myśli intelektualnej epoki moskiewskiej.

W wieku XV myśl „nacjonalistyczna” była już osadzona w ludzkich umysłach, a umacniała się wraz ze wzrostem prestiżu władców moskiewskich. Obok płynął drugi nurt – „patriotyzm” cerkiewny głoszący mesjanistyczną rolę narodu ruskiego. O jedność Kościoła Chrystusowego było coraz trudniej, bo poza dwoma Rzymami rodził się na Wschodzie trzeci ośrodek, moskiewski, reprezentujący „wyższe chrześcijaństwo” – prawosławie ruskie.

Na początku XV wieku zmienił się nieco klimat w stosunkach między Rzymem a Konstantynopolem. Reprezentanci Kościoła bizantyjskiego, wraz z przedstawicielami Cerkwi ruskiej, wzięli udział w soborze w Konstancji (1414–1418) w charakterze obserwatorów. Wydawało się, że został uczyniony pierwszy krok do likwidacji schizmy. Nic takiego się jednak nie stało. Wysłannik metropolii kijowskiej, Bułgar, metropolita Grigorij Camblak, powiedział wprost ojcom soborowym, że mając mandat świeżo ochrzczonego wielkiego księcia litewskiego, nie zamierza podporządkować się Kościołowi rzymskiemu[3]. Po powrocie z soboru Camblak zmarł od zarazy morowej pustoszącej całą Ruś.

Nie tylko Kijów, lecz także inne ośrodki cerkiewne formalnie podporządkowane metropolii kijowskiej i Patriarchatowi Konstantynopolitańskiemu prowadziły samodzielną politykę w kwestiach religijnych niechętną łacinnikom. Kijowski metropolita Fotij, Grek przysłany z Konstantynopola, nie krył nienawiści do Kościoła rzymskiego. Miał wrogów na Litwie i w niektórych metropoliach ruskich. Oskarżany był o kradzież cennych przedmiotów z kijowskiego soboru św. Zofii i wywiezienie ich do Moskwy, dokąd zbiegł, otrzymawszy tam katedrę metropolitalną. Do usunięcia Fotija nie zdołano doprowadzić. Jednak spory wewnątrzkonfesyjne w Cerkwi ruskiej i rywalizacja między metropolią moskiewską i kijowską tliły się nadal.

Na zachodzie Europy wiały nowe wiatry, groźne dla Cerkwi prawosławnej. Rzym znalazł sojusznika w słabnącym imperium bizantyjskim śmiertelnie zagrożonym przez Turcję. Imperator Bizancjum szukał pomocy u papieża, oferując zjednoczenie Kościoła wschodniego z zachodnim. Rozpoczęły się przygotowania do nowego soboru powszechnego, tym razem „zjednoczeniowego”, kontynuatora siedmiu wspólnych soborów Wschodu i Zachodu.

Tymczasem w Cerkwi ruskiej zaszły istotne zmiany. Przez sześć lat nie była obsadzona metropolia Kijowa i Wszechrusi (formalny tytuł dopiero od 1508 roku), uznająca zwierzchnictwo patriarchy konstantynopolitańskiego. W roku 1437 Konstantynopol postanowił oddać kijowski tron metropolitalny biskupowi Izydorowi – Grekowi z pochodzenia, człowiekowi rzadkiej wiedzy świeckiej i teologicznej oraz niezwykłych zdolności, znakomitemu oratorowi, znającemu kilka języków. Samo osadzenie Izydora na stolicy kijowskiej było elementem planów politycznych, jakie zrodziły się w umysłach bizantyjskich Greków.

Strach przed najazdami Turków i Mongołów, perspektywa upadku państwa nakazywały szukać ratunku na Zachodzie, nawet za cenę poniżenia lub zjednoczenia Kościołów łacińskiego i greckiego. Taka była potrzeba chwili. Problem okazał się bardzo trudny. Już od połowy XIV wieku podejmowano takie próby – wysłannicy cesarzy bizantyjskich jeździli do papieża, całowali jego stopy i obiecywali uznać wszystkie dogmaty łacińskie, umierający zaś imperator Manuel II Paleolog wypowiedział do syna słowa, które wyrażały jego pragnienia polityczne, a być może ideał duchowy: „Jedyny ratunek – Zachód. Główny sposób dla utrzymania pomocy Zachodu – połączenie Kościołów. Kiedy będą cię gnębić niewierni, chytrze proponuj sobór. Łacinnicy to dumni ludzie, Grecy uparci. Osiągnąć zjednoczenie Kościołów jest bardzo trudno, ale to jedyna pomoc, jaka nam została”[4].

Postawa hierarchów ruskich nie była do końca jasna. Wprawdzie Ruś i Bizancjum były sojusznikami w obliczu zagrożenia tureckiego, jednakże w kwestiach cerkiewnych występowały rozbieżności. Władcy moskiewscy widzieli w Grekach na ruskich metropoliach agentów obcego państwa, którzy przeszkadzali w procesie jednoczeniowym księstw. Dla Kijowa, Moskwy, Nowogrodu, Pskowa, Perejasławia ważniejsza była jedność ruskich metropolii niż obrona Drugiego Rzymu – Konstantynopola – przed orężem sułtana. Jednocząca się Ruś obawiała się ekspansji Zachodu, a do tego zmierzały plany zjednoczeniowe. Spór – pozornie teologiczny – był sporem politycznym. Izydor zjednoczenie Kościołów pojmował jako ważny akt duchowo-teologiczny, nie wdając się w rozważania etymologiczne pojęcia Kościół – Cerkiew, odrzucał odmienne znaczenie słowa „kościół” – „cerkiew”. Dla niego istniał jeden Kościół jako Dom Boży, wspólnota wierzących, a nazwa miejsca, w którym się zbierali, nie miała większego znaczenia, bo wszystkie były poświęcone jednemu Bogu. Był więc Izydor najlepszym kandydatem na wysłannika na sobór. Wielki książę Wasyl II Wasiljewicz Ślepy wieści o soborze przyjął jednak z obawą i nie wyraził zgody na wyjazd Izydora do Italii. W trakcie dysput z uczonym mnichem książę dobrze znający teksty teologiczne nie tylko wykluczał udział Rusów w soborze, ale i kwestionował sam fakt jego zwołania – wszak Cerkiew prawosławna uznawała tylko siedem soborów powszechnych, które odbyły się w pierwszym tysiącleciu chrześcijaństwa, przed rozłamem w 1054 roku. „Złotousty” Izydor przekonywał, wyjaśniał, przyrzekał, iż ochroni „swoją wiarę czystą”, że nie ustąpi łacinnikom. Książę w końcu przystał na wyjazd, polecając mu surowo, aby na Ruś „nie przyniósł niczego nowego”. Nie tylko w Moskwie, także w Konstantynopolu, gdzie przywiązanie do tradycji i własnej liturgii było tak wielkie, nie wszyscy podzielali optymizm cesarza i patriarchy, którzy w ewentualnej unii widzieli same korzyści.

Patriarcha Kijowa Izydor

Stanowczość i silna wola papieża Eugeniusza IV przejawiała się w całej pełni przy organizowaniu soboru. Tak bardzo pragnął nadania mu statusu powszechnego, iż poprzez swoich posłów do Bizancjum obiecał pokryć koszty podróży delegatów Konstantynopola i ich pobytu w Italii. Swoją obietnicę poparł drogocennymi darami, deklarując przy okazji pomoc militarną dla Bizancjum i zapowiadając wysłanie eskadry okrętów w obronie Drugiego Rzymu[5].

Atmosfera wokół soboru zmieniła się, gdy na obrady udał się imperator Bizancjum Jan VIII wraz z duchowieństwem i patriarchą Józefem II – zwolennikiem połączenia Kościołów (nie powiodły się jednak jego zabiegi o zwołanie soboru w Konstantynopolu). Do delegacji dołączyli wysłannicy „północnych barbarzyńców” – ziem ruskich, na których ciągle jeszcze istniały pozostałości pogaństwa. Delegacji ruskiej przewodniczył Izydor, ale czy mógł na soborze wystąpić jako zwykły poseł? Papież dobrze wiedział, jaki rozumny mnich przybędzie ze Wschodu na sobór, i zapowiedział wspólne spotkanie, licząc, iż uda się skłonić Kościół wschodni do przejścia pod władzę Rzymu.

We wrześniu 1437 roku Izydor wraz ze stuosobową świtą świeckich i duchownych wyjechał z Moskwy. Podróż do Italii zaplanowano na rok.

Sobór już trwał od 1431 roku, obradując w Bazylei, po czym przeniósł się do Bolonii, stamtąd zaś do Ferrary, gdzie znajdował się najbardziej arystokratyczny dwór, wydający najwięcej pieniędzy i otaczający się największym zbytkiem. W styczniu 1439 roku obrady przeniesiono do Florencji. Izydora po drodze witano niezwykle uroczyście. Jego postoje w Twerze czy w Nowogrodzie zamieniły się w wielkie święta, które swoją okazałością mogły zaspokoić najbardziej próżne skłonności. W Pskowie przebywał siedem tygodni – niezwłocznie zabrał się tam do realizacji planu wyprowadzającego ów ośrodek spod jurysdykcji arcybiskupa nowogrodzkiego i umocnienia wpływów metropolii moskiewskiej. Współzawodnictwo metropolii moskiewskiej z innymi metropoliami, brak zgody pomiędzy ośrodkami życia religijnego o sprzecznych interesach politycznych i niedające się z sobą pogodzić ambicje metropolitów miały skutki negatywne dla całego ruskiego prawosławia. Akcja Izydora, jak się później okazało, była sprytnym manewrem mającym na celu podporządkowanie Moskwie wszystkich metropolii po spodziewanym zjednoczeniu Kościołów. Pozyskanie Pskowa było też ważne z racji potencjału intelektualnego tamtejszych klasztorów.