Dół

Tekst
Z serii: Klasyka
1
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Andriej Płatonow

Dół

Przełożył Adam Pomorski


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału rosyjskiego Kotłowan. Tiekst, matieriały tworczeskoj istorii, Rossijskaja Akadiemija nauk. Institut russkoj litieratury (Puszkinskij Dom), Sankt-Pietierburg, „Nauka” 2000

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Anton Martynenko

Andrei Platonov’s Russian text copyright © by Anton Martynenko, 2017

Polish publishing rights are acquired via FTM Agency, Ltd., Russia, 2016

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2017

Copyright © for the Polish translation and Słowo od tłumacza by Adam Pomorski, 2017

Copyright © for W Dole by Andrzej Stasiuk, 2017

Korekta zespół

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

The publication was effected under the auspices of the Mikhail Prokhorov Foundation TRANSCRIPT Programme to Support Translations of Russian Literature


Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-508-1

Spis treści

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Andrzej Stasiuk W Dole

Andriej Płatonow Dół

Słowo od tłumacza

Przypisy

Kolofon

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Andrzej Stasiuk
W Dole

Zacząć należy od tego, że wierzył w nieśmiertelność. Nie w nieśmiertelność duszy, ale we wskrzeszenie ciał, w zmartwychwstanie. Był technikiem i wierzył w mechanikę, fizykę, rozkład sił, termodynamikę oraz meliorację. Urodzony w przedwiecznych ciemnościach rosyjskiej prowincji musiał wierzyć w elektryczność. Musiał wierzyć w siły na pozór niewidzialne, ale przecież stare jak sam świat, bo tylko one mogły pokonać materialny bezwład Osady Pocztyliońskiej, gdzie przyszedł na świat. Tylko one mogły się uporać z gnuśnym bezkresem tego kraju, który, zdawałoby się, na wieczność zaległ w bezruchu pomiędzy oceanami globu. A wreszcie z kosmosem, który mimo swojej pozornej ruchliwości zajmował się jedynie apokaliptycznym unicestwianiem życia – tworzył je tylko po to, by natychmiast oddać zagładzie.

Zaiste trzeba było przyjść na świat we wnętrzu Rosji, by śnić takie sny. Przecież to nie był świat, tylko nieskończoność geologii, którą od czasu do czasu wstrząsała tektonika. Cztery tysiące kilometrów z południa na północ i dziewięć tysięcy ze wschodu na zachód. Zimny, bezkresny grób, do którego od wieków zstępowały pokolenia i nie zostawał po nich nawet ślad. W bagna, w zmarzlinę, w śniegi i piaski, w głąb, warstwa po warstwie, a powierzchnia wygładzała się nad nimi, jakby ich nigdy nie było.

Teraz też tak jest, gdy się jedzie albo leci w tamte strony. Nie ma nic. Wyspy ludzkości wyglądają jak tonące okręty, jak tratwy rozbitków, które za moment pochłonie obojętny, przedwieczny żywioł. Ach, cóż zresztą „tamte strony”… Gdziekolwiek się wyprawić, widać, że monstrualne przypływy i odpływy znoszą, ścierają nasze ślady, nasze domostwa i nasze życie, by koniec końców odnieść ostateczne zwycięstwo, i zostanie tylko zimna powieka kosmosu zamknięta nad bezmiarem ziem i wód.

Gdy zaczyna się rewolucja 1917 roku, Andriej Płatonow wchodzi właśnie w dorosłość. Ma osiemnaście lat i pracuje w warsztatach kolejowych jako robotnik i pomocnik maszynisty. Możemy sobie go wyobrazić, jak dotyka maszyn i kontempluje ich piękno, gdy przemieniają jedną energię w drugą. Gdy ogień, wodę i parę wodną zmieniają w siłę, która jest w stanie pokonać przestrzeń. Siłę, która może sprostać nicości. Osiemnastolatek dotyka tych wszystkich dźwigni, cylindrów, wałów korbowych i mimośrodów ociekających oliwą i ciepłych w dotyku niczym ciała zwierząt, a zarazem nieśmiertelnych, bo przecież stworzonych ludzkim geniuszem, który raz uruchomiony nie zatrzyma się już nigdy.

Rewolucja nie była dla niego faktem o wymiarze politycznym i społecznym. Widział ją raczej na podobieństwo procesu kosmicznego, który odmieni fizyczne prawa rządzące wszechświatem, życiem i rzeczywistością. Przecież energia, którą wyzwoliła, energia w istocie tektoniczna, nie mogła być wykorzystana jedynie do wyrównywania społecznych krzywd, redystrybucji dóbr i wyzwolenia wyklętego ludu ziemi. Jeśliby tak miało być, to pozostalibyśmy w zaklętym i przeklętym kręgu egzystencji. Przychodzilibyśmy na świat tylko po to, by umrzeć. Układani warstwa na warstwie, pokolenie za pokoleniem wypełnialibyśmy wnętrze Ziemi od pierwszych dni po ostatnie, aż zbrakłoby miejsca.

Trzeba było być podrostkiem z Osady Pocztyliońskiej, gdzie jedyną i odwieczną rozrywką były walki na pięści z sąsiednią wsią. Trzeba było być jednym z jedenaściorga rodzeństwa, synem ślusarza, którego rodzina – bywało – przymierała głodem. Trzeba było wreszcie zakończyć edukację na pierwszej czy drugiej klasie technikum kolejowego, by dostąpić wizji, że oto winniśmy wskrzesić z martwych wszystkich naszych przodków, ponieważ jesteśmy im to winni. Taki mamy moralny obowiązek wobec tych, którzy dali nam życie. Wobec ojców i matek, wobec dziadów i pradziadów, aż po ostatnie najgłębsze warstwy pochowanych w piachach i wiecznych zmarzlinach.

I trzeba było czytać wizjonerów: Nikołaja Fiodorowa i Aleksandra Bogdanowa, którzy już u progu XX wieku dostrzegali, że zindywidualizowana, stechnicyzowana ludzkość tańczy chocholi taniec na własnym grobie. Fiodorowska idea supramoralizmu zakładała spłatę długu wobec przodków. Wszystkie siły świata, moralne, naukowe, społeczne, technologiczne, cały potencjał gatunku miały posłużyć temu jednemu celowi: żeby nieskończenie długi łańcuch naszych zmarłych scalił się na powrót, a śmierć utraciła swoją władzę.

To nie byli jacyś niepoprawni i niezrównoważeni marzyciele. Z Bogdanowem polemizował sam Lenin, a GPU zamknęło go na pięć lat. Fiodorow był kimś w rodzaju ascetycznego mędrca i pielgrzymowały do niego największe umysły epoki. Jego myślą inspirował się Ciołkowski w swoich rozważaniach o kosmonautyce. Ziemia w przyszłości miała się okazać za mała, więc nieprzeliczone rzesze wskrzeszonych powinny znaleźć schronienie na innych planetach.

No dobrze. Może nie wierzył. Jednak spodziewał się rzeczy wielkich. W każdym razie czegoś w rodzaju redefinicji antropologicznej i kosmicznej zarazem. Spodziewał się zbawienia ludzi i materii. Przezwyciężenia losu, który życie zamieniał w powolny zgon. Tak jak w Osadzie Pocztyliońskiej, w rosyjskiej głubince, w tych wszystkich stronach świata, gdzie przebywał wyklęty lud ziemi.

Kilkanaście lat później stało się już jasne, że żadnego Drugiego Przyjścia nie będzie. Proletariacki, robotniczo-chłopski Chrystus został wprawdzie ukrzyżowany, ale nie zmartwychwstał i nie zmartwychwstanie nigdy. Jego skrwawione szczątki zdziczały lud obnosi w kanibalistycznych obrzędach, grzebie i wykopuje na powrót, wypełniając powietrze trupim odorem. Spełniało się proroctwo Jemieliana Pugaczowa, który półtora wieku wcześniej głosił o sobie, że jest ledwo pisklęciem kruka, a prawdziwy kruk dopiero nadleci. Sama kolektywizacja i późniejszy wielki głód pochłonęły sześć milionów ofiar.

Płatonow napisał Dół w ciągu pięciu miesięcy od grudnia 1929 do kwietnia 1930 roku. Pod niskim niebem na bezkresnej równinie kopacze ryją dół pod fundamenty wszechproletariackiego domu, pod fundamenty komunizmu. Łopatami, łomami, kilofami, ręcznie. Tak jak budowało się Biełomorkanał, jak wydobywało się złoto na Kołymie. Wykop wciąż się pogłębia, poszerza, bo przecież kobiety nigdy nie przestaną rodzić, a masy proletariatu wzrastać. Jedzą kaszę i śpią na wznak, jeden obok drugiego pod żółtawym światłem. Zmieniają się pory roku, bo najpierw pocą się we śnie, a potem nocą do baraku zakrada się chłód. Lecz na zewnątrz panuje nieustanny zmierzch, jak we śnie, z którego chcielibyśmy się jak najprędzej przebudzić. We wsi obok na wielką tratwę ładuje się kułaków, by spławić ich szarą rzeką w dal i w nicość. Zostają po nich ukryte w plewach zwłoki owiec, z których nawet zimą wylatują roje much. I wciąż ten szary ni to zmierzch, ni świt i sen, z którego nie przebudzi się nikt.

I wkrótce pojmujemy, że dół, kotłowan, to grób. Grób, w którym ma się pomieścić cały świat. Zarówno ci, co wierzyli w nieśmiertelność, jak i ci, co stanęli na drodze tej wiary. Wszyscy. Że drążąc warstwy obojętnej i śmiercionośnej materii, schodzimy coraz dalej w głąb, by stać się w końcu kolejnym pokładem ciał i dołączyć do naszych przodków, których pragnęliśmy wskrzesić. Tylko taka łączność z nimi jest nam dana. Tylko poprzez śmierć i spotkanie w piachu i wiecznej zmarzlinie.

 

Nie napisano w XX wieku piękniejszej, straszniejszej i mądrzejszej książki o totalitaryzmie i utopii. Nie napisano niczego, co by dorównywało siłą wyrazu ani grozą Dołowi Andrieja Płatonowa. Apokalipsa dzieje się tu na wszystkich poziomach. Na poziomie obrazu, filozofii i języka. Słowa pękają, rozrywają się, ponieważ wypowiadane są w absolutnej próżni. Tak jak ryby z oceanicznych głębin, gdy wydobyć je na powierzchnię. Zaczęte zdania u swojego końca nabierają antysensów i popełniają samobójstwo. Obrazy i zdarzenia już u swych początków skazane są na zagładę. Dół dzieje się w antyświecie, w antyrzeczywistości, która była przecież jak najbardziej rzeczywista.

Polskie wydanie w przekładzie Andrzeja Drawicza z 1990 roku liczy sto pięćdziesiąt stron małego formatu. Na kartonowej okładce jest reprodukcja fragmentu Wozu z sianem Hieronima Boscha. Przekład ma inny tytuł – Wykop. Nigdy chyba nie przeczytałem go w całości. Zawsze czytałem fragment i musiałem odłożyć. Po prostu są takie książki, w których nie ciekawi nas „ciąg dalszy”, bo już kilka stron, kilka zdań buduje świat tak mocny, że dalsza lektura wydaje się zbędna albo wręcz niemożliwa. Zwyczajnie brak na nią sił. Oczywiście potem powracamy, by zażyć kolejną dawkę narkotyku albo i trucizny.

Od lat jeżdżę do Rosji. Daleko na wschód, na Syberię, do Mongolii, Chin, do Azji Centralnej. Za każdym razem zabieram ze sobą Płatonowa. Czytałem go w samolotach, w pociągach, czytałem przy ogniskach rozpalonych gdzieś na stepie albo na pustyni. A czasem wystarczało mi po prostu, że mam tę niewielką książeczkę o zniszczonej czerwonej okładce ze sobą. Wydawało mi się (być może się łudziłem), że pomoże mi choć w części pojąć, co się tutaj wydarzyło. Co się wydarzyło sto lat temu na rosyjskim i azjatyckim bezkresie, w epicentrum kataklizmu.

„W południe Czyklin zaczął kopać dla Nasti specjalny grób. Kopał przez piętnaście godzin cięgiem, żeby grób był głęboki i nie zdołały do niego przeniknąć ani robak, ani korzeń rośliny, ani ciepło, ani zimno, i żeby spokoju dziecka nigdy nie zmącił hałas życia z powierzchni ziemi. Trumienne posłanie Czyklin wyżłobił w litym głazie i przygotował też szczególną granitową płytę jako pokrywę, żeby dziewczynki nie przytłoczył olbrzymi ciężar grobowych prochów.

Czyklin odpoczął, wziął Nastię na ręce i troskliwie zaniósł, żeby złożyć w kamieniu i zakopać. Pora była nocna, cały kołchoz spał w baraku i tylko czeladnik kowalski obudził się, czując ruch, Czyklin pozwolił mu więc dotknąć Nasti na pożegnanie”.

Andriej Płatonow
Dół

Na dzień trzydziestolecia życia osobistego Woszczew otrzymał wypowiedzenie w niewielkim zakładzie mechanicznym, w którym zdobywał dla siebie środki do życia. W wypowiedzeniu napisali mu, że usuwa się go z produkcji skutkiem wzrostu w nim osłabienia i zamyślenia w ramach ogólnego rytmu pracy.

Woszczew zgarnął na stancji manatki do worka i wyszedł na dwór, żeby na świeżym powietrzu lepiej rozpatrzyć się we własnej przyszłości. Powietrze było jednak puste, nieruchome drzewa pieczołowicie unosiły upał w liściach, a na bezludnej drodze nudno zalegał kurz – stan rzeczy w przyrodzie był cichy i spokojny. Woszczew nie wiedział, gdzie go niesie, aż pod koniec miasta oparł się łokciami o niskie ogrodzenie pewnego dworku, w którym przyuczano bezrodzinne dzieci do pracy i pożytku. Na tym miasto się urywało – dalej była tylko piwiarnia dla sezonowych i niskopłatnych kategorii. Jak urząd nie miała żadnego obejścia, za nią sterczał gliniany wzgórek, a na nim rosło stare drzewo, samotne przy słonecznej pogodzie. Woszczew dotarł do piwiarni i wszedł do środka na dźwięk szczerze ludzkich głosów. Byli tu ludzie niestali, popadający w zapomnienie o swoim nieszczęściu. Woszczew wśród nich poczuł się tępiej i lżej. Był obecny w piwiarni do wieczora, póki wiatr nie zaszumiał na zmianę pogody; wtedy Woszczew podszedł do otwartego okna, żeby dostrzec początek nocy, i ujrzał na gliniastym wzgórku drzewo – zataczało się ze strapienia, a jego liście skręcały się z kryjomego wstydu. Gdzieś, pewnie w ogrodzie pracowników uspołecznionego handlu, walczyła z dusznościami orkiestra dęta; przez przywąwoźne pustkowie wiatr ciągnął na łono przyrody monotonną, nieziszczalną muzykę. Woszczew słuchał muzyki z rozkoszą nadziei, z rzadka bowiem w przydziale trafiała mu się radość, nigdy niczym nie mógł jednak dorównać muzyce, spędzając wieczory w bezruchu. Po wietrze na powrót nastała cisza, aż przesłonił ją jeszcze cichszy mrok. Woszczew usiadł przy oknie, żeby wpatrywać się w czułą ciemność nocy, słuchać różnych smutnych dźwięków i dręczyć serce w otoczeniu twardych jak kamień kości.

– Te, spożywczy! – rozległ się głos w ucichłym już lokalu. – Daj nam dwa kufelki, chluśniem, bo uśniem!

Woszczew już wcześniej stwierdził, że do piwiarni ludzie zawsze przychodzą parami, jak oblubieniec z oblubienicą, a czasem – całym zgodnym weselnym orszakiem.

Pracownik spożywczy tym razem nie podał jednak piwa, dwaj przybyli dekarze otarli więc fartuchami spragnione usta.

– Na ciebie, biurokrato, człowiek pracy palcem tylko powinien kiwnąć, a ty się tu nadymasz!

Spożywczy oszczędzał jednak siły na życie własne i nie zamierzał ich zużywać w pracy. Nie wdawał się w dyskusje.

– Zakład, proszę obywateli, zamknięty. Poszukajcie sobie zajęcia w domu.

Dekarze wzięli ze spodka po słonym obwarzanku i wyszli z piwiarni. Woszczew został w środku sam.

– Obywatel zamówił tylko jeden kufel, a siedzi bezterminowo! Płaci się za picie, nie za lokal!

Woszczew podniósł worek i wyszedł w noc. Niebo pytająco świeciło nad nim męczącą siłą gwiazd, ale w mieście światła już pogaszono; kto mógł, ten spał, objedzony kolacją. Woszczew po kruszynach ziemi zszedł do jaru i położył się tam na brzuchu, żeby zasnąć i rozstać się z sobą. Do snu trzeba jednak spokoju ducha, umysłowego zaufania do życia, wybaczenia doznanej przykrości, a Woszczew leżał w suchym napięciu przytomności i nie wiedział, czy jest potrzebny na świecie, czy też wszystko bez niego i tak się pomyślnie obędzie. Nie wiedzieć skąd dmuchnął wiatr, żeby ludziom nie zabrakło powietrza, a podmiejski pies dał znać o swojej służbie słabym głosem zwątpienia.

– Marne jest życie psa; żyje tylko ze względu na urodzenie, jak ja.

Ciało Woszczewa pobladło ze zmęczenia, poczuł chłód na powiekach i przykrył nimi ciepłe oczy.

Piwiarz odświeżał już swój lokal, pod wpływem słońca burzyły się wkoło podmuchy i zioła, kiedy Woszczew z żalem otworzył oczy pełne wilgotnej siły. Znów czekało go życie i odżywianie, poszedł więc do rady zakładowej, żeby bronić swojej zbędnej pracy.

– Kierownictwo mówi, że stałeś i myślałeś podczas produkcji – powiedzieli mu w radzie. – O czym ty myślałeś, towarzyszu Woszczew?

– O planie życia.

– Zakład działa według gotowego planu zjednoczenia. A plan życia osobistego mógłbyś przerabiać w klubie albo w świetlicy.

– Myślałem o planie ogólnego życia. O własne życie się nie martwię, to dla mnie nie zagadka.

– I cóż mógłbyś poradzić?

– Wymyśliłbym coś w rodzaju szczęścia, a duchowy sens poprawiłby wydajność.

– Szczęście, towarzyszu Woszczew, bierze się z materializmu, a nie z sensu. Nie damy rady ciebie obronić, bo jesteś człowiek nieuświadomiony, a nie chcemy być w ogo­nie mas.

Woszczew miał zamiar poprosić o jakąś bodaj najlichszą pracę, byle starczyło na wyżywienie – myśleć będzie w czasie wolnym; żeby prosić, trzeba jednak mieć dla ludzi szacunek, a nie stwierdzał, by ci budzili w nim uczucie.

– Nie chcecie być w ogonie – bo to kończyna – toście wsiedli na kark!

– Tobie, Woszczew, państwo dało dodatkowo godzinę na twoje rozmyślania – pracowałeś osiem, teraz siedem – siedziałbyś i nie gadał! Kto miałby działać, gdybyśmy się tak wszyscy naraz zamyślili?

– Bez myśli ludzie działają bezsensownie! – powiedział Woszczew z zadumą.

Wyszedł z rady bez pomocy. Piesza droga wiodła środkiem lata, po bokach stawiano domy i wyposażenie techniczne – w tych domach będą milcząco istnieć wcześniej bezdomne masy. Ciało Woszczewa było obojętne na wygody, mógł żyć bez uszczerbku na siłach pod gołym niebem, a nieszczęściem trapił się akurat w porze dostatku, w zaciszu na dotychczasowej stancji. Raz jeszcze musiał minąć podmiejską piwiarnię, raz jeszcze popatrzył na miejsce swojego noclegu – zostało tam coś, co miało związek z jego życiem, a on sam znalazł się w przestrzeni, w której miał przed sobą horyzont i doznanie wiatru na pochylonej twarzy.

Niebawem odczuł jednak zwątpienie we własne życie i słabość ciała bez prawdy – nie mógł długo iść drogą, usiadł więc na brzegu rowu, nie znając ściśle struktury całego świata i nie wiedząc, dokąd ma się skierować. Znużony ubogim rozmyślaniem Woszczew pochylił się i położył na zakurzonej przejezdnej trawie; było gorąco, wiał dzienny wiatr, a gdzieś we wsi darły się koguty – wszystko pochłonięte było pokornym istnieniem, tylko Woszczew wyodrębnił się i milczał. Obok głowy Woszczewa leżał umarły, opadły liść, wiatr przyniósł go z odległego drzewa, teraz zaś temu liściowi pisana była pokora w ziemi. Woszczew podniósł uschły liść i schował go w tajnym dziale worka, w którym zbierał różne przedmioty nieszczęścia i zapoznania. „Nie miałeś sensu życia – z oschłością współczucia stwierdził Woszczew – leż tutaj, dowiem się, za co żyłeś i zginąłeś. Skoro nie jesteś nikomu potrzebny i obijasz się po całym świecie, będę cię przechowywał i o tobie pamiętał”.

– Każdy żyje i znosi wszystko na świecie niczego nieświadom – powiedział Woszczew w pobliżu drogi i wstał, żeby iść, otoczony powszechnym wytrwałym istnieniem. – Jakby ktoś jeden albo kilku nielicznych uzyskało z nas i zawłaszczyło stanowcze uczucie!

Szedł drogą do utraty sił; siły tracił zaś Woszczew szybko, kiedy tylko jego duszy się przypomniało, że przestała być świadoma prawdy.

Ale w oddali widać już było miasto, dymiły jego spółdzielcze piekarnie, a słońce pod wieczór oświetlało kurz nad domami, wzbity ruchem ludności. Miasto zaczynało się kuźnią, a w niej, kiedy Woszczew przechodził obok, reperowano auto po jeździe w bezdrożach. Gruby kaleka stał koło konowiązu i przemawiał do kowala:

– Miś, odsyp tytoniu, bo znów w nocy kłódkę zerwę!

Kowal nie odpowiadał spod auta. Wtedy inwalida trącił go szczudłem w tyłek.

– Miś, zostaw lepiej tę robotę i odsyp, bo strat narobię!

Woszczew przystanął obok kaleki, ulicą z głębi miasta ciągnął bowiem w szyku oddział pionierów ze zmęczoną orkiestrą na czele.

– Dostałeś przecież wczoraj całego rubla – powiedział kowal. – Daj mi spokój choć przez tydzień! Bo jak nie wytrzymam, to spalę twoje kulasy!

– Spal – zgodził się inwalida. – Jak mnie chłopaki na wózku dowiozą, to dach ci z kuźni zerwę!

Kowal zagapił się na dzieci i udobruchany odsypał kalece tytoniu do kapciucha.

– Udław się, szarańczo!

Woszczew spostrzegł, że kaleka nie ma nóg – jednej całkiem, a drugą zastępuje drewniany naddatek; kaleka opierał się na szczudłach i na pomocniczej podpórce drewnianego kikuta obciętej prawej nogi. Zębów inwalida nie miał wcale, zużył je doszczętnie na jedzenie, dorobił się natomiast olbrzymiej twarzy i otyłego szczątka kadłuba; jego brązowe, skąpo otwarte oczy chłonęły świat dla nich postronny z chciwością niedostatku, z rozpaczą nagromadzonej namiętności, a dziąsła tarły o siebie w jego ustach, wypowiadając bezgłośne myśli kuternogi.

Orkiestra pionierów z oddali zagrała muzykę młodzieńczego pochodu. Świadome dostojeństwa własnej przyszłości, w regularnym marszu mijały kuźnię bose dziewczynki; ich wątłe, dojrzewające ciała ubrane były w bluzki marynarskie, na zamyślonych, uważnych głowach swobodnie układały się czerwone berety, a nogi okrywał dziecinny puch. Każda dziewczynka, posuwając się w rytmie wspólnego szyku, uśmiechała się w poczuciu swojego znaczenia, ze świadomością powagi kurczącego się w niej życia, koniecznej dla ciągłości ordynku i dynamiki pochodu. Każda z tych pionierek zrodziła się w epoce, w której na polach leżały martwe konie wojny socjalnej, nie wszyscy pionierzy mieli zaś skórę w chwili przyjścia na świat, bo ich matki karmiły się jedynie zasobami własnego ciała; dlatego na twarzy każdej pionierki utrwaliła się trudność słabowitości wczesnego życia, ubóstwo ciała i urody wyrazu. Szczęście dziecięcej przyjaźni, ziszczenie przyszłego świata w młodzieńczej zabawie i godność własnej surowej swobody wypisały na dziecięcych twarzach dostojną radość, która zastępowała im urodę i domowe wyżywienie.

 

Woszczew stał onieśmielony w obliczu procesji tych nieznanych mu, wzruszonych dzieci; wstyd mu było, że pionierzy wiedzą pewno i czują więcej od niego, bo dzieci to czas, który dojrzewa w świeżym ciele, a jego, Woszczewa, biegnąca naprzód, czynna młodość usuwa w ciszę zapomnienia jako daremną próbę życia, które chce osiągnąć swój cel. Woszczew poczuł wstyd i energię – zapragnął natychmiast odkryć powszechny, długotrwały sens życia, by żyć na czele dzieci, życiem prędszym od ich opalonych nóg pełnych niezłomnej czułości.

Jedna z pionierek wybiegła z szeregu w przylegający do kuźni zagon żyta i zerwała tam potrzebną jej roślinę. W chwili działania mała kobieta pochyliła się, obnażając pieprzyk na okrąglejącym ciele, i z lekkością nieuchwytnej siły znikła w przelocie, pozostawiając żal w dwóch widzach – Woszczewie i kalece. Woszczew, szukając ulgi w porównaniu, spojrzał na ułomnego; tamtemu twarz wezbrała krwią bez ujścia; wystękał dźwięk i poszperał ręką w głębi kieszeni. Woszczew dostrzegał nastrój zwalistego inwalidy, cieszył się jednak, że socjalistyczne dzieci nigdy nie padną łupem kaleki imperializmu. Ale tamten nie odstępował spojrzeniem końca pionierskiej procesji, aż Woszczew zląkł się o całość i czystość małych ludzi.

– Patrzałbyś oczami w inną stronę – powiedział inwalidzie. – Lepiej byś zapalił!

– W tył zwrot, ważniaku! – odparł beznogi.

Woszczew z pokorą tkwił w postawie.

– Do kogo ja mówię? – przypomniał kaleka. – Chcesz oberwać?!

– Nie – odpowiedział Woszczew. – Przestraszyłem się, że powiesz słowo na tamtą dziewczynkę albo coś zaczniesz.

Inwalida ze zwykłą sobie udręką pochylił wielką głowę ku ziemi.

– Co mam powiedzieć dziecku, łobuzie? Patrzę na dzieci na pamiątkę, bo niedługo umrę.

– Uszkodzili cię pewno w kapitalistycznej bitwie – powiedział cicho Woszczew. – Chociaż inwalidzi też bywają starcami, widziałem.

Ułomny obrócił na Woszczewa oczy, w których była teraz bestialskość umysłowej przewagi; kaleka z początku nawet pomilczał ze złości na przybłędę, a później wymówił z powolną zawziętością:

– Starcy tacy bywają, ale kalek takich jak ty – to nie ma.

– Nie byłem na prawdziwej wojnie – powiedział Woszczew. – Też bym z niej wtedy nie wrócił w całości.

– Widzę, że nie byłeś: skąd niby taki głupi? Chłop, co wojny nie widział, to jak baba, co nie rodziła – żyje idiotą: całego cię widać przez skorupę!

– Ech! – smutno powiedział kowal. – Patrzę na dzieci i sam aż bym krzyknął: niech żyje Pierwszy Maj!

Orkiestra pionierów odpoczęła i zagrała w oddali marsz ruchu. Woszczew nadal się męczył, poszedł więc zamieszkać w tym mieście.

Inne książki tego autora