Jimi Hendrix we LwowieTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Podziękowania

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

Rozdział XV

Rozdział XVI

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

Rozdział XX

Rozdział XXI

Rozdział XXII

Rozdział XXIII

Rozdział XXIV

Rozdział XXV

Rozdział XXVI

Rozdział XXVII

Rozdział XXVIII

Rozdział XXIX

Rozdział XXX

Rozdział XXXI

Rozdział XXXII

Rozdział XXXIII

Rozdział XXXIV

Rozdział XXXV

Rozdział XXXVI

Rozdział XXXVII

Rozdział XXXVIII

Rozdział XXXIX

Rozdział XL

Rozdział XLI

Rozdział XLII

Rozdział XLIII

Rozdział XLIV

Rozdział XLV

Rozdział XLVI

Rozdział XLVII

Rozdział XLVIII

Rozdział XLIX

Rozdział L

Rozdział LI

Rozdział LII

Rozdział LIII

Rozdział LIV

Rozdział LV

Rozdział LVI

Epilog

Przypisy

Inne książki Andrieja Kurkowa

Tytuł oryginału: Львовская гастроль Джими Хендрикса

Opracowanie redakcyjne: MIROSŁAW GRABOWSKI

Korekta: BEATA WYRZYKOWSKA, JAN JAROSZUK

Projekt okładki: TOMASZ LEC

Skład i łamanie: PLUS 2 Witold Kuśmierczyk

Copyright @ Andriej Kurkow 2012

For the Polish edition Copyright © 2021, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-7392-713-1

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Autor składa serdeczne podziękowania merowi Lwowa – panu Andrijowi Iwanowyczowi Sadowemu – za propozycję napisania powieści o mieście, które było, jest i zawsze będzie jednym z najbardziej interesujących i najpiękniejszych miast zagadek na mapie Europy.

Właścicielom i personelowi hotelu Leopolis – za życzliwość i zapewnienie komfortu podczas moich częstych przyjazdów oraz osobno za wspaniałą, wykwintną kuchnię.

Bohaterom tej książki – panom Jurkowi Wynnyczukowi i Alikowi Olisewyczowi oraz pani Oksanie Prohorec – za to, że się zgodzili nimi zostać i wpuścili mnie do swojego życia i swoich życiorysów.

Dawnym i nowym przyjaciołom – panu Mychajłowi Watulakowi i jego rodzinie, panu Tarasowi Wozniakowi, pani Hałynie Wdowyczenko i wielu, wielu innym.

Wydawcy, panu Jurijowi Nykołyszynowi, i wydawnictwu Apriori – za ofiarowany zbiór książek o starym i nowym Lwowie.

Pani Rusłanie i restauracji Stary Fortepian.

Pracownikom i bywalcom kawiarni przy ulicy Ormiańskiej.

Kawiarni Cabinet, „okrągłemu” barowi z czeburekami w Brzuchowicach, grill-barowi w Winnikach, barowi przy ulicy Starozniesieńskiej, kawiarni Café przy Powitrianej 24 oraz innym zakątkom z duszą, które świadomie lub nieświadomie przyjęły mnie ciepło i życzliwie, pozwalając odpocząć.

Założycielom, mieszkańcom i wolontariuszom organizacji pomagającej bezdomnym pn. Wspólnota Pomocy Wzajemnej „Oselia” w Winnikach.

Mieszkańcom miasta – za to, że z natury rzeczy nie zauważali przyjezdnego pisarza, pomagając tym samym w pisaniu tej powieści.

Rozdział I

Chód prawie zawsze zdradza wiek idącego. Oto człowiek, póki jest mały, idzie roześmiany, ciekawski, podskakując do góry, żeby zobaczyć, co jest ukryte przed jego wzrostem. Na ogół nikt nie ma nic przeciwko temu, dopóki człowiek ów nie osiągnie w rozwoju swym pionowym półtora metra. A jak już to nastąpi, jego chód na krótko nabiera cech cokolwiek rozrabiackich i chełpliwych, albo przeciwnie – staje się zbyt układny, z ledwie dostrzegalnym pochyleniem do przodu. To już, rzecz jasna, nie wszystkim się podoba, a nawet wywołuje obawę u przechodniów: nie wiadomo, co ktoś, kto ma taki chód, może nawyczyniać?! No a potem bywa różnie. Jeden dwadzieścia lat chodzi prosto, drugi jakby trochę bokiem – to już zależy od pozycji życiowej i poziomu strachu. Jednakże zasada ta działa o jasnej porze dnia. W nocy można się wyrzec swego dziennego sposobu chodzenia, a także wieku. Noc wyzwala. Zwłaszcza noc z siedemnastego na osiemnasty września.

Owej wrześniowej nocy 2011 roku odgłos kroków dało się słyszeć zarówno z ulicy Hruszewskiego, jak i z Zielonej, Fedorowa, Zamarstynowskiej oraz od strony parku Stryjskiego, gdzie na drzewach z dawien dawna nocują tłumnie tłuste wrony, dobrze się za dnia odżywiające na miejskim wysypisku śmieci koło wsi Grzybowice. To były solowe kroki idących pojedynczo, którzy nigdy, nawet w pamiętnych radzieckich czasach, nie umieli maszerować w szeregu. Niechby tylko jakiś mały dobosz spróbował unormować ich krok, zaraz by doznał lekkich obrażeń ciała. Do zadania ciężkich obrażeń ciała ci ludzie nie byli absolutnie zdolni. Nawet kiedy się dowiadywali, że małym doboszem, już w innym, nie tym dosłownym sensie, okazywał się ktoś niedawno przyjęty do ich wąskiego grona. Grona, które zresztą całkiem niedawno stało się rzeczywiście wąskie. Dawniej, jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat temu, obejmowało ponad pół setki osób, a w połowie każdego września znacznie się zwiększało o przybywających autostopem, pociągami czy na piechotę jednako myślących i jednako czujących.

 

Kroki tego, kto mijał klasztor Zgromadzenia Najświętszego Odkupiciela, stały się nerwowe. Było słychać, że idący się śpieszy. Ulica Zamarstynowska, którą podążał, mogłaby kiedyś dosięgnąć swoją murowaną ręką aż do Brzuchowic, ale jakoś tego nie zrobiła. Długości do dziś mogą jej pozazdrościć paryskie bulwary. Ma swoją trudną historię... Poza tym cóż się tam tylko nie działo na tej Zamarstynowskiej za jej długiego i wciąż jeszcze trwającego życia! Ulice żyją długo, przeżywają ludzi, którzy przy nich mieszkają, pokolenie za pokoleniem. Na Zamarstynowskiej zawsze dużo się modlono, produkowano i pito wódkę i likiery, w filmotece lokalnego biura wynajmu filmów przechowywano taśmy i wyświetlano je tuż obok w kinie imienia Szewczenki, uczono się sadzić sady i uprawiać warzywa, prowadzić samochody, a nawet leczono chorych i rannych milicjantów. Zresztą leczy się ich przy tej ulicy także teraz. I leczy się, i odprawia w przyszpitalnej kaplicy nabożeństwa żałobne nad trumnami tych, których nie dało się przywrócić do szeregu. Wszystko powinno się odbywać zgodnie z zasadami i wszelki ruch powinien zawierać oznaki przyszłej skończoności, jak każde zdanie, bez względu na to, ile by w nim było przecinków, musi kończyć się kropką, wielokropkiem czy bardziej emocjonalnym znakiem interpunkcyjnym.

Idący, który przeżył na samym końcu tej ulicy swoje niepozbawione bynajmniej wydarzeń życie, zawsze nosił Zamarstynowską w sobie. Czuł ją, jak dobry kierowca czuje, bez świadomego zwracania na to uwagi, wymiary swojego samochodu, wiedząc z góry, do jakiej bramy[1] on wjedzie, a do jakiej – nie.

Twarz idącego była osłonięta przed niebem brązowym skórzanym kapeluszem z szerokim rondem. Spod kapelusza opadały na ramiona długie włosy przetykane siwizną. Pozostałe szczegóły można właściwie pominąć. No, chyba że wysokie, wojskowego kroju buty, mocno zasznurowane, niezawodnej rodzimej produkcji, od lat nazywane glanami. Chińczycy nie nauczyli się podrabiać tego modelu. Że niby na ich produkcję wychodzi za dużo gumy szczególnej jakości i twardości i za dużo grubej skóry. Toteż ostoją produkcji glanów pozostają Białoruś i Naddniestrze. Zresztą i we Lwowie są jeszcze arcymistrze, którzy nie tylko potrafią ręcznie przekłuć cygańską igłą kawałek strasznie grubej świńskiej skóry, ale i tak połączyć górną część buta z dolną, jak nie udało się Armii Czerwonej w 1939 roku zintegrować Ukrainy Zachodniej ze Wschodnią. Po odgłosie dobry szewc zawsze rozpozna, czy producent sfałszował, czy sporządził obuwie sumiennie. Otóż obie podeszwy muszą brzmieć unisono. A we Lwowie, w tym mieście subtelnej kultury dźwiękowej, jest to szczególnie ważne. Lewy obcas nie ma prawa stukać po bruku jak lewy, a prawy jak prawy! Muszą oba dźwięczeć jak para. Jak zakochana w drodze para.

W kieszeni idącego zadzwoniła komórka.

– Alik, daleko jesteś? – odezwał się głos dawnego przyjaciela.

– My nie Niemcy, nie mamy się dokąd śpieszyć – odparł idący. – A ty gdzie jesteś?

– Na Łyczakowskiej.

– Dobra – powiedział Alik. – Zaraz będę.

Kiedy Alik zbliżył się do zamkniętej bramy cmentarza Łyczakowskiego, spod rosnących obok drzew wyszło około dziesięciu osób. Wyszło bez pośpiechu, obstępując go, a on wyjął z kieszeni klucz do kłódki.

Klucz już zagłębiony w dziurce miał się obrócić, gdy za plecami zebranych rozległ się rażący odgłos „nieparzystych” kroków. Alik też się obejrzał i zobaczył dwumetrowego, trochę przygarbionego gościa. Jego długie jasne włosy jakby mówiły: „Jestem swój”.

– Labas vakaras[2]– powiedział niezbyt głośno.

– Audrius?! – zdziwił się Alik. Zmierzył przybysza wzrokiem i zatrzymał spojrzenie na jego szpiczastych butach z cienką podeszwą. – Z pociągu?

– Tak, przez Kijów – potwierdził tamten.

Zamarli na chwilę zebrani ożyli, zaczęli podchodzić do Audriusa, żeby się z nim uściskać. Alik uściskał go ostatni.

– Dawno cię nie było – powiedział.

Potem odwrócił się do bramy, przekręcił klucz i stalowy pałąk kłódki wyskoczył z wpustu.

Przez cmentarz szli w milczeniu. Weszli na wzniesienie, zatrzymali się, rozejrzeli. Alik przywołał zebranych dłonią i poprowadził za sobą między grobami i ogrodzeniami. Stanął przed żelaznym krzyżem, jakby specjalnie schowanym przed postronnymi mogiłami za pniem starego drzewa i dwoma rozrośniętymi krzewami. Nie było tu ogrodzenia[3]. Długowłosa podstarzała brać stłoczyła się wokół niepozornej mogiłki. Na zardzewiałej tabliczce przyspawanej wprost do krzyża nie można było odczytać ani imienia, ani nazwiska zmarłego. Jeden z przybyłych kucnął pod krzyżem, oparł się kolanami o usypaną ziemię i wyjął z kieszeni kurtki paczuszkę. Rozwinął. Postawił na wciąż jeszcze zielonej trawie puszeczkę z białą farbą. W jego dłoni pojawił się pędzelek.

Pewna ręka wymalowała na tabliczce białymi literami: „Jimi Hendrix[4] 1942–1970”.

W bezwietrznej ciszy cmentarza chrząstnęła gałązka. Gdzieś całkiem blisko. Alik naprężył się, nasłuchując. Pozostali wstrzymali oddech.

Chrzęst się powtórzył. Dały się słyszeć dość energiczne kroki. Pod czyimiś stopami żałośnie zaszeleściły opadłe liście.

„Stróż?!” – pomyślał Alik.

Tą samą drogą między grobami i ogrodzeniami nadchodził ktoś niewysoki i niedługowłosy w czapce z daszkiem. Po prostu obcy facet. Zebrani przy grobie patrzyli obojętnie, jak się do nich zbliżał. Ciekawość jest udziałem młodości, a oni przekroczyli już pięćdziesiątkę.

– Proszę mi wybaczyć wtargnięcie – wyraźnie jak prezenter powiedział nieproszony gość, zatrzymując się w przyzwoitej odległości. – Już dawno chciałem... Chciałem porozmawiać...

– Niech pan mówi. – Alik spokojnym głosem wyraził pozwolenie.

– Nie poznajecie mnie? – zapytał mężczyzna i zdjął czapkę.

Twarz przybysza mimo nocnej pory była dostatecznie oświetlona niepełnoprawnym kawałkiem księżyca. Lecz mimo że oświetlona, nic Alikowi nie mówiła. Zwykła twarz, jakich świat natrzaskał z matrycy miliardy: uszy, nos, oczy, wszystko jakby według jedynej normy państwowej, bez braków, bez najmniejszej pozwalającej się zapamiętać czy rzucającej się w oczy wady.

Alik pokręcił głową.

– Ależ jak to? – powiedział ostrzyżony z pretensją w głosie. – Byliśmy sobie bliscy. Wbrew waszej woli, oczywiście. Jestem kapitan KGB Riabcew.

– Ojej – wyrwało się Alikowi, który zmrużył oczy, przyglądając się niespodziewanemu rozmówcy. – A co pan tutaj robi, kapitanie? Pewnie jest pan teraz kapitanem w stanie spoczynku?

– Kapitanem rezerwy – poprawił tamten. – Chociaż na jedno wychodzi... Przeprosić chciałem... I coś powiedzieć.

– No, niech pan przeprasza! – Alik wzruszył ramionami. – Tylko szybciej. Nie po to się tu zebraliśmy, żeby pana wysłuchiwać. – Wskazał żelazny krzyż ze świeżym napisem na tabliczce.

Kapitan włożył czapkę, odkaszlnął, jakby chciał oczyścić gardło.

– W ogóle to wybaczcie mi, chłopaki! I mnie, i Mieziencewowi. Niedawno go pochowałem... rak pęcherza... Też za was odpowiadał.

– Musimy go słuchać? – obruszył się Penzel, tęgie długowłose i brodate chłopisko w skórzanej kurtce, przypominające bardziej bajkera niż hipisa.

– No, chwilkę posłuchamy – rzucił niechętnie Alik. – Dalej, kapitanie, tylko lakonicznie! Chłopaki tracą czas i cierpliwość!

– Krótko mówiąc – Riabcew przemówił ciszej i mniej wyraźnie – to najpierw chciałem wam podziękować, że trzydzieści pięć lat temu poznaliście mnie z Jimim! Jimi Hendrix zmienił moje życie. Przestała mnie interesować kariera. Dlatego jestem kapitanem, a nie pułkownikiem... I dlatego właśnie w siedemdziesiątym ósmym zdobyliśmy z chłopakami cząstkę jego ciała, jego nadgarstek. Żeby miał swoją mogiłkę także tu, we Lwowie, i żebyście mieli gdzie chodzić oprócz Świętego Ogrodu[5].

– Co?! – Alik szeroko otworzył oczy. – Przecież jego nadgarstek przywiozły chłopaki z republik bałtyckich, a pomogła im litewska diaspora w Stanach! No, powiedz, Audrius! – zwrócił się do najwyższego z obecnych. – Pamiętasz?

– Tak. – Audrius kiwnął głową. – Pamiętam tamtych chłopaków: Jonas, Kęstutis, Ramūnas...

– Oczywiście, to oni przekazali wam nadgarstek, a im ze Stanów dostarczyli nasi ludzie. – Kapitan Riabcew znów zaczął wymawiać słowa wyraźnie i dobitnie, po wojskowemu, tak jak się mówi prawdę albo wydaje rozkaz. – Moskwa o tym nie wiedziała. To my, ja i nieboszczyk Mieziencew, tutaj, we Lwowie, wymyśliliśmy specoperację w Stanach z częściową nielegalną ekshumacją ciała. Opłaciła Moskwa, tylko że gdyby tam poznali całą prawdę, to ja bym teraz z wami nie rozmawiał...

Któryś ze słuchaczy ciężko westchnął. Kapitan wzrokiem poszukał wzdychającego, na chwilę zawiesił głos.

– Mówię o tym, żebyście nie mieli do mnie żalu. Nie byliśmy tępymi buldogami. Mogę choćby w tej chwili opowiedzieć życiorys Jimiego Hendrixa rok po roku. Przepraszam, śpiewać nie mogę! Moi rodzice nie mieli pieniędzy ani na pianino, ani na gitarę. W dzieciństwie miałem tylko jeden instrument muzyczny – gwizdek! Cieszę się, że nie zostałem milicjantem!

– Przypomniałem sobie ciebie – powiedział Alik po namyśle. – Jeżeli to, co mówisz, jest prawdą, to musimy znaleźć stół, przy którym my wszyscy – ogarnął gestem zebranych – będziemy mogli zasiąść. Trzeba będzie wypić i wspomnieć przeszłość bardziej szczegółowo.

– Wszystko, co mówię, to prawda – odparł kapitan. – Nie mam powodu was oszukiwać. Nie jestem na służbie. Już od piętnastu lat nie jestem na służbie.

Alik wbił wzrok w ziemię, pomilczał chwilę. Przeniósł spojrzenie na tabliczkę ze świeżym białym napisem.

– Jimi, słyszysz? – powiedział, zwracając się w stronę krzyża. – Władze znowu wścibiają nos w nasze sprawy. Ale my nie będziemy rewidować naszego układu. Nie zdradziliśmy ciebie ani osiemnastego września siedemdziesiątego roku, ani później. I nie było rocznicy, żebyśmy się tu nie zebrali i nie odświeżyli twojego grobu. Nawet wtedy, kiedy nam bardzo chciano przeszkodzić!

Gdzieś niedaleko na głośnym sygnale przemknęła karetka. Sygnał stopniowo ścichł.

– No co, chłopaki? – wezwał zebranych Alik. – To ja zaczynam!

Wyjął z kieszeni blister z luminalem, wycisnął tabletkę, przysiadł przy grobie, upuścił białą pastylkę na ziemię, odczekał moment i palcem wskazującym wepchnął ją głębiej, pod korzenie trawy.

– Śpij spokojnie – wyszeptał i wstał.

Kapitan zrobił krok do tyłu, jakby nie chciał przeszkadzać. Stał bez ruchu, obserwując, co się dzieje.

Przy grobie przysiadł drugi podstarzały hipis, miał w ręku przygotowany środek nasenny. Następny kucnął Audrius. Wyszeptał coś po litewsku. Po czym też wcisnął palcem wskazującym w ziemię mogiłki białą tabletkę.

Niebo nad cmentarzem Łyczakowskim ściemniało. Jeszcze nieopadłe liście drzew i krzewów zaczęła rosić mżawka. A one zaszeleściły, zaszeptały jakby w przeczuciu czającego się niebezpieczeństwa.

Alik spojrzał w górę.

– Wszystko jak rok temu – powiedział. – Już czas...

Ruszył w stronę wyjścia, schodząc ze wzniesienia i omijając groby, ogrodzenia, grobowce i pomniki.

Tuż za Alikiem szedł Lonia.

– Morze burzy się raz – wyszeptał nagle, a jego ciepły oddech owiał uszy Alika. – Morze burzy się dwa, morze burzy się trzy, w szczęśliwą figurę zamierasz ty![6]

Oczy Alika wypatrzyły w ciemności wielki kamienny krucyfiks. Przez moment twarz Ukrzyżowanego wydała się Alikowi szczęśliwa.

Kiedy brama została już zamknięta na kłódkę, tuż przed nim wyrósł kapitan Riabcew. Był znacznie niższy od Alika.

– No to jak, chłopaki, idziemy szukać wielkiego stołu? – zapytał Alik i nie czekając na odpowiedź, skręcił w prawo i pomaszerował wzdłuż cmentarnego muru.

Pozostali ruszyli za nim. A kapitan zamykał pochód.

Wkrótce mur mieli już za sobą. Teraz po obu stronach drogi szarzały uśpione budynki ulicy Mecznykowa. Alik poczuł raptem słabość w nogach. Szedł na przedzie, wskazywał kierunek swoim starym przyjaciołom, tym, z którymi go w młodości zwijała bezpieka, i jednocześnie myślał, że przecież nie ma żadnego konkretnego wielkiego stołu. A właśnie teraz tak był potrzebny. Przedtem, w dawnych złych czasach radzieckich, wydawało się, że nawet mały prostokątny stół kuchenny obstawiony taboretami jest tym wielkim, okrągłym stołem. Te czasy i te stoły należą już do podwójnej niejako przeszłości: inny wiek, inny kraj. Teraz chciałoby się mieć pełnowartościowe krzesło – widocznie siedzenie z latami zaczęło wymagać czegoś subtelniejszego, wygodniejszego. A subtelności i wygody nie spotykamy na każdym kroku.

 

– Może do George’a? – Ciepłe chuchnięcie towarzysza napełniło jego ucho. – Gienyk robi za strażnika, to nas wpuści...

Alik, nie zwalniając, spojrzał z ukosa na pomysłodawcę.

– Nie, może lepiej... – i zająknął się. Nic mu się nie udało zaproponować.

Nagle rozbolała go głowa i poczuł jeszcze większą słabość w nogach. Przed oczami poruszyło się ciemne powietrze, jakby ktoś dmuchnął dymem z papierosa.

– Mgła gęstnieje – odezwał się idący z prawej, między Alikiem a ścianą budynku, kapitan Riabcew. – To jej dolna warstwa – stwierdził ze znawstwem. – Zaraz nas pochłonie... Lepiej się zatrzymać.

Alik przystanął. Przystanęli też idący za nim. Na oczach wszystkich, stojących pod oświetloną słabą żarówką tabliczką „Łyczakowska 84A”, ciemność nasączała się mlekiem mgły.

W ustach, na języku i podniebieniu poczuł delikatną słodycz.

„Fabryka Switocz?! – pomyślał. – Mgła najwyraźniej stamtąd... czekoladowe zanieczyszczenie powietrza?!”

Rozbawiło go to dziecinne skojarzenie. Wpatrywał się w znikającą na jego oczach tabliczkę na murze budynku.

– Alik, to ja idę – odezwał się głos kapitana Riabcewa. – Innym razem.

– Jakim razem? – spytał Alik.

– Przecież ani razu się nie przeprowadzałeś. – Kapitan mówił życzliwym tonem. – Znam twój adres od lat siedemdziesiątych. Wpadnę, wszystko opowiem. Może nawet jutro.

Zebrani się pożegnali i rozpłynęli w tej nocnej mgle, która tak niespodziewanie ich zalała. Został tylko Audrius, stanął, prawie dotykając ramieniem Alika.

– Pojedziemy do mnie – zaproponował Alik swemu litewskiemu kumplowi. – Mam balsam.

– Ja też, dwie flaszki trojanki.

Alik wyjął komórkę. Wybrał numer firmy taksówkarskiej, nikt się jednak nie odezwał. Wybrał numer innej – z takim samym rezultatem. Nagle usłyszał warkot silnika. Pamiętał, że stoi przy drodze. Wymacał podeszwą brzeg krawężnika i zaczął wpatrywać się w kierunku, skąd nadjeżdżał jeszcze niewidoczny, choć już słyszalny samochód.

Zstąpił na jezdnię, podniósłszy zawczasu prawą rękę.

Z mleka mgły wynurzyły się dwa żółtka reflektorów, całkiem blisko. Alik zrobił jeszcze krok, żeby go było lepiej widać, aż tu zgrzytnęły hamulce i samochód zarzuciło na mokrym bruku wprost na Alika. Prawe żółtko niezbyt mocno uderzyło go w kolano, odskoczył, machając rękami, żeby złapać równowagę i utrzymać się w pionie, ale mu się nie udało.

Samochód się zatrzymał. We wnętrzu zapaliło się światło, w którym zobaczył dwie wystraszone twarze. Jedna należała do młodego, może trzydziestoletniego mężczyzny, druga była starsza. Szpiczasty nos i zadbane wąsy starszego pasażera wskazywały, że to ktoś przyjezdny, najprawdopodobniej Polak. Młody otworzył drzwi, wysiadł. Ręce mu się trzęsły. Był w szoku.

– Nic panu nie jest? – spytał Alika, który już stanął na nogi i rozcierał stłuczone kolano. – Nie widziałem pana!

– Nic, nic, w porządku – rzucił Alik. – Audrius, jesteś tu? – Obejrzał się.

– Jestem – odpowiedział kumpel, podchodząc do samochodu.

– Może panów gdzieś podwieźć? – zapytał kierowca starego opla, splatając palce, żeby powstrzymać drżenie.

– Właśnie chciałem złapać samochód – powiedział jakby do siebie Alik – żeby pojechać na Zamarstynowską, na koniec...

– Proszę! – Kierowca otworzył tylne drzwi i dopiero teraz wciąż jeszcze przestraszonym wzrokiem przyjrzał się nie bez zaciekawienia tej parze podstarzałych długowłosych przyjaciół.

Samochód ruszył, właściwie popłynął przez mleko mgły, niczym łódź podwodna przez głęboką i nieprzejrzystą toń.

– A czy znajdzie pan moją ulicę? – nie bez wątpliwości w głosie spytał Alik.

– Albo my ją, albo ona nas znajdzie. Najważniejsze to się nie śpieszyć. Chyba się panowie nie śpieszą?

Mała prędkość uspokoiła Alika.

– Jak ty? – spytał Audriusa.

– W porządku.

– Myślisz, że Riabcew mówił prawdę?

Audrius wzruszył ramionami. Nie chciało mu się mówić, zresztą nie miał na to konkretnej odpowiedzi.

Jechali z pół godziny w milczeniu, aż w rozstępującej się niespodziewanie mgle zobaczyli pnie sosen i znajome ogrodzenie milicyjnego szpitala.

– No to jesteśmy – westchnął z ulgą kierowca. – Jechać dalej?

– Yhm, to tuż-tuż. – Alik skinął głową. I znowu zwrócił się do Audriusa. – Posiedzimy u mnie, odpoczniemy – powiedział.

– Przespałbym się ze dwie godzinki – odezwał się Audrius zmęczonym głosem.

– No to najpierw sobie pośpimy, a potem odpoczniemy – stwierdził Alik, ziewając.

Inne książki tego autora