Człowiek hasłoTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Andriej Kotin

Człowiek hasło

Saga

Człowiek hasłoZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2014, 2020 Andriej Kotin i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726634914

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Człowiek nie ma władzy nawet nad własnym życiem

Blaise Pascal

Część pierwsza

Teatr jednego autora

1

Inwokacja

Pewnego wieczoru w nieistniejącym już poznańskim hotelu pojawił się trzydziestoparoletni mężczyzna w szarej wiosennej kurtce. Odznaczał się przerażająco bladą twarzą, jakby starannie unikał świeżego powietrza, aczkolwiek buty, zakurzone i zniszczone, nosiły ślady dalekich podróży, tłocznych dworców i obcych miast. Miał bujną fryzurę i śmieszne nazwisko: Niegroźny.

Przy wejściu, w leniwych obrotowych drzwiach, przeprosił za coś głuchego staruszka, a potem rozczarował młodą recepcjonistkę, nie odwzajemniając jej dwuznacznego (czy wręcz niedwuznacznego) uśmiechu. Niekorzystne pierwsze wrażenie – ignoranta, introwertyka, inteligenta – zatarło następujące nocne zajście.

Dziesięć po drugiej o numer jego pokoju zapytało trzech eleganckich panów. Godzinę później cała czwórka, śpiewając nostalgiczny wiedeński utwór, skądinąd evergreen, niemalże wypadła z windy. Przy czym Niegroźny wydawał się w najgroźniejszym stanie – był nieprzytomny. Kiedy krótko przed piątą recepcjonistkę zastąpiła jej niewyspana koleżanka, znacznie starsza i grubsza, dziewczyna żałowała, że nie zobaczy jego powrotu. To właśnie ta druga około szóstej rano pożegnała niecodziennego gościa.

Zanim opuścił hotel, odciążył znerwicowany automat o jednego batonika, kolejny zaś o kawę bez mleka i pospiesznie skorzystał z darmowego komputera dla gości. Bojaźliwie rozglądając się dookoła, wysłał na adres esmeralda@xp.pl maila o następującej treści:

Dziś, jak zwykle, przyszli we trójkę. Nie miałem ostatnio wystarczająco dużo czasu, by opisać wygląd moich niezmordowanych dręczycieli, więc zrobię to teraz.

Każdy z nich jest odrażający na swój własny, niepowtarzalny sposób. U jednego najbardziej wstrętne są palce, bardzo wąskie i bardzo długie. Drugi, zanim przemówi, koniecznie musi kaszlnąć, i to tak obrzydliwie, że zdaje się, iż lada chwila wykrztusi z siebie całe tygodniowe menu. Trzeciego wyróżnia masywny, świńsko-ziemniaczany nos, który non stop wyciera starą, zaplamioną chustą.

Nie wiesz – i mam nadzieję, że nigdy się nie dowiesz – przez co musiałem przejść w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Są przy mnie wszędzie, o każdej porze dnia i nocy, śledzą każdy mój krok, niezależnie od tego, czy jestem w Toronto, czy w Tarnowie. Niekiedy pojawiają się wszyscy, innym razem tylko któryś z nich, czasem dołącza do nich jeszcze karzeł o piskliwym głosie i jadowitym spojrzeniu. Ma zielony pierścień na lewej ręce i cały czas przeklina.

Ale dość na tym. Nie sądzę, żeby ich opis mógł ci się na coś przydać. Muszę się dowiedzieć, co ze mną robią, gdy tracę przytomność – słowem, po co, do cholery, jestem im potrzebny! Bo po coś chyba jestem, skoro ścigają mnie po całym świecie, jak horda świrniętych paparazzich. Czuję się zupełnie bezradny. Nie potrafię ich przechytrzyć, więc muszę ciągle grać według ich zasad.

Boję się, kochana. Boję się, że nie dam rady tak dalej żyć, że nie wytrzymam i posunę się do ostateczności. Może tego ode mnie oczekują? Myślałem nad tym, by udać próbę samobójczą i zobaczyć, co się stanie. Ale to wymagałoby przygotowania rzetelnego planu, a ja nie mam sił nawet na to, by przeczytać jedną stronę mojego ukochanego Verlaine’a! Czuję, jak kropla po kropli wysysają ze mnie życie, i wszystko wskazuje na to, że przegram w tej walce.

Domyślam się, jak przykro Ci to czytać. Niestety, jestem wrakiem człowieka – załamany, wycieńczony, bliski rezygnacji.

A jednak wciąż Ciebie kochający, Twój na wieki, Tomek.

2

Dziwna rozmowa

– I to jest, jak dotąd, ostatnia wiadomość, którą wysłał do pani? – zapytał detektyw Dariusz Dark, odkładając pognieciony wydruk na biurko.

– Tak – potwierdziła Klaudia niepewnym głosem. Niepokój swawolnie odbijał się w jej słowach. – Rano przed wyjściem sprawdzałam jeszcze pocztę. Zresztą nigdy nie pisze częściej niż raz w tygodniu.

– Czy uściślił może, skąd wysyła tego maila? Podał miasto lub chociażby kraj?

– Nie, nie napisał. Wcześniej podpisywał listy, na przykład: New Jersey i data; wie pan, jak w wierszach. Ale teraz już tego nie robi.

To porównanie go nieco uspokoiło. Świadczyło bowiem o tym, że mimo olbrzymiej desperacji klientka zachowała tę resztkę zdrowego rozsądku, bez której skuteczna współpraca, i – co za tym idzie – udane śledztwo, napotykałaby na wiele niepotrzebnych utrudnień.

– Widocznie uznał – ciągnęła Klaudia – takie szczegóły za zbyteczne, skoro zmienia państwa i kontynenty tak często, że budzi się w Los Angeles, a kolację je w Tokio.

– Zbyteczne szczegóły to dla mnie oksymoron – uśmiechnął się Dariusz. – Szkoda, że nie dzielił się z panią takimi informacjami. Nocuje tylko w hotelach czy czasami zatrzymuje się również u znajomych?

– Wyłącznie w hotelach – odparła Klaudia, lekko zdziwiona pytaniem. – Nie chce w to nikogo wciągać. Zwłaszcza przyjaciół. To chyba zrozumiałe, nieprawdaż?

– Prawdaż. Czyli ma przyjaciół?

– No tak… – Znów była zaskoczona, ale inaczej: zwolniła tempo mówienia, jakby poddając się przeciwnikowi w nierównej walce. – Jak każdy chyba.

– Ciężko mi powiedzieć, bo ja osobiście nie mam.

Spodziewała się, że detektyw trochę posmutnieje po tych słowach, ale nie. Samotny i dumny twardziel z czarnego kryminału.

– Rzućmy więc okiem na to, co mamy – zaproponował. – Mamy młodego mężczyznę, którego nagle, ni z tego, ni z owego, zaczynają nawiedzać nieznani mu osobnicy. Po prostu przychodzą i go porywają. Nie że jakoś gwałtownie, choć zdarza się, że bywają brutalni. Ostatnio, jak wynika z listu, coraz częściej.

– Bo nie ma już siły stawiać im oporu.

– Dokładnie. Faktem jest także to, że zawsze go usypiają. A to wsypują coś do napoju, a to posługują się strzykawką. Jednym słowem, zależy im na tym, by na jakiś czas stracił przytomność. Co się dzieje w tym czasie – oto kluczowe pytanie.

Ten wniosek wydał się Klaudii zbyt oczywisty, by zareagować na niego inaczej niż zwykłym kiwnięciem głowy.

– Przepraszam, że o to zapytam, ale muszę. Jak pani sądzi, czy pani narzeczony może się jeszcze komuś zwierzać ze swojego nieszczęścia? Czy też jest pani pewna, że nikt poza panią o tym nie wie?

– Ma pan na myśli inną kobietę? – zapytała Klaudia, mniej przejęta tym założeniem, niż można było oczekiwać. – Nic mi o tym nie wiadomo. Nie potrafię sobie tego wyobrazić, ale nie jestem też naiwna i wiem, jak bezwzględne potrafi nieraz być życie. Dlatego nie można niczego wykluczać.

– Prawdziwie detektywistyczne myślenie – pogratulował jej Dariusz i od razu pożałował, że wygłosił ten komplement, gdyż twarz kobiety w jednej chwili spoważniała, a chłodny, nieufny wzrok powędrował w dół, na kolorowy japoński dywan.

– Zapewniam pana, że w tej chwili interesuje mnie tylko to, jak ochronić Tomka przed złem. Kocham go i chcę, aby żył. Nawet jeżeli nie jest mi wierny. Chciałabym też wiedzieć, o co chodzi w tej całej historii, bo nie zmyślił jej przecież po to, by móc mnie zdradzać! – Nutki niezadowolenia w jej głosie pobrzmiewały coraz wyraźniej.

– Droga Pani, nie posunąłem się w swoich podejrzeniach aż tak daleko. Chciałem jedynie ustalić, czy jest może jakieś inne źródło, z którego też mógłbym czerpać informacje o tej sprawie. Ktoś, kto wie o tym wszystkim więcej od nas. Wspomniała pani, że Tomek ma przyjaciół – skierował rozmowę na osoby neutralne. – Może któryś z nich?

Na szczęście, połknął podstępne „albo któraś”, nim zdążył je wymówić. Miał zresztą przeczucie, że autor maila rzeczywiście nie oszukuje swojej wybranki.

– Nie wiem, czy znam wszystkich jego znajomych, lecz co do przyjaciół… Hm… Jest taki Wojtek, z którym znają się od podstawówki, ale Tomek zawsze twierdził, że łączy ich głównie podobne poczucie humoru, więc wątpię, by zwrócił się do niego w tak poważnej sytuacji. Jeżeli już, to szukałby pomocy u tego profesora…

– Profesora?

– Tak, profesor Zieliński, przekochany człowiek. Ale ma siedemdziesiąt sześć lat, od dawna jest na emeryturze i nie korzysta z Internetu. Tomek musiałby do niego pójść osobiście, a to byłoby zbyt ryzykowne. Wygląda na to, że jest bezustannie śledzony.

– Mógł napisać tradycyjny list. Albo zatelefonować…

– Mało prawdopodobne. Myślę, że bałby się tak postąpić. Co, gdyby napadli go po drodze na pocztę i wyrwali kopertę? Znając adres profesora, mogliby zrobić mu jakąś krzywdę lub nawet usunąć dla pewności.

– Rozumiem. Skąd pani narzeczony go zna?

– Był promotorem Tomka.

– Promotorem…

– Pracy doktorskiej. Obronił się bardzo wcześnie, jeszcze przed trzydziestką. To było ponad dziesięć lat temu.

– Co studiował?

– Najpierw reżyserię. Tomek to urodzony filmowiec. Myśli obrazami. Ale niestety musiał porzucić te marzenia. Ciężko się przebić w tej branży.

 

– Nie wątpię.

– Dlatego zrobił w Toruniu doktorat z polonistyki. U profesora Zielińskiego.

– Musi to być niezły cios dla niespełnionego reżysera, kiedy ktoś próbuje reżyserować jego życie – wtrącił Dariusz, spoglądając na półkę z płytami DVD.

– Pan jest prywatnym detektywem czy eseistą? – Patrzyła Dariuszowi prosto w oczy spojrzeniem, w którym rozpacz nieudolnie chowała się za kurtyną zarzutu. – Rozmawiamy już ponad pół godziny, a wciąż nie wiem, czy weźmie się pan za tę sprawę. Bo jeśli tak, to nie wolno zwlekać.

– Jasne, że się wezmę – odpowiedział Dariusz z wesołą gotowością, jak gdyby chodziło o naprawę prysznica lub zamka. – A z tym eseistą to pani prawie trafiła.

3

Upadek pewnej sutanny

Człowiek, który siedział naprzeciwko Klaudii w czarnym skórzanym fotelu, wysokim i staromodnym, jak i cały gabinet, gasząc w bursztynowej popielniczce kolejnego kanadyjskiego papierosa i zadając raz banalne, raz zaskakujące pytanie, był bowiem kiedyś znany w pewnych kręgach jako ojciec Dariusz Darkiewicz – ceniony, acz kontrowersyjny autor artykułów i książek na temat historii Kościoła i mistycyzmu katolickiego.

Jego sława dotarła aż do Watykanu i dotarłszy, szybko zaczęła blednąć. Kościelni hierarchowie postanowili zastopować udział młodego polskiego duchownego w życiu społecznym, zanim wypłynął on ze strzeżonego basenu mało poczytnej, stricte religijnej prasy na szerokie wody świeckich mediów.

Poza Kościołem nikt nie dowiedział się o fenomenie ojca Darkiewicza, bo wkrótce po konflikcie z wszechmocnym zwierzchnictwem Dariusz poważnie zwątpił: nie w żadną tam nieomylność watykańskich notabli, której nigdy na dobrą sprawę nie uznawał, lecz w elementarną przyzwoitość swoich przełożonych. Zwątpiwszy zaś, zaprzyjaźnił się wpierw z absyntem, a następnie z rudowłosą praską pięknością Evelyną.

Obie te przyjaźnie cenił sobie tak mocno, że złamał śluby kapłańskie i zamieszkał z Evelyną w przedwojennym dwupokojowym mieszkaniu, bardzo przytulnym, w nietkniętej renowacją warszawskiej kamienicy. Nic prócz rybopodobnych tramwajów, brzęczących za mętnym oknem niczym naczynia w motelu przy lotnisku, nie zakłócało tam ich namiętnego spokoju.

Wciąż pisał, publikując przeważnie w niszowych wirtualnych wydawnictwach, lecz po fali nocnych głuchych telefonów (groźne milczenie po drugiej stronie, nieme przesłanie wrogiego oddechu…) przestał. Nie chciał ryzykować, głównie ze względu na Evelynę, bo oprócz niej nic do stracenia nie miał.

Kochał jej imię, ponętne i bezbronne, pachnące popcornem i Edenem; jej wąskie, wklęsłe plecy, opalone przez dumne słońce ubóstwianego przez nią Madrytu; kochał jej „Zobacz, jak pięknie!” i „Błagam cię, głębiej!”, jej urocze językowe potknięcia, kiedy na przykład – przymierzając nową letnią sukienkę – tańczyła po pokoju, zatrzymywała się i mówiła: „To co, fajna ze mnie dziwka?”.

Miłość Dariusza do Evelyny składała się właśnie z takich błahostek. Należał do tego typu mężczyzn, wrażliwych na poezję i górskie powietrze, którzy potrafią dostrzec i podziwiać w kobiecie całą masę niedostrzeganych przez resztę drobiazgów, nie pamiętając przy tym daty jej urodzin ani miejsca ich pierwszej randki. Po latach bezowocnej wstrzemięźliwości i borykania się z autorytetem papieża w kwestiach niemających nic wspólnego z wiarą – takich jak pozycje seksualne i przepisy drogowe – życie z Evelyną było dla Dariusza wręcz zbawienne. Była ona uosobieniem łagodności i dobrego gustu – dwóch cech, które cenił u kobiet ponad wszystko, a do tego sprytnie i niewymuszenie łączyła wrodzoną żywiołowość i spontaniczność z bezinteresownym zamiłowaniem do domowego ogniska. W jej barwnym i wesołym świecie nie istniały słowa „partnerstwo” czy „niezależność”, bo kochając, oddawała mężczyźnie całą siebie, bez reszty, nie prosząc w zamian o nic prócz obecności. A jednak była bardziej niezależna od niejednej feministki, nie uznawała bowiem – stanowcza i uległa, radosna i pełna współczucia – kajdan żadnej, najświatlejszej nawet humanistycznej ideologii. Była też niezawodną przyjaciółką i wymyślną kochanką. A przy tym Evelyna zachowywała się tak, jakby nie zdawała sobie sprawy z własnych zalet. Jej niebywała, przesadna wręcz skromność pozostała dla Dariusza tajemnicą. Czy świadomie ukrywała całą tę czułą doskonałość, którą ucieleśniała, czy naprawdę nie wiedziała, jak wielkim i nieocenionym skarbem jest jej mądra, miękka miłość? Była dla niego pięknym, niekończącym się snem: nie potrafił przyzwyczaić się do jej namacalności.

Kiedy więc przepadła bez zapowiedzi i śladu, nie zostawiwszy mu nic oprócz tęsknoty i przeciągu, nie był nawet specjalnie zaskoczony. Łatwiej mu było uwierzyć w zagadkowe zniknięcie Evelyny niż w ten cudownie niewiarygodny rok, który spędzili razem. Codzienność dotyku, wieczorne spacery, nocne igraszki i poranne powtórki – mimo że szczodrze go tym wszystkim obdarzała, jakoś to do niej nie pasowało, natomiast magiczna ucieczka – owszem.

Posiadając nie tylko bezbłędną niemal intuicję, ale także czujny analityczny umysł, Dariusz natychmiast dostrzegł nić między dwoma zdarzeniami. Mogły one pasować do siebie zupełnie niezobowiązująco, jednakże wcześniejsze doświadczenia Dariusza na drodze, którą omylnie uznał za swoje powołanie, na zawsze oduczyły go wiary w zbieg okoliczności.

Pierwszym z owych zdarzeń było zaginięcie Evelyny. Drugim zaś to, że niepokojące telefony przestały mu dokuczać, gdy tylko… zniknęła? została porwana? Nie chciał brać pod uwagę mroczniejszych wersji wydarzeń, chociaż wiedział, iż są niewykluczone. Tym prędzej rozpoczął swoje prywatne śledztwo, którego szczegóły ujawnimy innym razem. Teraz zdradźmy tylko tyle, że dzięki tej jakże osobistej sprawie Dariusz Darkiewicz, pomyślnie skróciwszy nazwisko, wstąpił na nową, jeszcze bardziej niebezpieczną niż poprzednia drogę życia i rozpoczął karierę prywatnego detektywa; nie został jednak zwykłym tropicielem aferzystów i małżonków ceniących sobie rozmaitość, lecz specjalistą, po którego pomoc sięgano dopiero wtedy, gdy jakiekolwiek racjonalne wytłumaczenie badanego zjawiska okazywało się bezużyteczne. Siły okrzyknięte nadprzyrodzonymi, a w rzeczywistości ściśle podlegające szeroko pojętej przyrodzie (a nie warto pojmować jej wąsko), zdążył dość blisko poznać, wykonując swój poprzedni zawód; przygotował wtedy, między innymi, obszerną monografię nauk okultystycznych i przeprowadził kilka egzorcyzmów, zatem nie przerażały go rzeczy, którym psychika nowicjusza bądź ateisty mogła nie sprostać.

Chociażby taki Ernest, czarno-biały kot rasy niezdefiniowanej, do którego Dariusz, pożegnawszy Klaudię, zwrócił się z poniższą uwagą:

– Dziwna z niej kobieta. Jestem strasznie ciekaw, czy moje podejrzenia się potwierdzą.

– Gdybym był naukowcem – wymruczał sennie Ernest, takim głosem, jakby właśnie płukał gardło – napisałbym artykuł Od humanizmu katolickiego do sceptycyzmu wieku średniego: życie i poglądy Dariusza Darka.

– To mi się zanosi raczej na opasłą monografię – uśmiechnął się Dariusz, podając Ernestowi miskę świeżego mleka. – Uważaj, jest naprawdę gorące – ostrzegł.

Ciężko przewidzieć, co wyda się współczesnemu czytelnikowi współczesnego kryminału bardziej irytujące: to, że kot wyraża własne zdanie w nienagannej polszczyźnie, czy to, że preferuje podgrzane mleko. Faktem pozostaje, iż właśnie nad miską zimnego mleka Ernest odezwał się kiedyś do Dariusza po raz pierwszy.

4

Detektyw Dariusz Dark

Ale po kolei.

Szukając Evelyny, Dariusz, jak już wspomniano, odkrył w sobie talent detektywistyczny. Wiązało się to z poznawaniem i przepytywaniem wielu mniej lub bardziej ciekawych ludzi.

Jeden z nich – szczupły bibliotekarz z charakterystycznymi lokami, któremu Dariusz w przypływie nieprzemyślanej, lecz, jak się okazało, przezornej wdzięczności powiedział, że jest jego dłużnikiem – upomniał się o „dług” po niespełna dwóch miesiącach. Zaczął od niezbyt treściwych uwag na temat pogody i religii, potem pozbył się kilku kwiecistych komplementów, a wreszcie przeszedł do rzeczy.

Rok wcześniej zmarł mu kuzyn. Przeżył to w miarę spokojnie – stosownie do ich okazjonalnych, oszczędnych w emocje kontaktów. Z tej też przyczyny jego zaskoczeniu nie było końca, kiedy dowiedział się, iż Ryszard (bo tak miał na imię zmarły) zostawił mu w spadku potężną i wysmakowaną willę, stylizowaną na średniowieczny zamek, znajdującą się w Saksonii, w samym sercu Harzu. Zresztą samo to, że Ryszard w ogóle zainwestował w tak kosztowną nieruchomość, na dodatek w kraju, z którym nic go nie łączyło, zadziwiło bibliotekarza niepomiernie.

Niespodzianie obdarowany bibliotekarz – a w tym miejscu opowieści już nowy klient Dariusza, taki z prawdziwego zdarzenia, choć jeszcze niepłacący – postanowił uczynić z odziedziczonej willi trzygwiazdkowy hotel. Nazwał go niebanalnie „Medardus”. I wtedy zaczęły się dziać dziwne rzeczy, do których wyjaśnienia potrzebny był nietuzinkowy detektyw.

Interes rozkręcił się nader szybko i już w drugim tygodniu po skromnym otwarciu do Pawła (bo tak miał na imię bibliotekarz) zwrócił się prezes jakiejś poważnej firmy, pytając o możliwość zorganizowania w „Medardusie” pięciodniowej imprezy korporacyjnej. Taka możliwość, oczywiście, istniała, to znaczy: została stworzona w trybie alarmowo-improwizacyjnym, ale Niemcy nie musieli przecież o tym wiedzieć. Przyjechali, rozgościli się, rozdziewiczyli winnicę… i zniknęli wraz z hotelem.

Kiedy Dariusz przyszedł do Pawła po kolejny awans, zastał widok nader drastyczny. My opiszemy go możliwie lakonicznie. Leżący pod stołem bibliotekarz próbował coś z siebie wykrztusić, lecz zszywacz, bestialsko użyty na jego ustach, uniemożliwiał te starania. Zanim Dariusz uwolnił go od narzędzia zastosowanego niezgodnie z przeznaczeniem, właściciel hotelu był już nieprzytomny, a chwilę później przestał oddychać. Detektyw gruntownie przeszukał mieszkanie, ale nie znalazł nic, co mogłoby pomóc w sprawie, którą – mimo śmierci zleceniodawcy – postanowił doprowadzić do końca. W ogóle nie znalazł nic prócz starych książek i nowych gazet. Spodziewał się zresztą, że włamywacze, którzy – jak stwierdził po pobieżnych oględzinach odcisków palców – działali co najmniej w duecie, zlikwidowali lub ukradli wszelkie wskazówki i to, co mogłoby nimi być.

Szukając jednak czegokolwiek, zgodnie z detektywistyczną manierą, nagle Dariusz usłyszał dochodzące z sypialni dyskretne, acz wyraźne „miau”, krótkie i pełne przerażenia. Nie przywidziało mu się – pod niezasłaną rozłożoną amerykanką chował się nieduży, za to gruby kot, drżąc ze strachu  . Dariusz zabrał go ze sobą i jeszcze tego samego wieczoru nadał mu imię Ernest, w wersji rozszerzonej – Ernest Mały  .

Nowy przyjaciel Dariusza – bo zaprzyjaźnili się niemal od razu – był zarówno żywą ozdobą, jak i pocieszycielem: wytęsknioną otuchą, błogim światełkiem w jego zadymionej, nieogarniętej samotni  . Jadł, pił, bawił się wszystkim, co wpadło mu w łapy, czasami (nieczęsto), głównie w chwilach smutku bądź nudy, przypominając sobie o swoim zbawicielu. Słowem, zachowywał się jak każdy normalny kot lub przeciętny Polak katolik.

Minął tydzień. Trwało w najlepsze popołudnie, detektyw Dark siedział w swoim przyszłym biurze (które zresztą, stając się takowym, w niczym się nie zmieniło), kończył jeść croissanta i czytać artykuł o nowej i jak to bywa kontrowersyjnej biografii Gandhiego, gdy – nie tyle zdziwiony, ile rozbawiony – usłyszał cieniutki, lecz pewny siebie głos:

– Przepraszam najmocniej, ale… czy dostanę wreszcie coś ciepłego? Od tego wystygłego mleka, które codziennie mi dajesz, zaczyna mnie już boleć gardło!

– To ty jeszcze gadać potrafisz? – zapytał retorycznie Dariusz.

– Długa historia – westchnął Ernest, odsuwając skrytykowany posiłek.

– Ale dlaczego odezwałeś się dopiero teraz?

– Cóż… Najpierw musiałem dojść do siebie, ochłonąć po tym, co zaszło. A potem… W sumie to wszystko było w porządku. A po co gadać, jak jest dobrze? Jedynie to zimne żarcie mi ciągle dokuczało, ale myślałem, że sam się zorientujesz, że mi nie smakuje.

– Wiesz, dotychczas widziałem tylko jednego gadającego kota. Był opętany przez wyjątkowo paskudnego egipskiego demona. Spotkałem go we Florencji, jeśli się nie mylę.

– Oj, proszę cię! – zaprotestował Ernest. – Nie przed snem. Jestem bardzo wrażliwą os… istotą. Ale coś ci powiem. Rozmawianie nie jest aż tak ludzkie, jak ci się zdaje. Koty potrafią porozumiewać się między sobą i nie robią z tego wielkiego halo.

 

– Psy również – dodał Dariusz.

– Owszem – przyznał niechętnie Ernest, ewidentnie dotknięty tą uwagą. – Ale nie porównujmy szamponu do szampana. Kompletnie inny poziom kultury. Kocia komunikacja ma się do psiej mniej więcej tak jak język francuski do niemieckiego: subtelność i wyrafinowanie po jednej stronie, rzetelna nuda po drugiej.

Powróćmy już do teraźniejszości. Klaudia przed chwilą wyszła, Dariusz Dark rozmyśla, a Ernest rozkoszuje się ulubionym daniem.

– No a ty co sądzisz na jej temat? – przemówił wreszcie Dariusz.

– Cóż mogę powiedzieć… Obiektywnych sądów ode mnie nie oczekuj, gdyż koty i kobiety od zarania dziejów żyją w wielkiej zażyłości  . Czy jest przebiegła? Niewątpliwie. Ale patrząc z kociego punktu widzenia, to raczej zaleta. Natomiast…

– Że przebiegła, to ja nie wątpię – przerwał mu Dariusz. – Zastanawiam się bardziej nad tym, skąd jej się to wzięło. Czy to wrodzona kobieca skłonność do mówienia półprawdy, nawet kiedy śmiało można by było powiedzieć całą, czy też chodzi o coś innego…?

– Skłonność, o której wspomniałeś – wtrącił Ernest, z lubością wyginając się na samurajskim dywanie – nie jest wrodzoną u kobiet. Nauczyły się tego od nas.

– Nie przypominam sobie, by Ewa miała kota – zauważył Dariusz nie bez zgryźliwości.

– Po pierwsze, nie wiesz tego na sto procent. W Raju było mnóstwo zwierzaków, kotów na pewno też. A po drugie, Ewa akurat była bardzo szczera. Ciekawska, bez dwóch zdań, ale przy tym szczera. A tak przy okazji: Adam zachował się strasznie dziecinnie. Bóg go pyta, dlaczego złamał Jego zakaz, a ten mówi, że żona dała mu jabłuszko! Ani to logiczne, ani męskie.

– Zgadzam się, choć tradycyjnie wszystko upraszczasz. Ale co to ma do rzeczy?

– A właśnie, że ma! Gdyby Adaś wtedy odpowiedział należycie, to może nie musiałbyś teraz głowić się nad całą tą mieszaniną wątków! Siedzielibyśmy sobie spokojnie w rajskich ogrodach, w ciepełku i dobrobycie…

– W takim razie nie mam praojcowi za złe tego, co zrobił. Bo naprawdę wciągnęła mnie ta sprawa.

– Nie da się nie zauważyć – stwierdził Ernest, smutnie spoglądając na pustą miseczkę.

– Zostawię ci trochę rybki – pocieszył go Dariusz – a gdy ty będziesz się zajadał, odwiedzę naszego profesorka. A nuż jeszcze żyje i lubi niezapowiedzianych gości.

Inne książki tego autora