W mrok

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
W mrok
Metro 2034
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 66,49  53,19 
Metro 2034
Audio
Metro 2034
Audiobook
39,99  29,19 
Szczegóły
Audio
Metro 2033
Audiobook
39,99  29,19 
Szczegóły
Prawo do zemsty
Prawo do zemsty
E-book
29,90 
Szczegóły
Mutant
E-book
29,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Andriej Diakow

W MROK

Przekład

Paweł Podmiotko

Tytuł oryginału

Метро 2033: Во мрак

Copyright © Dmitry Glukhovsky, 2010

Copyright © Andriej Diakow, 2011

All rights reserved. The moral law of the authors has been asserted

Pomysł serii „Uniwersum Metro 2033” Dmitry Glukhovsky, 2009

Przekład z języka rosyjskiego Paweł Podmiotko

Projekt okładki Ilja Jackiewicz

Projekt logotypu serii Jacek Doroszenko, www.doroszenko.com

Redaktor prowadzący Piotr Mocniak

Redakcja i korekta Danuta Porębska, Tomasz Porębski,

Anna Małocha

Konwersja Tomasz Brzozowski

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2012

Wszelkie prawa zastrzeżone.

ISBN-13: 978-83-61428-97-8


Insignis Media

ul. Szlak 77/228–229, 31-153 Kraków

telefon / fax +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl, www.insignis.pl facebook.com/Wydawnictwo.Insignis

Część I: NA PROGU WOJNY

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1: JESZCZE JEDNA KATASTROFA

Z daleka dziwne zwierzę bardziej niż cokolwiek innego przypominało dryfujący okręt podwodny. Kawał ogromnej nieruchawej ryby, której dalekim krewnym był, sądząc z wszelkich oznak, wieloryb. Jednak jakiekolwiek podobieństwo do tego ostatniego znikało, gdy spojrzało się na pokraczną, przypominającą narośl płetwę na garbatym grzbiecie olbrzyma – kropka w kropkę kiosk okrętu podwodnego, który wypłynął na powierzchnię na zwiady.

Jeszcze do niedawna lewiatan czuł się na wodach Bałtyku beztrosko. Na wiele mil wokół nie znalazło się stworzenie zdolne przeciwstawić się jego sile i chwytowi miażdżących wszystko szczęk. Mutant głośno uderzył o wodę potężnym ogonem i wydał z siebie przeciągły basowy ryk. Bojowy zew poniósł się daleko, więznąc w białawej mgiełce, gdzieś na granicy widoczności.

Chociaż jedno zagrożenie jednak istniało… Gotowy, by powtórnie oznajmić całej okolicy o swoim przybyciu, morski drapieżnik wzdrygnął się, gdy z północy, niby w odpowiedzi, dobiegł ostry, wibrujący dźwięk. Mieszkaniec głębin zastygł na moment, jakby nasłuchując, i kiedy dźwięk się powtórzył, zatrząsł w oburzeniu całym swoim masywnym cielskiem, machnął na pożegnanie ogonem i skierował się ku głębinie.

Pomimo nędznych rozmiarów mózgu lewiatanowi wystarczyło poprzednie spotkanie z właścicielem dziwnego zawołania, by dobrze zapamiętać jedną prostą prawdę – tego rywala lepiej omijać z daleka. Potężnych rozmiarów bestia pływała wyłącznie na powierzchni, miała doskonale odporną na ciosy skórę, a na dodatek wypluwała z siebie rozżarzone, kłujące igiełki sprawiające niewiarygodny ból. Tracąc wtedy niemałą liczbę zębów i czując na własnej skórze ognisty oddech nieznanego wcześniej drapieżnika, lewiatan po raz pierwszy poczuł strach i teraz, ulegając zaprogramowanym przez naturę odruchom, szybko odpływał jak najdalej, by znaleźć sobie nowy, wolny teren łowiecki.

Ledwie w miejscu, z którego zbiegł mutant, uspokoiła się powierzchnia morza, kiedy opancerzony dziób gigantycznej metalowej konstrukcji przeciął ją, rozepchnął niczym olbrzymi pług, zostawiając po bokach równe wały spienionej, kotłującej się wody. Urywany sygnał syreny oznajmił rozpoczęcie dziennej zmiany. Zaszeleściły liny takielunku, z licznych pokładów stalowego tytana dobiegły żwawe przekleństwa marynarzy.

Pośród nagromadzenia niezliczonych nadbudówek, wind i lin z trudem dało się odgadnąć kształty pływającej platformy wiertniczej. Z czasem dawna maszyneria obrosła budami z desek, pomostami cumowniczymi, flotyllą wątłych łódeczek i teraz mogła uchodzić za wioskę rybacką na wysokim skalistym brzegu.

Babel szedł pełną parą na południe. Gdzieś z tyłu, na horyzoncie, pozostała wyspa Moszczny – skrawek ziemi, który stał się nowym domem dla tych, którzy mieli szczęście przeżyć Sądny Dzień i znaleźli w sobie wystarczająco dużo sił, by dalej żyć.

* * *

Dziadek Afanasij skrzywił się, spoglądając na nowego, oddelegowanego do ich brygady remontowej przed samym rejsem. Chłopaczek w wieku jakichś piętnastu lat otwarcie się obijał, kręcąc się bezsensownie i nie próbując nawet włączyć się do pracy. Teraz też, zamiast zakasać rękawy i grzebać razem z pozostałymi w pokrytych smarem wnętrznościach starego diesla, Pietro wyciągnął zza ucha kolejnego skręta i zaczął się wspinać po trapie na górę, w kierunku wyjścia z maszynowni.

– Nie za dużo kopcisz, młody? – W głosie Afanasija pobrzmiewały nuty przygany.

– No, bo to mój tego… pierwszy rejs… Zerknę tylko na naszą wyspę i już wracam! – Chłopak przymilał się.

– Tylko szeby cię nie napromieniowało, podrószniku! – uśmiechnął się pod gęstym, prawdziwie huzarskim wąsem gruby mechanik Bergin, Szwed.

– Ale chyba nie było ostrzeżeń. Czyli na zewnątrz jest czysto. Ja tylko na momencik!

Pietro wdrapał się po kratownicowych schodkach, pociągnął za dźwignię drzwi i wyskoczył na zewnątrz. Dziadek Afanasij chrząknął z wyraźnym niezadowoleniem, spoglądając na pozostałych, jakby chciał powiedzieć: „Młodzież, czego tu się spodziewać? Tylko im szumi w głowie…”.

– To nic! Jeszsze się przysfyszai – odezwał się Szwed. – Chłopak ma łeb. Jak to się mówi… Daleko zajzie. Niech się… przepieprzy.

– Przewietrzy.

– Tak, tak! To właśnie chciałem pofiedzieć.

Siwy jak gołąbek brygadier krytycznie obejrzał wypatroszony agregat i machnął ręką.

– Dobra, panowie. Przerwa na papierosa.

Remontowcy zakrzątnęli się w kajucie w poszukiwaniu wygodnych miejsc do odpoczynku. Natychmiast w ruch poszły skręty, a cierpki aromat tytoniu zaczął łaskotać w nozdrza.

Umościwszy się na skrzynce z gwoździami, Afanasij wycierał usmarowane ręce szmatą i obserwował spode łba chudego nowicjusza. Ogólnie rzecz biorąc, w ich brygadzie było dwóch nowych. Pierwszy to wspomniany już Pietro, miejscowy chłopaczek, syn dorodnej kucharki z trzeciego bloku. Jej imienia, wskutek swojej starczej sklerozy, Afanasij nie pamiętał. Za to drugi… Drugim był jeden z „przybłędów”. W ten lekceważący sposób koloniści przezwali emigrantów z petersburskiej kolejki podziemnej, którzy przybyli na wyspę pierwszym rejsem.

Widok, szczerze mówiąc, był żałosny. Przesiedleńcy trzymali się osobno. Wszyscy, jak jeden, byli roztrzęsieni, przybici. Blada skóra, znoszone ubrania. Oberwańcy i tyle. Kiedy zobaczyli przydzielone im baraki, kategorycznie odmówili zamieszkania w nich – przebywanie na powierzchni ziemi napawało ich przerażeniem, aż dostawali spazmów. Upatrzyli sobie piwnicę pod magazynem. I tam teraz siedzą niczym pustelnicy. Ci bardziej śmiali zaczęli oczywiście wyściubiać nos na powierzchnię i poznawać miejscowych. Tyle że na razie takich jest niewielu. Widać lekko im się w tym metrze nie żyło.

Przybłęda usadowił się w kącie i siedział w milczeniu. Z wdzięcznością przyjął zaproponowanego skręta, ale nie zapalił, tylko ostrożnie zawinął go w czystą szmatkę i schował do kieszeni kombinezonu roboczego. Pozostali tylko spojrzeli po sobie. No tak… Czego tu się spodziewać – przybłęda to przybłęda.

– A powiez nam, Afanasz – zagaił Bergin. – Po co tyle lasu? Tyzień temu po niego płynęliszmy. Dwa tygodnie – też płynęliszmy. Po co nam tyle tego?

– A jak myślisz? – Brygadier znacząco przeniósł wzrok na przybłędę. – Z czego byś chciał stawiać domy dla nowych mieszkańców?

– Po co im domy? – Szwed uśmiechnął się pod wąsem. – Szystko im jedno… i tak siedzą w piwnicach jak szszury…

Uchodźca ani drgnął. Patrzył pod nogi i milczał.

– Delikatniej, Bergin – usadził Szweda dziadek Afanas. – Ludziom tak się dostało, że wcale im nie do śmiechu. Ciekawe, jak ty byś wyglądał po tylu latach pod ziemią. Bez światła, normalnego jedzenia. I do tego jakaś hołota rwie się, żeby zjeść cię na obiad…

– Bo oni nie walszą! Zwierza czeba… burn… ogień, paliś! A ci zakopali się w ziemi. Przesież człowiek to nie robak! – Bergin zerknął na przybłędę z widocznym lekceważeniem. – A ty w ogóle byłeś kiedyś na powierzchni?

Uchodźca podniósł głowę. Popatrzył na Szweda pustym wzrokiem i cicho, jakby niechętnie, odpowiedział:

– Tak.

– So „tak”?

– Zdarzyło mi się.

– No i? – Szwed skrzywił się, niezadowolony z tego, że trzeba było wyciągać z rozmówcy każde słowo.

W oczach przybłędy pojawił się strach. Cały się skulił, objął kolana rękoma i znów wbił wzrok w podłogę.

– Poszliśmy wtedy w siedmiu. Po drewno… Pięciu naszych pożarły mutanty. Farciarza taszczyłem na plecach na stację. Szybko go pokaleczyły. Krew się lała strumieniem… Pamiętam, że krzyczał, bardzo krzyczał. Prosił, żeby go dobić. Nie posłuchałem. Doniosłem go… Farciarz przeleżał dobę w malignie, potem umarł. A nazajutrz wylazło z niego jakieś świństwo… żywe. Okazało się, że terkotnik złożył w nim swoje larwy… I tak jego życie dobiegło kresu. Jak nożem uciął.

 

Szwed znieruchomiał ze skrętem w zębach, spoglądając w osłupieniu na wątłego nowicjusza, póki żarzący się niedopałek nie osmalił mu wąsów. Bergin drgnął, wypluł peta i poklepał uchodźcę po plecach:

– Ty… tego… nie obraszaj się, bracie. Za duszo gadałem. Nie miałem… nie chczałem źle.

Przybłęda zgarbił się, pokiwał głową i wymamrotał półgłosem:

– Czy to coś złego? Będę wdzięczny do grobowej deski, jeśli mnie zostawicie. Jestem wytrzymały. Będę pracował, będę pracował za wszystkich! Zawsze to lepiej niż pod ziemią. Ja nie chcę wracać do metra. Tam w koło tylko śmierć. Głód. Nie chcę. Nie chcę…

– W posządku, bracie, w posządku! – Bergin wyraźnie się zmieszał, nie wiedząc, jak zatrzeć niezręczną sytuację. – Niedługo dopłyniemy do bziegu, potem… come back i oblejemy twoje nowe mieszkanie. Mamy na wyspie domowe piwo, bardzo good! Da szę życz!

Mechanicy ożywili się i z entuzjazmem pokiwali głowami. Dyskusja płynnie przeszła na spokojniejsze tory – omówienie zalet miejscowych barów, których na Moszcznym było nie mniej niż dziesięć. Uchodźca też się uspokoił i zaczął się nawet uśmiechać, zachęcany obietnicami beztroskiego życia i dostatku. Wśród powszechnego zapału nikt nie zwrócił uwagi na błyski kłująco jasnego światła, które przeniknęło do środka przez szczeliny w drzwiach. Dziwne lśnienie wystarczyło, by kabina i znajdujące się w niej przedmioty na parę sekund przybrały nierealny trupio siny odcień. I dopiero kiedy metalowe drzwi otworzyły się z łoskotem, podnieceni rozmową remontowcy dostrzegli, jak po trapie z dzikim wrzaskiem zsunął się Pietro. Cudem nie skręciwszy karku na schodkach, chłopak padł na podłogę, zakrywając dłońmi oczy i przerażająco wyjąc.

Wybuchło zamieszanie.

Ktoś przyskoczył do biedaka, starając się oderwać mu ręce od twarzy. Inni rzucili się do wyjścia, aby wyjaśnić naturę krótkiego rozbłysku.

– Ależ on oślepł! – rozległ się czyjś przestraszony głos. – Siatkówkę chłopakowi wypaliło!

Szwedowi wystarczył moment, by wbiec po trapie. Jako pierwszy wychwycił miarowy, narastający huk dochodzący gdzieś spoza platformy. Z jakiegoś powodu strasznie rozbolały go zęby. Jeszcze ułamek sekundy – i groźny dźwięk przeszedł w ryk, wypełniając sobą całą przestrzeń wokół, zbijając z tropu, dezorientując.

– Herre Jesus!1 – krzyknął mechanik, znieruchomiały w drzwiach.

Oczom Szweda ukazał się widok niepoddający się interpretacji, porażający swoimi rozmiarami. Ukochana do bólu sylwetka wyspy ze wszystkimi swoimi zabudowaniami, skalistymi brzegami, zielenią alei i wieżami stanowisk obronnych zniknęła bez śladu. Na jej miejscu, wznosząc się na tle bezkresnego, zasnutego krwawą purpurą nieba, błyskawicznie rósł grzyb wybuchu nuklearnego. Przez kilka strasznych chwil mechanik patrzył w odrętwieniu, jak potworny ognisty kleks nabrzmiewa i rozlewa się po nieboskłonie. Potem pokład pod stopami zadrżał, zaczął się chwiać. Nieznana siła cisnęła Bergina na ziemię, wtłaczając jego plecy w kanał wentylacyjny.

W Babel trafiła słabnąca już fala uderzeniowa. Pod naporem wściekłej masy powietrza ze starej platformy, niczym łupiny, zmiotło drewniane chatynki. Nieszczęśników, którzy znajdowali się na zewnętrznych pokładach, zdmuchnęły do wody porywy huraganowego wiatru. Po burtach Babla przetoczyło się głośne bębnienie – rozżarzony żwir i odłamki pokruszonych skał spadły na zmurszałą konstrukcję kamiennym deszczem.

W ślad za nim, jakby testując wytrzymałość zbudowanego przez ludzi giganta, w wysoką burtę wściekle uderzyły tony wzburzonej wody. Metalowe kratownice zgrzytały ostrzegawczo, nadgryzione zębem czasu żelazne grodzie wibrowały, a płyty poszycia zrywały się z przerdzewiałych nitów i zabierało je morze. Na zakończenie cały kadłub drgnął i platforma wiertnicza powoli przetoczyła się przez grzbiet fali, pozostawiając za sobą ogon z kawałków rozerwanego brezentu, połamanych desek i ludzkich ciał.

* * *

Uniósłszy się na drżących rękach, dziadek Afanasij wpatrywał się w półmrok. Wyglądało na to, że wysiadło oświetlenie. Ludzie leżeli pokotem tam, gdzie zastało ich uderzenie. Ktoś przeciągle jęczał. Brygadier powoli wstał i powlókł się na sztywnych nogach w kierunku tego głosu. Chwilę później dostrzegł sylwetkę leżącego na podłodze Bergina. Nienaturalnie wygięta noga, strużka krwi ściekająca z kącika ust.

– Wyspa… – wychrypiał Szwed, wyciągając rękę do Afanasa.

– Co? – Staruszek przysiadł obok, ostrożnie unosząc głowę rannego. W oczach mężczyzny tkwiło jeszcze nieme pytanie, lecz przeczucie nieuchronnego zatapiało jego świadomość w przerażeniu. – Co z wyspą?

– Nie ma jej…

Wypowiedziane szeptem trzy krótkie słowa zadudniły w głowach pozostałych niczym grzmot. Afanasij rozejrzał się z zakłopotaniem, jakby szukając pomocy. Staruszek odnalazł wzrokiem przybłędę i wzdrygnął się. Usadowiony pod ścianą uchodźca wciąż patrzył na brygadiera tymi samymi pustymi oczami. Po lękliwym uśmiechu nie pozostał nawet ślad. Na twarzy zastygła mu maska poczucia klęski, a zagryzione do krwi wargi wciąż bezdźwięcznie szeptały:

– Nie chcę do metra… Nie chcę… Nie chcę…

* * *

Ładownia pokiereszowanego Babla powoli zapełniała się ludźmi. Ocalali ze wszystkich zakątków olbrzymiej platformy spływali tu w nadziei, że otrzymają odpowiedzi, dowiedzą się czegoś o losie pozostawionych na wyspie bliskich, podzielą się swoją zgryzotą z innymi. Co i rusz z tłumu dobiegały gniewne okrzyki, płacz kobiet i jęki starców.

Gwar głosów nagle ucichł, kiedy na zaimprowizowaną trybunę z metalowych skrzynek, chwiejąc się ledwie zauważalnie, wszedł kapitan Babla – siwobrody starszy mężczyzna w wytartym, poplamionym krwią mundurze. Zabandażowana do łokcia ręka spoczywała na temblaku, czoło nad gęstymi brwiami przecinały mu głębokie starcze zmarszczki, ale oczy wciąż jeszcze świeciły zimnym stalowym blaskiem.

Zdawało się, że brzemię odpowiedzialności za los ocalałych było ponad siły starca i zaraz go przygniecie, jednak drobny człowiek na trybunie stał prosto, gotów przyjąć z pozostałymi całą gorycz tego, co się stało. Tylko po sposobie, w jaki kapitan ścisnął zdrową ręką pasek bandoletu, można było odgadnąć, ile wysiłku kosztowało go zachowanie pozornego spokoju i przytomności umysłu. Kapitan obrzucił zebranych długim spojrzeniem, co chwila zatrzymując się na twarzach szczególnie bliskich i wiernych towarzyszy broni, aż wreszcie przemówił:

– Bracia i siostry! Podążaliśmy niełatwą ścieżką. Przeżyliśmy strach, choroby, głód. I choć nasz szlak był długi i ciernisty, zawsze widzieliśmy przed sobą cel, dla którego warto było kroczyć naprzód, wierzyć w lepszą przyszłość, podążać krętą drogą życia. Dzisiaj stało się coś, co w jednej chwili przekreśliło nasze nadzieje na normalne jutro. Stało się coś, czego nie mogliśmy sobie wyobrazić w najstraszniejszych snach. Nasz dom przestał istnieć, a razem z nim odeszli nasi krewni, bliscy, przyjaciele. Wielu z was w tym samym momencie straciło matki, ojców, dziadków. Każdy kogoś stracił.

W nierównych rzędach słuchaczy dało się zauważyć poruszenie. Znów rozległy się szlochy. Ktoś modlił się żarliwie, błagając Najwyższego o litość.

– Los nie oszczędził też naszych sąsiadów. Chociaż infrastruktura Małej nie ucierpiała, a promieniowanie przenikliwe nie dosięgło wyspy, czeka ją nieuchronny opad promieniotwórczy. To zaś oznacza, że naszym najpilniejszym zadaniem jest ewakuacja nielicznej kolonii Wyspy Małej, póki jeszcze nie jest za późno.

– Ale co dalej? – zawołał ktoś z tłumu. – Przecież wszystko straciliśmy!

Kapitan nie spieszył się z odpowiedzią. W tej sytuacji każde nieprzemyślane słowo wzbudziłoby z pewnością powszechną panikę i chaos.

– Straciliśmy NIEMAL wszystko! Tak, nie mamy już gdzie wrócić. Ale nikt nie jest w stanie pozbawić nas najważniejszego: hartu ducha. Dzisiaj jak nigdy powinniśmy pozostać silni, ponieważ przed nami ostatnie, być może najistotniejsze wyzwanie.

W ładowni zapanowała grobowa cisza. Koloniści łowili każde słowo swojego przywódcy.

– Sądzę, że wyrażę wspólną opinię, jeśli powiem, iż cokolwiek się stanie, trzeba odszukać sprawców wybuchu i rozliczyć się z nimi za śmierć naszych bliskich. Wiemy jedno, na Moszcznym nigdy nie było broni jądrowej. Tylko system OPR2, a i on został wycofany z eksploatacji wiele lat temu. Tak więc ładunek dostarczono z zewnątrz. – Mięśnie twarzy kapitana zaczęły drżeć. – Już od kilku lat nie znajdowaliśmy nowych ocalałych. Tak więc jedynym naszym kontaktem ze światem zewnętrznym pozostaje niedawno zakończony rejs handlowy do Petersburga. Bracia! Nie ma żadnych wątpliwości, że wróg ukrył się w metrze, wśród licznych i różnorodnych kolonii, które tam powstały. I, jeśli będzie trzeba, to przeczeszemy każdy centymetr ich śmierdzących nor, ale chwycimy tych drani za gardło!

Tłum ryknął, popierając kapitana.

Ten odczekał chwilę, przyglądając się rodakom. Czuł, że ci ludzie pójdą za nim do samego końca, dokądkolwiek zaprowadzi ich los, i robiło mu się od tego niespokojnie na duszy. Bał się o tych, którzy nie zdołają pokonać całej drogi, było mu ciężko, bo wyniku tej krucjaty nie dało się przewidzieć.

Obok zardzewiałej skrzyni z linami zaczął się zamęt. Dały się słyszeć przekleństwa. Jedni wyspiarze zaciekle starali się dobrać do kogoś niewidocznego zza tłumu, inni natomiast blokowali drogę, odpychając szczególnie gorliwych. Nad głowami mignął kawałek rury, potem w ruch poszły inne podręczne przedmioty – łańcuchy, kawałki prętów. Nie czekając na tragiczny finał, kapitan ledwie zauważalnie skinął stojącemu nieopodal rosłemu brodaczowi w czarnej znoszonej bosmance. Po otrzymaniu rozkazu dowódca patrolu wraz z kilkoma uzbrojonymi podkomendnymi energicznie przedarł się przez tłum i odepchnął napastników.

Dopiero teraz kapitan dostrzegł „sprawcę zamieszania”. Strażnicy złapali pod ręce i prowadzili do trybuny wycieńczonego mężczyznę w zatłuszczonym kombinezonie roboczym. Uwadze kapitana nie uszła chorobliwa chudość chłopaka i jego zaszczuty, zagubiony wzrok. Z tyłu dreptał dziadek Afanasij. Zgrana brygada staruszka przeciskała się w ślad za nim przez szeregi kolonistów, osłaniając odwrót strażników.

– Jak się nazywasz? – Kapitan patrzył badawczo na przybłędę.

– Foma.

– Jesteś z Pitera, prawda?

Uchodźca skinął głową, ocierając krew z rozbitego policzka.

– Gnida! – rozległo się z tłumu. – Powiesić zdrajcę!

– Opamiętajcie się! – ryknął Afanasij. – Co ma z tym wspólnego nasz nowy chłopak! Czy wszystkich przybłędów chcecie teraz powyrzynać?!

Kapitan podniósł rękę i ten prosty gest wystarczył, by szemranie ucichło.

– Masz pomysł, kto mógł to zrobić?

Foma pokręcił głową przecząco.

– Zastanów się, chłopcze. Stanie z boku nie jest teraz w twoim interesie. Popatrz na tych wszystkich ludzi. Oni chcą sprawiedliwości… I ją dostaną.

– Może weganie. To dopiero bydlaki – wymamrotał pospiesznie uchodźca. – Albo chodniki. Chociaż, gdzie im tam… Z takim wymyślnym mechanizmem to najwyżej mazuty by sobie poradzili. To bomba, jakby nie było… Chociaż po co im to? Alians Primorski też raczej by tego nie skonstruował… Nie wiem! Klnę się na Boga, nie wiem!!!

Kapitan pokiwał głową z niezadowoleniem. Odczekał chwilę i wyjął złożoną we czworo kartkę papieru. Rozłożył i podał przybłędzie sfatygowany plan petersburskiego metra.

– Potrzebna nam stacja. Opustoszała. Blisko zatoki.

Foma wahał się przez chwilę, studiując schemat, potem wskazał palcem jedno z kółeczek.

– Czkałowska. Nie tak blisko, oczywiście, ale nie widzę innych możliwości. Prima3 jest podtopiona. Na Wasilieostrowskiej zaczyna się terytorium Aliansu. Na Kirzie4 zasadzili się bandyci. Całe centrum jest zasiedlone… Pozostaje Czkałowska…

– No cóż. A więc tak musi być. – Kapitan nagle zachwiał się, złapał za serce i wezwał pomocnika. – Kończ za mnie. Uspokój ludzi. Przed nami w cholerę roboty. Trzeba zabrać kolonistów z Małej. No i połatać Babel, żeby dociągnął do Pitera. A żeby je pokręciło, to miasto nad wolną Newą…5

* * *

Gleb poluzował sznurek i potrząsnął plecakiem. Na beton wysypały się zakurzone płyty gramofonowe. Na niektórych z nich zachowały się jeszcze na wpół zbutwiałe strzępy okładek. Te chłopiec pracowicie oczyszczał z resztek papieru i niedbale rzucał na stertę.

 

Taran siedział przy kuchennym stole, z zainteresowaniem obserwując przybranego syna. Od zakończenia tamtej dziwnej historii z Exodusem minął ledwie miesiąc, ale przez ten czas chłopiec okrzepł, nabrał sił i nawet mówił teraz z jakąś udawaną powagą. Stalker uśmiechnął się do własnych myśli i dalej patrzył, jak Gleb, zagryzając wargi, gorliwie nawleka winylowe krążki na kawałek drutu.

– Po kiego ci ich tyle? – Taran nie wytrzymał.

– Jutro przybywa karawana handlowa ogryzków. Cała Moskiewska świętuje! Robią z tego różne talizmany. Ładne. A w piwnicy wala się cała kupa krążków! Wymienię u ogryzków na kilka amuletów.

– Krążki… – fuknął stalker, wstając ze stołka. – Zaraz ci pokażę coś ciekawego.

Parę minut później ze składziku dobiegł łoskot spadających naczyń przemieszany z przekleństwami. Z głośnym brzęknięciem, uderzając o futrynę, na korytarz wyjechała pogięta emaliowana miednica. W ślad za nią, kichając od kurzu, wyszedł stalker, niosąc dziwne urządzenie. Gleb nie miał jeszcze do czynienia z takim sprzętem. Na dole drewniana lakierowana skrzynka, z boku krótka korbka, na górze wygięty metalowy kielich niewiadomego przeznaczenia.

Chłopcu od razu przypomniało się, że w podobnej maszynie ciotka Agata z Moskiewskiej mieliła farsz do wieprzowej kiełbasy. Od wspomnień o smakołyku natychmiast zaburczało mu pożądliwie w brzuchu, jednak stalker, jak się zdawało, nie zamierzał wykorzystywać zagadkowego sprzętu jako maszynki do mięsa. Zamiast tego ze sterty płyt winylowych wyciągnął na chybił trafił taką w lepszym stanie, przetarł powierzchnię rękawem i starannie umieścił ją na tarczy gramofonu. Gleb z zainteresowaniem obserwował manipulacje przybranego ojca, jednak kiedy z metalowego wnętrza urządzenia, poprzez szumy i trzaski, przebiły się pierwsze dźwięki gitary, wpadł w odrętwienie, w oczarowaniu wodząc wzrokiem za miarowymi obrotami płyty.

– Co to jest? – zapytał w końcu.

Ale stalker podniósł tylko palec do ust, nakazując synowi milczenie. Wkrótce do gitarowych treli dołączył przenikliwy młodzieńczy głos.

„Zasypia błękitny Zurbagan…” – zaintonował śpiewak nieoczekiwanym falsetem. Taran wzdrygnął się, spoglądając ze zdziwieniem na adapter.

A za horyzontem huragan,

Z harmidrem i hukiem niesłychanym

Wyrusza w drogę do Zurbaganu…6

– Też wybrałem… – Stalker skrzywił się. – Już myślałem, że będą Scorpionsi albo Metallica. A to wycie Presniakowa.

Ale Gleb słuchał piosenki uważnie i dopiero kiedy melodia ucichła, obrócił się do Tarana.

– Opowiedz mi o Zurbaganie, co?

– No… Wiesz przecież, że żaden ze mnie mistrz w trzepaniu ozorem. – Stalker zaczął ospale grzebać w winylach, starając się odczytać tytuły na wyblakłych etykietkach. – To jest ogólnie takie baśniowe miejsce… No… taka jakby legenda. Piękne miasteczko nad morzem… Ulice, mosty, kamienne nabrzeże… Port pełen statków… Jednym słowem miasto marzeń. Poszukam opowiadań Aleksandra Grina u tych paserów z Siennej. Jak się uda, to sam poczytasz i zrozumiesz.

– A dlaczego nad morzem? Przecież to miasto jest głęboko pod ziemią. Skąd tam woda?

Taran przestał grzebać w płytach i spojrzał uważnie na syna.

– Kto ci to powiedział?

Chłopiec zawahał się, zabawnie marszcząc zadarty nos.

– Wszyscy tak mówią…

– Gleb?…

Kiedy stalker mówił w ten sposób, przymilnie i lakonicznie, lepiej z nim było nie żartować, dlatego chłopak nie wytrzymał surowego spojrzenia przybranego ojca i szczerze powiedział:

– Taki katorżnik na Zwiozdnej mi opowiedział, że niby gdzieś głęboko pod metrem jest ukryte miasto Zurbagan. Wielkie, jasne, całe w kwiatach. I widno tam jest jak w dzień. I każdy ma swoje osobne mieszkanie. Wyobrażasz sobie, każdy! – Chłopak uśmiechnął się z rozmarzeniem, ale, dostrzegając napięte spojrzenie ojca, błyskawicznie spoważniał. – Rozumiem, że to tylko legenda, ale za to jaka piękna…

– Gleb – przerwał mu stalker. – Co ci mówiłem na temat katorżników?

– Ale wujek Pachom był tuż obok. Przecież wiesz, że z nim jestem bezpieczny i…

– A więc tak. Jak się dowiem, że samowolnie biegasz po tunelach, będzie lanie. Zapamiętaj. A Pachomowi muszę koniecznie powiedzieć, żeby gonił cię ze Zwiozdnej gdzie pieprz rośnie! Nie ma co się włóczyć wśród jakiejś hołoty!

Chłopiec zasępił się. Wizyty w szybie, który komuniści uparcie kopali, starając się dostać do Moskwy, należały do jego ulubionych zajęć. Kogóż to nie rzucał tam los! Dawne zbiry, kieszonkowcy, wszelkiej maści aferzyści… Chociaż zdarzali się też zwykli ludzie, którzy trafili tam przeważnie za długi. Komuniści cieszyli się z każdego – kajdany na nogi, łopaty w zęby i naprzód, rąbać drogę do jasnej przyszłości!

Wujek Pachom – ogromny, barczysty chłop, prawie równego wzrostu z Dymem – dość często przychodził na Zwiozdną. Jasna sprawa: miał poważny interes, czyli broń, a punkty handlowe nieomal w całym metrze. Nawet mazuty uważają Pachoma za głównego konkurenta – za długo już i zbyt skutecznie para się handlem pukawkami. A skąd je bierze – jeden Bóg wie.

Rusznikarz znał Tarana nie tylko ze słyszenia: stalker uratował mu kiedyś życie. Na powierzchni, jasna sprawa… Tak więc była to bardziej niż przydatna znajomość. Pachom odnosił się z szacunkiem do Gleba, i to już od pierwszego spotkania. Nieraz rozpuszczał go, przynosząc mu rozmaite ciekawe rzeczy – a to jakąś książkę o broni, a to solniczkę z łuski po pocisku. A niedawno podarował mu prawdziwą gwiazdkę do rzucania! Wprawdzie chłopiec nie zapamiętał dziwnej nazwy, ale jakoś niezręcznie było się dopytywać – w końcu nie jest już dzieckiem, powinien takie rzeczy wiedzieć.

Teraz, widać, trzeba będzie zaczekać ze Zwiozdną, dopóki Taran nie zmięknie. A że zmięknie to pewne – nie potrafi zbyt długo być surowy, za bardzo go kocha. Niby stara się tego nie okazywać, ale Gleba niełatwo zwieść. Po pamiętnej wyprawie do Kronsztadu są teraz jak papużki nierozłączki. Chłopiec uśmiechnął się.

– Czego zęby suszysz, nicponiu? – Taran przestał już marszczyć brwi, pakował właśnie plecak na drogę. Paczka sucharów, puszka tuszonki, strzykawki z mętnym płynem…

Uwadze chłopca nie umknęło, że ojciec nagle zaczął się spieszyć. Widocznie poczuł nadchodzący atak choroby i nie chciał kłuć się przy synu. Przypadłość stalkera nasilała się z każdym dniem. Jad diabła błotnego wciąż nadszarpywał mu zdrowie, a napady za każdym razem były cięższe i dłuższe. Surowica wegan nie działała już tak skutecznie jak kiedyś i Gleb, obserwując ojca, niejednokrotnie dostrzegał, jak ten czasem pochmurnieje, sprawdzając zapasy drogocennego lekarstwa.

Taran wyekwipował się i skinął chłopcu na pożegnanie.

– No, bywaj! Czas na mnie. Przejmujesz dowodzenie. Do drzwi…

– Pamiętam przecież wszystko! – Gleb pokiwał głową. – Do drzwi nie podchodzić. Cicho siedzieć. Z broni nie strzelać. Długo cię nie będzie?

– A kto ich tam wie, co się u nich stało. Mazuty mówią, że coś nadzwyczajnego… Pójdę, rozeznam się. Myślę, że obrócę w jedną dobę.

– A nie mogę iść z tobą?

– Nie tym razem, Gleb. Nie ma potrzeby, żebyś słuchał, jak dorośli wujkowie się awanturują. Trzymaj się!

Stalker znieruchomiał w drzwiach. Odwrócił się na moment, uśmiechnął do syna i dał nura w mrok korytarza.

Drzwi się zatrzasnęły. Głucho zgrzytnęła stalowa zasuwa. Gleb wrócił do sterty płyt gramofonowych i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że z powodu nieobecności Tarana trzeba będzie odwołać nadchodzącą transakcję handlową z ogryzkami. No i dobrze! Za to dzięki tej „muzycznej maszynce do mięsa” dla krążków znajdzie się właściwsze zastosowanie!

Przeszedłszy zaledwie parę kroków ciemnym korytarzem, Taran osunął się pod ścianą i cicho, tak żeby Gleb go nie słyszał, zajęczał, nie mogąc opanować nieznośnego bólu. Igła strzykawki z charakterystycznym syknięciem weszła w mięsień. Stalker odruchowo zwinął się w kłębek, czekając, aż atak minie. Serce waliło mu jak oszalałe, na czole pojawiły się wielkie krople potu. Po raz pierwszy, odkąd pamięta, Tarana zakłuło w piersi – straszna choroba robiła swoje…

1 Panie Jezu! (szwedz.) (przyp. aut.).

2 System Obrony Przeciwrakietowej (przyp. aut.).

3 Stacja metra Primorska (przyp. aut.).

4 Stacja metra Kirowski Zawod (przyp. aut.).

5 „Miasto nad wolną Newą” – pierwszy wers Wieczornej pieśni, nieoficjalnego hymnu Leningradu (przyp. tłum.).

6 Wersy z piosenki Zurbagan z filmu Ponad tęczą (1986). Autorem tekstu jest L. Derbieniew (przyp. aut.).