Księżycowy pyłTekst

Z serii: Amerykańska
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

SERIA AMERYKAŃSKA

Patti Smith Poniedziałkowe dzieci

Jack Kerouac Allen Ginsberg Listy

Magdalena Rittenhouse Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero

Geert Mak Śladami Steinbecka. W poszukiwaniu Ameryki

Johnny Cash Cash. Autobiografia

Allen Ginsberg Listy

Bob Dylan Kroniki. Tom pierwszy

William S. Burroughs Jack Kerouac A hipopotamy żywcem się ugotowały

Lawrence Wright Droga do wyzwolenia. Scjentologia, Hollywood i pułapki wiary

S. C. Gwynne Imperium księżyca w pełni. Wzlot i upadek Komanczów

David Ritz Respect. Życie Arethy Franklin

Alysia Abbott Tęczowe San Francisco. Wspomnienia o moim ojcu

Jon Krakauer Pod sztandarem nieba. Wiara, która zabija

Kim Gordon Dziewczyna z zespołu

Dennis Covington Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach

Rick Bragg Jerry’ego Lee Lewisa opowieść o własnym życiu

Scott Carney Śmierć na Diamentowej Górze. Amerykańska droga do oświecenia

Hampton Sides Krew i burza. Historia z Dzikiego Zachodu

James Grissom Szaleństwa Boga. Tennessee Williams i kobiety z mgły

Patti Smith Pociąg linii M

Billie Holiday William Dufty Lady Day śpiewa bluesa

Dan Baum Dziewięć twarzy Nowego Orleanu

Jill Leovy Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce

Brendan I. Koerner Niebo jest nasze. Miłość i terror w złotym wieku piractwa powietrznego

Hampton Sides Ogar piekielny ściga mnie. Zamach na Martina Luthera Kinga i wielka obława na jego zabójcę

Paul Theroux Głębokie Południe. Cztery pory roku na głuchej prowincji

S. C. Gwynne Wrzask rebeliantów. Historia geniusza wojny secesyjnej

Jon Krakauer Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim

James McBride Załatw publikę i spadaj. W poszukiwaniu Jamesa Browna, amerykańskiej duszy i muzyki soul

Dan Baum Wolność i spluwa. Podróż przez uzbrojoną Amerykę

Legs McNeil Gillian McCain Please kill me. Punkowa historia punka

David McCullough Bracia Wright

Lawrence Wright Wyniosłe wieże. Al-Kaida i atak na Amerykę

Linda Polman Laleczki skazańców. Życie z karą śmierci

Sam Quinones Dreamland. Opiatowa epidemia w USA

Jan Błaszczak The Dom. Nowojorska bohema na polskim Lower East Side

Charlie LeDuff Detroit. Sekcja zwłok Ameryki (wyd. 3)

Charlie LeDuff Shitshow! Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje

Tom Clavin Bob Drury Serce wszystkiego, co istnieje. Nieznana historia Czerwonej Chmury, wodza Siuksów (wyd. 2)

ANDREW SMITH
KSIĘŻYCOWY PYŁ
W poszukiwaniu ludzi, którzy spadli na Ziemię
Przełożył Rafał Lisowski


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Tytuł oryginału angielskiego Moondust. In Search of the Men who Fell to Earth

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Bettmann / Getty Images

Copyright © Andrew Smith

The moral right of the author has been asserted

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2019

Copyright © for the Polish translation by Rafał Lisowski, 2019

Redakcja Tomasz Zając

Konsultacja merytoryczna dr hab. Marcin Stolarski

Korekta d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-883-9

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Prolog. I było już dziewięciu

1 Sen o erze księżycowej

2 Hologramowy człowiek

3 I jest jeszcze Buzz Aldrin! (Potrafi polecieć na Księżyc, ale nie potrafi zrobić kawy)

4 Życie Neila

5 Pomalować pył na czerwono

6 Cichy kosmita

7 Luna spotyka równą sobie

8 Synowie i moduły księżycowe

9 Lot

Epilog. Księżycowy pył

Posłowie do wydania z 2019 roku

Podziękowania

Wybrana bibliografia

Przypisy

Kolofon

Prolog
I było już dziewięciu

Rankiem 9 lipca 1999 roku wyruszyłem na spotkanie z Charliem i Dotty Duke’ami w barze londyńskiego hotelu. To miała być krótka rozmowa do artykuliku z rodzaju tych, jakich zwykle unikałem, ale Duke’owie nawet na pierwszy rzut oka byli zbyt ciekawi, żeby przepuścić taką okazję.

Wiedziałem o nich tyle, że w kwietniu 1972 roku Charlie został dziesiątym z zaledwie dwunastu ludzi, którzy spojrzeli na Ziemię z powierzchni Księżyca. Orientowałem się, że spędził tam trzy euforyczne dni, a potem wrócił do domu i się rozsypał: zgubił wewnętrzny kompas i nie potrafił się ustatkować, terroryzował dzieci i dręczył żonę, aż w końcu odnalazł spokój i pogodził się z nią dzięki wierze w Boga. Obecnie prowadzili wspólnie misję w New Braunfels w Teksasie. Przybyli do Londynu, żeby o tym opowiedzieć.

Im dłużej się przyglądałem, tym bardziej fascynował mnie ten dziwny, intensywny trzyipółletni okres lądowań na Księżycu, gdy cały świat zatrząsł się i zmienił na zawsze. Zanim wszystko dobiegło końca, w Altamont śmiertelnie pobito czarnoskórego fana Rolling Stonesów, Beatlesi rozpadli się w gniewie, a zamachy na JFK, Bobby’ego Kennedy’ego i Martina Luthera Kinga wydawały się już odległymi wspomnieniami. Wojna w Wietnamie zmierzała ku końcowi, a zdefiniowana w opozycji do niej kontrkultura dryfowała donikąd, niczym pył na pustynnym wietrze. Tymczasem rozbuchała się afera Watergate, nasilał konflikt rasowy, a wirująca w mojej dziesięcioletniej głowie muzyka pop wydawała się fajniejsza i cyniczniejsza niż kiedykolwiek. Jak miał stwierdzić Chris Kraft, kierownik lotów NASA: „Najlepsze czasy Ameryki były również czasami najgorszymi”. Nadciągała recesja, wyłaniał się mroczniejszy, surowszy świat.

I choć program kosmiczny był owocem zimnej wojny, lądowania na Księżycu wciąż wydawały się szaleństwem lat sześćdziesiątych, ostatnim walcem optymizmu w dekadzie, która dobiegła końca 19 grudnia 1972 roku, gdy astronauci z misji Apollo 17 płynęli do domu ze świadomością, że to koniec przygody, a jej obietnice okazały się ułudą. Żaden członek komuny Merry Pranksters[1] ani mistyk na kwasie nie zrobił nigdy nic bardziej odlotowego, a jednak niejednoznaczność całego przedsięwzięcia wydawała się nie mieć granic. Co zyskała ludzkość na zrealizowaniu kaprysu prezydenta Kennedy’ego, który postanowił wysłać swój naród na Księżyc, wydając na ten cel horrendalne sumy? Program lotów księżycowych kosztował dwadzieścia pięć miliardów ówczesnych dolarów. W szczytowym momencie wydatki NASA pochłaniały pięć procent budżetu federalnego Stanów Zjednoczonych. Czy cały ten czas, energia, pieniądze, całe życie poszły na marne?

 

Nie tylko dla Charliego Duke’a powrót na Ziemię był trudny. Prześledziłem losy innych astronautów i odkryłem, że ich reakcje na to doświadczenie były niezwykle różne. Neil Armstrong, pierwszy człowiek na Księżycu, został nauczycielem i wycofał się z życia publicznego, „wracając do tego, co na naszej planecie najważniejsze”, podczas gdy jego partner Buzz Aldrin przez długie lata zmagał się z alkoholizmem i depresją, aż w końcu rzucił się w wir prac nad projektami kosmicznymi, które co do jednego wydały mi się niemożliwie dziwaczne. Z natury buntowniczy Alan Bean z Apollo 12 rozstał się z kosmosem, by zostać artystą i farbami olejnymi bez końca odtwarzać sceny z podróży na Księżyc, a Edgar Mitchell doznał „przebłysku zrozumienia” i skupił uwagę na wszechświecie, w którym wyczuł inteligencję, i przez resztę życia próbował ją pojąć. Jeszcze bardziej dramatyczny był dalszy los Jima Irwina, który stwierdził, że u stóp majestatycznych, oblanych złotem Apeninów usłyszał szept Boga, więc po powrocie porzucił NASA na rzecz Kościoła. Z kolei groźny Alan Shepard, który jako jedyny przyznał się do płaczu na Księżycu, zrobił to, o co nikt by go nie podejrzewał: złagodniał.

Jeśli chodzi o pozostałych, John Young po katastrofie promu Challenger został zaciekłym krytykiem NASA i w atmosferze gniewu i żalu odszedł z Biura Astronautów, a Gene Cernan, ostatni człowiek na Księżycu, przyznaje, że wszystkiemu, co nastąpiło od czasu misji Apollo 17, towarzyszyło dokuczliwe rozczarowanie („trudno po tym znaleźć coś podobnego”). Jego towarzysz lotu Jack Schmitt został senatorem, ale jako człowiekowi przywykłemu do kreatywności politycy wydali mu się krótkowzroczni i irytujący. Nie wybrano go na drugą kadencję i ostatnio podobno pracował jako „konsultant kosmiczny” w Albuquerque. Wszyscy uczestnicy misji opisywali niemal mistyczne poczucie jedności z ludzkością, którą oglądali z daleka. Tam, na górze, wiele się wydarzyło. Liczba rozwodów po powrocie na Ziemię była, nomen omen, astronomiczna.

Z perspektywy czasu można stwierdzić, że reakcje astronautów dało się przewidzieć. Tych dwunastu ludzi nagle musiało znaleźć odpowiedź na pytanie, którego wcześniej nikt w taki sposób nie zadał: „Dokąd iść, kiedy było się już na Księżycu?”. Oprócz nadziei i oczekiwań ich samych za astronautami stały fantazje milionów anonimowych ludzi oraz całe tysiąclecia ludowych podań. Nepalczycy wierzą na przykład, że na Srebrnym Globie mieszkają ich zmarli; kiedy Stu Roosa, weteran misji Apollo 14, odwiedził tamten kraj, irytowały go teksty typu: „Czy widział pan moją babcię?”. Stąpający po Księżycu już na zawsze będą uwięzieni między siłą jego grawitacji a zbiorowymi marzeniami całej Ziemi. Charlie Duke ze złością przyznawał, że otrzymuje listy od wyznawców teorii spiskowych, którzy uważają, że lądowania na Księżycu sfingowano, i nazywają go kłamcą.

Polubiłem Duke’a. W wieku sześćdziesięciu czterech lat wciąż był wysoki i przystojny, mówił z kojącym zaśpiewem, który wydawał mi się znajomy, choć dopiero po chwili udało mi się go zlokalizować. Gdy opisywał swój lot i uderzającą poświatę naszej planety, sunącej przez samotną czarną pustkę kosmosu, czułem się jak dziecko zatracone w ulubionej bajce na dobranoc. Dodał, że nasz świat widziany z Księżyca jest jak klejnot, taki kolorowy i jasny, że prawie można by go złapać, trzymać w ręku i zachwycać się tym bezcennym skarbem. Później opowiedział o swoim przerażeniu, gdy uświadomił sobie, że od tamtej pory reszta życia będzie jednym długim, powolnym rozczarowaniem. Cały ten wysiłek i kreatywność… Po co to było? Żeby wynaleźć teflon? Zrobić parę zdjęć? W 1972 roku Amerykanie kosmos mieli już w nosie. Później Duke podzielił się wzruszającą nadzieją, że pewnego dnia „tam wrócimy”, a ja nie miałem serca mu powiedzieć, że z mojej perspektywy nie wydaje się to prawdopodobne – przynajmniej za jego życia, a może i za mojego.

Kiedy nasz czas się skończył, podziękowałem za rozmowę, która sprawiła mi wielką przyjemność, i zacząłem się zbierać do wyjścia, Charlie oznajmił jednak, że ma w swoim grafiku okienko, więc jeśli chcę, możemy pogadać dłużej. Później wyjaśnił, że poprzedniego wieczoru wraz z Dotty otrzymali niepokojącą wiadomość, że Pete Conrad, dowcipny, żywiołowy dowódca misji Apollo 12, drugiej na Księżycu, miał poważny wypadek motocyklowy niedaleko swojego domu w Kalifornii.

Conrad to ten, który barwnymi wulgaryzmami niepokoił oficjeli z NASA, ale zachował spokój, kiedy podczas startu jego rakietę Saturn trafił piorun – dwukrotnie – powodując dziką kakofonię alarmów w kokpicie i panikę na dole. Gdy pewna dziennikarka podała w wątpliwość jego stwierdzenie, że mowa Armstronga o „małym kroku dla człowieka” wcale nie była przygotowana przez kogoś wcześniej, Conrad w tajemnicy założył się z nią o pięćset dolarów, że kiedy przyjdzie jego kolej, będzie mógł powiedzieć, co zechce, i od razu zadeklarował, jak będą brzmiały jego słowa. „Juhu! Kurczę, może dla Neila to był mały krok, ale dla mnie całkiem długi!” – usłyszała zgodny z umową okrzyk drobnego astronauty, gdy 19 listopada 1969 roku został trzecim człowiekiem na Księżycu. Również on zabrał w podróż magnetofon, by razem z ekipą podskakiwać do The Girl from Ipanema i Sugar, Sugar zespołu The Archies. Pozwolił też Alowi Beanowi, swojemu drugiemu pilotowi, wziąć wykręcający piruety złoty moduł księżycowy, przypominający kruchego pająka, na wycieczkę po odwrotnej stronie Księżyca, gdzie ludzie z NASA nie widzieli, co się święci. Kiedy zaś obaj przyjaciele wybrali się na spacer po powierzchni Srebrnego Globu, Houston kazało im przestać paplać i wydawać okrzyki radości, bo zupełnie zagłuszali Dicka Gordona z modułu dowodzenia na orbicie.

Tymczasem Dotty została zawołana do telefonu. Wróciła ze wstrząsającą wiadomością, że Conrad zmarł wskutek odniesionych obrażeń. Nie zdziwiło mnie, że Charlie Duke opowiadał o swoim towarzyszu ze łzami w oczach. Później się dowiedziałem, że miejsce, gdzie zginął Conrad, nazywa się Ojai, co w języku rdzennych Amerykanów oznacza Księżyc, lecz tamtego dnia zakręciło mi się w głowie od pożegnalnych słów Duke’a. Wypowiedział je cicho i płasko, jakby recytował psalm.

– Teraz jest nas tylko dziewięciu.

Tylko dziewięciu.

Kiedy wracałem do domu, w mojej głowie szumiały opowieści Duke’a, ale ogarnął mnie także niespodziewany smutek – nie dlatego, że zostało tylko dziewięciu ludzi, którzy oglądali nas z powierzchni Księżyca, ale dlatego, że pewnego dnia, być może niedługo, nie będzie już żadnego. Mimo to wróciłem do domu i żyłem jak dotąd, nie myśląc już więcej o projekcie Apollo. Zepchnąłem go w ten zakątek umysłu, który tak posłusznie zamieszkiwał przez ostatnie trzydzieści lat.

Stało się jednak coś niespodziewanego: astronauci nie dali mi spokoju. Po trzech latach nadal wymykałem się na dwór, żeby popatrzeć na Księżyc w sposób, w jaki nie patrzyłem od dzieciństwa, usiłując sobie wyobrazić napięcie towarzyszące drodze ku niemu oraz ekstatyczny powrót. Zastanawiałem się, czy kroczący po Księżycu zaakceptowali późniejsze przykucie do Ziemi – czy pogodzili się z naszym światem, czy też wciąż opłakiwali swoje zdławione nadzieje. Chciałem wiedzieć, jakimi stali się ludźmi i czego się nauczyli; co teraz sądzili o swej dziwnej wycieczce i czy uważali, że ich zmieniła. Przede wszystkim zaś zastanawiało mnie, dlaczego nagle przejmuję się tym bardziej niż dotąd. Zacząłem sobie zadawać pytanie, o co chodziło w tym całym przedsięwzięciu – jakie ono miało znaczenie, jeśli w ogóle jakiekolwiek – i rodziło się we mnie poczucie, że odpowiedzi na te pytania są ważne, nawet jeśli na razie nie rozumiałem dlaczego.

W końcu pojąłem, że jest tylko jeden sposób, by spróbować na nie odpowiedzieć. Musiałem odnaleźć tych dziewięciu kroczących po Księżycu i osobiście się przekonać, dokąd zawiodła ich ta odyseja, dopóki jeszcze mogłem to zrobić[2].

1
Sen o erze księżycowej

Kiedy przeżyło się dany moment wspólnie z całym światem, trudno stwierdzić, gdzie kończą się własne wspomnienia, a zaczynają wspomnienia wszystkich innych.

Widzę oślepiająco jasny kalifornijski dzień. Pędzę na swoim rowerze, metalicznozielonym schwinnie z wygiętą kierownicą i długim chopperowym siodełkiem, który dopiero niedawno przestałem stawiać na noc w swoim pokoju, by patrzeć na niego, gdy zasypiam. Chcę być jak Evel Knievel[3], więc w wakacje godzinami układam rampy z cegieł i kawałków drewna, które podwędziłem z miejscowych budów. Nikt nie skacze dalej ode mnie, nikt, a zwłaszcza David, który jedzie obok mnie… Dziwny, szalony David, który przerasta wszystkich dwukrotnie, ma penisa jak dorosły mężczyzna i całymi dniami buduje lotnie z desek i foliowych płacht. Tego ranka błagał mojego brata, żeby zeskoczył z garażu przywiązany do jednej z takich konstrukcji, a gdy zwróciłem mu uwagę, że skoro samo to ustrojstwo runęło w dół jak kamień, sczepione z moim bratem pewnie zachowa się tak samo, David uparł się, że jeśli się przyjrzeć – ale tak naprawdę dobrze się przyjrzeć – lotnia oddaliła się od pionu o co najmniej dwadzieścia centymetrów. Innymi słowy: poleciała. Rodzice Davida czasami opalają się na golasa w ogródku. Nie wyobrażam sobie, żeby moi tak mogli.

Dziś w ogródku nie ma nikogo. Właśnie byliśmy u Davida – jego rodzice siedzą zgarbieni w fotelach, wpatrzeni w telewizor. Jeździmy po okolicy już od paru godzin i wszędzie jest tak samo. Samochody gotują się na podjazdach. Ojcowie są w domach. Zupełnie jakby dorosły świat zamarł, a wszechświat wstrzymał oddech, gdy te widmowe czarno-białe obrazy przesuwają się po ekranie, te same w każdym domu, niczym duchy duchów duchów.

Ludzie lecą na Księżyc. Zeszłej nocy tata wziął mnie do ogrodu, żebyśmy razem na niego popatrzyli. Zmarszczył czoło, kiedy na jego uniesioną twarz padła wodnista złota poświata, zupełnie jakby ktoś nadepnął na jego grób albo poświecił mu latarką w oczy. Wysłać człowieka na Księżyc to jedno, lecz sprowadzić go z powrotem to zupełnie inna sprawa. Ale stanąć tam, na powierzchni… Na samą myśl dostawało się dreszczy. Może po czymś takim powrót nie będzie już wielką sprawą. Nic dziwnego, że ja i David, oraz wszyscy, których znamy, przez całe lato w ten czy inny sposób próbowaliśmy dosięgnąć nieba.

Znajdujemy się w Orindzie w Kalifornii, na spokojnym przedmieściu po wschodniej stronie zatoki San Francisco. Jest niedziela 20 lipca 1969 roku, a lista dobrych rzeczy w moim życiu przedstawia się następująco: mój rower, szemrzący strumyk w wąwozie na końcu ogrodu, myśl, że w przyszłym semestrze moją nauczycielką będzie pani Lipkin, gorąca dwudziestosześcioletnia hipiska, która już dwa razy zdążyła wyjść za mąż i się rozwieść, a swoim uczniom gra na gitarze piosenki Jefferson Airplane. No i jeszcze mój przyjaciel Scott McGraw, który jest ode mnie starszy, ma długie proste włosy, nosi dzwony, wszędzie chodzi boso i jako pierwszy powiedział mi, że Święty Mikołaj nie istnieje, „ale jak myślisz, że to jest okropne, sprawdź, co tak naprawdę znaczy słowo »pieprzyć«” – dodał. Brat Scotta gra w kapeli Love Is Satisfaction, czyli Miłość to Satysfakcja – jestem zachwycony tą nazwą.

W naszej okolicy wszystkie ulice noszą imiona postaci z Legendy o Sennej Kotlinie. Tak to jest, gdy jakieś miejsce budują od zera i nikogo nie ogranicza przeszłość. Moja ulica, Van Ripper Lane, opada długim łukiem. Na samej górze są skąpane w słońcu wzgórza Orinda Downs, gdzie udajemy, że uprawiamy motocross, znajdujemy skamieliny i łapiemy jaszczurki na wystających skałach, które pachną dzikim tymiankiem. Kiedy powieje wiatr, długa złota trawa faluje, a wzgórza zdają się połyskiwać. Uwielbiam leżeć w tej trawie, pozwalać, żeby łaskotała mnie w twarz, i gapić się w bezchmurne niebo. Czasami, jeżeli zostać tam dostatecznie długo, mniejsze zwierzęta zapominają, że nie jesteśmy częścią wzgórza, i zaczynają biegać wokół nas bez strachu. Wtedy naprawdę można się poczuć jego fragmentem, a także stale zapadających się światów, które mieszczą się wewnątrz. Za kilka lat będzie tutaj osiedle pełne pseudogeorgiańskich domów i płotków. Świat się zmienia.

Zjeżdżamy ze wzgórza na podjazd przed moim domem. David ciska rower na trawnik. Ja stawiam swój na nóżce i rzucam ostrzegawczo do swojego brata i jego maleńkiego, ślepego jak kret kolegi Erniego, że jeśli go przewrócą, to zabiję. Kiedy pęd powietrza nie uderza nas w twarz, jest gorąco, dlatego truchtem wbiegamy przez moskitierę do kuchni, skąd szmer dźwięków i podnieconych głosów ciągnie nas do salonu. Jest trzynasta piętnaście. Przyjaciele moich rodziców, Reuhlowie, oraz uroczy starsi państwo Fishowie z naprzeciwka siedzą pochyleni na kanapie i w fotelach nad włochatym złotopomarańczowym dywanem, w dłoniach mocno ściskają piwo lub kawę, a na ich twarzach maluje się, w różnych proporcjach, mieszanka niepokoju i niedowierzania. Z telewizora płynie znajomy południowy zaśpiew, któremu towarzyszą szumy oraz szczególne ciche piski i brzęki, przypominające stukanie paznokciem w rant olbrzymiego kieliszka. Wiemy, że jest to głos z centrum dowodzenia. Mówiący mężczyzna nazywa się Charles Duke, ale astronauci zwracają się do niego po prostu Houston. Są też inne głosy, ale wszystkie odległe, przemieszane i trudno wyłapać ich sens. Pokój wypełnia atmosfera wyczekiwania.

 

Teraz słyszymy:

– Trzydzieści sekund.

Cisza.

– Kontrolka kontaktu.

– Wyłączam.

– Ręczne sterowanie silnika hamującego wyłączone. Gotowość silnika wyłączona. Kod 413.

Przerwa.

Cisza.

Więcej ciszy.

– Houston, tu Baza Spokoju… Orzeł wylądował.

W salonie w pierwszej chwili jakby nikt nic nie rozumie. Dorośli wymieniają spojrzenia. Potem słychać wiwat w tle i ten głos z zaśpiewem jakby wzdycha – to pierwszy ślad emocji dobiegający z telewizora.

– Odbiór, Baza Spokoju, potwierdzamy z Ziemi. Paru facetów prawie tu zsiniało. Znowu oddychamy. Dziękujemy.

Cały salon wybucha radością. My też. Mój tata mierzwi mi włosy i klepie Davida po plecach. Zbiegają się małe dzieci.

– Chłopcy, oni wylądowali na Księżycu!

Tata ma łzy w oczach. Po raz pierwszy widzę go w takim stanie, i zobaczę jeszcze tylko raz w życiu.

Nikt z nas nie ma pojęcia, co w tych ostatnich chwilach działo się za kulisami, choć informacje kryły się w tych monotonnych komunikatach, jeśli tylko ktoś umiał je odczytać.

Załoga, którą NASA wybrała do tej historycznej misji, składa się z Neila Armstronga, Buzza Aldrina i Mike’a Collinsa, tworzących szczególne trio. Plan lotu przewidywał, że Collins zostanie na orbicie Księżyca w stanie radosnej frustracji, zajęty statkiem, który miał ich zabrać do domu, czyli modułem dowodzenia Columbia, a tymczasem jego towarzysze zejdą na powierzchnię w lądowniku Eagle, czyli Orzeł. Collins to człowiek rozmowny, gustuje w szlachetnym winie i dobrych książkach, maluje i hoduje róże. Armstrong jest natomiast chłodny i samowystarczalny – Collins go lubi, ale nie potrafi sforsować jego mechanizmów obronnych. Z kolei żywiołowy Aldrin wydaje mu się po prostu niebezpieczny.

Przygotowania do misji były szalone. Pewnego razu astronauci wybrali się w góry na wycieczkę geologiczną, ale nie słyszeli ani słowa wypowiadanego przez instruktorów, bo wszystko zagłuszały śmigłowce ekip wiadomości przepychające się w powietrzu, furkoczące niczym olbrzymie wygłodniałe komary. Nikt nie miał pewności, co czeka tam, w kosmosie, dlatego gazety i programy telewizyjne były pełne katastroficznych przepowiedni. Pewien badacz zapewniał widzów, że księżycowy pył na przypominających sylwetki yeti skafandrach astronautów zapali się, gdy tylko w kabinie Eagle’a wejdzie w kontakt z tlenem, o ile wcześniej nie eksploduje im pod stopami. Inny ostrzegał, że powierzchnia Księżyca może być w całości złożona z pyłu, więc w chwili zetknięcia z podłożem lądownik kompromitująco się zapadnie i zniknie na zawsze. Jeszcze więcej ekspertów martwiło się perspektywą sprowadzenia stamtąd jakiejś obcej bakterii, która zniszczy wszelkie życie na Ziemi, niczym w filmach science fiction The Quatermass Experiment czy Tajemnica Andromedy. W czasopismach pojawiały się rysunki dziwnych podziemnych istot, które mogły się czaić pod powierzchnią, głodne okrąglutkich białych bałwanków z Ziemi.

Nic więc dziwnego, że w kabinie modułu dowodzenia Columbia panowało napięcie. We wczesnej fazie lotu Aldrin ciągle opisywał „przebłyski”, które dostrzegał kątem oka, kiedy Księżyc majaczył przed nimi, a w końcu wchłonął ich na orbitę. Armstronga irytowała ta sugestia obecności czegoś nieznanego i tajemniczego, podobnie jak to, że po bezpiecznym lądowaniu jego towarzysz upadł na kolana i przyjął komunię. W lądowniku, czyli module księżycowym – przedziwnej, wiotkiej konstrukcji, wyglądającej na złożoną z wykałaczek i kartonów po jajkach przez grupę pięciolatków, a potem z grubsza przykrytą folią przez ich matki – stale czuł, że „nie nadąża za samolotem”, nie do końca panuje nad sytuacją, i to też mu się nie podobało.

Prawdziwy dramat rozegrał się jednak wtedy, gdy opadali w kierunku powierzchni. Kiedy David i ja, nic nie podejrzewając, pędziliśmy drogą, kiedy mama wyjmowała piwa z lodówki, kiedy mój ojciec, pan Reuhl i pan Fish – który zwykł mi płacić zabójczą kwotę dwóch dolarów za skoszenie swojego maleńkiego trawnika, a płaciłby więcej, ale tata mu zabronił – omawiali konsekwencje tych wszystkich wydarzeń oraz prawdopodobieństwo, że za swojego życia zdążą odwiedzić Księżyc jako turyści, Mike Collins tuż po godzinie dziesiątej naszego czasu uwolnił Eagle’a z uchwytu Columbii. Przez chwilę obie maszyny leciały w szyku, by pilot modułu dowodzenia mógł wykonać przegląd drugiej jednostki przez iluminator. Stwierdziwszy, że jest ona w dobrym stanie, Collins przykrył niepokój dowcipem: „Świetnie wygląda ta wasza maszyna latająca Eagle, mimo że jesteście do góry nogami”.

W stanie nieważkości nie istnieją góra i dół. Armstrong podchwycił żart.

„Ktoś tu rzeczywiście jest do góry nogami” – powiedział.

Potem impuls silników sterujących poniósł Columbię w dal, aż w końcu Eagle stał się tylko małą plamką światła, diamencikiem unoszącym się między Collinsem a pokrytą kraterami powierzchnią. Astronauta w milczeniu rozważył szanse powodzenia i ocenił je na mniej więcej pięćdziesiąt procent, nie wiedząc, że jego dowódca doliczył się jednakowego prawdopodobieństwa. Według szacunków części kolegów obaj byli optymistami.

Do lądowania zostało dziesięć minut, a Eagle znajdował się piętnaście tysięcy metrów nad powierzchnią Księżyca. Armstrong i Aldrin stali obok siebie, w skafandrach, przypięci uprzężami do podłoża. Jak dotąd wszystko poszło zgodnie z planem, a przygotowania przebiegły według grafiku. Wyregulowali ciśnienie w zbiorniku paliwa, ustawili komputer i sprawdzili trajektorię, kierując teleskop nawigacyjny na Słońce. Uruchomili kamerę i uzbroili silnik hamujący. Potem Aldrin nacisnął przycisk zapłonu i silnik rakietowy ożył. Trzydzieści sekund później kabina zadygotała, gdy z rykiem osiągnęli pełny ciąg.

I teraz pojawił się problem.

Eagle był zwrócony w stronę Księżyca, więc Armstrong zauważył, że obiekty, które wykorzystywał jako punkty odniesienia podczas nawigacji, pojawiają się dwie sekundy wcześniej, niż przewidywano; zapowiadało się, że przestrzelą strefę lądowania, ale komputer nie wychwycił tego błędu. Na wysokości czternastu tysięcy metrów Armstrong obrócił jednostkę, tak że radar zniżania był teraz skierowany w dół, a dwaj astronauci patrzyli w górę na połyskującą, widmową Ziemię. Rzucało znacznie silniej niż podczas symulacji, tymczasem Aldrin porównał dane z radaru i z komputera i stwierdził rozbieżność około kilometra. Wiedział, że radar jest bardziej niezawodny, więc postanowił polecić komputerowi, by przyjmował od niego dane i działał na ich podstawie, kiedy jednak wcisnął odpowiednie guziki, kabinę Eagle’a wypełniło przeszywające bzyczenie głównego alarmu. Astronauci spojrzeli w dół i zobaczyli, że siarkowobursztynowy ekran komputera rozświetla kontrolka „PROG”.

„Alarm programu” – oznajmił Armstrong.

Jego głos był spokojny, ale wymówił te słowa krótko, impulsywnie. Aldrin kazał komputerowi podać kod alarmu, a wtedy na ekranie wyświetliły się cyfry: 1202. Nie wiedział, co oznaczają, jednak domyślał się, że chodzi o przeładowanie komputera. Coś takiego nie wydarzyło się podczas żadnej symulacji, w której uczestniczył. To nie była pora na takie rzeczy.

Uwaga skupiła się teraz na Houston i Genie Kranzu, trzydziestopięcioletnim kierowniku lotu. On wiedział, że alarm jest poważny, bo widział podobny w pierwszym tygodniu lipca. Wtedy z jego powodu przerwał wirtualną misję. Tak naprawdę wraz ze swoją ekipą miał kłopoty już od godziny, ponieważ stale przerywało łączność – ekrany w centrum dowodzenia gasły, a słuchawki wypełniał szum. Potem połączenie na moment wracało, było na tyle długie, by uzasadnić dalsze schodzenie na powierzchnię. Opóźnienie w komunikacji z Księżycem wynosiło 2,6 sekundy, nie było więc czasu na rozwijanie tematu. Podczas symulacji kontrolerzy odkryli, że opóźnienie wyznacza „martwy okres”, w którym nie da się już nic zrobić, bo moduł księżycowy na pewno zetknie się z powierzchnią, zanim Ziemia zdąży zareagować na problem i nakazać przerwanie operacji. Teraz komunikaty były nerwowe i zawieszone w pustce, zupełnie jak sam Eagle.

Kranz szybko naradził się z otaczającymi go osobami, nasłuchując napięcia w ich głosie, a potem odwrócił się do Steve’a Balesa, młodego speca od komputerów z MIT.

Komputer w module księżycowym był jednak zbyt skomplikowany, żeby jego działanie zrozumiała jedna osoba. Bales miał świadomość, że maszyna chce przerwać misję. Nie orientował się natomiast dlaczego. Przekazał problem swojej ekipie ekspertów na zapleczu, ci zaś domyślili się, że wobec nadmiaru zadań do wykonania komputer – wciąż nie wiedzieli czemu – automatycznie wraca do początku cyklu obliczeniowego, żeby zacząć od nowa. W tle było słychać zwięzłą prośbę Armstronga: „Podajcie znaczenie alarmu 1202”. Przerwanie lądowania na tym etapie nie byłoby łatwe ani nie gwarantowało sukcesu, a później nie byłoby już miejsca na dalsze niepowodzenia. Postanowiono kontynuować. Dopóki alarm był tylko przerywany, schodzenie mogło bezpiecznie trwać dalej. Gdyby jednak stał się ciągły, komputer mógł całkowicie przerwać pracę i astronauci byliby zgubieni.

Stojący za sterami spadającego lądownika Armstrong usłyszał głos Duke’a: „Macie pozwolenie na lądowanie”.

Kłopot polegał na tym, że alarmy i mentalne przygotowania do przerwania misji zdekoncentrowały obu astronautów. Kiedy udało się spacyfikować komputer i ponownie skupić się na zadaniu posadzenia Eagle’a, do powierzchni Księżyca zostało już tylko trzysta metrów, a Armstrong z Aldrinem właśnie przelatywali nad gościnną równiną, z którą dotąd wiązali nadzieje. W olbrzymiej, rozświetlonej sali dowodzenia siedemdziesięciu ludzi, którzy spędzili długie miesiące i lata na szkoleniach przygotowujących do tej chwili, jednocześnie wstrzymało oddech niczym widzowie w teatrze, kiedy radary zniżania dokonały gwałtownej poprawki, a ikonka jak z gry Space Invaders przeskoczyła i wskazywała teraz odchylenie od celu o cztery mile, czyli sześć i pół kilometra. Po przekroczeniu sześciu mil zasady nakazywały przerwanie misji. Armstrong patrzył przed siebie i nie był zachwycony tym, co widzi: pole ciasno skupionych głazów, zebranych niczym resztki pradawnego cmentarza wokół ciemnej krawędzi krateru, do którego komputer prowadził ich na oślep. Astronauta wykonał szybkie obliczenia, żeby sprawdzić, czy zdoła posadzić maszynę przed polem głazów. Wiedział, że pewnie są zrobione z księżycowej skały macierzystej, więc geologowie byliby zachwyceni, zrozumiał jednak, że lądownik nadal leci za szybko. Nacisnął kilka guzików i przejął kontrolę nad statkiem, by przechylić go w przód, prawie do pionu. Teraz silnik rakietowy spowalniał tempo opadania, nie zmniejszając prędkości poziomej. Armstrong chciał wylądować na pierwszej pustej przestrzeni, jaką zobaczy.