Człowiek i wszechświat

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

DZIEŃ, KIEDY NIE BYŁO WCZORAJ

Opowiadanie historii jest głęboko zakorzenioną w nas skłonnością; uczymy się, porozumiewamy i łączymy z innymi pokoleniami poprzez opowieści. Dzięki nim możemy z przyjemnością zgłębiać niezliczone drobiazgi składające się na życie codzienne. Tworzymy również wielkie opowieści o początkach i kresie świata. Na przestrzeni dziejów powstały niezliczone takie opowieści, wydają się one być równie dawne, jak sama ludzkość. Od różnorakich bogów, przez jaja kosmiczne, po świat rodzący się z chaosu lub innych form porządku, wód wypełniających niebiosa czy też zupełnej nicości – istnieje tyle mitów o powstaniu świata, co kultur ludzkich. Potrzeba zrozumienia początków Wszechświata jest z pewnością potężnym czynnikiem jednoczącym, choć istnienie wielości różnych mitologii nie przestaje być też źródłem podziałów. Fakt, że poświęcamy tak wiele energii na dyskusje na temat dawnych opowieści o stworzeniu, zamiast tworzyć nowe na kanwie coraz bardziej szczegółowych świadectw obserwacyjnych dostępnych człowiekowi XXI wieku, świadczy, niestety, o potężnym ładunku emocjonalnym, jaki niosą ze sobą te opowieści. Żyjemy w bardzo wyjątkowych i ekscytujących czasach, ponieważ świadectwa obserwacyjne mogące rzucić światło na kwestię początków świata były niemal nieobecne jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Na przełomie XIX i XX wieku, kiedy moi dziadkowie przychodzili na świat w Oldham, nie istniała naukowa opowieść o powstaniu świata. Astronomowie nie byli nawet świadomi tego, że świat sięga dalej niż Droga Mleczna. Tym bardziej niezwykłe jest więc to, że współczesny naukowy opis Wszechświata narodził się niemal w dojrzałej postaci wraz z ogólną teorią względności Einsteina, jeszcze zanim Edwin Hubble ogłosił swoje badania nad cefeidą w Andromedzie, kładąc kres Wielkiej Debacie pomiędzy Shapleyem i Curtisem.

Były dwie drogi

prowadzące do prawdy;

postanowiłem podążyć obiema.

Georges Lemaître

Jedną z najpiękniejszych właściwości fizyki matematycznej jest to, że za równaniami kryją się opowieści. Jeśli słysząc słowo „równania” myślisz o tych małych wrednych zapisach, które trzeba było rozwiązywać w szkole w deszczowe jesienne popołudnia, to brzmi to pewnie nieco dziwnie i abstrakcyjnie. Równania typu równań pola Einsteina to jednak znacznie bardziej skomplikowane bestie. Jak pamiętamy, równania Einsteina pozwalają na wyznaczenie kształtu czasoprzestrzeni ze względu na dany rozkład materii i energii. Ów „kształt” określa się jako rozwiązanie równań i to te rozwiązania zawierają w sobie historie. Pierwsze ścisłe rozwiązanie równań pola Einsteina zostało odkryte w 1915 r. przez niemieckiego fizyka Karla Schwarzschilda. Schwarzschild skorzystał z równań, aby obliczyć kształt czasoprzestrzeni wokół doskonale kulistego, nieobracającego się wokół swojej osi masywnego obiektu. Rozwiązanie Schwarzschilda może być stosowane do opisu orbit planet wokół gwiazdy, zawiera jednak w sobie również jedną z najbardziej egzotycznych idei współczesnej fizyki – opisuje bowiem coś, co dziś określamy jako horyzont zdarzeń czarnej dziury. W rozwiązaniu tym zawarta jest więc znana opowieść o nieostrożnym astronaucie, który zostaje rozciągnięty jak spaghetti, spadając ku supermasywnej zapadniętej gwieździe. Obliczenie to było wielkim osiągnięciem, już choćby z samego faktu, że Schwarzschild wyprowadził je służąc w niemieckiej armii na froncie rosyjskim. Niedługo później, 42-letni zaledwie fizyk zmarł wskutek choroby, której nabawił się w okopach.

Najbardziej niezwykłe historie ukryte w równaniach Einsteina ujawniają się jednak wtedy, gdy podejmiemy brawurowy krok. Zamiast ograniczać się do opisu czasoprzestrzeni wokół sferycznej porcji materii, dlaczego nie mielibyśmy pomyśleć nieco szerzej? Dlaczego nie mielibyśmy użyć równań Einsteina do opisu całej czasoprzestrzeni? Czy nie dałoby się zastosować ogólnej teorii względności do całego Wszechświata? Einstein dostrzegł taką możliwość na bardzo wczesnym etapie rozwoju swojej teorii, a w 1917 roku opublikował już artykuł pt. Zastosowania kosmologiczne ogólnej teorii względności. Jest to oczywiście wielki krok: od rozważania przypadku człowieka spadającego z dachu po opowiadanie historii Wszechświata; Einstein był w tym wypadku nietypowo dla siebie chwiejny. W liście do swojego przyjaciela Paula Ehrenfesta napisanym kilka dni przed zaprezentowaniem swojej pracy w Pruskiej Akademii Nauk, pisał tak: „Ponownie przygotowałem coś na temat teorii grawitacji, co poniekąd naraża mnie na niebezpieczeństwo bycia zamkniętym w domu wariatów”.

Wszechświat opisywany przez model Einsteina zawarty w wymienionym artykule nie odpowiada naszemu Wszechświatowi, jednak sam ten artykuł zasługuje na uwagę, ponieważ zostaje w nim wprowadzone coś, co Einstein później uznał za pomyłkę. Einstein chciał znaleźć takie rozwiązanie swoich równań, które opisywałoby skończony Wszechświat, wypełniony jednorodnie materią i stabilny, czyli niepodatny na kolaps grawitacyjny. W owym czasie było to rozsądnym założeniem, ponieważ astronomowie znali tylko jedną galaktykę – Drogę Mleczną – a jej gwiazdy nie wydawały się zbiegać ku sobie nawzajem. Einstein poszukiwał ponadto ściśle określonej historii; uważał, że wieczny Wszechświat jest znacznie bardziej elegancki niż taki, który miał swój początek, co pozostawia otwartym kłopotliwą kwestię istnienia Stwórcy. Odkrył jednak, że ogólna teoria względności uniemożliwia opisanie Wszechświata zawierającego gwiazdy, planety i galaktyki, który byłby jednocześnie wieczny. Jego rozwiązanie prowadziło do przewidywania, że Wszechświat w przyszłości zapadnie się do punktu. Einstein próbował zaradzić temu, wprowadzając do równań dodatkowy człon zwany stałą kosmologiczną. Ten człon matematyczny może wywoływać efekt globalnego odpychania, którego skalę Einstein dopasował do tempa, z jakim jego modelowy Wszechświat kurczył się pod wpływem grawitacji. W późniejszych latach powiedział rzekomo swojemu przyjacielowi George’owi Gamowowi, że stała kosmologiczna była największą pomyłką jego życia.

W miarę poszukiwania przez fizyków kolejnych rozwiązań równań Einsteina, odkrywano coraz więcej możliwych wszechświatów. Żaden z nich nie był statyczny, z wyjątkiem pierwszego modelu Einsteina oraz odkrytego w 1917 r. przez Willema de Sittera wszechświata pozbawionego materii i zdominowanego przez (dodatnią) stałą kosmologiczną. Za chwilę wrócimy jeszcze do wszechświata de Sittera, ale w każdym innym przypadku równania Einsteina wydawały się prowadzić do przewidywania, że Kosmos podlega ciągłej ewolucji. Sam Einstein uważał, że Wszechświat powinien być niezmienny i wieczny. Wraz z kolejnymi pracami fizyków wieczny i niezmienny Wszechświat Einsteina wydawał się być coraz mniej realistycznym modelem.

Pierwsze ścisłe rozwiązanie kosmologiczne równań pola Einsteina, dla realistycznego Wszechświata wypełnionego galaktykami, zostało uzyskane przez rosyjskiego fizyka Aleksandra Friedmanna w 1922 roku. Friedmann doszedł do swego wyniku zakładając coś, o czym mówiliśmy na samym początku tego rozdziału: wszechświat kopernikański, to znaczy taki, w którym żaden punkt przestrzeni nie jest szczególny. W kosmologii odpowiadają temu założenia jednorodności i izotropii, co oznacza rozwiązywanie równań Einsteina przy całkowicie gładkim rozkładzie materii. Może to wydawać się być grubym uproszczeniem, a na początku lat 20. XX wieku stopień, w jakim założenie to odpowiadało danym obserwacyjnym – przypomnijmy, że znano wówczas tylko jedną galaktykę – był bardzo niski. Z perspektywy czysto teoretycznej założenie Friedmanna jest jednak zupełnie sensowne. Jest to w zasadzie najprostsze z możliwych założeń i sprawia, że strona rachunkowa tego zagadnienia staje się względnie prosta – tak prosta, w gruncie rzeczy, że wynik Friedmanna został zupełnie niezależnie powtórzony i rozszerzony przez belgijskiego matematyka i księdza George’a Lemaître’a. Lemaître osiadł z pełnym przekonaniem na niczyim terytorium pomiędzy religią i nauką – jest to pas ziemi, czy sobie tego życzymy czy nie, zupełnie niezaludniony kosmologami. Lemaître, uczeń Harlowa Shapleya, jako człowiek głęboko religijny nigdy nie widział konfliktu pomiędzy tymi dwoma skrajnie różnymi sposobami myślenia. Reprezentował on gorąco dziś debatowany i krytykowany pogląd, wprowadzony do nauki przez biologa ewolucyjnego Stephena J. Goulda, że nauka i religia stanowią nienakładające się na siebie magisteria, prowokujące do tych samych pytań, jednak w ramach odrębnych od siebie dziedzin. Ja uważam, że jest to uproszczona postawa; pytanie o początki Wszechświata są tego samego typu, co pytania o istotę siły grawitacyjnej lub zachowanie się cząstek elementarnych, zaś odpowiedzi na nie zostaną z pewnością odnalezione na drodze metodologii naukowej. Jestem jednak również skłonny przyznać, że uczucie poruszenia czy zadziwienia, czy też jakiekolwiek określenie, jakie zechcemy nadać temu uwznioślającemu poczuciu, które napawa nas, gdy kontemplujemy Wszechświat w jego całej potędze, leży zarówno w sercu doświadczenia religijnego, jak i naukowego, i być może obydwa te źródła mogą zainspirować nas do poznawania świata przyrody.

Tak przynajmniej uważał Lemaître, a jego podwójna perspektywa prowadziła go w intelektualnej podróży przez Kosmos, aż ku najwyższym szczeblom kariery naukowej. Święcenia kapłańskie uzyskał w 1923 roku, studiując na Uniwersytecie Katolickim w Leuven. Fizyki i matematyki uczył się w towarzystwie wielu spośród największych fizyków i astronomów tych czasów, m.in. Arthura Eddingtona i Harlowa Shapleya, od Uniwersytetu w Cambridge po Harvard i MIT, powróciwszy w 1925 roku do Belgii, aby pracować nad ogólną teorią względności Einsteina.

Lemaître nigdy nie spotkał Aleksandra Friedmanna, który zmarł w 1925 roku na dur brzuszny. Nigdy nie rozmawiali ze sobą ani nie wymieniali się listami, zaś Lemaître niemal z pewnością nie wiedział o mało znanym wówczas artykule Friedmanna opisującym model dynamicznego, zmiennego Wszechświata. Podążył jednak tą samą ścieżką intelektualną, przyjmując jednorodność i izotropię rozkładu materii we Wszechświecie i poszukując rozwiązań równań Einsteina, które opisywałyby historię takiego właśnie gładkiego, jednolitego Kosmosu. Dotarł oczywiście do tego samego wniosku: Wszechświat taki nie może być statyczny – musi bądź to rozszerzać się, bądź to kurczyć. Lemaître poznał Einsteina na V Kongresie Solvaya w Brukseli w 1927 roku i poinformował go o swoich wnioskach. „Pańskie obliczenia są poprawne, jednak Pańskie rozumienie fizyki jest odrażające”, odparł wielki fizyk. Einstein mylił się. W 1931 roku Lemaître pisał już swoje artykuły przy użyciu żywych, obrazowych zwrotów i nie krył się ze swym poglądem, że teoria Einsteina przewiduje istnienie momentu stworzenia – Wielkiego Wybuchu. Pisze w nich o „dniu, kiedy nie było wczoraj” i Wszechświecie wyłaniającym się z „pierwotnego atomu”.

 

W 1934 roku fizyk z Princeton Howard Percy Robertson zebrał wszystkie możliwe rozwiązania równań Einsteina zakładające jednolity rozkład materii w Kosmosie – czyli zgodne z zasadą kopernikańską, nieprzypisującą żadnemu miejscu we Wszechświecie rangi szczególnego czy wyjątkowego. Modele zawierające materię opisują zwykle Wszechświat rozszerzający się lub kurczący, co prowadzi do niezwykłej konkluzji: rzeczywiście mógł być taki dzień, kiedy nie było wczoraj. Równania Einsteina zawierają więc ukrytą w nich naukową historię o stworzeniu, mimo że sam ich autor się temu sprzeciwiał.

Historia Einsteinowskiej ogólnej teorii względności i jej późniejszego zastosowania do opisu Wszechświata stanowi więc piękną ilustrację potęgi fizyki. Teoria, zainspirowana namysłem nad spadającym z dachu człowiekiem, prowadzi do przewidywania, że we Wszechświecie miał miejsce moment stworzenia. Nie są potrzebne żadne eksperymenty, pomiary i obserwacje, z wyjątkiem tej jednej, że wszystkie rzeczy spadają w tym samym tempie w polu grawitacyjnym. Na wielu warstwach tej opowieści kryją się pokłady ironii! Przekonanie, że na najdonioślejsze pytania na temat naszego pochodzenia można odpowiedzieć na drodze namysłu, jest niemal arystotelejskie: jest to więc częściowy powrót do świata niepodważalnego autorytetu autorów klasycznych; świata, któremu z tak wielkim trudem starali się położyć kres Bruno, Kopernik i Galileusz. Fakt, że same równania wydają się opisywać Wszechświat posiadający z koniecznością moment stworzenia, co może wspierać – przynajmniej w oczach Lemaître’a – pogląd o istnieniu Stwórcy, wydaje się z kolei kierować nas ku cytowanym przez Bormana, Lovella i Andersa pradawnym opowieściom o stworzeniu. I rzeczywiście, papież Pius XII, usłyszawszy o nowych osiągnięciach kosmologii, powiedział: „Prawdziwa nauka w coraz większym stopniu odkrywa Boga, jak gdyby Bóg czekał za drzwiami, które nauka otworzyła”. Einstein, ku swemu wielkiemu rozgoryczeniu, najpierw narzucił tkaninę racjonalnej myśli na krajobraz mitologii, aby następnie zaproponować nowy mit o stworzeniu na miejsce tego, który chciał obalić.

Aby zakończyć już historię naszej „wspaniałej degradacji”, należy jeszcze wspomnieć o kilku krokach w dziejach kosmologii. Czysto teoretyczne przewidywanie, że Wszechświat się rozszerza, wymaga oczywiście potwierdzenia eksperymentalnego. Nie trzeba było długo na nie czekać. 15 marca 1929 roku Edwin Hubble opublikował artykuł pt. Zależność pomiędzy odległością a prędkością radialną w mgławicach pozagalaktycznych, w którym ogłasza swoją obserwację, że galaktyki leżące poza naszą Grupą Lokalną wydają się od nas oddalać. Mówiąc ściślej, im bardziej odległa galaktyka, tym wyższa prędkość jej oddalania się od nas. Właśnie w ten sposób powinien wyglądać Wszechświat zgodny z przewidywaniami teorii Einsteina. W 1948 roku Alpher, Bethe i Gamow opublikowali słynny artykuł (z najciekawszą listą autorów w historii fizyki), w którym wykazują, że zaobserwowany skład chemiczny Wszechświata (udział poszczególnych pierwiastków lekkich w gazie kosmicznym) może zostać obliczony, jeśli przyjmie się, że Wszechświat był na wczesnym etapie swego rozwoju bardzo gorący i bardzo gęsty. Współczesne obliczenia tego typu są bardzo precyzyjne i doskonale zgadzają się z obserwacjami astronomicznymi. Najbardziej przekonującym świadectwem było chyba jednak zaobserwowanie w 1964 roku przez Penziasa i Wilsona pozostałego po Wielkim Wybuchu światła, tak zwanego kosmicznego promieniowania tła, którego istnienie przewidzieli teoretycznie Alpher i Herman w 1948 roku. Na temat kosmicznego mikrofalowego promieniowania tła będzie jeszcze mowa w późniejszych rozdziałach; na razie wystarczy nam wiedzieć, że odkrycie, iż cały Wszechświat wciąż jarzy się od promieniowania o temperaturze 2,7 stopni powyżej zera bezwzględnego, dowiodło, ponad wątpliwości nawet najbardziej sceptycznych naukowców, że teoria Wielkiego Wybuchu jest najsilniej przekonującym modelem ewolucji Wszechświata.

Co jednak z kłopotliwym pytaniem o przyczynę samego Wielkiego Wybuchu? Skąd wziął się pierwotny atom Lemaître’a? Czy naprawdę zrobił to Bóg? Standardowa XX-wieczna kosmologia Wielkiego Wybuchu nie ma odpowiedzi na te pytania, jednak kosmologia XXI-wieczna – owszem. W dalszej części książki zostanie opisane współczesne naukowe zrozumienie tego, co nastąpiło przed Wielkim Wybuchem, lecz już teraz pozwolę sobie na intrygującą wskazówkę. Uważa się współcześnie, że przed Wielkim Wybuchem Wszechświat zaznał okresu wykładniczego wzrostu zwanego inflacją. W tym czasie Wszechświat zachowywał się zgodnie z pozbawionym materii rozwiązaniem równań Einsteina odkrytym przez de Sittera w 1917 roku. Ów okres błyskawicznej ekspansji sprawił, że Wszechświat jest dziś jednorodny i izotropowy w największych skalach, w jakich go obserwujemy – co jest ostatecznie przyczyną, dla której proste kopernikańskie założenie Friedmanna i Lemaître’a prowadzi do opisu ewolucji Wszechświata po Wielkim Wybuchu, który tak świetnie zgadza się z obserwacjami. We Wszechświecie nie ma wyróżnionych miejsc, ponieważ wczesna faza inflacyjna wszystko wygładziła. Gdy inflacja ustała, energia zawarta w polu napędzającym ową wykładniczą ekspansję została ponownie „przelana” światu, dzięki czemu powstała cała materia i promieniowanie, które obserwujemy dzisiaj. Drobne fluktuacje pola inflacyjnego stały się zalążkiem w późniejszym procesie powstawania galaktyk, których miliardy znajdują się we wszystkich kierunkach nocnego nieba, mieszcząc w sobie niezliczone światy, być może w niekończącej się nigdzie przestrzeni poza horyzontem naszych obserwacji. Jak napisał George Lemaître: „Stojąc na chłodnym już węgielku przyglądamy się powolutku gasnącym słońcom, starając się przywołać dawno miniony, olśniewający początek wszystkich światów”. Nasz węgielek nie jest wyjątkowy, jest nieznaczących rozmiarów, jeden świat spośród miliardów w jednej galaktyce spośród bilionów. Był to jednak wspaniały wzlot ku nieistotności, ponieważ – dzięki zręcznemu połączeniu obserwacji i namysłu – byliśmy stanie odkryć nasze miejsce w świecie. Ależ zachwycony by był naszymi wnioskami Giordano Bruno!

CZY JESTEŚMY SAMI?

Czasem myślę, że jesteśmy sami

we Wszechświecie, a czasem, że nie.

Obydwa przypadki są równie oszałamiające.

Arthur C. Clarke

SCIENCE CZY SCIENCE-FICTION?

Istnieją pytania, na które odpowiedź miałaby potężny wpływ na świat myśli i kultury ludzkiej. Jednym z nich jest kwestia naszej samotności. Jesteśmy sami we Wszechświecie – tak czy nie? Jedna z tych odpowiedzi jest prawdziwa. W tej postaci nie jest to jednak dobre pytanie, ponieważ nie da się na nie odpowiedzieć twierdząco. Nie mamy możliwości, nawet czysto teoretycznie, zbadania całego Wszechświata, który rozciąga się daleko poza horyzont naszych obserwacji leżący w odległości 46 miliardów lat świetlnych od nas. Odpowiedź na to pytanie nigdy nie będzie więc z pełnym przekonaniem twierdząca. Z drugiej strony, jeśli Wszechświat jest nieskończonych rozmiarów, mamy naszą odpowiedź! Nie, nie jesteśmy sami. Jest oczywiste, że prawa przyrody pozwalają na istnienie życia, więc bez względu na to, jak mało prawdopodobne jest faktyczne jego powstanie, w nieskończonym świecie musiało to nastąpić nieskończenie wiele razy. To bardzo trudne i nietrywialne stwierdzenie zostanie zbadane bliżej nieco później. To jednak nie to, co nas najbardziej w tym pytaniu interesuje.

Zawsze fascynowali mnie kosmici – tacy, którzy latają statkami kosmicznymi – i chciałbym z którymś z nich porozmawiać. Pewnego zimowego popołudnia 1977 roku stałem z moim ojcem w kolejce, która zakręcała trzykrotnie wokół kina Odeon w Oldham, przeskakując pomiędzy na wpół zamarzniętymi kałużami, aby obejrzeć Gwiezdne wojny; następną dekadę spędziłem zaś budując Sokoła Millenium z klocków lego. W 1979 roku po raz pierwszy przeczytałem w jakimś czasopiśmie o filmie Obcy – 8 pasażer „Nostromo” i przerzuciłem się na Nostromo, co wymagało więcej klocków. Zobaczyłem Obcego w wieku 11 lat w mojej szkole, na jednym z wieczorków Piątkowego Klubu Filmowego, i wcale mnie nie odstręczył. Po prostu uświadomiłem sobie, że naprawdę lubię statki kosmiczne, a cała ta część organiczna niespecjalnie mnie interesuje. Wszyscy powinni obejrzeć Obcego w wieku 11 lat. Do diabła z kategoriami wiekowymi; przerażenie, technologia i Sigourney Weaver są dobre dla duszy.

Moja wyobraźnia na stałe zamieszkała na terytorium science fiction. Przez jakiś czas interesowała mnie astronomia, sam nie wiem czemu, ale badanie gwiazd wydawało mi się być czymś czystym, eleganckim i romantycznym, czymś, co robi się zimną nocą tuż przez Gwiazdką, wyposażonym w ciepłe rękawiczki i mnóstwo wyobraźni. Gwiezdne wojny, Star Trek, Obcy, Arthur C. Clarke i Isaac Asimov wciąż łączą się dla mnie gładko z Patrickiem Moore’em, Carlem Saganem i Jamesem Burke; w świecie marzeń fakt i fikcja nie dają się od siebie rozdzielić. Na pozór sprzeczne ze sobą impulsy, aby uprawiać naukę i wyobrażać sobie odległe światy, są ze sobą blisko związane: jak cienie rzucane przez dwa źródła światła.

Pytanie „Czy jesteśmy sami we Wszechświecie?” może nadawać się do science fiction, ale na gruncie nauki trzeba je uznać za źle sformułowane, ponieważ Wszechświat jest zbyt duży, abyśmy zbadali go w całości. Jeśli jednak ograniczymy to pytanie do jakiegoś obszaru Wszechświata, możemy na nie odpowiadać na sposób naukowy. „Czy jesteśmy sami w Układzie Słonecznym?” to pytanie, na które bardzo usilnie staramy się odpowiedzieć, posługując się między innymi łazikami marsjańskimi czy sondami wysyłanymi w stronę układów Jowisza i Saturna, gdzie w wielu miejscach mogą istnieć warunki niezbędne do powstania życia. Nawet jednak tutaj samo użycie słowa „sami” prowadzi do pewnych trudności. Czy bylibyśmy sami we Wszechświecie wypełnionym mikrobami? Czy czułbyś się osamotniony, uwięziony w głębokiej jaskini, bez żadnych szans na ucieczkę, mając do towarzystwa wyłącznie miliard bakterii? Jeśli „niebycie samemu” oznacza posiadanie inteligentnego partnera do rozmowy – wyrafinowanych stworzeń wznoszących cywilizacje, czujących, uprawiających naukę i reagujących emocjonalnie na Wszechświat, to w ramach Układu Słonecznego mamy odpowiedź na nasze pytanie. Tak – Ziemia jest jedynym światem, na którym powstała cywilizacja. A więc tak, jesteśmy sami.

Jak dalekiego poszerzenia zakresu, którym obejmujemy nasze pytanie, można by się rozsądnie spodziewać? Żadnym sposobem nie potrafię sobie wyobrazić, abyśmy mieli sięgnąć w naszych badaniach poza Drogę Mleczną. Odległość pomiędzy naszą galaktyką i naszym najbliższym sąsiadem, galaktyką w Andromedzie, wynosi ponad 2 miliony lat świetlnych, co wydaje mi się być odległością nie do pokonania, przynajmniej ze względu na znane prawa fizyki. Wciąż jednak oznacza to dla nas dostęp do „wyspy” składającej się z kilkuset miliardów gwiazd o średnicy 100 000 lat świetlnych. Przeformułujmy więc nasze pytanie, abyśmy byli w stanie rozważyć je na sposób naukowy: „Czy jesteśmy jedyną inteligentną cywilizacją w Drodze Mlecznej?” Jeśli odpowiedź brzmi „tak”, to znajdujemy się w sytuacji będącej kosmicznym odpowiednikiem jaskini, z której nie sposób się wydostać – co potwornie zasmuciłoby 11-letniego mnie, wpatrzonego w ciemne niebo pełne nieskończonych możliwości. Być może gdzieś, w odległych galaktykach, znajdują się jacyś „inni”, jednak nigdy się o tym nie przekonamy. Jeśli natomiast odpowiedź brzmi „nie”, ma to doniosłe konsekwencje. Kosmici mieliby więc istnieć w sensie znanym z science fiction; jako istoty posiadające statki kosmiczne, kulturę, religię, sztukę, poglądy, nadzieje i marzenia; żyjące gdzieś tam w gwiazdach, czekające, aż się do nich odezwiemy. Jakie są na to szanse? Nie wiemy tego, ale przynajmniej postawiliśmy już pytanie, które można badać na sposób naukowy. Ile inteligentnych cywilizacji najprawdopodobniej istnieje w Drodze Mlecznej, biorąc pod uwagę dostępne nam dane naukowe?

 
To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora