Człowiek i wszechświat

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

POZA DROGĄ MLECZNĄ

Gdy rozmiar i kształt Drogi Mlecznej zostały zmierzone, pytanie o nasze miejsce w planie stworzenia zostało przeformułowane: przestało dotyczyć pozycji Słońca w Galaktyce; pojawiło się znacznie szersze pytanie o budowę Kosmosu jako całości. Jeśli tempo postępu od czasów Kopernika, przez Newtona, po Leavitt i Shapleya wydaje się być względnie szybkie, a już zwłaszcza w perspektywie pełznącego jak lodowiec rozwoju w trakcie trwającej przez 2000 lat dominacji myślenia arystotelejskiego, to dekada następująca po wyznaczeniu przez Shapleya rozmiarów Drogi Mlecznej może wyglądać wręcz na lawinę intelektualną. Rewolucja ta czerpała siłę z dwóch źródeł. Z jednej strony dzięki nowej generacji teleskopów oraz innych, coraz bardziej wyrafinowanych technik obserwacyjnych rozwijanych przez astronomów, takich jak Leavitt, Hertzsprung i Shapley, uzyskiwane były nowe dane obserwacyjne, a z drugiej nastąpiła rewolucja w fizyce teoretycznej. Mówienie o rewolucjach czy też zmianach paradygmatu w nauce powinno się dokonywać z wielką ostrożnością, tak naprawdę wielu naukowców nie przepada za tą terminologią. Z punktu widzenia fizyka nie ma jednak wątpliwości, że nauka ta zaznała rewolucji w 1915 roku, ponieważ w listopadzie tego roku Albert Einstein przedstawił w Pruskiej Akademii Nauk swą nową teorię grawitacji.

Jest ona znana pod nazwą ogólnej teorii względności i zastępuje Newtonowskie prawo powszechnego ciążenia. Wielu fizyków uważa ogólną teorię względności za najpiękniejsze dzieło umysłu ludzkiego w zakresie fizyki; nieco później przyjrzymy się możliwym źródłom takiej opinii. Na razie zwróćmy uwagę tylko na to, że Wielki Wybuch, rozszerzający się Wszechświat, czarne dziury, fale grawitacyjne i cały pobudzający wyobraźnię krajobraz kosmologii XXI-wiecznej ma niewątpliwie swój początek w opublikowaniu przez Einsteina podstaw ogólnej teorii względności. Podobieństwa do rewolucji Newtonowskiej są wyraźne. Bez praw Newtona nie byłoby głębszego zrozumienia Układu Słonecznego i ruchów planet. Bez ogólnej teorii względności nie byłoby głębszego zrozumienia wielkoskalowej struktury Wszechświata i jego dynamiki. Wychodzimy jednak trochę naprzód. Gdy druga dekada XX wieku zbliżała się ku końcowi, rozmiar i kształt Drogi Mlecznej był już znany, choć z dość sporym marginesem błędu, jednak wciąż żywo debatowano nad faktycznym rozmiarem Wszechświata poza Galaktyką. Czy nie dałoby się, w postaci choćby symbolicznego przedkopernikańskiego listka figowego, utrzymać naszą galaktykę w centrum Wszechświata. Potrzeba poczucia wyjątkowości ma głębokie korzenie. Można uznać, dość teatralnie, że ostatni akt walki z postępującą degradacją naszej pozycji w Kosmosie rozegrał się w ramach pojedynczego wieczoru 26 kwietnia 1920 roku w audytorium Bairda w Muzeum Historii Naturalnej (Smithsonian Museum) w Waszyngtonie. Jest to oczywiście duże uproszczenie, jednak proszę mi pozwolić na minutę radosnego przysłuchiwania się głosom oburzenia z tysięcy gardeł zbulwersowanych historyków nauki, zanim spróbuję częściowo uzasadnić przesadę, której się dopuszczam.

WIELKA DEBATA

Historia nauki jest upstrzona dramatycznymi momentami konfliktu, debatami i nieporozumieniami, które wytyczały linie frontu w tych najbardziej pasjonujących bitwach intelektualnych. Wspaniałą cechą nauki jest jednak to, że debaty te ustają, gdy tylko pojawiają się istotne dla tematu fakty. Nauka i „konserwatywny zdrowy rozsądek” zaznały pamiętnej kolizji w 1860 roku, kiedy to Thomas Huxley i Samuel Wilberforce starli się publicznie z powodu nowej teorii ewolucji opublikowanej siedem miesięcy wcześniej przez Darwina. Wyobrażam sobie oburzonego Wilberforce’a, którego czerwieniejące policzki trzęsą się z oburzenia, gdy zaprzecza odrażającej ewentualności, jakoby jego pradziad był małpą. Żaden z jego przodków nie był szympansem, nawiasem mówiąc – z szympansami łączy nas po prostu wspólny przodek, który żył ok. 6–7 milionów lat temu. Ów „obłudny, śliski i zapieniony” biskup, jak nazwał go kiedyś Disraeli, nie chciał jednak mieć z tym nic wspólnego. Być może jest to trochę nieuczciwe wobec wielkiego wiktoriańskiego mówcy i biskupa Kościoła anglikańskiego; w sprawie ewolucji był on jednak stanowczo po stronie nierzeczywistości. Wielkie skoki w rozwoju wiedzy rzadko dokonują się bez kontrowersji, co jest w pełni zrozumiałe. Nadzwyczajne tezy domagają się nadzwyczajnych dowodów, zaś odkrycia naukowe, które tu sławimy, były więcej niż nadzwyczajne. Metodą, którą przyjmuje wykształcony człowiek w XXI wieku, jest akceptacją faktu, że przyroda jest znacznie bardziej dziwna i niesamowita niż to, co podpowiada nam nasza wyobraźnia, przez co jedyną stosowną reakcją na nowe odkrycia naukowe jest radowanie się własnym nieuniknionym dyskomfortem i odnalezienie przyjemności we własnym błędzie i w dowiedzeniu się czegoś nowego o świecie.

Światek astronomów zaznał swoistej intelektualnej walki sumo w trakcie tego, co dziś określa się jako Wielką Debatę. Był rok 1920, a dwóch wybitnych astronomów wspólnie podróżowało pociągiem z Kalifornii do Waszyngtonu, niemal 4000 kilometrów, aby odbyć dyskusję na temat największego wówczas nierozwiązanego zagadnienia kosmologicznego. Młodszego z tych dwóch mężczyzn, Harlowa Shapleya, zdążyliśmy już poznać. Był on tuż po opublikowaniu swoich nowych danych wskazujących na to, że Droga Mleczna jest znacznie większa, niż uważano wcześniej. Jego zdaniem na niej jednak kończył się Wszechświat; Shapley był przekonany, że nasza galaktyka to początek i zarazem koniec świata. Jego towarzysz podróży był przeciwnego zdania. Heber Curtis badał rozmytą plamkę światła znaną jako Mgławica w Andromedzie. Był przekonany, że nie jest ona częścią naszej galaktyki, lecz stanowi osobny „wszechświat wyspowy” zawierający miliardy gwiazd.

Nie wiadomo, o czym dyskutowali w trakcie podróży pociągiem, jednak sama debata w Muzeum Historii Naturalnej trwała cały dzień i noc 26 kwietnia. Stawką był rozmiar Wszechświata i obaj mężczyźni wiedzieli, że spór ich zostanie ostatecznie rozstrzygnięty przez dowody, a nie przez talent oratorski. Rasa ludzka już wcześniej została zepchnięta z centralnego położenia we Wszechświecie przez Kopernika, a teraz stanęliśmy przez ewentualnością, że sama Droga Mleczna jest tylko częścią wielkiej zbiorowości podobnych „światów” rozproszonych na przestrzeni milionów lat świetlnych. Spór nie został rozstrzygnięty tamtego wieczoru, jednak doświadczony astronom Curtis, choć uważano, że startuje z trudniejszej pozycji ze względu na powagę tezy, której bronił, wymierzył swojemu przeciwnikowi wiele celnych ciosów. Curtis zauważył więc, że Mgławica w Andromedzie mieści wiele nowych – eksplodujących gwiazd, które świecą krótko, lecz intensywnie – a jednak nowe w tej akurat mgławicy wydają się być średnio dziesięciokrotnie mniej jasne niż pozostałe. Curtis twierdził, że nowe w Andromedzie wydają się być ciemniejsze po prostu dlatego, że są znacznie dalej, być może około pół miliona lat świetlnych, niż nowe w Drodze Mlecznej. Mgławica w Andromedzie jest więc kolejną galaktyką, twierdził Curtis, co stanowiło silny argument na rzecz tezy, że i inne „tak zwane mgławice” są również galaktykami. Trudno jest wyobrazić sobie tezę, która by bardziej zasługiwała na miano nadzwyczajnej, zaś nadzwyczajne dowody świadczące na jej korzyść zebrano zaledwie cztery lata później.

Wykonane w 1923 roku zdjęcie galaktyki Andromedy, którego autorem był 33-letni astronom Edwin Hubble, na nowo ożywiło Wielką Debatę. Jest to tylko fotografia, należąca jednak, podobnie jak Wschód Ziemi Andersa, do rzadkiej grupy obrazów, które na zawsze odmieniły nasz punkt widzenia. Obrazy takie, pomijając już ich wartość naukową, nabierają wielkiego znaczenia kulturowego ze względu na idee, które się z nimi wiążą, i na stawiane przez nie wyzwania filozoficzne i ideologiczne. Kryją się też za nimi często fascynujące historie osobiste. Tak czy inaczej ktoś kiedyś sfotografowałby galaktykę Andromedy i ujrzał to samo, co Hubble. A jednak owo konkretnie zdjęcie wykonał Edwin Hubble, tak więc historia jego życia stała się na sposób nieusuwalny związana z tą fotografią. Niektórzy nie lubią, gdy historia przedstawiana jest w ten sposób, jednak nauka jest znacznie bogatsza, kiedy opowiada się ją przez pryzmat ludzi, a nie tylko idei; ciekawość jest wszak wielką cnotą ludzką. Hubble prawdopodobnie nigdy nie wykonałby tej fotografii, gdyby dotrzymał danego ojcu słowa, że zostanie prawnikiem. Studiując prawo w Queen’s College w Oxfordzie, jako jeden z pierwszych studentów wyróżnionych prestiżowym Stypendium Rhodesa, Hubble chciał spełnić życzenie swego ojca. Ten zmarł jednak, zanim jego syn ukończył studia. Śmierć ojca skłoniła Edwina do porzucenia prawa i powrotu do swojej pasji z dziecięcych lat – astronomii. Opuścił Oxford i udał się na Uniwersytet w Chicago, dołączył do zespołu Obserwatorium Yerkes i w 1917 roku otrzymał doktorat, broniąc pracy zatytułowanej „Photographic Investigations of Faint Nebulae” (Badania fotograficzne mgławic o niskiej jasności). Po krótkim okresie służby wojskowej w armii Stanów Zjednoczonych pod koniec pierwszej wojny światowej Hubble dostał pracę w Obserwatorium Mount Wilson. Tam do jego dyspozycji był największy, najpotężniejszy wówczas teleskop na Ziemi, który Hubble, kierując się swoją wiedzą i intuicją, skierował na najbardziej intrygujący i budzący największe kontrowersje obiekt na nocnym niebie: Andromedę. Tak jak wcześniej Curtis, Hubble był w stanie rozróżnić pewne charakterystyczne struktury wewnątrz tej rozmytej smugi, jednak dopiero co zbudowany 100-calowy teleskop Hookera pozwolił mu na ujrzenie znacznie większej liczby detali. 5 października 1923 roku wykonał, naświetlaną przez 45 minut, fotografię. Odkrył na niej trzy niezidentyfikowane plamki, które uznał za nowe i oznaczył je literami „N”.

 

Aby potwierdzić odkrycie trzech gwiazd nowych, Hubble musiał porównać swoją kliszę z wcześniejszymi obrazami Andromedy wykonanymi na Mount Wilson. Następnego dnia udał się do mieszczącego się w piwnicach archiwum, gdzie znajdował się katalog wszystkich fotografii wykonanych w obserwatorium. Ku zadowoleniu Hubble’a, dwie spośród trzech plamek faktycznie były nowymi – czymś, co dziś uważamy na błyski emitowane z powierzchni białych karłów spowodowane gwałtownymi reakcjami jądrowymi, wywołanymi przez opadanie gazu i pyłu z pobliskiego gwiazdowego towarzysza. A jednak to trzecia plamka okazała się być najbardziej interesująca, gdy porównało się nową fotografię z poprzednimi. Hubble, przeglądając katalog klisz w podziemiach Mount Wilson, odkrył, że gwiazda ta została już wcześniej sfotografowana; na jednych zdjęciach była jaśniejsza, na innych ciemniejsza lub w ogóle niewidoczna. Hubble od razu zrozumiał doniosłość swojego odkrycia. Trzecia plamka była gwiazdą zmienną z grupy cefeid, tego samego typu, co obiekty badane 20 lat wcześniej przez Henriettę Leavitt. Dokonując jednej z najsłynniejszych poprawek w dziejach nauki, Hubble wykreślił literę „N” i zastąpił ją czerwonym napisem „VAR” (ang. variable star, gwiazda zmienna) zakończonym i tak zbyt skromnym wykrzyknikiem.

Hubble odkrył kosmiczny wzorzec metra w Andromedzie i było już tylko kwestią elementarnej arytmetyki obliczenie tej odległości. Nowo odkryta gwiazda miała okres zmienności równy 31,415 dnia, co, po przyjęciu wzoru Leavitt, oznaczało jasność absolutną 7000 razy większą od Słońca. Gwiazda ta była jednak tak słabo widoczna na nocnym niebie, że jedynie najpotężniejsze teleskopy na Ziemi mogły zarejestrować jej światło. Początkowe obliczenia Hubble’a wskazywały na to, że odległość do gwiazdy wynosi ponad 900 000 lat świetlnych – olbrzymia odległość, biorąc pod uwagę szacowaną wówczas na 100 000 lat świetlnych średnicę naszej galaktyki. Hubble, wspierając się na metodzie Henrietty Leavitt, rozstrzygnął Wielką Debatę. Mgławica w Andromedzie, ta odległa plamka światła na nocnym niebie, jest galaktyką, wyspą zbudowaną, wedle dzisiejszych oszacowań, z biliona słońc. Współczesne pomiary każą uznać, że owa wielka galaktyka spiralna znajduje się w odległości 2,5 miliona lat świetlnych od Drogi Mlecznej, będąc jedną z ok. 54 związanych ze sobą grawitacyjnie galaktyk, tworzących nasze sąsiedztwo galaktyczne zwane Grupą Lokalną.

POLITYCZNE RAMY RZECZYWISTOŚCI, CZYLI „JAK NIE PÓJŚĆ DO WIĘZIENIA”

Czym jest nauka? Istnieją liczne odpowiedzi na to pytanie i wielu ludzi poświęciło całe swoje kariery na wyrafinowane analizy historyczne i socjologiczne rozwoju tego zagadnienia. Dla aktywnego naukowca, jak sądzę, odpowiedź jest jednak dość prosta i jednocześnie pouczająca, ponieważ mówi nam wiele o tym, jak naukowcy postrzegają siebie samych i czym się zajmują. Wielki (przymiotnik nadużywany, jednak nie w tym wypadku) fizyk Richard Feynman udzielił charakterystycznej dla niego klarownej i prostej odpowiedzi w ramach serii wykładów Messenger Lectures, które głosił na Uniwersytecie Cornella w 1964 roku: „Ogólnie mówiąc, poszukujemy nowych praw w następujący sposób: najpierw zgadujemy. Następnie – proszę się nie śmiać, tak naprawdę jest – obliczamy, jakie są konsekwencje naszego pierwszego strzału, żeby sprawdzić, czy mamy rację; czy to nasze prawo jest w porządku; żeby zobaczyć, co z niego wynika. Następnie porównujemy wyniki obliczeń ze światem przyrody, inaczej mówiąc z eksperymentem lub doświadczeniem – porównujemy bezpośrednio z obserwacjami, aby sprawdzić, czy to wszystko działa. Jeśli coś nie zgadza się z eksperymentem, to jest błędne. I to proste zdanie stanowi klucz do nauki. Nie ma żadnego znaczenia, jak piękne jest nasze przypuszczenie, nie ma znaczenia, jak bystry jesteś, kto jest autorem przypuszczenia, jak ma na imię. Jeśli coś nie zgadza się z eksperymentem, to jest błędne. I tyle”.

Dlaczego tak lubię ten cytat? Ponieważ jest skromny – niemal pokorny w swej prostocie – a to, moim zdaniem, jest kluczem do sukcesu nauki. Nauka nie jest podniosłą działalnością; nie ma w niej wielkich ambicji, aby zrozumieć, dlaczego jesteśmy lub jak działa cały Wszechświat, jakie jest nasze w nim miejsce, ani nawet jak doszło do jego powstania. Po prostu patrzymy na coś – najmniejszą, najbardziej nieznaczącą rzecz – i czerpiemy przyjemność z próby zrozumienia, jak to coś działa. To jest nauka. W słynnym filmie BBC z 1982 roku zatytułowanym Przyjemność dowiadywania się różnych rzeczy Feynman poszedł jeszcze dalej: „Ludzie pytają mnie: «Czy szuka Pan fundamentalnych praw fizyki?» Nie, nie robię tego. Ja po prostu staram się dowiedzieć coraz więcej o świecie i jeśli okaże się, że istnieje jakieś proste, fundamentalne prawo, które wszystko tłumaczy, niech tak będzie – na pewno byłoby bardzo miło je odkryć. Jeśli natomiast okaże się, że jest z tym jak z cebulą o milionie warstw, a my mamy powoli dosyć ciągłego wpatrywania się w te warstwy – cóż, tak widać jest... Mnie do nauki przyciąga przede wszystkim to, że chcę dowiedzieć się więcej o świecie”.

Najbardziej niezwykłe w nauce jest jednak to, że ostatecznie zaczęła ona udzielać odpowiedzi na wielkie filozoficzne pytania na temat pochodzenia i losów Wszechświata oraz sensu istnienia, początkowo nie podejmując tak naprawdę tych pytań. I nie jest to przypadek. Nie da się uzyskać żadnej znaczącej wiedzy o świecie, siedząc przez dziesięciolecia na słupie i kontemplując Kosmos, choć można w ten sposób zostać świętym. Nie, naprawdę głębokie zrozumienie świata przyrody następuje zwykle wskutek rozważania znacznie mniej doniosłych pytań. Są dwa powody, dlaczego tak jest. Po pierwsze, na proste pytania można systematycznie odpowiadać, posługując się metodą naukową, zgodnie z opisem Richarda Feynmana, podczas gdy na złożone i niejasno sformułowane pytania, np. „Dlaczego tu jesteśmy” – nie. Co jednak istotniejsze i co ma głęboko sięgające konsekwencje, okazuje się, że odpowiedzi na proste pytania mogą niemal niechcący wywrócić do góry nogami stulecia orzeczeń filozoficznych i teologicznych. Autorytet nie liczy się za nic w obliczu faktów obserwacyjnych. Do rangi symbolu urosły zwłaszcza starcia Galileusza z inkwizycją, które przypadły na apogeum debaty kopernikańskiej, czego on sam z pewnością nie mógł przewidzieć (tego nigdy się nie da przewidzieć).

Galileusz rozpoczął swą karierę uniwersytecką studiami medycznymi, ale jego wyobraźnię pobudzała najsilniej sztuka i matematyka. Po ukończeniu studiów medycznych w Pizie, zanim powrócił do swego rodzinnego miasta, aby przyjąć posadę profesora matematyki (było to w 1589 roku), Galileusz spędził rok we Florencji, nauczając perspektywy oraz techniki malarskiej zwanej chiaroscuro. Chiaroscuro to studium światła i cienia, podejmowane w celu wytworzenia poczucia głębi poprzez realistyczne odwzorowanie sposobu, w jaki sposób światło oświetla przedmioty. Chiaroscuro stało się w czasach Galileusza jedną z najważniejszych nowych technik malarskich, co pozwoliło ówczesnym artystom na malowanie płócien na zupełnie nowym poziomie realizmu.

Choć pobyt Galileusza we Florencji był dość krótki, zdobyte w tym czasie umiejętności okazały się mieć wielki wpływ na jego karierę naukową. Rozwinął on w sobie zwłaszcza umiejętność interpretacji delikatnej gry światła na bryłach o rozmaitym kształcie – coś, co przydało mu się później przy badaniach astronomicznych i grało ważną wolę w podważeniu arystotelejskiej struktury kosmologicznej, która leżała u podstaw nauczania Kościoła rzymskokatolickiego.

Ów subtelny i na pozór niewinny wątek namysłu teologicznego, który nadszarpnął Galileusz, samemu o tym nie wiedząc, odsłonił mu się w trakcie wizyty w Wenecji w 1609 roku, gdzie nabył soczewki niezbędne do budowy jego pierwszego teleskopu. Jednym z pierwszych obiektów, na który nakierował swój instrument, był Księżyc. Patrząc nań umysłem matematyka i okiem artysty, Galileusz namalował sześć akwarel przedstawiających ujrzany przez niego widok.

Obrazy te są zarazem piękne i o rewolucyjnym znaczeniu. Kościół katolicki dogmatycznie głosił, że Księżyc i inne ciała niebieskie są doskonałymi kulami bez żadnej skazy. Wcześniejsi astronomowie przyglądający się Księżycowi, czy to przy pomocy nieuzbrojonego oka, czy też przez teleskop, przedstawiali go jako płaską powierzchnię upstrzoną plamkami, jednak Galileusz zinterpretował ujawniającą mu się grę światła i ciemności w zupełnie inny sposób. Jego doświadczenie z chiaroscuro pozwoliło mu dostrzec obcy, księżycowy krajobraz łańcuchów górskich i kraterów.

„Uznałem więc, że [...] powierzchnia Księżyca nie jest gładka, równa i doskonale symetryczna – jak głosił to tłum filozofów na temat tego i innych ciał niebieskich – lecz, wręcz przeciwnie, nierówna, szorstka i pokryta zagłębieniami i wybrzuszeniami. Przypomina więc oblicze Ziemi, naznaczone tu i ówdzie łańcuchami gór i głębinami dolin”.

Galileusz podzielił się swymi akwarelami ze starym przyjacielem z Florencji, artystą Cigolim, którego zainspirowały do przedstawienia nowego, radykalnie zmienionego obrazu Księżyca, w najbardziej doniosłym z miejsc. Zbudowana w roku 430 przez papieża Sykstusa III Kaplica Paulińska w Rzymie stanowi dokument zmieniających się na przestrzeni wieków stylów i technik artystycznych, stosowanych do reprezentowania świata przyrody. Jest to miejsce, w którym można zaobserwować zmieniające się metody reprezentowania trójwymiarowego świata na dwuwymiarowej powierzchni. Kopułę Kaplicy Paulińskiej pokrywa ostatnie arcydzieło Cigoliego – przyciągający uwagę fresk przedstawiający Matkę Bożą skąpaną w złotym świetle, otoczoną wianuszkiem cherubów i aniołów. U stóp Maryi znajduje się pierwsze w historii dziejów malarstwa szczegółowe, plastyczne przedstawienie Księżyca. Obraz ten nazwano Wniebowzięciem Maryi Panny, nie zdając sobie sprawy prawdopodobnie z tego, jak wielką rewolucję filozoficzną sobą reprezentuje. Oto sztuka będąca wyrazem wiedzy naukowej – w dodatku wiedzy radykalnie niezgodnej z autorytetem historyków i badaczy Pisma Świętego, opartej na obserwacjach, a nie dogmatach, w dodatku prezentowanej bez wstydu w najszlachetniejszym kontekście rzymskiej świątyni na pokaz wszystkich rzymian. Nie ulega wątpliwości, że Galileusz, gdy obserwował Księżyc przez teleskop, wcale nie planował podważania fundamentów teologicznych Kościoła. Odkrycia naukowe, nawet na pozór niewinne, mają jednak moc podkopywania autorytetu tych, którzy nie troszczą się o fakty. W końcu, prędzej czy później, rzeczywistość wszystkich dogoni.

Po ukończeniu swych akwarel, Galileusz począł zwracać coraz potężniejsze soczewki ku innym ciałom niebieskim. Między 7 a 13 stycznia 1610 roku stał się pierwszym człowiekiem, który zaobserwował cztery największe księżyce Jowisza – Io, Europę, Ganimedesa i Kallisto – zwane dziś księżycami galileuszowymi. Dla Galileusza stanowiło to kolejne świadectwo na rzecz teorii Kopernika i słuszności modelu heliocentrycznego. Skoro wokół Jowisza krążą księżyce, rozumował Galileusz, nie można dalej utrzymywać, że Ziemia leży w centrum Wszechświata – ponieważ istnieją ciała niebieskie, które nie okrążają Ziemi.

Galileusz opublikował wyniki swych obserwacji wiosną 1610 roku w książeczce zatytułowanej Sidereus Nuncius, a z jego korespondencji z Keplerem można wyczytać irytację tym, jak silną niezgodę wywołała ona wśród współczesnych filozofów. „Mój drogi Keplerze, chciałbym, abyśmy mogli swobodnie śmiać się z niezwykłej głupoty tego stada pospólstwa. Cóż mi powiesz o wiodących filozofach tej akademii, którzy z uporem głuchej żmii nie chcą nawet spojrzeć na planety czy Księżyc, czy wreszcie na sam mój teleskop, mimo że tysiąckrotnie oferowałem im swobodną i nieograniczoną możliwość uczynienia tego? I tak jak żmija zatyka swe uszy, tak ci filozofowie zamykają swe oczy przed światłem prawdy”.

Sam Galileusz uznał, że ostatecznym potwierdzeniem modelu heliocentrycznego Kopernika stały się jego obserwacje Wenus. Rozpoczynając je we wrześniu 1610 roku, Galileusz przez wiele miesięcy obserwował tę planetę i zauważył, że – w analogii do Księżyca – występują fazy Wenus. Czasem jest ona całkowicie oświetlona przez Słońce, czasem zaś światło pada tylko na wąski półksiężyc. Jedynym wiarygodnym wytłumaczeniem tej obserwacji było przyjęcie, że Wenus okrąża Słońce. Był to z pewnością ostateczny, przekonujący dowód na to, że w sercu Układu Słonecznego znajduje się Słońce, a planety orbitują wokół niego.

Historia nie była jednak tak prosta. Galileusz, bez wątpliwości podejmując złą decyzję, postanowił zrobić coś więcej niż tylko ogłosić swe odkrycia naukowe – uznał, że należy równolegle głosić ściśle określoną teologiczną i filozoficzną interpretację danych: taką mianowicie, że Kościół się myli i Ziemia z całą pewnością nie znajduje się w centrum Wszechświata. Wydaje się, że podjął taką decyzję dążąc do sławy, co zresztą go spotkało. De revolutionibus Kopernika było księgą zakazaną, dopóki dzieło to nie zostało „skorygowane” (pełna wersja nie została usunięta z indeksu aż do 1758 roku!), Galileuszowi nakazano więc nie powtarzać „głupich i absurdalnych” błędów Kopernika. Galileusz nie zamilkł i ostatecznie przeszedł do historii będąc skazanym w 1633 roku na areszt domowy, w którym spędził resztę swojego życia.

 

Wielu historyków opisuje Galileusza jako człowieka odrobinę egotycznego, usilnie pnącego się do góry, który ostatecznie dostał to, na co zasłużył – co jest opinią po części prawdziwą, a po części okrutnie niesprawiedliwą. Był z pewnością wielkim naukowcem i wybitnie utalentowanym obserwatorem astronomicznym. W szczególności, jako pierwszy wyraził on z pełną jasnością zasadę względności, która leży u podstaw praw dynamiki Newtona: tezę, że nie istnieje absolutny spoczynek i absolutny ruch. To dlatego nie odczuwamy ruchu Ziemi wokół Słońca, i to dlatego Arystoteles i spółka pobłądzili, wsłuchując się zbyt silnie w przepełniającą ich intuicję bezruchu. Po przejściu przez ręce Alberta Einsteina, zasadę względności można uogólnić na przypadek ciał swobodnie spadających w polu grawitacyjnym, co ostatecznie prowadzi do współczesnej kosmologii i teorii Wielkiego Wybuchu. Znów jednak wychodzimy naprzód. Celem zreferowania historii Galileusza nie był atak na oczywisty cel, jakim jest inkwizycja (czego nikt się nie spodziewa). Za jej pomocą chciałem raczej podkreślić fakt, że najdrobniejsze i najbardziej skromne obserwacje naukowe mogą prowadzić do wielkich przeskoków filozoficznych i teologicznych, te zaś mogą mieć wielki wpływ na życie społeczne. Galileusz, poprzez spoglądanie przez teleskop, wykonywanie rysunków i zastanawianie się nad tym, co ujrzał, przyczynił się do podważenia trwającego stulecia autokratycznego zidiocenia i mętnego myślenia. Uczynienie tego sprawiło, że został pozbawiony wolności, ale spowodowało również zbliżenie do siebie prac Kopernika i Keplera, co ostatecznie doprowadziło do teorii Newtona, a czego konkluzją było stworzenie przez Alberta Einsteina kompletnie nowego opisu Wszechświata i naszego miejsca w nim.

Inne książki tego autora