Miasteczko RotherweirdTekst

Z serii: Rotherweird #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

Zaproszenia

4 Zaproszenia

Ledwie dwa tygodnie po rozpoczęciu semestru Oblong otrzymał niepokojąco zwięzłą wiadomość:

„Biuro burmistrza, 11.30, dzisiaj. Ważne”.

Nauczyciel zerknął na pozostałe listy. Dwóch innych lokatorów dostało eleganckie koperty z herbem na tylnej stronie: stojącą łasicą w kapturze, z kijem w łapach. Grubość kartki nie pozostawiała wątpliwości. „Typowe” — pomyślał Oblong. „Miejscowi dostają zaproszenia, ja — rozkazy”.

Pozycję społeczną w Rotherweird określał czas, przez jaki burmistrz przetrzymywał petentów pod drzwiami. Oblong dostał się do sanktuarium Snorkela o dwunastej czterdzieści pięć. Obszerny pokój świadczył raczej o pieniądzach właściciela niż o jego guście. Burmistrza otaczały antyki, ale kompletnie niedobrane. Obrazy lśniły zbyt mocno; dywan był tak gruby, że buty prawie się w nim chowały. Przy wejściu zaś, naprzeciwko imponującego biurka Snorkela, stał rząd całkiem absurdalnych w tym miejscu plastikowych krzeseł. Snorkel zaprosił Oblonga, by wziął sobie jedno.

— Klasa czwarta niech się zachowuje wzorowo — powiedział solennie — gdyż niedługo dołączy do niej nowy uczeń. Jego rodzice są wyjątkowo wymagający. Smith przekaże panu dalsze zalecenia.

Snorkel przemawiał tonem generała, jakby Oblong był szeregowcem, a dyrektor szkoły ledwie kapralem od najmniej ambitnych zadań.

— Czy to wszystko? — wyjąkał Oblong.

Snorkel uniósł grubą kremową kopertę, identyczną jak dwie, które nauczyciel zauważył rano na wycieraczce pod numerem trzecim przy Artery Lane.

— Kiedy otrzyma pan taką, proszę od razu przyjąć zaproszenie, ubrać się odpowiednio i nas nie zawieść. Naszemu gospodarzowi bardzo zależało, żeby pana zaprosić. Uprzedzałem, że nie musi zapraszać całego personelu szkoły, ale przecież ma duży dom.

Po czym burmistrz odesłał nauczyciela wielkopańskim ruchem ręki.

Oblong wyszedł na ulicę, zastanawiając się nad kodem ASC 1017. Najchętniej uznałby to za symbol książki i numer strony, ale nie znał tytułu, który można tak skrócić. Kolejny ślepy zaułek. Po powrocie do domu zastał kremową kopertę.

Orelia przypuszczała, że zna innych mieszkańców miasta przynajmniej z widzenia, ale mężczyzna, który stanął w drzwiach „Błyskotek i Bibelotów”, wprawił ją w zakłopotanie. Miał uderzającą powierzchowność: wysoki, o niepokojąco jasnej karnacji i w egzotycznym stroju: koszuli w stylu indyjskim, grubym płaszczu, eleganckich butach z wycinanym wzorem, robionych na miarę i oślepiająco wypastowanych, wełnianych spodniach z kantem ostrym jak nóż oraz z hebanową laską zakończoną srebrną głową łasicy. W pierwszej chwili wzięła go za starszego człowieka, ale zmieniła zdanie, kiedy energicznym krokiem wszedł do środka.

— Akurat przechodziłem — odezwał się jedwabistym głosem.

— Większość artykułów jest opisana. Jeśli chce się pan czegoś dowiedzieć, proszę zapytać.

Nietypowy klient wszedł dwa kroki głębiej i stanął nieruchomo. Rozejrzał się badawczo; nozdrza mu się rozszerzyły.

— Macie cztery kamienie.

— A… kamienie pocieszenia z Rotherweird.

— Kamienie pocieszenia?

— Średniowieczna zabawka wyższych sfer.

— Zapewne wciąż je macie? — głos wzniósł się wyżej, zdradzając niepokój ukryty pod maską opanowania.

Założyła, że to na pewno znajomy burmistrza. Ludzie z zewnątrz niemal nigdy tu nie zaglądali. Wzięła kamienie; mężczyzna położył je sobie na dłoniach i zamknął oczy. Nieważne, kim był, na pewno nie interesował się grami salonowymi.

Nagle otworzył oczy.

— Cena?

— Będę musiała zapytać ciotkę.

— Zakładam, że pani ciotka zażąda ceny pięciokrotnie wyższej niż to, co za nie zapłaciłyście. Najlepiej w gotówce.

Orelia uznała, że wolno jej przyjąć tak hojną propozycję.

— Dwieście powinno wystarczyć.

Tym razem uśmiech się poszerzył. Mężczyzna wyjął portfel z krokodylej skóry, a z niego cztery nowiutkie banknoty po pięćdziesiąt gwinei. Orelia podała mu kamienie i kartkę z ich opisem.

— Torebkę?

Mężczyzna nie odpowiedział, za to spojrzał na kartkę.

— „Pochodzenie nieznane”. Nigdy mnie to nie przekonuje. Wszystko ma jakieś miejsce pochodzenia. Proszę się tego dowiedzieć.

Położył kartkę na stole, ponownie sięgnął do kieszeni płaszcza i wyjął czystą kopertę.

— Jak się pani nazywa?

— Orelia. Orelia Roc.

— Jak ten mitologiczny ptak?

— Jak ten mitologiczny ptak.

— Panna?

Orelia kiwnęła głową. Mężczyzna zapisał jej imię i nazwisko na kopercie i podał jej.

W tej chwili jakby cudem w drzwiach stanęła pani Banter. Marszczyła nos, jakby wyczuła bliskość pieniędzy, i to pieniędzy człowieka spoza miasta.

— Co sprzedajesz?

— Kamienie pocieszenia, ciociu. Ten pan bardzo hojnie zapłacił.

Pani Banter wzięła kartkę ze stołu.

— Tu jest napisane: „Zapytać o cenę”. Należy zapytać mnie. To wyjątkowo niezwykłe kamienie.

— Dał za nie dwieście gwinei — wyszeptała Orelia, robiąc przepraszającą minę do klienta, który rzucił pani Banter dwuznaczny, krzywy uśmiech. Była to antypatia czy rozbawienie, a może jedno i drugie?

— To zaliczka, nie cena. Kamienie są rzadkie, a może unikalne.

— Jeśli dobrze pojmuję, przez zaliczkę rozumie pani połowę ceny. — Mężczyzna wyjął portfel i położył na stole kolejne dwieście gwinei. Nie zrezygnował z posiadania kamieni, a jego zachowanie nie dopuszczało sprzeciwu.

— Zgoda — odparła pani Banter, rzucając siostrzenicy zadowolone spojrzenie mówiące: „Ucz się ode mnie”.

Obcy obdarzył je znów tym samym uśmiechem i wyszedł.

— Nie wiem, czy to mądre — powiedziała Orelia z wyrzutem, ale jej niepokój w ogóle nie dotknął pani Banter, która nie posiadała się z radości.

— Trzymaj nerwy na wodzy i nigdy nie przyjmuj pierwszej oferty. Czy kiedykolwiek zrobiłyśmy lepszy interes? Sto gwinei za każdy paciorek! Widziałaś jego uśmiech? To człowiek światowy, umie okazać szacunek kobiecie interesu.

Orelia inaczej odczytała ten uśmiech, nie odezwała się jednak. Pani Banter schowała sto gwinei do kieszeni i wydała siostrzenicy polecenie:

— Nie wpisuj wszystkiego do ksiąg, a swoją premię potraktuj jako napiwek.

W kopercie od nieznajomego, ozdobionej łasicą w kapturze i z laską, Orelia znalazła imponujące zaproszenie:

Sir Veronal i lady Slickstone

zapraszają na przyjęcie u siebie w domu

* * *

sobota 27 lutego

Drinki „Błękitna laguna” i bufet

18.30

* * *

RSVP Pałac Rotherweird

* * *

Proszę przynieść ze sobą zaproszenie

Wszyscy znali Pałac, zrujnowany budynek z czasów elżbietańskich, dotąd zasłonięty przed wzrokiem przechodniów. Orelia słyszała pogłoski o podejrzanej transakcji, jaką zawarł Snorkel z bogatym intruzem. Przypominała sobie niepokój, jaki wzbudziły w niej kamienie, oraz podejrzenia, że wspólnie do czegoś służą. Przypominała sobie złe przeczucia Salta. Czy sir Veronal też to poczuł? Jeśli tak, to dlaczego zapłacił tak wysoką cenę? Zachowywał się dziwnie, jakby wyczuwał ich znaczenie, ale nie potrafił tego sprecyzować.

Mimo to dzięki kamieniom sklep dorobił się ładnego zysku i zaproszenia, więc ogólnie rzecz biorąc, opłaciło się je sprzedać. Orelia nie zadała sobie tylko jednego pytania. Pani Banter rzadko wpadała do sklepu w godzinach pracy. Jak udało się jej tak idealnie wyczuć chwilę?

Sir Veronal wszedł do swojej biblioteki — zacisznego pomieszczenia z doskonałą boazerią — zamknął się na klucz i położył kamienie na renesansowym biurku. Na wyrafinowanych zdobieniach blatu wyglądały jeszcze bardziej absurdalnie, jak żebracy na uczcie. Nie miał pojęcia, jak kamienie działają ani skąd pochodzą, czuł jednak niewytłumaczalne, za to wyjątkowo przenikliwe napięcie emocjonalne. Przez pół godziny badania geologicznego nie zdołał odkryć, co to za rodzaj skały, jednak ta ich rzadkość jeszcze go zmotywowała.

Rotherweird to na pewno to miejsce, które opuścił tyle lat temu. Wrócił do domu. Pokój obok wkrótce zapełni się jego osobistymi zapiskami; teraz wystarczy tylko wydobyć swoją utraconą młodość.

Wcisnął fragment fryzu na blacie — ukazała się skrytka. Sir Veronal złożył w niej kamienie, po czym zajął się ostatnią partią zaproszeń, już zapakowanych w koperty i czekających na tacy na lokaja, który wyśle je wieczorną pocztą. Znalazł jedną kopertę i wyjął ją ze stosu. Przepłacił przy zakupie, teraz niech ona zapłaci. Rzucił kopertę w ogień i przyglądał się, jak nazwisko adresatki, pani Banter, ciemnieje i kurczy się, aż w końcu wybucha płomieniem.

Obok zaproszenia dla herolda do Pałacu leżał znacznie starszy list, wciąż zapieczętowany, który świadczył o spełnieniu najpoważniejszego obowiązku: chronieniu przeszłości Rotherweird przed jego mieszkańcami. Finch przesunął palcem po pieczęci z czerwonego wosku, wyczuwając załamania krezy, fałdy spódnicy, jabłko i berło w wyciągniętych dłoniach. Elżbieta I, Gloriana. Maleńka twarz miała rzeczowy wyraz — i słusznie. Wielka pieczęć stanu ozdabiała jedynie najdonioślejsze dokumenty. Atrament, chociaż spłowiały, zachował swoją czystość.

Potomnym i spadkobiercom Huberta Fincha — otworzyć tylko pod groźbą śmierci, kiedy najstraszliwsze niebezpieczeństwo z drugiego miejsca zagrozi lennu Rotherweird.

Wszyscy przodkowie Fincha trzymali w ręce ten dokument, nikt go nie otworzył. Zadaniem herolda było dopilnować, by tak pozostało.

Finch nie wiedział, gdzie leży to „drugie miejsce” i co to w ogóle za miejsce. Nie miał pojęcia, o jakim niebezpieczeństwie mowa. Wiedział tylko, że absolutnie musi trzymać w ukryciu jedno i drugie.

 

Zaproszenie dało mu impuls, by zajrzeć do starej instrukcji. Przez powtórne otwarcie Pałacu burmistrz sprzeciwił się tradycji i prawdopodobnie złamał statut tajności Rotherweird. Stare domy przechowują przeszłość; jeśli da się im odetchnąć, zdradzą sekrety — dlatego właśnie Finch zabronił wstępu do swojego domu wszystkim oprócz żony i syna. Zresztą nawet oni nie mogli wejść do archivoire. Co sprowadziło sir Veronala na to odludzie? Kim on jest? I najtrudniejsze pytanie: dlaczego obcy miliarder miałby wybrać Rotherweird na miejsce emerytury? Finch czuł, że sprawa ma drugie dno, i przeklinał chciwość Snorkela.

Napisał, że przyjmuje zaproszenie. Czas wejść do jaskini lwa.

Do swoich ćwiczeń z niecodzienną bronią Vixen Valourhand wybrała odosobnioną część Pola Wyspy. Linia wierzb o przyciętych konarach tworzyła rząd pni o różnych obwodach i wysokości.

Teraz albo nigdy, uznała po otrzymaniu zaproszenia. To jej jedyna szansa, by zrobić wrażenie na socjecie Rotherweird. Na przyjęcie przyjdą wszyscy, którzy się liczą w mieście.

Flask z niewiarygodną dokładnością przewidział przybycie obcego, jego bogactwo, odnowienie pałacu, a nawet wydanie przyjęcia — pierwszy krok w celu podbicia miasta. Dodał nawet elementy wiedzy zakazanej: pierwszy właściciel, setki lat temu, był znanym naukowcem i nauczycielem, co jedynie wzmacniało obrazę, jaką było przekazanie kluczy do Pałacu plutokracie z głębi Anglii. „Protestujmy” — podsunął gładko, ale łatwo powiedzieć. Wymachiwanie transparentem niewiele pomoże. Musiała wymyślić sobie elegancką demonstrację i równie elegancką drogę ucieczki.

Co do pierwszego — wiele czasu zainwestowała w stworzenie kostiumu o dwóch podszewkach, między którymi znalazły się płaskie projektory. Wypróbowała kilka różnych materiałów, zanim uzyskała efekt, o jaki jej chodziło. Wymyśliła też dodatkowe akcesoria, które miały zrekompensować jej niski wzrost. W zatłoczonym pomieszczeniu musi się jakoś wyróżnić.

Jeśli chodzi o drugą sprawę — spodziewała się ochrony, więc potrzebowała broni, która unieruchomi przeciwnika, ale znów — zrobi to w eleganckim stylu.

Nie zdradzała nikomu swojego planu. Na pewien czas poddała się urokowi przystojnego Strimmera, ale kiedy pozwoliła się zdobyć, Strimmer stracił zainteresowanie i ruszył na dalsze podboje. Jedyną jej bronią, za pomocą której mogła spróbować zdobyć kontrolę nad byłym nauczycielem, było działanie niezależne.

Myślami wróciła do Flaska i jego delikatnej specjalności — historii, która dzięki badaniu przeszłości pomaga odkryć przyszłość. Vixen zadumała się także nad ceną, jaką za to zapłacił — przecież wkrótce po dokonaniu odkryć Flask zniknął.

Światło zaczęło blednąć, kiedy kobieta podniosła mały aparat leżący u jej stóp i wymierzyła w pień po lewej, którego kształt przypominał nieco ludzką nogę.

* * *

Dzień roboczy Billa Ferdy’ego zaczął się od wjazdu ruchomym straganem tuż po świcie. Rodzina Ferdych miała jeden, który dzieliła z innymi mieszkańcami wsi, sprzedawali na nim nadwyżki z gospodarstwa. Wjeżdżali Bramą Północną, przez Golden Mean na Rynek, potem zaś można było piechotą dotrzeć do pubu. Okoliczni mieszkańcy często przewozili się nawzajem do miasta i z miasta, gdyż nie każdy codziennie jeździł z towarem na rynek. W odczuciu Ferdy’ego zima podnosiła wartość pubu i jego użyteczność, jako schronienia przed pogodą. To był też sezon dla „Osobliwości”, jego najmocniejszego piwa.

List pod drzwiami musiał zostać doręczony osobiście, gdyż nie dostarczono z nim zwykłej poczty. To już był powód do niepokoju.

Na wytrzymałym, oficjalnym papierze widniała data oraz herb ratusza Rotherweird, a pod nim następujące słowa:

Szanowny Panie Ferdy!

Informujemy, że pierwszego listopada zeszłego roku Pana pozwolenie na sprzedaż alkoholu i żywności wygasło z powodu upływu terminu, na jaki zostało udzielone. Do Wydziału Pozwoleń nie wpłynęła prośba o jego odnowienie. Stąd dalsze prowadzenie przez Pana działalności handlowej od tego dnia stanowi naruszenie prawa.

Co więcej, 26 grudnia sprzedano dwie paczki mieszanki orzechów (laskowych i włoskich) dzień po upływie ich terminu przydatności do spożycia. Dlatego też najem lokalu wygasa za wypowiedzeniem 21 dni na mocy artykułu 14 (3) (x) (ii) umowy najmu. Jeśli usunie Pan wszelkie urządzenia i ruchomości w ciągu 28 dni od dnia dzisiejszego, biorąc pod uwagę Pana dotychczasowe usługi świadczone społeczności Rotherweird, nie podejmiemy dalszych działań. Jeśli nie spełni Pan warunków niniejszego porozumienia, proszę się spodziewać podjęcia działań prawnych o pełnej surowości dozwolonej przepisami.

Z poważaniem

Sekretarz Komisji Pozwoleń

(przewodniczący: S. Snorkel, burmistrz i sędzia sądu grodzkiego)

Zarzut był zasadny, ale władze przez dwadzieścia jeden lat tolerowały niepunktualność Billa Ferdy’ego w sprawach administracyjnych. Zawsze w dwa tygodnie po wygaśnięciu terminu przysyłano mu przypomnienie, a Ferdy zawsze składał papiery. W tym roku nie przysłano mu go.

Jego wielkoduszność sprawiała, że nie od razu dostrzegał ciemne intrygi innych ludzi. Dopiero po powtórnym przeczytaniu listu zauważył zmianę tonu, jakim go napisano, i nazwisko Snorkela dodane na końcu, co nigdy się nie zdarzało. Przypomniał sobie wizytę Slickstone’a i dopiero wtedy z całą mocą uderzyła go brutalna prawda: tym razem nie może się spodziewać wyrozumiałości.

Walnął pięścią w bar i wydał z siebie okrzyk zranionego zwierzęcia.

Biuro sekretarza miejskiego o nazwisku Gorhambury kryło się w zaułku oddalonym od szerokich korytarzy biura burmistrza na pierwszym piętrze ratusza. Urzędnicy plotkowali, że Gorhambury — nikt nie znał jego imienia, nie wiadomo było, czy w ogóle je ma — w dzieciństwie połknął dwadzieścia osiem tomów kodeksów prawa Rotherweird i odtąd je przetrawia. Sekretarz z pamięci recytował numery artykułów i odniesienia do innych przepisów dotyczące tematów tak różnych, jak gospodarka przestrzenna, pokazy sztucznych ogni, transport i chodzenie po linie. Snorkel podejmował decyzje polityczne, ale to Gorhambury je ożywiał, gdyż to on panował nad skomplikowaną machiną administracji miasta.

Pasował do swojej roli: był szczupły, już zaczynał się garbić, miał cerę koloru spłowiałego papieru i pociągłą twarz, która potrafiła wyrażać dość wąską gamę emocji — od lekkiego zatroskania do głębokiego zaniepokojenia. Nosił trzyczęściowe garnitury (z kamizelki rezygnował tylko w weekendy), białe koszule, granatowe krawaty niesplamione żadnym wzorem oraz buty brogsy lśniące jak lukrecja. Praca pochłaniała całą jego energię, nie pozostawiając chęci na miłość, dobre jedzenie lub życie towarzyskie. Nigdy nie narzekał, chociaż burmistrz nie doceniał jego pracy, nie widząc, że dzięki pisarzowi jego interpretacja przepisów zyskuje na uczciwości i przyzwoitości.

Ułożone w idealnym porządku segregatory zapełniały półki pod ścianami i okrągłe tekturowe pudła z zielonymi przykrywkami, wyrastające z podłogi niczym grzyby. Spinacze do papierów, o kolorach przyporządkowanych do konkretnych tematów, leżały w zwartych szeregach, czekając na komendę do boju. Według specjalisty Gorhambury’ego zszywki nie pozwalały na sprawną aktualizację dokumentów.

Pisarz nie miał przerwy obiadowej, lecz między trzynastą a czternastą ratusz pustoszał, co stwarzało okazję do spokojnej pracy lub nieoficjalnych spotkań — chociaż wtargnięcie pani Banter nie świadczyło o chęci zachowania dyskrecji.

Kobieta wpadła do pokoju.

— Czy naprawił pan tę niesprawiedliwość?

— Powoli, pani Banter.

— Dostał pan mój list. Zginęło moje zaproszenie!

— Była pani na liście.

— Jasne, że byłam.

— Tylko…

— Tylko co?

Gorhambury przesunął w jej kierunku krótki list od sir Veronala:

Dziękujemy za listę, którą potraktowaliśmy jako wskazówkę, ale to moje przyjęcie. Niezależnie od Pańskich niedociągnięć ja nie pozwalam sobie na przeoczenia. Osoby niezaproszone nie zostały zaproszone. Proszę zorganizować ochronę, gdyż zna Pan gości, i przesłać odpowiednio wcześnie wycenę ze stawkami za godzinę.

Zwięzły styl i waga przywiązywana do szczegółów finansowych jeszcze zwiększyły frustrację pani Banter. Mieli z sir Veronalem sporo wspólnego, na pewno doskonale by się czuli w swoim towarzystwie.

— Wspomniał pan o mnie?

— To by było nietaktowne. Dałem do zrozumienia, że z listy, którą przesłaliśmy, przez niedopatrzenie nie zaproszono niektórych osób — Gorhambury nie miał powodu wątpić w możliwość pomyłki. Pani Banter zawsze zjawiała się na wieczorkach Snorkela i z pewnością wystarała się o zaproszenie na takie przyjęcie.

Rzadko zdarzało mu się widzieć tak nieszczęśliwą minę. Według niego rozkwit przyjęć zwykle zbiegał się z upadkiem prawdziwej kultury, gdyż była to okazja dla darmozjadów, a tortura dla uczciwie pracujących. To zabarwione zazdrością podejście wynikało może z pobudek osobistych, bo któż chciałby z nim rozmawiać? Nie rzucał dowcipami, jego ulubionym tematem było prawo. Dotąd pisarz trzymał swoje zaproszenie dla siebie, jednak mina pani Banter przeważyła szalę.

— Niech pani weźmie moje. — Przesunął po blacie sztywną białą kartkę. Pani Banter przejechała kciukiem po wypukłym rysunku łasic. Co za elegancja. — Muszę zorganizować ochronę, i tak tam będę — dodał.

Pani Banter pozbyła się skrupułów. Chwyciła zaproszenie, wyrzuciła z siebie jedynie: „Kochany Gorhambury!” i wybiegła, zanim dobroczyńca zdąży zmienić zdanie. Na świeżym powietrzu poczuła wyrzuty sumienia, więc w Banku Rotherweird przelała na konto osobiste pisarza miejskiego marne trzy gwinee. W końcu to tylko gryzipiórek. Prezent pozostał niezauważony. Gorhambury miał mało czasu na własne sprawy.

Podniesiona na duchu i z wyostrzonymi zmysłami pani Banter minęła kolejki w „Krynolinach” i „Kapeluszniku”, po czym skierowała się do swojej krawcowej.

5

Otwiera się czarna płytka

5 Otwiera się czarna płytka

Fauna Straconej Mili dzieliła się na trzy rodzaje: gatunki czyste, niedotknięte wpływami punktu mieszania, przypadkowe mieszanki między gatunkami, które jednocześnie weszły do punktu, oraz nieliczne istoty stworzone przez przybywających tu ludzi. Ferox był świadom dwóch takich okresów ludzkiej aktywności: w czasie jednego z nich powstał on sam, co zdarzyło się mniej więcej w czasie najazdu rzymskiego, po czym nastąpił drugi, setki lat później, ale też wiele wieków temu. Wtedy ludzie nosili skórę i aksamit, a na szyjach kryzy. Dzieła ludzkie w większości nie przetrwały lub zostały wytępione. Z tego, co wiedział, z pierwszego okresu przetrwał tylko on, a z drugiego — kot i potwór, którego leże znajdowało się w lesie.

Ferox uważał się za szczęściarza. Jego ludzki umysł i charakter dopełniała osobowość łasicy. Ludzka połowa korzystała z wyostrzonego zmysłu węchu i wzroku doskonałego łowcy, a łasica cieszyła się z ludzkiej inteligencji. Te dwie strony jego osobowości nie istniały obok siebie, lecz stopiły się w jedno. Z czasów, kiedy był człowiekiem, brakowało mu jedynie towarzystwa, żartów i poczucia wspólnoty legionu. Spośród rzadkich gości w Straconej Mili tylko jeden został jego bliższym znajomym, ale i z nim Ferox nie widział się od stuleci.

Przebywał w Straconej Mili w roku 1017, więc rozpoznał objawy: gwałtowne zmiany pogody, przyrodę szykującą się do obrony — istoty wokół zaczęły kopać, mnożyć się, gromadzić żywność, słowem, stosowały wszystkie techniki przetrwania. Ferox pamiętał również chwilę wybawienia — bo to była chwila, a nie stopniowa poprawa. Moment, błysk boskiej interwencji. Gdyby znał ten mechanizm, spróbowałby go teraz odtworzyć. Jednak mógł tylko bezradnie przyglądać się temu, co się dzieje, z nadzieją, że odegra jakąś rolę.

Zniekształconego kota wyczuł węchem, zanim go dojrzał. Istota kryła się w trawie. Podobnie jak sam Ferox łączyła cechy kota, chłopca i ognia, lecz została stworzona w wieku skóry, aksamitu i koronek. Od czasu do czasu wracała do Straconej Mili przez białą płytkę, ale rzadko było ją widać. Ferox padł w trawę, zdając się na pozostałe zmysły. Kot spróbował uruchomić białą płytkę i, jak było do przewidzenia, to mu się nie udało. Dla Feroxa zamknięcie tej płyty było kolejną oznaką coraz większego rozpadu tkanki tworzącej Straconą Milę. Ku jego zdziwieniu jednak istota nie zrezygnowała, tylko zeszła do strumienia, przemykając przez siatkę pajęczyn lśniących jak druty. Czarna płytka leżała dalej, tam też czaił się jej strażnik. Miejsce to było zbyt groźne nawet dla Feroxa.

 

Pierwsze otwarcie czarnej płytki od wielu setek lat wywołało falę energii, która przebiegła przez Rotherweird i Straconą Milę. Jednakże tylko kilka osób ją dostrzegło.

Jedną z nich był Ferox.

Kolejną był sir Veronal, siedzący w gabinecie w otoczeniu niedawno sprowadzonych rejestrów imperium handlowego, które stworzył. Poczuł zakłócenie jako ból w lewej skroni, objaw lekkiego rozdarcia mikroskopijnej błony w korze mózgowej, wywołanego przez centrum zakłóceń po to, by stłumić jego wcześniejsze wspomnienia. One wciąż się kryły w głębi, jak pęcherzyki powietrza na dnie oceanu, ale we śnie i z czasem zaczynały wypływać pojedynczo na powierzchnię, przeciskać się przez maleńki otwór i ukazywać swoją zawartość. Przejmowane przez neurony i przekazywane do dalszych części mózgu w końcu się połączą i przypomną sir Veronalowi młodość, dając mu drugą szansę na wypełnienie przeznaczenia.

Poruszyło się coś jeszcze, co sir Veronal odczuł poprzez mrowienie w palcach i atawistyczne uczucie powrotu utraconej mocy. Odruchowo sięgnął do kamieni leżących w ukrytej szufladzie.

Klasa VIb była jedyną problematyczną klasą w szkole Rotherweird, gdyż pomimo dojrzałego wieku uczniów nie osiągnęła średniego poziomu innych klas. Gregorius Jones, wuefista, który powitał Oblonga pierwszego dnia w pokoju nauczycielskim, niedawno został awansowany na wychowawcę. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, gdyż zachęcał uczniów do uprawiania sportu, a tym z zacięciem artystycznym dał swobodę do rozwijania talentów.

Co rano wchodził do sali tak samo energicznie, zaskakując uczniów, kiedy co trzy metry przystawał, robił serię przysiadów, po czym zwracał się do nich tymi samymi słowami (nie nauczał przedmiotów akademickich):

— Na krzesła! Dziesięć lekkich podskoków, co drugi podskok rozkładamy ramiona. Nawet najlepszy umysł nie czerpie przyjemności z zamieszkiwania w sflaczałym ciele. Klasa szkolna jest świątynią ducha. Co jest świątynią ciała?

— Sala gimnastyczna! — odpowiadali chórem uczniowie, po czym Jones prowadził ich do sali na dziesięciominutową rozgrzewkę.

Tego akurat poranka nauczyciel zawisł na pierścieniach wysoko nad matą, zahaczony o kółko tylko jedną stopą.

— Nazywam to pozycją wiszącej osy — oznajmił, zwisając głową w dół i powoli machając rękami.

Nagle jego zwykle bezbłędny pokaz przerwało drgnięcie; nauczyciel wstrząsnął się dwa razy i spadł.

Panna Trimble, której obowiązki obejmowały udzielanie pierwszej pomocy, odesłała klasę i zajęła się nieprzytomnym wuefistą. Na szczęście obrażenia ograniczyły się do lekkiego wstrząśnienia mózgu, mocno stłuczonego barku i rozcięcia przy oku. Słysząc, jak nauczyciel mamrocze pod nosem słowa vespa pendens, kobieta na krótko zaniepokoiła się stanem jego mózgu.

Jednak po dziesięciu minutach Jones całkowicie doszedł do siebie.

— Dobrze znana technika — wyjaśnił. — Pokazuje się uczniom, jak nie należy wykonywać ćwiczenia. Moje drobne obrażenia sprawią, że lepiej się na nim skoncentrują.

Panna Trimble poprosiła o wyjaśnienie jednego z uczniów i dowiedziała się, że vespa pendens, czyli wisząca osa, jak Jones nazwał swoje ćwiczenie, przyczyniła się do jego upadku. Jones był ogólnie postrzegany jako mięśniak bez mózgu, a jednak w stanie zamroczenia mamrotał po łacinie. Jak się nad tym zastanowić, „wisząca osa” to trochę zbyt kreatywna nazwa, by wymyślił ją pierwszy lepszy tępak. W przeciwieństwie do innych mężczyzn, którzy przewinęli się przez pokój dozorczyni, przy okazji zawsze zaznaczając poziom swojej inteligencji i pozycję, Gregorius Jones z pewnością krył w sobie więcej, niż by się na pierwszy rzut oka wydawało. Zaintrygowana panna Trimble postanowiła powęszyć.

Hayman Salt stał w lesie, wyobrażając sobie zapach dzwonków. Endymion non-scriptus — wyrafinowana nazwa jak na tak skromną roślinę. Niedługo pokażą się wszędzie, tworząc świeżutki, zupełnie nieużywany dywan. W przeszłości mieszkańcy Rotherweird przychodzili tu podziwiać jego piękno, jednak teraz nikt się tu nie pojawiał, może oprócz Rhombusa Smitha i jego żony — dla większości z nich było to za daleko, na miejscu mieli zbyt wiele konkurencyjnych atrakcji. To stara, zapomniana Anglia. Kiedy nadejdzie wiosna, pojawi się tu niewiele pszczół; także ptaki i owady były już nieliczne i mało różnorodne.

Poczuł zastarzały gniew. Tyle zadziwiających darów, tyle wiedzy zdobytej w ciągu wieków, a ludzkość i tak potrafiła wszystko zniszczyć.

Ale kimże on jest, by się tak buntować? Przeskakuje między Rotherweird a Straconą Milą dla własnej rozrywki i zysku. To najwspanialszy plac zabaw na świecie i najbardziej wyjątkowy, bo tylko on z niego korzysta. Ferensen może sobie go rugać za przechodzenie do Straconej Mili, ale kim on jest? Przecież to Salt zna ją jak własną kieszeń.

Nigdy nie udało mu się uzyskać konkretnej odpowiedzi na pytanie o to, kim są Ferensenowie i skąd pochodzą. Ten Ferensen zachowywał się jak przywódca mieszkańców wsi, równy burmistrzowi, gdyż władza Snorkela tutaj nie sięgała. Miał talent do roślin i je rozumiał, leczył bydło, budował koła wodne, ratował drzewa i ożywiał wyschnięte strumienie. Ferensen zachowywał kurtuazyjny dystans wobec tych, którym pomagał, może wskutek swojego bardzo rozumowego podejścia do świata, a może z powodu smutku, do którego się nie przyznawał. Od innych ludzi oddzielał go również jego niezwykły dar. Ferensen Zaklinacz Deszczu, który nie lubił ciepła letniego słońca.

A jednak tylko Ferensen mógłby zrozumieć poplątane wydarzenia, jakie niedawno miały miejsce. Salt nie pojmował nieuchronnego zamknięcia „Esencji Wędrowca”, z którego zwierzył mu się Ferdy w zaufaniu. Równie niepokojące było powtórne otwarcie Pałacu i deszcz zaproszeń, który spadł na wszystkich liczących się w mieście. Co sobie Snorkel wyobraża? Kim jest ten cały Slickstone? I dlaczego nie zaproszono nikogo spoza miasta? W końcu kilkoro z nich odgrywało ważną rolę w Rotherweird.

Te właśnie niepokojące wydarzenia wywołały to wczesnoporanne spotkanie, zwołane jak zwykle metodą łańcuchową: Boris Polk wysłał wiadomość do Billa Ferdy’ego (przez swego gołębia o imieniu Panjan), a ten podał ją dalej do Ferensena.

Podczas gdy Salt zastanawiał się nad Ferensenem, sam Ferensen, idąc na przełaj przez pole w jego stronę, myślał o Billu Ferdym. Jego przyjaciel tracił źródło dochodów wskutek niewytłumaczalnego uderzenia w instytucję, która od stuleci dobrze służyła miastu, nie wspominając o tym, że Ferensen miał też stracić główne źródło wiadomości.

Staroświecko formalnym gestem Salt i Ferensen podali sobie dłonie, po czym Salt przeszedł od razu do sedna sprawy. Robotnicy skończyli, zaproszenia już rozdano, ale on nigdy się nie pokazuje — tak jak jego żona. Po co kryć się w domu, po czym spraszać do niego pół miasta?

— Wasz obcy chce urządzić sobie wielkie wejście. Ma nadzieję zdobyć was wszystkich.

— Jest bogaty jak Krezus, a Snorkel siedzi u niego w kieszeni, po co mu jeszcze my? I na co mu pub?

— Może w nim zbierać informacje, przecież tam ludziom najbardziej rozwiązują się języki.

Salt nie brał pod uwagę tej możliwości. Ferensen rzeczywiście umiał spojrzeć na sprawę z innego punktu widzenia.

— Wybierasz się na to przyjęcie?

— Po petunii Snorkela? Żartujesz sobie.

— Potrzebuję szpiega, który umie zauważać szczegóły, ale musimy zachować ostrożność. To musi być ktoś, kto mnie nie zna — Salt pokiwał głową, wciąż poirytowany ciągłą skrytością Ferensena. — To za dużo jak na zbieg okoliczności: otwarcie pałacu, przybycie tego człowieka i kryzys w Straconej Mili.

— Plus zniknięcie Flaska — dodał Salt.

— A tak, wasz historyk. Szkoda, że go nie poznałem.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?