Miasteczko RotherweirdTekst

Z serii: Rotherweird #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

4

Sprzedaż

4 Sprzedaż

Na wystawie „Błyskotek i Bibelotów” na Golden Mean, jedynego sklepu z antykami w Rotherweird, uwagę przechodniów przyciągała cała grupa artykułów. Głowa hipopotama spoglądała na stopy słonia; wiktoriański mikroskop stał między dwoma turbanami; dzidy assegai zwisały z plątaniny rakiet śnieżnych, a sporych rozmiarów marionetka Ojca Czasu dosiadała konia na biegunach, z ramionami i sierpem podwieszonymi do sufitu na żyłce. Właścicielką sklepu była pani Banter, ale prowadziła go jej siostrzenica, Orelia Roc. To ona ściągała starocie z innych sklepów i wyprzedaży w świecie zewnętrznym. Projekt wystawy był wyłącznie dziełem Orelii.

W wieczór rozmowy pana Oblonga ciotka i siostrzenica siedziały przy niewielkim ogniu na zapleczu sklepu, rozliczając sprzedaż i zakupy, jak zwykle biedząc się nad ułamkami.

— To — odezwała się przenikliwym głosem pani Banter, wskazując głowę hipopotama — to katastrofa.

— Ale klienci mają o czym mówić.

— Ile razy mam…? Ten sklep ma przynosić zyski ze sprzedaży, a nie dostarczać tematu do rozmów. I pamiętaj, zniżam się do handlu tylko po to, by dać ci zajęcie. — Początek znajomego wykładu przerwało pukanie do drzwi. — Powiedz im, że zamknięte. Czy oni nie potrafią czytać?

Orelia Roc miała w sobie coś z Cyganki, jednocześnie pociągającego i onieśmielającego: ciemne, długie i kręcone włosy oraz ciemnobrązowe łobuzerskie oczy. Mężczyźni podziwiali ją z daleka, ale ku rozczarowaniu dziewczyny niewielu próbowało poznać ją bliżej. Orelia miała na sobie mosiężne bransoletki, znoszone jeansy, T-shirt i postrzępiony wełniany szalik. Dla kontrastu pani Banter była ubrana w sweter z kaszmiru oraz buty z lśniącej skóry. Mieszkała w eleganckim domu-wieży na północy miasteczka — tak nierówne zyski czerpały z prowadzenia interesu.

Orelia była znacznie bliżej związana z nieżyjącym wujem, Bartholomew Banterem, niż z jego żoną. Wuj był bratem jej matki, architektem, który genialnie potrafił wciskać nowe budynki w plątaninę domów, wież i uliczek miasteczka.

Jako wdowa pani Banter dała upust swoim ambicjom towarzyskim, weszła na salony Snorkelów i do zarządu Riparianów Rotherweird — miejscowej organizacji dobroczynnej, której dobrze sytuowani członkowie bardziej głosili filantropię, niż faktycznie ją uprawiali. Pani Banter zainwestowała w wolną nieruchomość przy Golden Mean z zamiarem otwarcia luksusowego sklepu, ale powstrzymała ją perspektywa kapitału, jakiego wymagałaby taka inwestycja — oraz koszt pracowników. Kiedy jej siostrzenica po stracie rodziców wróciła do Rotherweird i zaproponowała kompromis w postaci sklepu z antykami, który mogłaby poprowadzić w zamian za skromną pensję i mieszkanie nad sklepem, pani Banter zgodziła się na dwuletni okres próbny. W końcu antyki zawsze przyciągały bogatych. Chociaż Orelia wybierała artykuły raczej ekscentryczne niż antyczne, sklep dość szybko zaczął na siebie zarabiać, a potem nawet przynosić zyski i Orelia została, pomimo przepaści poziomu między nią a ciotką, która posiadała dar materializowania się za ladą tylko w chwilach, kiedy wchodzili wpływowi klienci.

Niemal trzydziestoletnia Orelia pragnęła przygody i nie miała zamiaru pozwolić tajemniczemu gościowi uciec. Przez judasza w drzwiach wejściowych widziała, że mężczyzna na zewnątrz w dziwny sposób pojawiał się i znikał, ale jego kapelusz o szerokim rondzie i sznurowane skórzane buty wyglądały znajomo.

— To Hayman.

— Ten włóczęga? — zapytała pani Banter, doskonale zdając sobie sprawę, o kogo chodzi.

— Hayman Salt.

Orelia otworzyła drzwi.

— Hej — powiedziała. Tak zwykle witała się z małomównym gościem, z którym łączyły ją dobre stosunki.

Salt, główny ogrodnik miejski Rotherweird i szef zieleni miejskiej, przecisnął się przez drzwi. W ciepłym pokoju zaczął parować jak czajnik. Mało pochlebnym słowem, jakiego użyła pani Banter, określali go także inni, ale Salt nie był włóczęgą, miał swój dom i pracę. Mimo to pod pewnymi względami jego powierzchowność przypominała trampa: twarz miał rumianą od słońca, a na niej nieokreśloną minę włóczęgów, przechodzącą w jednej chwili od zatroskania do niefrasobliwości; ogolony był byle jak, a gęste siwiejące włosy miał w nieładzie. Drwiące przezwisko wzięło się stąd, że Salt regularnie znikał z miasta na, jak to nazywał, wycieczki krajoznawcze. Chodziły plotki, że zadawał się z mieszkańcami wsi i odwiedzał ich domy.

Nie można mu było jednak odmówić talentu ogrodniczego. Klomby miejskie i mniej wypielęgnowane ogrody Grove szczyciły się odmianami roślin unikalnymi na skalę krajową, skromnie oznaczonymi metalowymi tabliczkami o nazwach od arum Haymana do „zawilca Haymana”. Jednak próżność ogrodnika łagodziło poczucie humoru; kiedy burmistrz narzekał, że nie został odpowiednio uczczony, pojawiła się „petunia Snorkela” o płatkach w paskudnych odcieniach pomarańczu, żółci i zieleni oraz o nieprzyjemnym zapachu. W Rotherweird, gdzie biegłość w naukach należała do codzienności, nikt nie pytał, skąd się biorą takie sukcesy Haymana Salta.

Ogrodnik przychodził do sklepu „Błyskotki i Bibeloty” w jasno określonym celu — mianowicie sprzedawał tam znaleziska archeologiczne, od klamer z rzymskich pasów do monet o średniej wartości, które wykopywał w czasie pracy. Pojawiał się w porze obiadu, pokazywał swoje towary, targował się z panią Banter i dla dobicia targu dostawał kieliszek jej mdlącej sherry.

— Kapie pan! — pisnęła pani Banter.

Salt rzucił kapelusz i płaszcz w kierunku Orelii, która poczuła, jak o jej biodro obija się coś twardego — rydel. Sprawdziła drugą kieszeń, podczas gdy Salt wbijał się w środkowe krzesło przy kominku. Znalazła naręcze torebek foliowych — ale to przecież nie jest pogoda na sadzenie czy przenoszenie roślin.

Bez zwykłego wstępu Salt wyjął z kieszeni marynarki cztery kolorowe kamyki: czerwony, niebieski, brązowy i biały. Barwy tworzyły marmurkowy wzór, jednak były żywe, a każdy kamyk idealnie okrągły i pasujący rozmiarem do pozostałych. Orelia zauważyła spięte ramiona Salta, jakby ogrodnik chciał jednocześnie zatrzymać kamienie i pozbyć się ich.

Kobiety spojrzały na przedmioty. Pani Banter wyczuła zysk, Orelia zaś miała wrażenie czyjejś obecności.

— Gdzie je pan znalazł? — zapytała pani Banter.

— Dziesięć gwinei za sztukę. To ostateczna cena.

W oczach Orelii kamienie uosabiały żywioły: ogień, wodę, ziemię i powietrze — a reakcja, jaką w niej wywołały, podsunęła jej instynktowną odpowiedź: to nie są kamienie ozdobne, one do czegoś służą.

Pani Banter mylnie odczytała obcesową wypowiedź Salta jako nową strategię targowania.

— Koraliki idą po dwa za pensa. Mimo to przyznaję, są ładne. Trzy gwinee za każdy i gwinea za to, że przyszedł pan z nimi do nas.

— Są piękne — powiedziała Orelia, która nie popierała skąpstwa ciotki.

— Dwie gwinee za to, że przyszedł pan z nimi do nas — poprawiła pani Banter z grymasem.

— Dziesięć gwinei za sztukę — powtórzył Salt z nieco większym naciskiem.

Pani Banter, pobladła z gniewu, wyraziła zgodę.

Kiedy Orelia nalała sherry, Salt wrócił do poprzedniego sposobu bycia.

— Cukierek albo psikus! — zawołał, wkładając Orelii do ręki garść cebulek, które wyjął z drugiej kieszeni. — Krokusy Haymana!

Cebulki o zielonkawych korzonkach i niebieskawych plamkach na papierowo delikatnej skórce zapowiadały wyjątkowe kwiaty.

Pani Banter nie zaproponowała „włóczędze” drugiego kieliszka. Już w drzwiach gość szepnął do odprowadzającej go Orelii:

— Te kamyki są dziwne. Na waszym miejscu pozbyłbym się ich jak najszybciej.

Pani Banter, której mózg działał jak liczydło, zaraz po zamknięciu drzwi odwróciła się do siostrzenicy.

— Te sentymenty kosztowały mnie dwadzieścia sześć gwinei!

— Ma swoje powody, żeby nie schodzić z ceny.

— Pewnie je ukradł.

— Ciociu, naprawdę…

— Nie wiemy, gdzie znika wieczorami — pani Banter lubiła wtrącać do rozmowy aluzje dotyczące sekretów klientów, zwłaszcza tych nocnych. „Wiedza to potęga” — oznajmiła kiedyś Orelii, kiedy ta zaczęła krytykować ten jej nawyk. Podczas gdy Orelia w duchu znów pożałowała straty wuja, który zwykle łagodził zachowanie żony, Deirdre Banter przeszła już do spraw praktycznych.

— Opiszemy je jako „antyczne kamienie pocieszenia z Rotherweird”.

— A co to znaczy?

— Średniowieczne koraliki do zabawy.

— Aha.

— Cenę podajemy po zapytaniu. Żeby zrozumieć handel, musisz nabrać szerszej perspektywy. Szkoda, że matka cię tego nie nauczyła — z tym pożegnalnym ciosem pod adresem nieżyjącej szwagierki pani Banter wsunęła do kieszeni garść banknotów z kasy podręcznej i wyszła na ulicę, gdzie czekała na nią riksza.

Orelia opisała kamyki tak, jak poleciła ciotka, i odłożyła je w kąt z nadzieją, że zdoła jeszcze je zbadać. Jak się okazało, wybrała dobre miejsce, gdyż nikt się nimi nie zainteresował, a w nawale zajęć Orelia też powoli o nich zapominała.

Salt z kolei czuł się wciąż niekomfortowo. Zatajenie prawdy może przynieść równie złe skutki, jak samo kłamstwo. Nie miał pojęcia, jak działają kamienie, ale wiedział, gdzie je znalazł, i to go niepokoiło. Modlił się, żeby skończyły w szkatułce na biżuterię, niechciane i nieużywane.

5

Oblong próbuje się odnaleźć

5 Oblong próbuje się odnaleźć

Oblong próbował dowiedzieć się czegokolwiek o nowym miejscu pracy, ale mu się to nie udało. Mapy potwierdzały fakt, że dolina leżała na odludziu, prowadziła do niej jedna jedyna droga, ale brakowało na nich szczegółów. Samo miasteczko w ogóle się nie pojawiało. Nawet rzeka Rother wydawała się kryć przed światem; wypływała spod wzgórz na północy, po czym znów znikała pod ziemią przy południowej granicy Rotherweird.

 

Przewodniki opisywały społeczność Rotherweird jako „tajemniczą i wrogą wobec świata zewnętrznego; goście mogą liczyć na zamknięte bramy lub wyproszenie za granicę miasta o zmierzchu i bez możliwości transportu”. Na Polu Wyspy — dużej łące na południe od miasteczka, otoczonej dopływem Rother, w przypadkowych miejscach pod dębami rosła jedyna w swoim rodzaju roślina, róża rdzawa z Rotherweird, lecz nie dopuszczano do niej botaników. Zniszczony busik, nieuprzejmy kierowca i krata w bramie z pewnością również służyły temu celowi, mianowicie zniechęcaniu gości.

Po krótkim czasie Oblong dostał pocztą szczegółowe instrukcje zatytułowane „Obcy i wieśniacy”. Kategoria „obcy” obejmowała wszystkich przybyszów ze świata zewnętrznego, natomiast „wieśniacy” — mieszkańców Doliny Rotherweird, ale nie samego miasta. Ani obcy, ani wieśniacy nie mogli zostawać w mieście na noc, wyjątek stanowili nauczyciele z zewnątrz. Mimo to Oblong nie mógł zamieszkać przy Golden Mean ani na rynku. Według notatki w instrukcji mógł uczestniczyć w świętach miejskich, z których wymieniono tylko dwa: Wielkie Regaty Równonocy oraz taniec wulkanu.

Następnie pocztą otrzymał dużą paczkę, zawierającą dwie togi. Jedna z nich miała fioletowy pas na rękawie (oznaczający wychowawcę), a druga zielony (nauczyciel historii). Załączona notatka głosiła:

Załączam togi — proszę sprawdzić rozmiar.

Z poważaniem Angela Trimble

PS Nie dopuszczamy żadnych gadżetów ze starego świata w rodzaju komputerów czy maszyn mówiących. Uczymy z książek i rozmawiamy osobiście.

Kiedy pierwsze wrażenie wywołane nowymi ubraniami prysło, pojawiły się dręczące Oblonga pytania. Dlaczego szkoła z Rotherweird wybrała właśnie jego? Dlaczego nie interesowały ich referencje? Dlaczego Rhombus Smith nie wspominał o poprzednim nauczycielu? Czy on też pochodził z zewnątrz? Te pytania nie zniechęcały Oblonga do pracy, raczej go intrygowały. Tego samego wieczoru nauczyciel napisał do Rhombusa Smitha:

Szanowny Panie Dyrektorze,

Proszę o przesłanie zeszłorocznych świadectw klasy i propozycje tematów z historii.

Z poważaniem Jonah Oblong

Świadectwa dotarły pocztą zwrotną z następującą notką, napisaną wyrobionym charakterem pisma:

Szanowny Panie,

Cóż za budujący entuzjazm. Załączam materiały. Może Wielki Kryzys?

Z poważaniem Rhombus

Świadectwa wyglądały inaczej dla uczniów z miasta (biały papier — znaczna większość), a inaczej dla uczniów z okolicznych wsi w dolinie (zielone). Pierwszych honorowano imionami, drugich wymieniano tylko z inicjałów — kolejny przykład dyskryminacji. Wykreślono też imię i nazwisko wychowawcy oraz poprzedniego nauczyciela historii najnowszej.

Oblong zdecydował się jednak zacząć nie od Wielkiego Kryzysu, lecz od amerykańskiej wojny secesyjnej. Na jej temat miał mnóstwo notatek, każdy z uczniów powinien znaleźć w tym okresie coś dla siebie. Na kolejny tydzień nauczyciel zanurzył się w przyczynach i początkowych potyczkach wojny; po przyjeździe do Rotherweird będzie miał jeszcze dość czasu na dokończenie reszty.

6

Dziwne towarzystwo

6 Dziwne towarzystwo

Zgodnie z instrukcją Oblong przyjechał do szkoły cztery dni przed rozpoczęciem semestru. Podróż odbyła się w taki sam sposób: pociągiem, potem busem i omnibusem — ale tym razem ziemię pokrywał szron, a niebo było czyste. Dwa dziwnie skręcone mosty i niezliczone wieże Rotherweird na przemian ukazywały się i nikły wśród wzgórz, sadów i rzadkich gospodarstw. Na północnym wschodzie znad brzegu rzeki wyrastała ściana skalna, której wysokość podkreślał jedyny w miasteczku kościół z blankowaną wieżą, górującą nad panoramą. Dalej na wschód, za rzeką, rozciągały się ponure bagna, których monotonię przerywała jedyna sylwetka na południu — strażnica, teraz opuszczona i, sądząc z braku jakiejkolwiek ścieżki czy drogi, niedostępna.

Tym razem dla odmiany Boris dowiózł nauczyciela do Bramy Północnej, skąd ulica Golden Mean prowadziła do szkoły, oznaczonej nad wejściem żelazną książką przymocowaną do pary okularów. Dalej widać było szereg połączonych dziedzińców z trawnikami.

Przy wejściu stał domek dozorcy, ze ścianami pełnymi otworów. Panna Trimble miała dziś dyżur.

„Gdyby ubrała się mniej surowo, rozpuściła włosy i trochę się rozluźniła, byłaby atrakcyjna, bo nosi się jak królowa” — pomyślał Oblong. Zastukał w szybę.

— Oho — odezwała się kobieta — wraca pan po więcej! — Miała minę, jakby witała natręta.

Czując się bardziej jak nowy uczeń niż jak nauczyciel, Oblong podreptał za nią do klasy. Jakość wyposażenia i panująca wokół czystość robiły wrażenie. Plakaty ukazywały etapy ewolucji żaby i wirusa ospy, jednak ich poziom naukowy nie przystawał do tej grupy wiekowej. Panna Trimble, chyba zażenowana ich obecnością, zwinęła szybko plakaty. Jej zakłopotanie skłoniło Oblonga do przypuszczenia, że miał dwóch poprzedników: wychowawcę (najwyraźniej biologa) i nauczyciela historii najnowszej. Oblong przejrzał ćwiczenia z biologii i historii. Chociaż, podobnie jak w świadectwach, oba nazwiska wykreślono, charakter pisma był zupełnie inny. Wietrząc zatuszowany skandal, Oblong próbował podpytać pannę Trimble, ta jednak odparła krótko, że szkoła w Rotherweird „nie lubi nastrojów nostalgicznych” i poradziła mu, żeby skupił się na swoich obecnych współpracownikach.

— Większość wróciła, właśnie poszli na herbatę. Tam jest pokój nauczycielski — za tymi dębowymi drzwiami na lewo. Potem proszę wrócić do mnie, zakwateruję pana.

Kiedy Oblong wszedł do pokoju, zapadła cisza. Morze nieznajomych twarzy mierzyło go wzrokiem od stóp do głów.

Lody przełamał mężczyzna w średnim wieku, ubrany w dres.

— Boris uprzedzał, żeby się spodziewać gościa. Jestem Gregorius Jones, wuefista — w zdrowym ciele zdrowy duch, a pan, o ile wolno mi powiedzieć, naprawdę trzyma się nieprawidłowo jak na tak młodego człowieka. We wtorki wieczorem prowadzę darmowe zajęcia pilates, gdyby chciał pan powstrzymać utratę formy. Ale przedstawmy się sobie nawzajem…

Większość nauczycieli przywitała się krótko, lecz uprzejmie. Najcieplej powitał nowego jowialny mężczyzna, o twarzy zaskakująco ciekawie łączącej duże uszy i orli nos.

— Przedstawiam jedynego w swoim rodzaju Veseya Bolitha — powiedział Gregorius. — Kierownik Wydziału Nauk Ścisłych Wieży Południowej i nasz astronom-rezydent. Vesey i ja mamy wspólne zainteresowania, mianowicie ciała niebieskie i ruch idealny.

— Jestem zachwycony. Zawsze miło widzieć przybysza w naszym dziwnym kosmosie — Bolitho zniżył głos. — Jaka szkoda, że nie wolno nam zatrudnić przynajmniej historyka średniowiecza. Galileo, Brahe, Kopernik — to moi bohaterowie. Uczę tego, co oni, ale nikt nie może uczyć o czasach, w których żyli. Mimo to lepiej mieć tylko jedną czarną dziurę niż kilka. Niech pan wpadnie któregoś wieczoru, przy Wieży Południowej mam przyzwoity teleskop. W międzyczasie — zatoczył dłonią koło, obejmując tłum przesuwających się wokół nauczycieli — jeśli chce pan zostać gwiazdą, niech pan zacznie krążyć.

Ku swojej radości Oblong wyczuł w nim ducha przekory.

— I niech się pan zaprzyjaźni z Wieżą Południową — wyszeptał Gregorius Jones.

— Dlaczego?

— Ich dziedzina nauki jest przyjemniejsza.

Oblong zaczął krążyć wśród nauczycieli. Uderzyło go, że zwracali się do siebie po nazwisku. W szkole Rotherweird panowały staroświeckie, formalne zasady zachowania. Najmniej przyjazny okazał się Hengest Strimmer, dość młody mężczyzna w połówkowych okularach, o kręconych ciemnych włosach, wyjątkowo utalentowany, kierujący Wydziałem Nauk Ścisłych Wieży Północnej. Jego koleżanka z wydziału, Vixen Valourhand, szczupła i drobna, z krótkimi włosami, trzymała się na uboczu, z miną bardziej znudzoną niż wrogą.

Strimmer nie uścisnął wyciągniętej dłoni Oblonga.

— Pamiętam poprzedniego historyka — odezwał się do Jonesa. — Pięćdziesiąt gwinei, że ten nie dotrwa do następnego semestru.

Vesey Bolitho wyszedł. Gregorius Jones poszedł z nim. Oblongowi nie przeszkadzało to, że pozostał na uboczu; na szacunek trzeba sobie zasłużyć. Postanowił obejść szkołę. W dziale muzycznym znalazł najnowsze wynalazki technologii nagrań. Wydział języków obcych w budynku o nazwie Babel i imponująca sala gimnastyczna zostały równie doskonale wyposażone; była to zatem szkoła o zadziwiającym poziomie sprzętu bez żadnego widocznego podziękowania dla darczyńców. Na szczycie Wydziału Nauk Ścisłych Wieży Południowej pyszniła się duża kopuła — obserwatorium Veseya Bolitha.

Do Wydziału Nauk Ścisłych Wieży Północnej nie dało się tak łatwo dotrzeć. Wieża stała przy odległym dziedzińcu, otaczało ją długie żelazne ogrodzenie z zaostrzonych prętów z jedną wąską furtką, otwartą, ale obwieszoną licznymi kłódkami i zniechęcającą tabliczką: „Wydział Nauk Ścisłych Wieży Północnej — tylko na umówione spotkania naukowe”.

Oblong uznał, że jego rekonesans można uznać za spotkanie naukowe i przeszedł przez furtkę, po czym natychmiast odskoczył do tyłu. O centymetry od jego uda kłapnęła paszcza wielkiego mastifa. Pies warczał, ujadał i szczekał, ukazując kły oraz czarno-różowe dziąsła. Z półmroku wynurzył się Strimmer.

— Nie umie pan czytać?

— Przepraszam, myślałem…

— „Jestem obcy, nie interesują mnie wasze zasady?” — odparł Strimmer, naśladując głos dziecka.

— Po prostu zdziwiło mnie, że ten wydział jest tak niedostępny.

Oblong przesunął się do przodu, pies znów wyskoczył, Strimmer uśmiechnął się, a Oblong cofnął o krok. Mastiff wrócił do pocierania nosem nogi Strimmera. Najwyraźniej pies miał wdrukowaną miłość do własnego stada i agresję wobec wszystkich obcych, którzy przekraczali próg.

Oblong poruszył palcem u nogi. Kolejne warknięcie.

— Pan się nazywa historykiem? Mądrzy pilnują swoich cennych zasobów — Strimmer pogładził psa po głowie. — On dla zabawy przegryza probówki.

Oblong nie chciał dać Strimmerowi satysfakcji, wycofując się od razu.

— Może znał pan poprzedniego historyka?

— Na tyle dobrze, że wiedziałem, iż zastąpią go kretynem.

W końcu rozsądek wziął górę nad brawurą. Oblong wrócił do domku dozorcy.

— Poznałem uroczego człowieka z czarującym psem — zwierzył się.

— Trudno ich od siebie odróżnić — odparła panna Trimble z cieniem uśmiechu.

Może jednak uda mu się w tej dziwnej szkole zaprzyjaźnić z jedną czy dwiema osobami. Ta myśl dodała nauczycielowi odwagi.

— Co robi Wieża Południowa?

— Projektują lekką rozrywkę dla świata zewnętrznego, od zabawek po teleskopy.

— A Wieża Północna?

Panna Trimble uniosła rękę i spojrzała na zegarek.

— Powinien pan już iść — powiedziała. Podała mu klucze, adres (Artery Lane, nr 3), zwięzłe instrukcje: pierwsza ulica w lewo, trzecia w prawo, druga w lewo, czwarta w prawo, ślepą uliczką do końca, na końcu w lewo, w prawo, w lewo, w prawo, w lewo, prawie do samych murów miejskich.

Oblong znalazł się na tętniącej życiem ulicy miasta targowego pozbawionej samochodów. Riksze rowerowe, pieczołowicie ozdobione i napędzane technologią ssącą Borisa Polka, służyły za taksówki, których pasażerowie o tej porze podróżowali zawinięci w jaskrawe koce. Dzwonki i ostrzegawcze okrzyki: „Riksza!” stanowiły główny akcent muzyki miejskiej Rotherweird. Między nimi przemykały zwykłe rowery z koszykami na kierownicy, wypełnionymi książkami lub żywnością. Stroje dla obu płci prezentowały oszałamiającą różnorodność barw i stylów — czy to kapelusze, czy spodnie, czy płaszcze. Starając się o samowystarczalność i oryginalność, projektanci z Rotherweird poszli własną drogą.

Sklepy już kończyły pracę i zamykały ręcznie malowane drzwi z wizerunkami produktów lub usług, jakie oferowały. Nazwy ulic wypisano na biało-zielonych prostokątnych żelaznych tabliczkach wiszących na ścianach domów. Ulica Golden Mean, biegnąca z północy na południe, była prosta i szeroka, a odchodziły od niej znacznie węższe i najczęściej kręte uliczki. W ciemniejszych zaułkach domy, w połowie drewniane, pochylały się ku sobie jakby w pozdrowieniu. Wieżyczki z dębu o tynkowanych ścianach dominowały nad dachami, kilka z nich wieńczyło także kryte chodniki. Niektóre wysokie i wąskie, inne przysadziste, wiele z nich było naznaczonych upływem czasu — a wszystkie wyposażono w okna. Także na niższych poziomach budynki łączyły przejścia napowietrzne, oferując schronienie w czasie niepogody, zaciszne miejsce na wymianę plotek lub zdradzanie tajemnic. Wymyślne balkony zdobiły niższe piętra bogatszych wież; w najdziwniejszych miejscach wiły się do drzwi schody zewnętrzne. W świetle dnia przy tak urozmaiconej linii dachów ulice pokrywała zmienna siatka światła i cienia.

 

Na rynku, w sercu miasteczka, sklepy i kramy tłoczyły się wokół imponującej fasady ratusza, który jako jeden z nielicznych budynków wzniesiono z ciosanego kamienia. Sklepy należały do mieszkańców miasta, ruchome stragany do ludzi z okolicznych wsi — ich nazwiska wypisano nad wejściami. W miarę jak zmierzch przechodził w noc, stragany, także napędzane pompami, ruszały z powrotem na wieś, do gospodarstw. Krata nad bramą uniosła się punktualnie, by wypuścić przybyszów — mieszkańcom wsi nie wolno było przebywać w mieście po dziewiętnastej.

Rynek zamienił się w rondo dzięki stojącej na środku wieży na palach, pokrytej dębowym gontem, z zegarem na wszystkich czterech ścianach w połowie wysokości — zapewne wzywającym mieszkańców do kościoła i na zebrania. Wyżej wieża rozszerzała się, by pomieścić ogromny dzwon, od którego wzięła nazwę cała budowla: Dzwon Przeznaczenia.

Numer trzeci przy Artery Lane okazał się niewłaściwie nazwany — nie przypominał arterii, raczej nic nieznaczące naczynko w skomplikowanym układzie krążenia Rotherweird. Pokoje Oblonga zajmowały najwyższe piętro mieszkalne podniszczonej wieży, do której wchodziło się po skrzypiących drewnianych schodach, jeszcze nie całkiem przegniłych. Mieszkanie miało małą kuchnię i łazienkę oraz wygodnie urządzoną sypialnię i gabinet. Ściany w boazerii były bejcowane na ciemno. Z okien gabinetu Oblong widział spienione bystrzyny Rother.

Widok wazonu z papierowymi kwiatami, zaopatrzonej kuchni i drewna ułożonego w kominku w gabinecie podniósł nauczyciela na duchu. Oblong właśnie stał na palcach na krześle, układając książki, kiedy zaskoczył go skrzekliwy kobiecy głos.

— Jestem od obsługi ogólnej. Mówią na mnie Aggs.

Oblong chwycił się poręczy krzesła, które przechyliło się do tyłu. Dwie silne dłonie podtrzymały go, a kiedy się obrócił, zobaczył niską kobietę o kręconych siwych włosach i zębach przypominających kamienie nagrobne. Mogła mieć około sześćdziesięciu lat.

— Robię wszystkie szkolne pokoje na mieście — ciągnęła kobieta, gestem ręki podkreślając zasięg swojego władztwa — pana i tego tam i tego pana Jak-Mu-Tam trochę dalej.

— Dzień dobry. — Oblong ujął wyciągniętą dłoń Aggs. Miała uścisk jak imadło.

— Całe piętro tylko dla pana, jak się podoba?

— Bardzo miłe miejsce, idealne.

— Idealne do czego?

— Do nauki i odpoczynku.

— Nauki i odpoczynku! Jak się to panu uda, to ja jestem Austriaczka — odpaliła Aggs, puszczając oko.

Zdając sobie sprawę z tego, że to już nadgodziny, Oblong nadmienił, że kobieta nie powinna zostawać w pracy zbyt długo.

— Pracuję, jak trzeba, panie Oblong, a wedle mnie najważniejsze są powitania i pożegnania.

Oblong zapytał, na czym polegają usługi ogólne.

— Wszystko, co się napatoczy. Gotowanie, sprzątanie, pranie i szpiegowanie — wychrypiała Aggs, nastawiając tosty i czajnik. — Zaprzyjaźnimy się.

— Aggs to od Agathy?

— Agapanthus. Nawet pan Smith nie potrafi tego wymówić. Teraz ma pan paliwo do pracy, inaczej krzywo pan poustawia te książki. Niektórzy kierują się wysokością, inni tematem, a inni ustawiają je alfabetycznie. Ja ustawiam według tematu. Po co kłaść poduszki z patelniami?

Posłusznie jedząc drugi tego dnia podwieczorek, Oblong wysłuchał instrukcji Aggs dotyczących obsługi lodówki i kuchenki, prognozy pogody na najbliższy miesiąc, listy najważniejszych sklepów, godzin pracy jedynego pubu w Rotherweird, „Esencja Wędrowca”, a na zakończenie — zapewnienia, że z klasą czwartą nie będzie miał żadnych kłopotów. Musi tylko pojawić się o ósmej trzydzieści pierwszego dnia po feriach — w todze.

— Czy obsługiwała też pani mojego poprzednika?

— Nie, nie wiem, czy miał kogokolwiek do obsługi.

Istnieją sprawni kłamcy i kiepscy kłamcy oraz tacy, jak Aggs, którzy kłamią w tak oczywisty sposób, że nie można ich nawet nazwać kłamcami. Twarz kobiety, stworzona do szczerości, aż się skrzywiła. Jej brwi uniosły się, nozdrza rozszerzyły, a sama Aggs spuściła wzrok na swoje buty.

Oblong nie chciał sprawiać jej więcej cierpienia — najwyraźniej działała na czyjeś polecenie.

Przez dwa dni Oblong przebywał głównie u siebie — częściowo z powodu pogarszającej się pogody, częściowo z nieśmiałości, a częściowo z determinacji, by jak najlepiej przygotować się na pierwsze lekcje. Aggs obficie zaopatrzyła mu szafki w żywność, więc nie miał potrzeby wychodzić po zakupy.

W ostatni wolny wieczór Oblong zdecydował się wyruszyć na miasto — i od razu trafił na dwa budynki wrogo nastawione do gości. Pierwszy z nich krył się za wysokim murem, na którym w pewnych odstępach czerwonymi literami wypisano ostrzeżenie: „Teren zamknięty — PAŁAC ROTHERTWEIRD — ZAKAZ WSTĘPU”. Mimo tego zakazu na terenie prowadzono prawdopodobnie wielki remont. Drugi budynek — tym razem widoczny i bardzo ładny, pysznił się równie nieprzyjazną tabliczką na murze, głoszącą: „Escutcheon Place”, a poniżej: „Marmion Finch, herold Rotherweird. ŻADNYCH GOŚCI”.

Zewnętrzna część Escutcheon Place stanowiła heraldyczne dzieło sztuki: kamienne węże wiły się wokół dębowych słupów po bokach imponujących podwójnych drzwi wejściowych; cztery gryfy odlane z ołowiu trzymały straż na gzymsie; każde okno wieńczyła tarcza, a podwójne drzwi ozdabiała wymyślna, majestatyczna litera „R”, jak Rotherweird.

W Pałacu i domu herolda — prawdopodobnie najstarszych rezydencjach w mieście, obu zamkniętych dla gości — musi kryć się powód dziwnego ustroju Rotherweird, uznał Oblong i natychmiast zgromił samego siebie. Zgodnie z umową w nauczaniu historii świata zewnętrznego ma się trzymać czasów po roku 1800, a historia Rotherweird była w całości zakazana. Tutaj musi żyć teraźniejszością, a takie śledztwo na własną rękę może mu tylko narobić kłopotów.

Na Golden Mean i innych głównych ulicach co jakiś czas ukazywały się otwarte klatki schodowe o oryginalnych nazwach w rodzaju „Drabina Jakubowa” czy „Schody Ślepca”, wijące się spiralnie i całkowicie bezładnie. Oblong minął kilka, zanim się zorientował, że prowadzą one do otwartego napowietrznego przejścia, nazwanego „Ulicą Eteru”, która obiegała bogaty zachodni kwartał miasta na różnych poziomach. Nauczyciel wszedł na górę i odkrył rzędy warsztatów rzemieślniczych i kramów skupionych w grupy według specjalności — każdy z wystawą i wyszukanym szyldem. Niektóre z nich były nieruchome, inne miały małe kute otwierane drzwi; fiolki aptekarskie napełniały się i opróżniały, litery zmieniały kolor, obracały się wskazówki zegarów, modele chodziły, latały i trzepotały skrzydłami.

Co jakiś czas Oblong trafiał na bogatsze fasady z rzeźbioną dekoracją dotyczącą danego rzemiosła — były to siedziby gildii rzemieślniczych. Nauczyciel postanowił zacząć je kolekcjonować — z opisem i lokalizacją. W kolejnym tygodniu znalazł dziesięć: rzeźbiarzy, dmuchaczy szkła, piekarzy, chronometrażystów, garbarzy, kapeluszników, ślusarzy, producentów zabawek, murarzy i mieszaczy. Brakowało mu tylko dwóch.

Na Ulicy Eteru spotkał się z raczej życzliwym przyjęciem. Wieści rozchodziły się szybko i wkrótce wszędzie witano go słowami: „Dobry wieczór, panie historyku!”. Przyglądanie się przechodzącym poniżej pieszym i próba poskładania elementów tego niezwykłego miasta dodały Oblongowi energii. Jedna z wież, Wieża Vlada, gorzelnia zaopatrująca miasto w alkohol, do której prowadziło wejście od Ulicy Eteru — miała na bokach nierównomiernie rozłożone mosiężne bąbelki. Na wystawie znajdowała się imponująca kolekcja butelek o różnych kształtach i kolorach, których zawartość była równie imponująca: whisky, gin, brandy i wina — zwykłe oraz wzmacniane.