Miasteczko RotherweirdTekst

Z serii: Rotherweird #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

3

Rozmowa trzecia – nauczyciel

3 Rozmowa trzecia – nauczyciel

Kariera Jonaha Oblonga jako nauczyciela historii w gimnazjum Moss Lane — jego pierwszym miejscu pracy — była dramatyczna i krótka. Na pytanie o poprzedniego nauczyciela dyrektor szkoły spuścił wzrok na swoje buty i wymamrotał:

— Uciekł do Australii.

Wkrótce Oblong zrozumiał dlaczego. Klasa liczyła siedem różnych narodowości, trzech budzących strach chuliganów i czwórkę uczniów, których rodzice wrogo odnosili się do pomysłu uczenia dzieci tego, czego nie wiedzą oni sami.

Na to nałożył się kolejny problem, czyli wygląd nauczyciela. Nie chodziło o jego twarz, raczej sympatyczną, lecz o krzywe, nieproporcjonalnie długie nogi. Z patykowatą budową łączyła się ogólna niezgrabność, a ta cecha, chociaż w innych sytuacjach mogła budzić rozczulenie, nie pomagała w utrzymaniu dyscypliny w klasie.

Zaczęło się dobrze — od odtworzenia wielkiego pożaru Londynu z 1666 roku, którego Oblong dokonał w parku, na tekturowych modelach domów, budząc nieznane dotychczas zainteresowanie uczniów odległą przeszłością Anglii. Jednak wkrótce czar prysł. Podział klasy na Okrągłogłowych i Kawalerów skończył się dwiema wybitymi szybami, a pokaz króla Kanuta wywołał powódź.

Konwencjonalne metody nauczania również się nie sprawdziły. Po trzech minutach przy tablicy Conway, przywódca gangu Smoczych Goleni, nieuznający żadnego autorytetu poza własnym, przerwał nauczycielowi:

— Nie możemy zrobić mistrzostw świata?

— To nie historia.

— Dlaczego nie?

— Bo jeszcze się nie wydarzyły.

— A poprzednie?

— Nuuuudy! — jęknęły dwie dziewczyny siedzące na przedzie.

— Program ich nie przewiduje.

— On nie wie! — zapiał Conway. — Ob-bong nie wie, kto wygrał!

— Brazylia? — zaryzykował Oblong.

Rozległy się śmiechy.

Bomba wodna Conwaya uderzyła Oblonga w ramię — i w jego łagodnej psychice coś się przełamało. Nauczyciel wziął z biurka plastikowy dzbanek z wodą i wylał jego zawartość na głowę Conwaya akurat w chwili, kiedy do klasy wchodził inspektor z kuratorium. Przeczuwając dalszy los nauczyciela, klasa przez resztę lekcji zachowywała się idealnie i na koniec wszyscy uczniowie, nawet Conway, powiedzieli „przepraszam”.

W Urzędzie Pracy uznano Oblonga za zbyt nisko lub zbyt wysoko wykwalifikowanego do każdego zajęcia oprócz nauczania, a tam z kolei brak jakichkolwiek referencji okazał się fatalny. Kobieta za biurkiem podała mu wyświechtany numer „Times Educational Supplement” i z bladym uśmiechem dodała:

— Nigdy nic nie wiadomo.

Dwa funty ze swoich topniejących rezerw Oblong zainwestował w cappuccino i poszedł do pobliskiego parku. Według ogłoszeń w gazecie pracodawcy poszukiwali głównie specjalistów w naukach ścisłych i nieustępliwie żądali referencji. Przejrzał pismo aż do ostatniej strony ogłoszeń drobnych, gdzie w czarnym kwadracie przypominającym epitafia widniał następujący tekst: „SZKOŁA W ROTHERWEIRD — zatrudni nauczyciela historii — TYLKO współczesnej — CV, zdjęcie, bez referencji”.

Oblong jak wszyscy słyszał o dolinie i mieście Rotherweird, które jakimś kaprysem historii miało własny samorząd — bez swojego posła czy biskupa, tylko burmistrza. Znał również legendarną wrogość mieszkańców do świata zewnętrznego. Żaden przewodnik nie polecał zwiedzania tego miejsca, historia hrabstwa milczała o jego przeszłości. „Najprawdopodobniej podpucha” — uznał Oblong.

Mimo wszystko rano wysłał list motywacyjny, wyrażając w nim chęć „dzielenia się z uczniami wszystkim, co wiem o współczesności, bez wyciągania zakurzonych staroci”.

Ku swojemu zdziwieniu pocztą zwrotną otrzymał odpowiedź:

Szanowny Panie!

Jesteśmy pod wrażeniem Pańskich kwalifikacji i priorytetów. Prosimy o stawienie się na rozmowę w Nowym Roku, o godzinie szesnastej, 2 stycznia (przerwa semestralna, spokój). Pociąg do Hoy, potem nastąpi test Pańskiej przedsiębiorczości.

Z poważaniem

Angela Trimble,

administratorka

Nauczyciel sprawdził rozkład jazdy — do Hoy jeździło sporo pociągów. Stacja okazała się zaskakująco staroświecka, z troskliwie zachowanym semaforem. Oblong zatrzymał taksówkę.

— Rotherweird nie wpuszcza samochodów — odparł kierowca, uśmiechając się bezzębnymi ustami.

— O czwartej mam tam spotkanie.

— W Rotherweird? Kim pan jest, archaniołem Gabrielem?

— Nauczycielem.

— Czego pan uczy?

— Historii.

Taksówkarz miał rozbawioną minę.

— Niech pan pojedzie autobusem do przystanku przy Dwunastej Mili, a potem omnibusem.

— A dlaczego nie mogę pojechać taksówką?

— Omnibus przejmuje pasażerów autobusu, ale nie taksówek. Przykro mi, kolego, Rotherweird różni się od innych miast. Tam jest przystanek.

Na przystanku, pod rozkładem jazdy do zwykłych miejscowości, wisiała osobna tabliczka z napisem: „Autobus do Rotherweird, przesiadka na omnibus, zależnie od potrzeb”.

Autobus — stary busik volkswagen — przyjechał po paru minutach.

— Wsiadasz czy nie? — zawołał grubiańsko kierowca, wyglądając przez okno. Oblong wsiadł.

Bus pośpieszył drogą wijącą się wśród wzgórz i pól, aż w końcu, kaszląc po dłuższej wspinaczce, dotarł do wielkiego dębu. Oblong rozejrzał się wokół. Nie zauważył nic niezwykłego. Kierowca wskazał palcem drzewo.

— To jest Dwunasta Mila, to jest dolina Rotherweird, należy się sześć funtów.

Oblong zapłacił. Busik wypluł z rury chmurę dymu i wrócił tam, skąd przyjechał.

Wokół ze wszystkich stron widać było pagórki skąpane w zimowym słońcu, jednak dolina poniżej kryła się we mgle. Podróżny stał na krawędzi ogromnej kotliny, w której kryło się Rotherweird, gdzie miała się odbyć jego rozmowa o pracę. Ciekawe, że miejsce tak opierające się współczesnym środkom transportu chciało zatrudnić nauczyciela historii najnowszej. Oblong usłyszał warkot, po czym rozległ się głos — głęboki, donośny bas — śpiewający urywki piosenki:

Ludzie w aksamitach często nie znają dobra,

Dziecino,

Strzeż się tych, co od drewna wolą srebra,

Dziecino…

Z mgły wynurzył się niecodzienny pojazd, częściowo rower, częściowo omnibus, napędzany pedałami, tłokami i połączonymi ze sobą bębnami. Podwójną ławkę z tyłu osłaniał płócienny daszek. Kierowca miał na sobie gogle zakrywające twarz, ale już nie grzywę ognistorudych włosów. Na boku pojazdu ozdobnymi, zielono-złotymi literami wypisano nazwę: „Polk — Woda i Ziemia”, a pod nią mniejszymi literami: „Właściciele: B. Polk (ziemia) i B. Polk (woda)”.

Zatłuszczonymi palcami kierowca przeciągnął po poznaczonej tłustymi plamami koszuli i przedstawił się jako Boris Polk.

— Siedem minut spóźnienia, przepraszam, błoto i zero widoczności.

— Tak, tylko że minęła trzecia, a…

— Czas równa się odległość przez prędkość. Nie należy mnie mylić z Bertem — jesteśmy bliźniakami, ale on jest o pięć minut starszy. Ja wymyślam, on zarządza; on ma dzieci, ja nie; ja wybrałem ziemię, on wodę, ciekawe, bo…

— Mam spotkanie, moje jedyne spotkanie…

— Spotkanie! — zawołał Boris, unosząc gogle na czoło i baczniejszym wzrokiem mierząc swego pasażera. — Nie wiozłem nikogo takiego od lata… tego mokrego, kiedy to było…

— O szesnastej. — Dla podkreślenia wagi swych słów Oblong wskazał na zegarek. — O czwartej, panie Polk, za niespełna godzinę.

— Czyżby? „Czas równa się odległość przez prędkość” to innymi słowy stwierdzenie, że nie będzie żadnej odległości, skoro pan tu stoi jak słup, bo nie będzie żadnej prędkości.

Przywołany do porządku Oblong wciągnął walizkę na tył pojazdu i już miał siąść obok niej, kiedy Boris podjął:

— Pan jest drugim kierowcą, nie pasażerem. W spółce „Polk — Woda i Ziemia” nie marnujemy energii. Jak szybko będzie pan pedałował, tak szybko pojedziemy.


To jest Dwunasta Mila, to jest dolina Rotherweird, należy się sześć funtów.

— Rozumiem — odparł Oblong.

— Mój opatentowany system ssania wywołuje odrzut — i to, proszę zauważyć, bez hałasu silnika — w ten sposób przekazuje energię zwojom bocznym i…

— A może byśmy tak już…

— Avanti!

W genach Oblonga przeważały te odpowiedzialne za spokój, jak o tym świadczył tłum przodków — drobnych dyplomatów (z tych, co raczej rozsadzają gości przy stołach, niż podejmują decyzje państwowe), jednak co jakiś czas ujawniał się gen buntu, jak u Oblonga Jednouchego, pirata powieszonego przez Francuzów w latach sześćdziesiątych osiemnastego wieku. Teraz zaś głęboko ukryta tęsknota za przygodą ujawniła się w potomku Jednouchego, rozbudzona szaleńczą prędkością, świstami i szumami systemu ssania oraz upodobaniem Borisa do wchodzenia w zakręty na dwóch, a nie na czterech kołach. Mgła potęgowała jeszcze poczucie nierealności całej podróży, chwilami przerzedzając się i odsłaniając otoczenie, by znów zgęstnieć. W tych chwilach Oblongowi udało się dojrzeć żywopłoty, sady, a nawet rząd winorośli — w jednym spektakularnym momencie nawet obrazek otoczonego murami miasta z lasem wież wszelkich kształtów i rozmiarów, z rzeką u stóp.

Światło gasło szybko, kiedy omnibus w końcu się zatrzymał. Znad rzeki nadciągnęły pasma mgły.

— Stara Rother — wyjaśnił Boris.

Most prowadził w górę, pod kątem, w niepokojącą ciemność, do miasta, jeśli sądzić po żółtych smugach świateł w oknach.

 

Oblong wygramolił się na drogę.

— Ile płacę?

— Nic. Powodzenia. I bądź sobą.

Kierowca pomachał nauczycielowi, który ruszył mostem pod górę, czując pod podeszwami uwierające w stopy kamienie. Z balustrady spoglądały na niego mityczne kamienne ptaki i zwierzęta. Na szczycie most skręcał ostro w lewo i prowadził do ponurej rogatki z opuszczoną kratą. Miasteczko Rotherweird zbudowano tak, by nie dopuścić do wnętrza napastników — albo nie wypuszczać na zewnątrz mieszkańców.

Oblong wołał i machał rękami, dopóki z rozgłośnym szczękiem krata nie uniosła się i nie schowała w murze. Pod łukiem bramy biegła na północ szeroka ulica, opisana na znaku jako „Golden Mean”.

Na drewnianej ławce przy rogatce siedziała kształtna blondynka, co nieprawdopodobne, czytając w świetle latarni gazowej zawieszonej na eleganckim haku. Kobieta wstała. Oblong ocenił ją na jakieś trzydzieści pięć lat. Chyba lepiej z nią nie zadzierać.

— Zapewne Jonah Oblong — przemówiła głębokim, rzeczowym głosem.

— A ty to pewnie Angela, administratorka szkolna — odgadł Oblong.

— Dla ciebie panna Trimble — odparła i dodała: — Co za okropny wieczór! — Jakby to była wina gościa.

Oblong usłyszał odległy, ale wyraźny dźwięk skrzypiec. Ktoś pewną ręką ćwiczył serię arcytrudnych arpeggiów.

— Dobry muzyk — odezwał się, próbując wkupić się w łaski kobiety.

— Wszyscy tu są dobrzy — to przecież Rotherweird.

Oblong zerknął na zegarek.

Ten gest nie wywarł na blondynce dobrego wrażenia.

— Cała historia współczesna. Ciągły pośpiech. Nie ma wstępu dla osób spoza personelu, a dopóki cię nie zatrudnią, nie jesteś personelem — kobieta otworzyła dębowe drzwi, które miała za plecami.

— Musisz też pamiętać, że mamy bardzo specyficzne podejście do historii.

Odprowadziła Oblonga do rogatki i kamiennym korytarzem do drugich dębowych drzwi, wzmocnionych belkami i nabijanych zardzewiałymi ćwiekami. Uniosła kołatkę przedstawiającą groteskowo zniekształconą twarz, po czym ją opuściła.

— Proszę wejść — odezwał się uspokajająco przyjazny głos.

Pod ścianą ustawiono duży stół, nad którym wisiał grafik straży. Przodem do wejścia stały dwa ozdobne krzesła, zapewne sprowadzone specjalnie na tę okazję, gdyż kontrastowały z obskurnym wystrojem. Oba były zajęte — na jednym siedział niski, okrągły mężczyzna o małych oczach i cienkich, ciemnych włosach; na drugim zaś wysoki, kościsty mężczyzna o ostrych rysach, łysinie na czubku głowy i krzaczastych siwych brwiach. Niższy mężczyzna miał na sobie kosztowny strój; ubranie wyższego też zapewne było kiedyś drogie, ale teraz nie przyjąłby go nawet szanujący się sklep z odzieżą używaną. Oblong wyczuł, że mężczyźni nie darzą się sympatią.

Naprzeciwko krzeseł ustawiono stołek. Na polecenie niższego mężczyzny Oblong usiadł. Czuł się jak podsądny na ławie oskarżonych.

Wysoki mężczyzna wyciągnął rękę i przedstawił niższego.

— To pan Sidney Snorkel, nasz burmistrz. Lubi brać udział w rekrutacji nowych pracowników. Ja nazywam się Rhombus Smith, jestem dyrektorem szkoły w Rotherweird.

— Nasze miasto przywiązuje wielką wagę do kształcenia młodzieży — wtrącił Snorkel świszczącym głosem. — Nauczyciel powinien skupić się na swojej dziedzinie. Chemicy nie uczą francuskiego. Wuefiści nie zajmują się geografią. A historycy współcześni…

— Trzymają się historii współczesnej — dokończył Oblong, przypominając sobie ogłoszenie.

— Na zajęciach i poza nimi — dodał Snorkel, po czym zaczął strzelać pytaniami. — Osoby na utrzymaniu?

— Nie mam.

— Zainteresowania?

— Piszę poezję.

— Ale nie historyczną?

Oblong pokręcił głową.

— Wyszła drukiem?

— Jeszcze nie.

Snorkel kiwnął głową. Najwyraźniej porażka wydawnicza Oblonga była dla niego dobrą wiadomością.

— Czy to pochłania cały pana czas wolny?

Oblong znów kiwnął głową.

— Zdaje pan sobie sprawę, że ma pan uczyć historii współczesnej i żadnej innej?

— Rozumiem. Mam trzymać się tematu.

— Czy ma pan jakieś pytania? — zapytał uprzejmie Smith.

— Pytania? — powtórzył Snorkel, ale niecierpliwie, jakby już podjął decyzję, chociaż nawet nie zainteresował się predyspozycjami Oblonga do historii lub nauczania (gdyż oczywiście są to dwie zupełnie różne sprawy).

Oblong zapytał o zakwaterowanie — własne mieszkanie, darmowe, ze sprzątaniem. Zapytał o wyżywienie — śniadanie i obiad również za darmo. Zapytał o pensję — była hojna, chociaż w walucie Rotherweird. W końcu zapytał o daty.

Jak na wszystkie poprzednie, na to pytanie również odpowiedział Snorkel.

— Semestr zaczyna się za dziesięć dni, proszę przyjechać cztery dni wcześniej, żeby się urządzić. Będzie pan wychowawcą klasy czwartej oraz nauczycielem historii współczesnej we wszystkich klasach. — Snorkel wstał. — Nada się — powiedział. I zwracając się w kierunku Oblonga, dodał: — Żegnam, mam ważnych gości na kolacji.

Weszła panna Trimble, pomogła burmistrzowi założyć nieskazitelny płaszcz z wielbłądziej wełny i oboje wyszli.

Rhombus Smith zamknął drzwi.

— Może pan odmówić, ale wolałbym, żeby pan tego nie robił. Bardzo trudno zadowolić pana Snorkela.

— Nigdy dotąd nie przepytywał mnie burmistrz.

— To cena, jaką płacimy za to, że ci idioci z Westminsteru nas nie prześladują.

— Czy burmistrz prowadzi wszystkie rozmowy o pracę?

— Och, nie. Nauczyciel historii najnowszej to stanowisko polityczne.

— Słucham?

— Ma pan w naturze ciekawość przeszłości, ale nam prawo zakazuje badania historii dawnej.

— Dlaczego?

— Ha, ha, to dobre pytanie, przecież żeby się tego dowiedzieć, musiałbym odwołać się do historii dawnej! Proszę więc pamiętać, żeby trzymać się tylko historii najnowszej. Uczymy wszystkiego od roku 1800, nigdy nie dotykamy historii Rotherweird, zresztą i tak jej pan nie zna. No dobrze, zatem czy przyjmuje pan posadę, czy potrzebuje jeszcze pięciu minut do namysłu?

Oblong nie miał najmniejszych szans na pracę w innym miejscu i mocno wierzył w stary slogan, że dobry dyrektor nigdy nie prowadzi złej szkoły. Przyjął ofertę.

Splendido! — zawołał Rhombus Smith, ściskając mu rękę. — Moje motto brzmi: nauczyciele nauk ścisłych uczą, a humaniści cywilizują. Czyż to nie jest prawdziwe?

Oblong słabo kiwnął głową, podczas gdy dyrektor szkoły przejrzał kilka mebli, w końcu znalazł dwa cynowe kufle i dużą butlę z naklejką: „Zadziorna osobliwość starego Ferdy’ego”.

— Warta w rogatce to paskudna służba. To pomaga im nie zwariować.

Piwo faktycznie zapadało w pamięć swoim ziemnym, pełnym tonów smakiem. Rhombus Smith uniósł w toaście swój kufel.

— Za pana szczęśliwą przyszłość w szkole Rotherweird!

— Za moją szczęśliwą przyszłość — powtórzył mechanicznie nieprzekonany Oblong.

Dyrektor otworzył okno i wyjrzał. Przez jego zawsze aktywny umysł — skutek uboczny ekscentrycznej, fotograficznej pamięci — przeleciały wspomnienia fragmentów literatury opisujące mgłę.

— Kto według pana najlepiej pisał o pogodzie? — zapytał, zamykając okno.

— Szekspir.

— Ja wolę Conrada. Ludzie morza naprawdę potrafią zrozumieć pogodę. A pana ulubiony fragment?

Oblong zawahał się.

— Może słowa Marka Twaina: Klimat jest tym, czego się spodziewamy, a pogoda — tym, co dostajemy.

I tak rozpoczęła się rozmowa o literaturze, podczas której Oblong poczuł sympatię dla pasji dyrektora do dziewiętnastowiecznej powieści angielskiej. Pomiędzy cytatami Rhombus Smith przekazał mu jeszcze inne informacje. Oblong miał uczyć w szkole dla uczniów miejscowych, tylko z miasta i okolicy.

— Zapewne znajdzie pan więcej talentów, niż się pan spodziewa… będzie pan musiał mocno się postarać — dodał dyrektor.

Oblong zastał Borisa i omnibus w tym samym miejscu, w którym ich zostawił.

— Czyli dostał się pan.

— Skąd pan wie?

— Z tego niepewnego, ale sprężystego kroku.

Pod górę Boris pedałował z mniejszym zacięciem, tłoki poruszały się bardziej leniwie, a droga mijała spokojniej, kiedy o mało nie zdarzył się wypadek. Gdy omnibus próbował się zmieścić w ciasnym zakręcie na Dwunastej Mili, z przodu ukazał się duży czarny samochód jadący na pełnych światłach. Boris skręcił gwałtownie i pociągnął za hamulec; omnibus zarzucił i stanął w poprzek drogi. Czarny samochód zahamował z piskiem opon.

— Co to, do licha? — zawołał Boris.

— Rolls — wyjąkał Oblong.

— Nie interesuje mnie, czy to ognisty rydwan proroka Eliasza, w Rotherweird nie jeździ się czymś takim!

Boris podszedł do samochodu. Z pojazdu wysiadł wysoki starszy mężczyzna, który z zadziwiającą gracją ruszył w jego stronę.

— Jak myślisz, po co masz klakson? — odezwał się mężczyzna głosem pozbawionym emocji. Od jego stroju biła ta sama aura bogactwa co od samochodu. — Zjeżdżaj z drogi, bo cię przestawię.

— Przestawisz?

Mężczyzna wrócił do samochodu i ruszył. Boris ledwie miał czas uświadomić sobie, że groźba jest jak najbardziej realna, przerzucił bieg i wycofał się na łąkę, zanim rolls przyśpieszył i minął ich pędem.

Tam, gdzie zwykle na masce znajduje się znaczek srebrnej postaci, Oblong zauważył pozłacaną łasicę.

— Nigdy dotąd, nigdy…

Wróciła normalność. Na drodze czekał już autobus do Hoy, z tym samym niezbyt uprzejmym kierowcą. Pan Oblong pomachał Borisowi Polkowi na pożegnanie. Na odkrywanie Rotherweird jeszcze przyjdzie czas.


Nie interesuje mnie, czy to ognisty rydwan proroka Eliasza, w Rotherweird nie jeździ się czymś takim!

Rodney Slickstone opadł na tylne siedzenie między adoptowanymi rodzicami. Krajobraz wiejski nie przedstawiał sobą żadnych atrakcji, jeszcze mniej pociągała go myśl o kolacji z burmistrzem, jednak samochód zmienił jego nastawienie do sytuacji. Dotyk i zapach skóry, cętkowany wzór wykończenia, deska rozdzielcza i drapieżny pomruk silnika. Jazda tym pojazdem po wiejskich drogach potwierdzała, że warto trzymać się sir Veronala.

Myśli aktorki biegły w inną stronę. Kobieta nie mogła dociec, skąd bierze się tak fanatyczne zainteresowanie jej pracodawcy miasteczkiem Rotherweird. Wszyscy wiedzieli, że to miejsce z innej epoki, a jego mieszkańcy odnoszą się do świata zewnętrznego z irracjonalną wrogością. Nie spodobał się jej chłopiec, nie pociągała perspektywa odgrywania żony sir Veronala, żeby zapewnić adopcję, której cel był równie niejasny. Jednak sama gra na żywo była ciekawa, a rozwój akcji, jak to miasto w dole, wciąż krył się w cieniu.

Boris Polk zaparkował omnibus w jednej z szop na terenie spółki „Polk — Woda i Ziemia” i przez podwórko pośpieszył do swoich pokoi. Był niespokojny. Do Rotherweird bardzo rzadko zaglądali obcy, a kiedy już się to zdarzyło, zachowywali się nerwowo i okazywali miejscowym respekt. Jednak w przeciwieństwie do nich kierowca rolls-royce’a emanował arogancką pewnością siebie. Polkowi przychodziło do głowy tylko jedno wyjaśnienie: właśnie natknął się na nowego właściciela Pałacu, chociaż nie wyobrażał sobie, po co obcy miałby płacić takie pieniądze za nieruchomość w okolicy, w której nikogo nie znał. Powtórne otwarcie Pałacu było powodem do obaw.

Mieszkańcy miasteczka nie mieli pojęcia o przeszłości Rotherweird, ale w okolicznych wioskach sekrety przekazywano z pokolenia na pokolenie. Przychodził mu do głowy zwłaszcza tajemniczy sąsiad właściciela browaru, Billa Ferdy’ego, znany jedynie pod nazwiskiem Ferensen. Na strychu Boris trzymał swojego jedynego i wyjątkowego gołębia pocztowego. Gołąb nazywał się Panjan. Ludzie Snorkela przechwytywali wszelkie wiadomości płynące z miasta, gdyż ratusz bardzo podejrzliwie odnosił się do mieszkańców okolicznych wiosek.

Boris skreślił kilka słów zaadresowanych do Ferdy’ego:

Ferdy, przekaż Ferensenowi: chyba spotkałem nowego właściciela Pałacu — niepokojące przeżycie — Boris.

Zwinął liścik i włożył go do maleńkiego pojemnika, który przytroczył do uprzęży zawieszonej na piersi Panjana. Niepozorny wygląd ptaka nie ujawniał wybitnej inteligencji. Wystarczyło, że Polk szepnął mu imię Ferdy’ego. List nie zawierał prośby o radę ani żadnych instrukcji. Nadawca nie oczekiwał odpowiedzi. Mieszkańcy wsi poważali Ferensena, który jednak nigdy nie przyjeżdżał do miasta, więc niewielu wiedziało o jego istnieniu. Mimo wszystko Boris poszedł spać z lżejszym sercem, gdyż podzielił się swoimi spostrzeżeniami.