Miasteczko RotherweirdTekst

Z serii: Rotherweird #1
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Główne potacie

2  Ilustracje Stara historia

3  Styczeń 1 Rozmowa pierwsza – kobieta 2 Rozmowa druga – chłopiec 3 Rozmowa trzecia – nauczyciel 4 Sprzedaż 5 Oblong próbuje się odnaleźć 6 Dziwne towarzystwo 7 Inny punkt widzenia 8 Zaczyna się szkoła Stara historia

4  Luty 1 Odkrycie Slickstone’a 2 Odkrycie Oblonga 3 Odkrycie Haymana Salta 4 Zaproszenia 5 Otwiera się czarna płytka 6 Sir Veronal urządza wyjątkowe przyjęcie 7 Sprawozdanie 8 Zemsta i przebaczenie 9 Gwiaździsta noc Stara historia

5  Marzec 1 Uczniowie i regaty 2 Nieoczekiwany wynik 3 Niebezpieczna gra Stara historia

6  Kwiecień 1 Wyjątkowa sprawa 2 Zlecenie 3 Sir Veronal przechodzi do czynu 4 Oblong szuka swojej muzy 5 Ostatnie pożegnanie 6 Gorhambury znajduje sobie misję 7 Finch podejmuje decyzję 8 Valourhand dokonuje odkrycia 9 Objawienie 10 Bezwład 11 Dziwne spotkanie Stara historia

7  Maj 1 Majówka 2 Potworne spotkanie 3 Ogień i woda 4 O wieżach i tunelach 5 Escutcheon Place 6 Poranek po katastrofie 7 Kamienie i płytki Stara historia

8  Czerwiec 1 Gawgy powstaje 2 Strimmer dokonuje wyboru 3 Fanguin znajduje sobie hobby 4 Otwarcie i zamknięcie 5 Valourhand rusza na poszukiwania 6 Orelia rusza na poszukiwania 7 Sir Veronal rusza na poszukiwania 8 Podróże równoległe 9 Starzy przyjaciele 10 Metamorfoza 11 Wracają animozje 12 Nemezis 13 Sztuka gra rolę

9  Lipiec Stara historia 1 Nie ma jak w domu 2 Pytania i odpowiedzi

10  Podziękowania

Tytuł oryginału

Rotherweird

Copyright © 2017 Andrew Caldecott

Illustrations © 2017 Sasha Laika

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j.,

Poznań 2020

Projekt graficzny okładki

Szymon Wójciak

Redakcja

Magdalena Wójcik

Skład i łamanie

Paweł Uniejewski

Studio graficzne Pixelnoiz

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.


Dla Rosamond

Główne potacie

GŁÓWNE POSTACIE

Obcy zAnglii

Robert Flask — historyk

Jonah Oblong — historyk

sir Veronal Slickstone — biznesmen i filantrop

lady Imogen Slickstone — jego „żona”

Rodney Slickstone — ich „syn”

Miasteczko Rotherweird

Aggs — sprzątaczka

Angie Bevins — uczennica

Deirdre Banter — właścicielka sklepu z antykami „Błyskotki i Bibeloty”

profesor Vesey Bolitho — astronom i szef naukowy Wieży Południowej

Collier — uczeń

Godfrey Fanguin — były nauczyciel biologii

Bomberka Fanguin — jego żona

Marmion Finch — herold miejski

Gorhambury — sekretarz miejski

Gregorius Jones — kierownik wychowania fizycznego w szkole Rotherweird

Boris i Bert Polkowie — właściciele spółki „Polk — Woda i Ziemia”

Orelia Roc — siostrzenica pani Banter, sprzedawczyni w „Błyskotkach i Bibelotach”

Hayman Salt — główny ogrodnik miejski

Rhombus Smith — dyrektor szkoły w Rotherweird

Sidney Snorkel — burmistrz

Cindy Snorkel — jego żona

Hengest Strimmer — szef naukowy Wieży Północnej

Angela Trimble — woźna szkolna

Mors Vallet — przedsiębiorca pogrzebowy

Vixen Valourhand — nauczycielka nauk ścisłych z Wieży Północnej

Mieszkańcy wsi w okolicy Rotherweird

Bill Ferdy — piwowar i właściciel „Esencji Wędrowca”

Megan Ferdy — jego żona

Ferensen bliski — wędrowny sąsiad Ferdych

Ned Guley — uczeń

Elżbietanie

Calx Bole — służący Wyntera

Hubert Finch — pierwszy herold Rotherweird

sir Robert Oxenbridge — konstabl z londyńskiej Tower

Geryon Wynter — mistyk

Thibo Fortemain — cudowne dziecko

Master Malise — cudowne dziecko

 

Hieronymus Wizjoner — cudowne dziecko

Morval Wizjonerka — cudowne dziecko

Ilustracje

ILUSTRACJE

Punkt mieszania

Oblong pod dębem „To jest Dwunasta Mila, to jest dolina Rotherweird, należy się sześć funtów.”

Rolls-royce vs. omnibus „Nie interesuje mnie, czy to ognisty rydwan proroka Eliasza, w Rotherweird nie jeździ się czymś takim!”

Stracona Mila „Przed oszołomionymi oczami nauczyciela litery na tablicy rozpływały się i skakały.”

Salt spotyka Feroxa „Sum Ferox.”

Stracona Mila, flora, część 1 „Jak grzyby na suchych drzewach, tylko z oczami i zębami.”

Księga przepisów rzymskich „…groteskowe stwory, które tańczyły na marginesach. Jedne miały ogony, drugie pazury, jeszcze inne skrzydła.”

Golec piaskowy „To stworzenie nie z tego świata.

Wielkie Regaty „…wciągnęła wszystkie korakle, spiętrzyła w jedną masę i po chwili rozrzuciła na różne strony.”

Stracona Mila, flora, część 2 „Może to wynik nieudanego eksperymentu”

Płonąca wieża i Hydra „Obudzić Hydrę!”

Gawgy „…po godzinie zaś Gawgy doszedł do wprawy w unikach i obronie.”

Box Street „Gdyby Box Street była istotą żywą, byłaby stara, oślepła, zgarbiona i dotknięta astmą.”

Salt w bańce „Ptaki także zniknęły.”

Czaszka „Ferox – requiescat in pace.”

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Stara historia

Stara historia

Luty 1558. St. James’s Palace w Londynie

„Jedna sroka na żałobę”, jak w dziecięcej rymowance. Królowa Maria Tudor wygląda jak sroka: czarna suknia, kredowobiała twarz, we włosach perły jak krople deszczu — przyjęła postawę kobiety ciężarnej, z prawą dłonią położoną płasko na dużym brzuchu. Wie, że nosi w sobie martwe dziecko, jeśli w ogóle jakieś nosi.

— To niemożliwe.

Na wypolerowanym stole leży kawałek pergaminu — to sporządzone przez jej prywatnego sekretarza streszczenie dziesięciu raportów z różnych zakątków królestwa. W ciemności kryje się dworzanin bez twarzy, widać tylko plamę koronki i aksamitu. W pałacu panuje atmosfera jak w kostnicy.

— Sam widziałem raporty, Wasza Wysokość.

— I uważasz, że to powód do radości?

— To angielscy chłopcy… i angielskie dziewczęta. Spadło na nas błogosławieństwo złotego pokolenia.

— Wszyscy urodzili się w odstępie paru dni. Nie uważasz, że powinno nas to zaniepokoić?

— Według niektórych to cudowne wydarzenie, Wasza Wysokość.

— To pomiot szatana.

„Wynaturzone istoty” — myśli. Zesłane po to, by kpić z jej niepłodności, wystawić na próbę jej wiarę. Ich talenty do nauk ścisłych, filozofii, alchemii i matematyki wydają się wręcz groteskowe w tak młodych umysłach. Cudowne dzieci — co za okropne sformułowanie. Królowa rzuca okiem na listę nieznanych imion: siedmiu chłopców, trzy dziewczynki.

— Umieść ich gdzieś, gdzie nie wyrządzą szkody — dodaje.

— Tak jest, Wasza Wysokość.

— Znajdź jakąś wyspę o surowym klimacie i wyślij ich tam. Nie wolno ich uczyć ani rozpieszczać.

— Tak jest, Wasza Wysokość.

Dworzanin wycofuje się z komnaty. Wie, że królowa umiera; od dam dworu towarzyszących jej w apartamencie prywatnym dowiedział się, że królowa symuluje ciążę. Trzeba znaleźć schronienie, w którym dzieci te będą mogły się uczyć i dojrzewać z dala od zazdrosnego wzroku majestatu. Porozmawia z sir Robertem Oxenbridge’em, to człowiek bywały w świecie i konstabl londyńskiej Tower, gdzie obecnie przebywają uzdolnione dzieci.

Drepcze pośpiesznie mrocznymi korytarzami, niczym szczur biegnący za zapachem sera.

Sir Robert obserwuje dzieci bawiące się na trawie niedaleko przydzielonej im kwatery w wieży Lanthorne, części Tower, po czym ogląda dziwną zbieraninę przedmiotów zabranych z ich pokoi: liczydła, szkice fantastycznych maszyn, wykresy ruchu planet, książki, których nie zrozumiałaby większość tutejszych dorosłych więźniów, a co dopiero dwunastolatki, oraz dwa drewniane koła połączone osią z nawiniętym na nią sznurkiem.

Strażnik wieży bierze ostatni przedmiot.

— Wymyśliła to jedna z dziewcząt. Daje sporo radości, ale wymaga dużej wprawy. — Unosi rękę, po czym opuszcza ją leniwie, a połączone kółka w cudowny sposób wspinają się po sznurku i opadają, za każdym razem idąc wyżej, aż dotykają palców trzymającego je mężczyzny.

Sir Robert próbuje dokonać tego samego, ale w jego niedoświadczonej dłoni drewniane kółka podskakują na końcu sznurka i uparcie nie chcą się po nim wspiąć. Mimo to jest zafascynowany.

— Mają jeszcze coś takiego — dodaje strażnik, pokazując tablicę, do której przypięto rozcięte ciała dwóch nietoperzy, by ukazać organy wewnętrzne. Z ich ciał zwisają na nitkach karteczki z opisami.

— Nie jest to ładny widok, ale to przecież droga do postępu medycyny — odpowiada sir Robert, sam nie do końca przekonany o słuszności swoich słów.

— Panicz Malise jest inny. Pamiętasz panie, jeden wąż w rajskim ogrodzie wystarczył. — Strażnik wskazuje trawnik; sir Robert widzi, że chłopiec stojący na uboczu różni się od reszty. Jego postawa nie wynika z nieśmiałości, lecz z wrodzonej arogancji.

Konstabl przypomina sobie zdanie królowej o pomiocie szatana, jednak zabawny wynalazek — kółka na sznurku — przekonuje go. Poza tym po śmierci królowej nowa władza nie będzie przychylnie patrzeć na marnotrawienie talentów z powodu przesądów. Sir Robert wraca myślami do starego przyjaciela, sir Henry’ego Grassala, wdowca i człowieka życzliwego wszystkim. Sir Henry jest właścicielem domu położonego w jednej z najgłębiej ukrytych dolin Anglii, poza tym ma dość pieniędzy, odpowiednie wykształcenie, czas i chęci, by zapewnić dzieciom schronienie i, co nie mniej ważne, edukację.

Jak przystało na weterana wojennego, już planuje strategię. Nawet chora królowa ma jeszcze szpiegujące dla niej oczy i uszy.

Kwiecień 1558. Droga poza miastem, w lesie

Jest wczesny poranek na małej drodze łączącej się z traktem głównym. Pojawia się na niej kryty wóz ciągnięty przez jednego niczym nieozdobionego konia. Przystaje. Z wozu zostają spuszczone stopnie. Wynurzają się z niego ubłocone dzieciaki: siedmiu chłopców i trzy dziewczynki. Skupiają się ciasno, żeby grzać się nawzajem. Przez baldachim liści przebijają się pojedyncze promienie słońca. Każde z dzieci ściska w dłoni srebrny pens z wizerunkiem królowej i jej zagranicznego króla oraz dewizą: „PZMDG Rosa sine spina — Filip i Maria, z łaski Bożej, róża bez kolców”.

Nadjeżdża drugi wóz, bardzo różniący się od pierwszego. Szczeliny w jego bokach są wypolerowane do połysku, koła umocnione żelaznymi obręczami, uprząż z doskonałej skóry łączy aż cztery konie. Wóz przystaje po przeciwnej stronie polany, z niego też wysuwają się stopnie, którymi schodzi dziesięcioro dzieci — ale w przeciwieństwie do tych z pierwszej grupy mają czyste twarze i dobrze skrojone ubrania. Jak dwie drużyny z przeciwległych światów, które przypadkowo spotkały się w tej samej grze, dzieci mierzą się badawczo wzrokiem. Sir Robert wskazuje jeden, potem drugi wóz, każe grupom przejść na drugą stronę polany. Dzieci rozumieją polecenie i jego cel, chociaż żadne z nich nie uświadamia sobie głębszego powodu zamiany.

To nie jest misja, do której bierze się obcych. Woźnica walczył wraz z sir Robertem Oxenbridge’em we Francji i ślepo ufa swemu byłemu kapitanowi, lecz nigdy nie słyszał dzieci rozmawiających w ten sposób, wymieniających skomplikowane szeregi liczb, obco brzmiące nazwy figur, poruszających nawet temat ciał niebieskich. Mężczyzna żegna się, niepewny, czy jego nowi pasażerowie są przekleństwem, czy błogosławieństwem.

Sir Robert, jadący obok, zauważa ten gest, ale wciąż uważa dzieci za dobre istoty, może oprócz chłopca o zainteresowaniach chirurgicznych. Panicz Malise ma oczy zupełnie pozbawione radości.

Zjeżdżają stokiem do doliny. Oxenbridge wskazuje dno w oddali. W powietrzu unosi się pióropusz dymu.

— Dym z komina bogacza — odzywa się, wiedząc, że to inny dym niż z obozowego ogniska. — Z najwyższego komina w Pałacu Rotherweird. Tam jedziemy.

Uśmiecha się do woźnicy. Czy kiedykolwiek doszło do subtelniejszej zdrady stanu?

Styczeń

1

Rozmowa pierwsza – kobieta

1 Rozmowa pierwsza – kobieta

— Warunki jak zwykle?

Jej nieregularny pracodawca rzadko zniżał się do odpowiedzi bezpośrednio na pytanie. Szczupłymi palcami zabębnił o blat stołu.

— Dalej i na dłużej niż zwykle.

— Czas to nie problem — odparła aktorka. — Dla kobiet w moim wieku już nie pisze się ról.

Ten człowiek wciąż ją odstręczał — nienaturalna białość skóry, bezlitosne oczy — ale praca u niego wiązała się z wieloma korzyściami, nie tylko pieniężnymi. Aktorka spędziła już kiedyś czas na jachcie, a raczej pływającym pałacu, na Morzu Południowochińskim, w domku w Dolomitach i w pałacu we Florencji. To wszystko należało do niego, słyszała, że ma więcej takich posiadłości. Zwróciła uwagę na drugie słowo.

— Powiedziałeś „dalej”?

— Bardzo daleko, ale w Anglii. — Kobieta poczułaby się rozczarowana, gdyby nie nacisk, z jakim jej odpowiedział, i zaskakujący pomysł, że w Anglii też można znaleźć naprawdę odległe miejsca. — Zachowujesz dyskrecję. Robisz wrażenie na miejscowych. To wszystko.

Aktorka uśmiechnęła się. Robienie wrażenia było jej drugą naturą.

— Ta sama rola, te same stroje?

— Oczywiście.

W tym miejscu rozmowa zwykle się kończyła, ale kobieta nie mogła się powstrzymać, by nie zadać bardzo istotnego pytania:

— Gdzie w Anglii?

— Rotherweird.

Nie potrafiła ukryć zaskoczenia.

— Ale oni nikogo nie wpuszczają. Trzymają się na uboczu, różnią od reszty świata.

— Zatem jestem wyjątkiem.

— Zapewne dzięki pieniądzom.

— Racja. Konserwatorzy szkła, drewna i stiuków nie są łatwo dostępni. Przygotuj się na rolę pani domu z epoki elżbietańskiej. — Wstał, nie kończąc. Tym gestem dał jej do zrozumienia, że nie powinna zadawać więcej pytań. — Jedna sprawa: umiesz odgrywać macierzyństwo?

„Odgrywać macierzyństwo” — zaskakująco dobierał słowa. Kobieta kiwnęła głową, wiedząc, że jej uroda nie robi na nim wrażenia. Między nimi zawsze istniały tylko interesy.

Mężczyzna zimną lewą dłonią złapał ją za rękę. Miał nadgarstek jak ptak, ale uścisk żelazny.

— No to załatwione — powiedział, podając jej czek z zaliczką. To była kolosalna suma za udawanie przed ludźmi żony, której nigdy nie miał.

2

Rozmowa druga – chłopiec

2 Rozmowa druga – chłopiec

Chłopiec stał przed stacją Vauxhall, przed sobą mając most, od którego dzieliła go kilkupasmowa ulica, światła i przystanki autobusowe. Była szósta dwadzieścia rano, przeraźliwie zimno i wciąż ciemno — zdąży na czas. Chłopiec włożył dłoń do kieszeni i przesunął palcami po ukrytym w niej sprężynowcu. Jeśli ten, z którym się umówił, okaże się zboczeńcem, zapłaci za to.

Nie zwracając uwagi na przejście podziemne, chłopiec przesadził barierki. W kierunku stacji niepewnym krokiem szedł jakiś gość w garniturze, mocno wczorajszy. Na widok wypchanej kieszeni marynarki chłopiec przez chwilę zastanawiał się, czy go nie zaatakować, ale w końcu odrzucił tę myśl. Był sam na nieznanym terenie.

 

Narysowana ręcznie mapka prowadziła go do nadrzecznych mieszkań na zachód od mostu. Po przyjściu na miejsce notatka nakazywała mu nacisnąć literę „P”. Chłopiec zmierzył wzrokiem budynek — naprawdę elegancki. Obawiał się, że „P” oznacza parking, a nie miał ochoty wsiadać do samochodu z nieznajomym — jednak „P” oznaczało najwyższy srebrny w rzędzie guzik przy drzwiach. Niepokój chłopca zamienił się w dreszcz oczekiwania — oto pojawiła się przed nim okazja. Wypatrzył go ktoś bogaty. Świat zapewne uznał go za ofiarę własnego pochodzenia, ale chłopiec nie miał zamiaru być niczyją ofiarą; był sobą, siłą przemierzającą świat. Jednak taka etykieta czasami się przydawała — jak teraz, kiedy zapewne kolejny głupiec będzie próbował go uleczyć.

Chłopiec nacisnął guzik; z głośnika odezwał się łagodny głos.

— Idź do windy. Tam też naciśnij guzik z literą „P”.

Rozległo się kliknięcie otwieranych drzwi. Dotąd chłopiec bardzo rzadko spotykał na swojej drodze windy, a kiedy już się jakaś trafiła, najczęściej nie działała. Służyły one za miejsca spotkań, handlu i malowania graffiti. Ta winda miała dywan, w którym tonęły buty, a na ścianie kryształowe lustro. Jechała bezgłośnie, nie czuło się jej ruchu, tylko numery kolejnych pięter zapalały się i gasły.

Chłopiec wyszedł z windy i otworzył usta, kiedy jego oczom ukazał się olśniewający widok: nad rzeką rozlewało się blade światło, a miasteczko zaczynało się budzić. Ruch na ulicy zgęstniał, pokazały się rowery. Nad stołem przed nim wisiał obraz przedstawiający tę samą rzekę w świetle wieczoru; mała mosiężna tabliczka na ramie głosiła: „Monet 1901”. Stojąca poniżej żaba z brązu gapiła się prosto przed siebie.

Chłopiec miał prawo do niepokoju. Ktoś go obserwował. Wysoki mężczyzna pochylony nad lunetą miał bardzo jasną skórę albinosa, krótko przycięte srebrzyste włosy i wysokie czoło. Jego twarz znaczyły delikatne zmarszczki, jakby oznaki wieku powstrzymywały wyszukane zabiegi. Ręce miał długie, niemal kościste, o zadbanych paznokciach. Luźna marynarka w stylu indyjskim, ciemne spodnie i jedwabna koszula bez kołnierzyka pasowały do swobodnej elegancji penthouse’u. Chłopiec nie zdawał sobie z tego sprawy, ale mężczyzna sam dobrał wyposażenie mieszkania. Nie pochwalał bogaczy polegających na guście architektów wnętrz.

Mężczyzna wypolerował soczewki lunety, zasłonił je i odwrócił się do obrazu z kamer. Chłopiec jest nieokrzesany, ale o obiecującej budowie ciała i twarzy. Mężczyzna wcisnął guzik interkomu.

— Wprowadźcie go. I zabierzcie mu nóż.

Młody mężczyzna rozbroił gościa bez żadnego wysiłku; chłopiec wiedział, kiedy lepiej ustąpić. Wprowadzono go do gabinetu, w którym przy bocznej ścianie na szklanym stole stały rzędem komputery. Nowoczesny wystrój uzupełniały przedmioty i obrazy, które nic mu nie mówiły oprócz tego, że na pewno kosztowały fortunę. Gospodarz podniósł się szybko z fotela; na widok jego twarzy chłopiec zrewidował swoje wcześniejsze przypuszczenia: to nie żaden filantrop. Miał bezlitośnie wykrzywione usta.

Wytrącony z równowagi próbował nadrabiać śmiałością.

— Co mam zrobić?

Przywykł do mierzenia się wzrokiem z innymi — prawnikami, sędziami, psychiatrami dziecięcymi, pracownikami opieki, policjantami, rywalami, którzy stawali mu na drodze — ale nie potrafił wytrzymać spojrzenia tych pozbawionych emocji oczu. Co gorsza, mężczyzna się nie odzywał. Zwykle chłopiec stykał się z ludźmi, którzy od razu przechodzili do rzeczy: dwadzieścia funtów, dwa kilogramy, winny czy niewinny, kogo pociąć… zwykłe rozmowy biznesowe.

W końcu mężczyzna wydobył z siebie głos, stanowczy jak uścisk ręki.

— Napijesz się czegoś?

— Nie przyszedłem tu pić.

— Dla mnie kawa — powiedział starszy mężczyzna — nie za słodka. A dla naszego przyjaciela makaroniki. Bez napojów.

Asystent wyszedł z pokoju.

— Cieszę się, że przyszedłeś — mówił dalej mężczyzna.

— Co mam robić?

— Usiądź, proszę.

Chłopiec usiadł, przy okazji zauważając, że podłokietniki krzesła były wykończone głowami drapieżników.

Mężczyzna przyjrzał mu się badawczo, po czym, wyraźnie zadowolony, nagrodził go cieniem uśmiechu.

— Co masz robić? Trafne pytanie. Możesz to nazwać bardziej rolą do odegrania niż zadaniem do wykonania.

Chłopiec nie znosił uprzejmych wstępów. Jego nozdrza rozszerzyły się lekko, kiedy dotarł do niego lekko oleisty zapach włosów mężczyzny.

— Masz do odegrania rolę. Rozumiesz?

— Nie wiem, o co biega.

Mężczyzna uniósł listę wyroków chłopca. Zawierała ona nazwę sądu, datę, przestępstwo i wyrok.

— Oszustwa, fałszerstwa, wyłudzenia…

Lista miała kilka stron. Stanowiła niechlubną mieszaninę oszustwa i agresji.

Chłopiec postanowił zagrać ofiarę.

— Takie życie. Nie miałem wyjścia, co nie?

— Miałeś, ale dałeś się złapać.

Teraz już było jasne: mężczyzna chce skorzystać z jego usług, a nie go nawracać.

— No to czego pan chce?

— Straciłem coś rzadkiego, o wielkiej wartości. Wystarczy ci tylko wiedzieć, że zabrano mi to dawno temu.

— No to musi pan zapłacić.

— Ja nic nie muszę.

Wszedł asystent z tacą; w pokoju rozniósł się zapach świeżo pieczonych makaroników. Chłopiec złapał jedno z ciastek, po nim uczynił to samo gospodarz — z powolną, swobodną elegancją.

— Jeśli nie ma pan pieniędzy… — przerwał chłopiec z pełnymi ustami.

Stary mężczyzna niewzruszony popijał powoli kawę.

— Odrzucasz moje warunki, zanim jeszcze je poznałeś?

Chłopiec zagryzł wargi.

— No to ile? — zapytał.

— Tyle, ile trzeba dla mojego syna.

Mojego syna! Chłopiec przełknął przekleństwo. Może jednak…

— Czyli ile?

— Tysiące.

Chłopcu przyszło do głowy wyrażenie z wyższych sfer: „syn i spadkobierca”.

— Ma pan inne dzieciaki?

— Niestety moja żona i ja nie dostąpiliśmy tego błogosławieństwa.

Czyli chce syna — ale dlaczego wybrał jego?

— A mój kurator?

— Papiery adopcyjne są przygotowane. Musisz je tylko podpisać.

— I tyle zachodu, żeby znaleźć… co właściwie?

Mężczyzna zignorował pytanie.

— Dostaniesz nową tożsamość: nowe imię, ubrania i głos.

Biorąc pod uwagę, że jeszcze kilka chwil temu gospodarz nie mówił nic konkretnego, teraz rozmowa nabrała niepokojąco szybkiego tempa.

— A jeśli odmówię?

— Jak odmówisz, to się przekonasz, co to oznacza.

— Będziemy tu mieszkać?

— Przez miesiąc czy dwa, musimy cię poduczyć, a potem jedziemy do małego miasteczka. Nigdy nie wyjeżdżałeś poza Londyn. Doświadczenie to też władza, Rodney.

— Rodney?

— Rodney do niego pasuje, nie uważasz? — zwrócił się mężczyzna do asystenta i dodał: — Tylko trzeba nad nim popracować.

— Tak, sir Veronalu, w rzeczy samej — poświadczył asystent.

Sir. Sir Veronal — chłopiec nigdy dotąd nie poznał nikogo z tym tytułem — w ogóle nie słyszał nazwiska „Veronal”.

— Po co pan to robi? — zapytał.

— Jestem filantropem — wyjaśnił sir Veronal. — Daję innym, co mogę.

„Ale i bierzesz, ile możesz” — pomyślał chłopiec.

— A kiedy przedstawiam hojną propozycję, oczekuję odpowiedzi.

Oferta nie wymagała namysłu, jednak chłopiec miał głęboko zakorzenioną potrzebę zwycięstwa.

— Może się zgodzę, jeśli mi pan powie, czego mam szukać.

Zmarszczki na twarzy sir Veronala na mgnienie oka przybrały wygląd blizn.

— To coś, co zawsze będziesz miał, nawet jeśli zniknie. Mnie to ukradziono. — Sir Veronal wstał. — Oczywiście są pewne warunki. Agresja to zwykle przyznanie się do porażki. Jak to piszą na lekarstwach: stosować według zaleceń. I pamiętaj, wynajmuję cię po to, żebyś słuchał: w szkole, na ulicy, wszędzie.

— W szkole?

— Dzieci wiedzą więcej, niż przypuszczają dorośli, ale brakuje im dyskrecji. — Sir Veronal uśmiechnął się; na razie słowo „dyskrecja” było dla chłopca zbyt trudne. — Czyli nie wiedzą, kiedy lepiej się nie odzywać. Musisz do perfekcji opanować sztukę wślizgiwania się w każde towarzystwo.

Do pokoju lekko wkroczyła piękna kobieta, wysoka, w średnim wieku, o marmurowo białej skórze i ciemnych włosach, przytrzymywanych złotą przepaską. Jej oczy miały odcień fioletu. Kobieta stała tak, jakby specjalnie ćwiczyła się w eleganckich pozach.

Przemówiła cicho, ale wyraźnie i czysto.

— Witaj w domu, Rodneyu.

— Lady Imogen — przedstawił ją sir Veronal.

Rodney z wahaniem wyciągnął dłoń. Sir Veronal pozwolił sobie na kolejny uśmiech. Nieposkromiony źrebak został ujarzmiony.

— Chcemy angielskiego chłopca z dobrego domu, z klasą, ale bez ostentacji. Najpierw musimy cię odpowiednio ubrać, potem popracujemy nad twoim głosem.

Chłopiec posłusznie skinął głową. Jego dobroczyńcy najwyraźniej oszaleli, a on może na tym tylko zyskać. „Po prostu tańcz, jak ci zagrają” — powiedział sobie. „Tańcz, jak ci zagrają”.