Małe rączki

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału hiszpańskiego: Las manos pequeñas

© Andrés Barba, 2008

© EDITORIAL ANAGRAMA, S. A., 2008

Pedró de la Creu, 58

08034 Barcelona

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Filtry, 2021

Copyright © for the Polish translation by Katarzyna Okrasko, 2021

Projekt okładki: Marta Konarzewska / Konarzewska.pl

Ilustracje: Marta Konarzewska / Konarzewska.pl

Opieka redakcyjna: Ewa Wieleżyńska

Redakcja: Ewa Polańska / Pracownia 12A

Korekty: Pracownia 12A

ISBN 978-83-960609-1-4

Wydawnictwo Filtry sp. z o.o.

ul. Filtrowa 61 m. 13

02-056 Warszawa

e-mail: redakcja@wydawnictwofiltry.pl

www.wydawnictwofiltry.pl

Skład i konwersja do eBooka: Jarosław Jabłoński / jjprojekt.pl

Dla Mariny i Teresy, które były dziewczynkami jasnymi i mrocznymi, zupełnie jak te

I dopiero kiedy lalka była tak zdeformowana, że przestała przypominać ludzkie dziecko, dziewczynka zaczęła się nią bawić.

Anonyma, Kobieta w Berlinie

CZĘŚĆ PIERWSZA

Jej ojciec zginął na miejscu, a matka umarła w szpitalu. „Tata zginął na miejscu, a mama jest w śpiączce”, tak właśnie brzmiało zdanie, które usłyszała Marina, to pierwsze, które usłyszała. Mogła niemal położyć dłoń na wszystkich wypukłościach tej frazy, frazy brzemiennej w skutki i niezrozumiałej.

„Tata zginął na miejscu, a mama jest w śpiączce”.

Usta, które wymawiają to zdanie, nie zatrzymują się ani na chwilę. Rozbrzmiewa szybko i sucho. Dociera do uszu na tysiąc różnych, zupełnie nieprzewidzianych sposobów, czasem bez ostrzeżenia. Jak deszcz, który niespodziewanie pada na pola. Marina nauczyła się wypowiadać je, nie okazując smutku, tak jakby przedstawiała się nieznajomym, jakby mówiła: mam na imię Marina i mam siedem lat, „Mój ojciec zginął na miejscu, a matka umarła w szpitalu”.

Jej wargi nie poruszyły się prawie wcale, kiedy skończyła mówić, zamarły w bezruchu, warga górna nieco wysunięta nad dolną. Ale to nie jest żaden grymas. Kiedy wypowiada to zdanie, czasem jest powolne, jakby przychodziło z daleka. Jakby to ono wybrało ją, a nie ona wybrała zdanie. Dziwny powrót do domu i do przedmiotów, które na ten dom się składały. Pachnie. Wymiar zdania strzela w górę, rozpryskuje się wokół, zagęszczając atmosferę. Staje się rzeczą. Rzeczą raz na zawsze ukrytą, dlatego trzeba powiedzieć:

„Mój ojciec zginął na miejscu, a matka umarła w szpitalu”, i wrócić przez tę myśl do innej, prawdziwej, powolnej myśli o wypadku. Nie ma nic powolniejszego, nic bardziej kruchego. Najpierw był to odgłos szosy pod kołami, głuchy, morski odgłos szosy i dotyk tylnego siedzenia, w którym z początku wcale nie wyczuwało się niebezpieczeństwa.

Sekundę potem wszystko się roztrzaskało. Co takiego? Logika. Jak arbuz o podłogę, za jednym uderzeniem. Zaczęło się od szczeliny na siedzeniu, na którym siedziała, ten dotyk nie był już tym samym dotykiem, uścisk pasów bezpieczeństwa stał się morderczy. Wcześniej, na długo przed kraksą, czuła jak wiele innych razy miękkość siedzenia, tapicerki w bardzo cienkie białe prążki, w których nagle zaszła jakaś zmiana. Głos mamy do taty:

„Nie wyprzedzaj”.

I potem szczelina w siedzeniu, która na powrót pochłaniała głuchy odgłos szosy pod oponami przyspieszającego samochodu.

Uderzenie było brutalne.

Samochód przeleciał nad pasmem zieleni dzielącym szosę na pół, przedachował przez przeciwległy pas ruchu i rozbił się o skały na poboczu. I cała ta scena, którą Marina pamiętała dokładnie jeszcze cztery miesiące po wypadku, rodziła się z prędkości, była czystą prędkością. Nic w niej nie było widać, nie dało się jej zgłębić.

Była też dźwiękiem. Hałasem gwałtownym, choć oddalonym od wydarzenia, które było jego przyczyną. Dźwiękiem pustym i nieciągłym, który wybuchał i natychmiast milkł w oddali, niezdolny się utrzymać ani przetrwać, a jednak towarzyszył samochodowi przelatującemu nad pasem i lądującemu na dachu.


Samochód spadał, a tam, gdzie spadł, przechodził przemianę. Samochód stawał się miejscem. Wówczas jak nigdy wcześniej koniecznie trzeba było odwołać się do zdania. Jakby wyłącznie ono spośród wszystkich, jakimi można by opisać wypadek, miało zdolność utrwalenia tego, co nie mogło zostać utrwalone, co więcej, jakby tylko to zdanie ukazało się spośród wszystkich możliwych, tak bardzo pod ręką, tak łatwo zrozumiałe, żeby unaocznić coś, czego nie dało się poznać.

A po dźwięku cisza. Nie brak dźwięku, tylko cisza. Cisza, która nie była nieobecnością ani zaprzeczeniem, ale czymś pozytywnym, i sprawiała, że to, co przed chwilą było elastyczne i szybkie, stawało się na powrót stałe; metaliczny posmak w gardle, pragnienie.

Marina pamięta, że poczuła pragnienie natychmiast po tym, jak wszystko zamarło. Dojmujące pragnienie, będące częścią ciszy i bezruchu, które nie zostało ugaszone nawet wtedy, kiedy poczuła dłonie rozpinające jej pasy bezpieczeństwa, zobaczyła twarz tej korpulentnej kobiety z włosami pofarbowanymi na blond, usłyszała tamten inny męski głos:

– Nie dotykaj jej głowy, zostaw ją tak, jak siedzi, nie dotykaj jej głowy.

Marina powiedziała:

– Wody.

Powiedziała „wody”, jak myśli się o wodzie, kiedy się odkrywa, że ludzkie ciało jest zbudowane prawie wyłącznie z tej substancji, abstrakcyjnej wody, zastygłej w stanie stałym.

– Kochanie? Wszystko dobrze? Słyszysz mnie?

Korpulentna kobieta z tlenionymi włosami pochylała się teraz trochę bardziej, z butelką w ręku.

Marina widziała wszystkie czarne odrosty na jej głowie, ale nic nie utrwalało się w niej; ani ciecz, którą dali jej do picia, ani metaliczny smak krwi na dziąsłach, ani odrosty korpulentnej kobiety, miała wrażenie, że w środku cała jest z błota, wszystko było takie miękkie, bezkształtne i śliskie.

– Głowę chyba ma całą, za to jest ranna w rękę.

Rozmowa docierała do niej teraz jakby wyciszona. Poczuła dłoń macającą jej kark i schodzącą wolno po plecach, to był jakiś inny człowiek, miał wielkie dłonie, mógłby rozłupać ją na pół, gdyby chciał, a jednak jego dotyk okazał się delikatny.

– Ma drożne drogi oddechowe.

– Jak masz na imię?

– Marina.

– Możesz się ruszać, Marino?

– Tak.

– Spróbuj położyć się na noszach.

Podniosły ją tamte ramiona i po raz pierwszy poczuła ból. Elektryczny impuls, który przebiegł po całym jej tułowiu, a potem ustąpił, zasklepiając się, jak pragnienie. Nie mogła ruszać lewą ręką.

– A to białe, co to jest?

– To żebra.

Uniosła się nieco i zobaczyła wielką ranę: nieruchomą rękę, rozciętą skórę, ciało otwarte jakby jednym cięciem, skóra opadająca obok jak welon, żebra. Trzeba było dokopać się do zdania, które by ją zabliźniło, do zdania, które zdawało się znikać:

– Marino, twój ojciec zginął na miejscu, a twoja matka umarła przed chwilą.

Obok niej leżały lekarstwa przygotowane na ewentualny atak paniki, lecz ten nie nastąpił. Marina wciąż przyglądała się zdaniu, jakby to był samolot odrzutowy, przez całą szpitalną salę śledziła biały ślad po nim. Dziewczynka nie załamuje się, nie płacze, nie reaguje. Stały przy niej trzy osoby, dwie kobiety i mężczyzna, w białych kitlach i czarnych butach, trzy osoby mające ręce, nogi i tę fantastyczną, niemal magiczną właściwość, jaką Marina zawsze przypisywała dorosłym; ale w tych osobach było coś, co ostatecznie zamknęło drogę jakiejkolwiek magii. Oczekiwano od niej, że zrozumie to zdanie. Ale dziewczynka nie płacze, nie załamuje się, nie reaguje. Dziewczynka wciąż żyje na obrzeżach tego zdania. A może po prostu jej inteligentna wyobraźnia wciąż nie chce połączyć w całość czegoś, czego w żaden sposób połączyć się nie da. Zdanie było wciąż wypolerowane i czyste, i powierzchowne, jak buty dorosłych.

– Rozumiesz, co ci powiedzieliśmy?

– Tak.


– Oboje.

– Tak.

Trzeba było odpowiadać na wszystko „tak”, za każdym razem „tak”. „Tak” równie powierzchowne i wypolerowane jak buty. Zaimek i słowo „tak”. Cisza i słowo „tak”. Słowo odklejone od języka, starsze niż język, samotne, czyste, nieskalane.

Marina obudziła się z niejasnym poczuciem, że ma coś do zrobienia, że nie spełniła swoich obowiązków wobec lekarzy, którzy robili obchód dwa razy dziennie, rano i wieczorem. Obowiązków polegających – być może – na okazaniu ludzkich uczuć i odruchów, płaczu, wściekłości, cierpienia. Przez te dwa miesiące rekonwalescencji Marina zanurzała się w spojrzeniach jak w kąpieli. Tylko wtedy, gdy czekała na obchód lekarzy, doskwierał jej brak rodziców, ale w sposób na tyle abstrakcyjny, że nigdy się nie objawił, czuła się jak ktoś, kto znalazł się o krok od zrozumienia jakiegoś zdania, a ostatecznie go nie rozumie. Pozwalała rękom opaść na kołdrę, na rysunek domu, który poleciła jej zrobić psycholożka, to też nie był gest, po prostu opuszczenie rąk było sposobem na złagodzenie intensywnego bólu dłoni spoczywającej na kartce, obok domu, góry i drzewa, na słońcu i puszystej chmurce.

– Bardzo ładnie rysujesz domy.

– Lepiej wychodzą mi drzewa.

– Nauczysz mnie rysować drzewa?

 

– Najpierw trzeba zrobić gruby pień. Potem trzy gałęzie. Wszystko na brązowo. A potem liście, jasnozieloną kredką.

– O tak?

– Mniej więcej, trzeba tylko mniej przyciskać kredkę. Malowałam je wiele razy, dlatego wychodzą mi tak ładnie.

– Zobacz, co ci przyniosłam. Lalkę – powiedziała psycholożka.

Lalka była gęsta i mała. Psycholożka podarowała ją Marinie, żeby w końcu zmienić ją w dziewczynkę.

Na początku to był obłęd. Ona, ze swoimi otwartymi oczyma, oczyma z plastiku, a mimo to wzruszającymi, które otwierały się i zamykały. Żeby się zamknęły, trzeba było przechylić ją i powiedzieć:

– Teraz musisz iść spać, lalko, musisz iść spać, prawda? Bo jest już noc i jesteś bardzo zmęczona, już pora spać, laleczko.

Ona, tam, w łóżku.

Laleczko, powtarzane raz i drugi, lalka czekająca cały czas, żeby ktoś ją uniósł i wziął na ręce, mała przeszłość, mała samotność. Na każdej ręce miała trzy palce. I miała jasnozieloną sukienkę. I namalowane uśmiechnięte usta. I nogi, których nie można było zginać. Przemierzała przestrzeń jak gdyby nigdy nic, z łóżka na blat stolika, z dyskretnej kryjówki łazienki ku nieprzewidywalnej przyszłości okna, zawsze niesiona na rękach Mariny. Pewnego dnia Marina powiedziała:

– Masz na imię tak jak ja, Marina.

Nagle jakby doznała olśnienia:

– Masz na imię Marina.

A jeśli wkrótce Marina, tak samo jak ona, będzie miała coraz mniej wspomnień, zaledwie garstkę wspomnień, nie będzie miała żadnych wspomnień?

– Masz na imię tak jak ja.

Bo tylko lalka nie kłamała. Tylko ona trwała w bezruchu, jakby w połowie długiego życia. Jej spojrzenie było inne, godziny upływały nad nią zawsze przytomne, jakby była wizjonerką; oczy opętane, bez rzęs (popsuły się i nie zamykały, nawet kiedy się ją kładło).

– Teraz już nigdy nie zaśniesz, laleczko, zepsułaś się.

Wcale się jednak nie zepsuła. Patrząc z bliska, widziało się to, czego nie widać było nigdy wcześniej; skórę, rzeczywistość skóry, Marina przyglądała się, zauroczona krzywizną ucha, ust, zakrętem wyrzeźbionym w plastiku, skórą, która pozwalała na siebie patrzeć, zbyt bliską, zbyt rzeczywistą, żeby mogła być prawdziwa. Przybliżała twarz do jej twarzy, wysuwała język, lizała oczy.

– Teraz widzisz jeszcze lepiej.

I widziała coraz lepiej. Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Co by się stało, gdyby Marina posadziła lalkę na parapecie okna, na wiele dni, żeby patrzyła na idących ulicą przechodniów? To proste, w końcu wiedziałaby wszystko i rosłaby coraz większa i większa, aż popękałyby jej szwy na plecach, podobne do szwów na barku Mariny, i ktoś musiałby wyjąć je wszystkie małymi czarnymi kleszczykami.

Zbliżał się dzień, w którym miała opuścić szpital. Psycholożka uprzedziła ją o tym tydzień wcześniej, ale nie wyjaśniła szczegółów. Miała wyjść. Dokąd? Tego nie wiedziała. Na jakąś wyspę. Na jakąś górę. Nad morze. Nie nad morze, tylko nad jakieś morze, wszystko było takie niekonkretne, jakieś miejsca, które nie istniały. To nie strach przed wyjściem ze szpitala paraliżował Marinę, bała się tego miejsca, pofalowanego i wymyślonego, które od razu było przepełnione, zbyt wielkie. Któregoś dnia zapytała psycholożkę:

– Dokąd pójdę?

– Do domu dziecka.

Ale te słowa jeszcze nic dla Mariny nie znaczyły.

Lekarze też przyszli się pożegnać. Przyszli wszyscy naraz, w swoich białych kitlach, wszyscy troje mówili jej, że jest śliczna, uśmiechali się, marionetki, kukiełki, którym się śpieszy i które natychmiast odchodzą, bo mają mnóstwo roboty. Kazali jej kilka razy poruszyć ręką, pytali, czy boli w tej czy innej pozycji.

– Zamieszkasz w nowym domu, zobaczysz, z innymi dziewczynkami. To bardzo piękne miejsce – powiedziała psycholożka.

– Bez rodziców?

– Tak, ale to śliczne miejsce, zobaczysz.

Potem, sekundę później, psycholożki już nie było.

Marina się zsikała. Poczuła, jak ciepły, kwaśny mocz spływa jej po nodze aż do butów, i poczuła wstyd, który też był ciepły: ciemna, mocna, nieuchronna masa. Popłakała się, bo nie mogła się uwolnić od tego ciepłego wstydu. Kiedy psycholożka weszła z powrotem, twarz Mariny była obliczem kogoś, kto przed chwilą doświadczył ogromnego lęku. Psycholożka postanowiła ją pocieszyć. Jej ręka opadła na plecy Mariny, dłoń położona bez przekonania, jak słowa, które przed chwilą wypowiedziała, tak ciężka jak sama wiadomość.

– Zobacz, przyniosłam ci czekoladki. Zrobiłaś siku?

Odpowiedź „tak” wydała się jej zbyt upokarzająca, więc nie odpowiedziała nic.

– Nie płacz, chodź, pójdziemy się przebrać.

Ale wstyd nie malał, pomimo suchych majtek. Był elastyczny, rozciągał się jak mokry odgłos szosy pod kołami samochodu.

Bardzo trudno wyobrazić sobie, czym jest dom dziecka, ona tego nie umiała. A skoro nie umiała, obrazy wypływały pomieszane, pulsujące, nierównomierne jak chrapanie. Żeby je uśpić, patrzyła na lalkę. Ktoś pojechał do jej domu, spakował w pośpiechu walizkę. Były w niej przemieszane ubrania letnie i zimowe.

Marinie płonęły policzki, kiedy samochód zatrzymał się przed wejściem.

– Ładne miejsce, prawda?

Tak, to była prawda.

Ale coś jeszcze, było też wyniosłe. Wznosiło się z dziwną niecierpliwością, jakby nad ogrodem był inny ogród, jakby na planie budynku ktoś wykreślił w powietrzu rysunek; cienka czarna linia na konturach drzwi i okien sprawiała, że dom wyglądał jak wycięty wśród pejzażu.

– Jest ogromny – zauważyła psycholożka.

Ogród budził w Marinie litość objawiającą się w żołądku, miłą, przypominającą bliskość. Litość, w której nie dało się zapuścić korzeni, ale którą mimo wszystko dawało się pokochać. Dom budził w niej strach, jaki czuje ktoś, kto musi się bronić – jakby oboje – ona i budynek – znaleźli się pod władzą tego samego, irracjonalnego tyrana, którego musieli słuchać. Droga dojazdowa od bramy do drzwi sierocińca była wybrukowana, kostkę rozsadzały rośliny i korzenie drzew rosnące wokół czarnego posągu Świętej Anny. Na pierwszy rzut oka widok tej postaci koił. Otwierała ramiona, jakby była gotowa przytulić, matczyne ramiona, chude, a jednak czarne, nieuniknione. Było to widać dopiero z bliska i wtedy ten gest wydawał się gestem dziewczynki, gestem dziecka, negującym wszystko, co miała w sobie jej postać, całą tę starość i czerń. Czarna i dziecinna staruszka.

Tego dnia nie było nikogo; wszystkie dziewczynki były na wycieczce i miały wrócić dopiero nazajutrz. Dyrektorka miała brązową spódnicę i czarne buty ze złotymi klamrami. Chociaż jej usta prawie się nie poruszały, kiedy mówiła, miało się wrażenie, że ciągle się uśmiecha.

– Jesteś Marina, prawda?

– Tak.

– Ja jestem dyrektorką. Mam na imię Maribel. Jesteś bardzo ładna, Marino.

I dziwnie zabrzmiało to słowo, „ładna”, jakby rozpadło się na pół. Cała wypowiedź była wspólnikiem tego czaru przełamanego słowa; pokoje, korytarze, klasa, stołówka, szafy, klown przy drzwiach, który miał czerwone włosy i tablicę na brzuchu, ktoś napisał na niej: „Jutro wycieczka w góry”, to „jutro” musiało być dzisiaj, bo innych dziewczynek nie było, nie było nikogo. Wszystkie pozory sprzysięgły się, żeby przywrócić sens temu słowu, i Marina miała ochotę powiedzieć, że stołówka jest „ładna” i „ładna” jest też klasa, i ustawione w rzędach łóżka. I że „ładna” jest wielką dziurą, która wchłania wszystko.

Na kolację zjadły sałatkę, trzy krokiety i gruszkę. Dyrektorka opowiadała o lekcjach, o zabawach, o innych dziewczynkach, wymieniła ich imiona, jakby recytowała wyuczoną na pamięć listę. W tym imionach nie było jeszcze dziewczynek.

– Słyszałam, że jesteś bardzo grzeczną dziewczynką – powiedziała dyrektorka, kiedy skończyły posiłek.

Marina ucieszyła się, bo znała znaczenie tego słowa. Jego brzmienie i faktura nie wydały się jej obce. Od kiedy padło, obserwowała, jak jej własne ciało wyłania się na powrót, pasek po pasku, nad talerzami i dzbankiem wody, który mógł się stłuc.

– Tak, jestem grzeczna.

– Dziś musisz się położyć wcześnie, żebyś jutro była wypoczęta na przyjazd wszystkich dziewczynek.

Psycholożka i dyrektorka zaprowadziły ją znów do sypialni, szybko ją rozebrały. Marina położyła się bez słowa do łóżka.

– Wiesz, jaki jest najlepszy sposób, żeby szybko zasnąć? Musisz liczyć oddechy, powoli, aż to czerwone światło zrobi się niebieskie.

Drewno szaf było wtedy tylko czymś uwodzicielskim, jak imiona pozostałych dziewczynek, wypisane kolorowymi literkami na pierwszych szufladach: Diana, Marcela, Julia, Sara, María, Ana, Mónica, Teresa, Raquel, Celia, Paloma, Irene.


Wstała z łóżka i położyła na nich rękę. Czy jej imię też napiszą teraz na którejś z szuflad, kolorowymi literami: Marina?

Przeczytała je najszybciej, jak umiała:

Dianamarcelajuliasaramaríaanamónicateresaraquelceliapalomairene.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora