Spełniona fantazja

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Andrea Laurence
Spełniona fantazja

Tłumaczenie:

Anna Bieńkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Znalazłam!

Georgia Adams stała w drzwiach gabinetu, patrząc na siedzącego za biurkiem szefa. Carson Newport podniósł głowę znad rozłożonych papierów, uniósł pytająco brwi i odchylił się do tyłu.

– Co znalazłaś?

Zdusiła rozczarowanie. Inaczej wyobrażała sobie tę chwilę. W torbie miała butelkę schłodzonego szampana, idealnego na świętowanie sukcesu. Ani przez moment nie spodziewała się takiej miny przełożonego.

On naprawdę nic nie kojarzy? Udało się jej znaleźć na rynku nieruchomości coś na miarę świętego Graala. Dokładnie to, czego poszukiwali od tygodni.

– Znalazłam działkę, na której Newport Corporation zbuduje szpital dla dzieci. Szpital upamiętniający Cynthię Newport.

To go poruszyło. Wyprostował się w skórzanym fotelu, przeszył ją bystrym spojrzeniem.

– Mówisz serio?

Uśmiechnęła się. Nareszcie do niego dotarło.

– Bardziej nie można.

– Podejdź bliżej. – Przywołał ją gestem. – Opowiedz mi wszystko po kolei.

Georgia pokręciła głową, skinęła na niego palcem.

– Sam musisz zobaczyć. Idziemy.

Carson zerknął do kalendarza i poderwał się z fotela. Niełatwo było znaleźć odpowiednie miejsce, a sprawa była naprawdę najwyższej wagi. W Chicago niewiele jest wolnych terenów pod takie projekty, w każdym razie nie za rozsądną cenę.

Okrążył biurko, zapinając po drodze marynarkę.

– Prowadź.

Obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę wind.

– Jedziemy twoim samochodem – zastrzegła, przywołując windę.

Carson oparł dłoń o ścianę i popatrzył na Georgię.

– Jesteś szefową public relations. Płacę ci tyle, że stać cię na samochód. A nawet niezły samochód. W garażu wciąż czeka na ciebie zarezerwowane miejsce.

Georgia wzruszyła ramionami. Nie chciała samochodu. Prawdę mówiąc, nie był jej potrzebny. Mieszkała w pobliżu chicagowskiej kolejki, sprawnej i taniej. Nigdy nie miała samochodu, zawsze korzystała z publicznej komunikacji. Dla wielu osób, które przeszły podobną drogę jak ona, kupno samochodu było kamieniem milowym w karierze, dowodem, że w życiu do czegoś doszli. Dla niej to był tylko zbędny wydatek. Bo nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć, i pieniądze mogą być potrzebne.

– Dla mnie jesteś dziewczyną w typie jaguara – mówił Carson, gdy weszli na parking dla pracowników. – Elegancka, atrakcyjna i odrobinę niegrzeczna.

Zatrzymała się przy perłowym range roverze Carsona. Odrzuciła na plecy platynowe włosy, wzięła się pod boki.

– Panie Newport, czy mam zaraportować to do kadr? – Uśmiechem złagodziła groźbę.

– To był komplement. Proszę, tylko nie to. Szefowa działu personalnego przypomina mi wychowawczynię z trzeciej kasy. Była bardzo sroga, wciąż miałem kary.

– Za złe zachowanie?

Błysnął uśmiechem, zielone oczy zalśniły psotnie.

– Możliwe – odparł, zamykając drzwi.

Wykorzystała te dziesięć sekund, nim Carson wsiadł do samochodu, i odetchnęła głęboko. W jego obecności z trudem panowała nad emocjami. Wcale nie dlatego, że był męczącym szefem, przeciwnie. Przystojny, czarujący, bystry i miły w obejściu. Tak jak jego bracia, ale tylko na widok Carsona jej serce wariowało. Komplementy i żarciki były jedynie niewinnym flirtem, doskonale to wiedziała. Przez ten rok, odkąd u niego pracowała, nawet nie tknął jej palcem.

A w głębi duszy bardzo tego chciała. Te idiotyczne mrzonki często nie dawały jej spać, gdy wyobrażała sobie dotyk jego rąk na skórze. Jednak to na zawsze pozostanie w sferze fantazji. Ciężko pracowała, by skończyć studia i wspiąć się po kolejnych szczeblach kariery. Posada w Newport Corporation to spełnienie marzeń. Współpracownicy stali się jej bliscy jak rodzina. Sprawdziła się w pracy, wszystko potoczyło się zgodnie z pragnieniami. Nie chciała tego stracić, nie podejmie ryzyka.

Carson usiadł za kierownicą i opuścił parking. Przebili się przez centrum i po półgodzinnej jeździe znaleźli się na miejscu. Wjechali w boczną żwirową drogę porośniętą trawą. Wysiedli z samochodu i weszli na dużą działkę.

Gdyby wiedziała, że dzisiaj tu przyjedzie, wybrałaby wygodniejszy strój niż ołówkowa spódnica i wysokie obcasy, ale informację o działce dostała dopiero po dotarciu do firmy. Na szczęście ostatnio nie padało, więc grunt był twardy. Działka wyglądała świetnie – w miarę równa, niewiele drzew, czyli mało zachodu z ich usuwaniem, z jednej strony widok na zatokę jeziora Michigan, z drugiej graniczyła z nadbrzeżnym parkiem.

– No więc… – Z trudem dusiła w sobie emocje. Lepszego miejsca nie znajdą. Teren przez lata był nie do ruszenia; dopiero teraz zakończyły się sprawy spadkowe i właściciele zdecydowali się na sprzedaż. Gdyby nie to, już dawno byłoby tu centrum handlowe czy apartamenty. Jeśli Carsonowi działka się nie spodoba, będzie musiała zacząć poszukiwania od nowa. I niepotrzebnie przywiozła butelkę kosztownego szampana. – Co o tym myślisz?

Przez kilka minut stał odwrócony do niej plecami, oglądając teren. Gdy się odwrócił, uśmiechał się szeroko.

– Fantastyczne miejsce. Idealne.

Przeszedł kilka kroków. Z rękami w kieszeniach, jak zwykle sprawiający wrażenie kogoś wyluzowanego. Bardzo to mylące, bo w rzeczywistości stuprocentowo koncentrował się na biznesie. Ci, którzy go nie doceniali, zwykle żałowali poniewczasie.

– Jakim cudem znalazłaś to miejsce?

– Znam człowieka – odparła z uśmiechem.

Już kilka tygodni temu rozpuściła wici, ale odzew przyszedł dopiero dziś. Znajomy ze studiów dał znać o tej działce. Nie była wystawiona na sprzedaż, jeszcze nie. Z rozmowy z właścicielami wywnioskowała, że chcą sfinalizować sprzedaż bez rozgłosu i szybko, najlepiej do końca tygodnia. Jeśli nie dostaną satysfakcjonującej oferty, wystawią działkę na rynek. Newport Corporation musi zadziałać błyskawicznie, by nie dopuścić do sytuacji, że chętni zaczną podbijać cenę.

Carson odwrócił się do niej.

– Znasz człowieka? To mi się podoba.

– Kupujemy? – zapytała. – Nie ma czasu na zastanawianie się. Ktoś sprzątnie nam teren sprzed nosa, to pewne jak w banku.

– Tak, kupujemy. I to szybko. Nawet nie czekajmy na decyzję moich braci. Graham i Brooks z pewnością będą zachwyceni.

Georgia uśmiechnęła się, zdjęła z ramienia torbę. Choć była wystarczająco pojemna na weekendowy wypad, używała jej na co dzień. Wszystko się w niej mieściło. Dzisiaj butelka zimnego szampana i kubeczki.

– Taką okazję należy uczcić – powiedziała.

– Jesteś jak Mary Poppins – zaśmiał się Carson, pochylając się i zaglądając w czeluść torby. – Co jeszcze tam masz?

Sięgnęła do środka i wyjęła dwa czerwone plastikowe kubeczki.

– Niestety nie kryształowe, ale się sprawdzą.

– W sam raz. Wszystkie najlepsze okazje opijałem z takich kubków. – Wziął butelkę i ją otworzył. Korek poszybował w powietrze. Carson napełnił kubki. – Za Szpital dla Dzieci im. Cynthii Newport! – Wzniósł toast.

– Za spełnione marzenie twojej mamy! – dodała.

Skosztowali chłodnego trunku. Widziała smutek, jaki odmalował się w oczach Carsona. Od niespodziewanej śmierci jego matki minęły dopiero dwa miesiące. Odeszła nagle, wcześniej tętniak nie dawał żadnych objawów. Była, a zaraz potem zniknęła. Poza matką bracia nie mieli żadnej rodziny. Wszyscy trzej mocno przeżyli jej śmierć, Carson chyba najbardziej. Postanowił uczcić jej pamięć i zbudować szpital, bo przez ostatnie lata matka z oddaniem poświęcała się pracy charytatywnej na rzecz najmłodszych pacjentów.

– Nie mogę uwierzyć, że to naprawdę się stanie. – Carson odstawił kubek, chwycił Georgię w ramiona i okręcił się z nią radośnie.

– Carson! – Kurczowo objęła go za szyję, lecz zakręcił się jeszcze szybciej.

Gdy wreszcie postawił ją na ziemi, oboje zanosili się śmiechem, leciutko odurzeni szampanem. Georgia bezwiednie wsparła się o tors Carsona i przytrzymała się jego ramion, czekając, aż świat wokół niej przestanie wirować.

– Dziękuję, że znalazłaś to miejsce.

– Też się cieszę. Wiem, jakie to dla ciebie ważne – powiedziała, dopiero teraz spostrzegając, że Carson nadal trzyma ją w pasie. Był najszczuplejszy z trzech braci, lecz ten uścisk dobitnie świadczył, jak mocne mięśnie kryją się pod jego garniturem.

Nagle oboje przestali się śmiać i z napięciem patrzyli sobie w oczy. Usta Carsona były blisko. Czuła na skórze jego ciepły oddech. Tyle razy wyobrażała sobie taką scenę. I za każdym razem Carson ją całował.

Nim zdążyła zdać sobie sprawę z tego, co się dzieje, fantazja się ziściła. Carson pochylił się, odnalazł jej usta. Szampan był dostatecznie mocny, by uciszyć wewnętrzny głos ostrzegający ją przed tym, co robi. Zamiast się opamiętać, zatraciła się w pocałunku, przyciągnęła Carsona do siebie. Smakował szampanem i miętą. Obejmował ją delikatnie, a jednocześnie stanowczo. Mogłaby spędzić w jego ramionach całą wieczność, lecz Carson oderwał od niej usta.

Nie od razu wróciła na ziemię. Kręciło się jej w głowie, może od pocałunku, a może od szampana? Było jej cudownie, mogłaby unieść się w powietrze.

Popatrzyła na Carsona.

W jego zielonych oczach malowała się panika. To ją natychmiast otrzeźwiło. Całowała się z szefem! Co z tego, że on zaczął? Był tak samo przerażony jak ona.

– Georgia, ja… – zaczął łamiącym się głosem. – Nie chciałem, żeby to się stało.

Potrząsnęła głową i się cofnęła.

 

– Nie przejmuj się – powiedziała. – To emocje i szampan. Ludzie zwykle robią wtedy głupie rzeczy.

Problem w tym, że dla niej to nie było głupie. Uznała to za niesamowite. O niebo lepsze niż w marzeniach. Jednak to nie był dobry pomysł.

– Mam nadzieję, że to nie skomplikuje naszych relacji. Nie mógłbym sobie tego darować.

– Wszystko dobrze. Różnie się zdarza, gdy ludzie blisko z sobą pracują. Poza tym – dodała z ociąganiem – ja się specjalnie nie opierałam.

– Georgio?

Unikała jego wzroku od chwili, gdy przestał ją całować i w jego oczach ujrzała żal, lecz teraz, słysząc błagalny ton, popatrzyła na Carsona. Wyraz jego oczu się zmienił, już nie było w nich żalu, ale płomienny blask. Zaciśnięta szczęka. Chyba obudziła w nim pragnienie, ale po co. Ten pocałunek nie powinien się zdarzyć, oboje to wiedzieli.

– Tak?

Poczuła wibrowanie komórki. W tej samej chwili zadzwonił telefon Carsona.

Poczuła zawód, że nie zdążył odpowiedzieć. Odwróciła się i wyjęła z kieszeni komórkę. Zawsze miała wyłączony dzwonek, a telefon trzymała w kieszeni. Dzięki temu wiedziała, że ktoś dzwoni, ale nie musiała odrywać się od zajęć. Popatrzyła na ekran i nogi się pod nią ugięły.

– Sutton Winchester zamierza zbudować tu luksusowe apartamenty – powiedział Carson.

Georgia kliknęła w link do artykułu przesłanego im przez asystentkę Carsona. Georgia zostawiła jej namiary na działkę, w razie gdyby Brooks czy Graham ich szukali. Rebecca wykorzystała czas na odkrycie ewentualnych konkurentów. Oprócz krótkiej informacji była też wizualizacja przyszłego kompleksu. Oferta Suttona jeszcze nie została przyjęta, ale deweloper był przeświadczony, że wkrótce to nastąpi. Pod notką zamieszczono jego zdjęcie.

Nie miała wątpliwości, że w swoim czasie Sutton mógł bez trudu omotać każdą kobietę. Zresztą do dzisiejszego dnia cieszył się taką opinią, mimo swojego wieku i długoletniego małżeństwa z Celeste van Houten. Wystarczyło na niego spojrzeć. Choć jasnobrązowe włosy teraz były przyprószone siwizną, a twarz poorana zmarszczkami, to zielone oczy nadal lśniły blaskiem, a pogodny uśmiech emanował pewnością siebie.

Na szczęście dobrze wiedziała, że od takich typów należy trzymać się z daleka. W interesach Winchester był łajdakiem, przed niczym się nie cofał. Korumpował, uwodził i kłamał, byle tylko osiągnąć cel. Nieraz musieli się z nim mierzyć. Wiele innych firm nie wyszło z takiego starcia i w efekcie zniknęło z rynku.

Odłożyła komórkę, odwróciła się i popatrzyła na Carsona. Już zapomniała o pocałunku. Teraz trzeba zastanowić się nad kolejny krokiem.

W oczach Carsona malowała się determinacja.

– Musimy działać szybko. Nie dopuszczę, żeby cholerny Sutton ukradł nam ten teren.

– Nie ma mowy, żeby ten drań wyrwał nam działkę – powiedział Graham.

Carson podał bratu miskę z gorącym popcornem i wzniósł oczy do nieba. Miał nadzieję, że dziś wieczorem nie będą wałkować tego tematu, ale było jasne, że Graham nie odpuści.

– Myślisz, że nie wiem?

– Dostali już naszą ofertę? – zapytał Brooks, brat bliźniak Grahama. Byli identyczni, obaj o dobre kilka centymetrów wyżsi do Carsona, z bujnymi blond włosami i niebieskozielonymi oczami, ale potrafił ich odróżnić. Brooks miał uniesione brwi i skupioną minę, tak jak teraz, gdy niósł z kuchni trzy butelki piwa.

Carson kiwnął głową i ruszył do kuchni po słodycze.

– Od razu zadzwoniliśmy i złożyliśmy ofertę, jeszcze będąc na działce. Ich prawnik nie puścił pary z ust na temat innych ofert, czyli nie wiemy, jak nasza cena ma się do innych. Możemy tylko czekać. Nie wiadomo, czy nas ktoś przebije, zanim właściciele podejmą decyzję.

Carson usiadł na kanapie obok braci.

– Możemy na razie skończyć ten drażliwy temat i w spokoju obejrzeć „Sokoła maltańskiego”?

– Jasne – mruknął Graham i wsunął do ust garść popcornu.

W pierwszy czwartek miesiąca zawsze razem oglądali filmy. Gdy byli mali, zasiadali na kanapie z mamą oraz Gerty i włączali kanał AMC prezentujący stare dzieła. Gerty była wdową, od lat znała mamę. Nim Carson przyszedł na świat, były kelnerkami w tej samej restauracji. Kiedy Gerty przeszła na emeryturę, wzięła ich pod swój dach. Sama źle się czuła w dużym domu, zaś mamę stać było jedynie na małe mieszkanko, zbyt ciasne dla trzech rosnących chłopców.

Nie łączyły ich więzy krwi, lecz Gerty była dla nich jak rodzina. Nikogo więcej nie mieli. Z jakichś powodów, których mama nie chciała zdradzić, ich ojciec i reszta rodziny dla nich nie istnieli. Gdy podrośli i zaczęli naciskać mamę, powiedziała jedynie, że ojciec był agresywny i uciekła od niego, by ich chronić. Przekonywała, że bez niego ich życie stało się lepsze, i wymogła na synach obietnicę, że nie będą go szukać.

Byli przybici tymi rewelacjami i przez długi czas nie powracali do tematu ojca. Nie chcieli robić mamie przykrości, ryzykować, że nawet jeśli go znajdą, to obróci się przeciwko nim, że będą żałować. Mieli przyszywaną babcię Gerty i mamę. Nikogo więcej nie chcieli.

Gerty zmarła na raka, gdy byli w liceum. Zostawiła im wszystko. Mogli pójść na studia i ustawić się w życiu. Założyli firmę deweloperską Newport Corporation i w krótkim czasie odnieśli sukces. W najśmielszych snach nie przypuszczali, że staną się bogaci. Gdyby nie Gerty, nigdy by do tego nie doszli, dlatego co miesiąc czcili jej pamięć, popijając piwo i oglądając stare filmy.

– Podwójmy ofertę – rzekł Graham, sięgając po pilota i puszczając film.

– Nie stać nas – zaoponował Brooks, jak zwykle rozsądny. Bez niego żywiołowy Graham już dawno by popadł w kłopoty.

– Znajdźmy pieniądze gdzie indziej – upierał się Graham, zatrzymując film.

Carson westchnął. Znał brata i dobrze wiedział, że łatwo się nie podda. Gdy się do czegoś zapalił, dążył do tego po trupach. Był jak buldog walczący o kość. Fantastycznie się sprawdzał w roli adwokata, lecz jako brat bywał trudny. Graham pracował dla Newport Corporation, ale większość czasu spędzał w swojej kancelarii Mayer, Mayer and Newport. Brooks, dyrektor operacyjny, rzadko bywał na miejscu, zwykle pracował zdalnie ze swej posiadłości nad jeziorem Michigan. Carson kierował firmą, co nie przeszkadzało braciom wtrącać się do każdej podejmowanej przez niego decyzji.

– Nie ma sprawy – przystał Carson. – Zaczniemy od zwolnienia naszego adwokata i odebrania mu służbowego samochodu.

– Jeszcze czego! – obruszył się Graham i szturchnął go łokciem w żebra.

Carson odpowiedział tym samym. Graham zawył i przesunął się na drugi koniec kanapy. Jako najmłodszy, Carson od małego był gnębiony przez braci, ale szybko nauczył się odpłacać im pięknym za nadobne. Teraz mieli po trzydzieści parę lat, lecz nadal zachowywali się względem siebie tak samo.

– Powiedziałeś, że znajdziemy pieniądze, ale nie powiedziałeś gdzie. To jak, wyluzujesz i dasz nam w spokoju obejrzeć film?

Graham spochmurniał, sięgnął po piwo.

– Dobra.

Brooks zabrał mu pilota, nacisnął przycisk. Pojawiła się czołówka filmu. Graham w zadumie popatrzył na butelkę.

– Gerty zdrowo by nam przylała za picie takiego szpanerskiego piwa.

Carson prychnął. Graham miał rację. Gerty oglądała filmy, pogryzając zwykłego batonika i popijając go zwyczajnym piwem. Gdyby żyła, dałaby im niezły wycisk za takie rozpasanie. I za to rzemieślnicze piwo.

– Brakuje mi Gerty – rzekł Brooks, zatrzymując obraz. Na ekranie już zarysowały się niewyraźne czarno-białe kontury San Francisco.

– Brakuje mi mamy – dodał Carson.

Przez chwilę trwali w milczeniu, boleśnie uświadamiając sobie, jak wiele stracili. Mama odeszła niespodziewanie, a każdy z nich był tak zajęty, że nie mieli czasu spokojnie usiąść i zastanowić się nad tym, co ich spotkało. Teraz mieli już tylko siebie. Do tej pory Carson starał się odpychać od siebie to smutne stwierdzenie, posępne i dołujące.

– Kiedy weźmiemy się za dom mamy? – zapytał Graham.

Wzdragali się przed tym zadaniem. Gosposia Cynthii usunęła z domu wszystko, co mogło się popsuć. Teraz stał zamknięty na trzy spusty. Do czasu, aż zbiorą się w sobie i zrobią porządek z rzeczami po mamie. Minęło osiem tygodni, a żaden z nich jeszcze nie przestąpił jego progu.

Brooks westchnął.

– To nas nie ominie i trzeba będzie się za to zabrać. Teraz jej dom jest jak grobowiec.

– Ja to zrobię – oznajmił Carson. Sam był tym zaskoczony. – Ale najpierw muszę uporać się z załatwieniem działki. Coś mi mówi, że przyjdzie mi pohandryczyć się z Suttonem.

– Na pewno chcesz? – Brooks popatrzył na niego badawczo. – Nie musisz sam porządkować jej rzeczy.

Carson pokręcił głową.

– Wy jesteście zajęci. Poza tym chcę. Może wśród rzeczy mamy poczuję się mniej…

– Samotny?

Odwrócił się i popatrzył na Brooksa.

– Może.

– Myślisz… – Graham zawahał się. – Myślisz, że znajdziemy tam coś na temat ojca?

Wiele razy się nad tym zastanawiał, ale nigdy nie powiedział tego głośno.

– Mama by tego nie chciała.

– Mama już nic nie powie – oświadczył Brooks. – Ojciec pewnie jest skończonym draniem, jak nam powtarzała, ale może znajdziemy jeszcze kogoś. Możemy mieć przyrodnie rodzeństwo, kuzynów, dziadków… Jest szansa, że mamy rodzinę, więc warto spróbować. Nie chcecie wiedzieć, skąd pochodzimy, gdzie są nasze korzenie? Dowiedzieć się czegoś więcej? Mama nie chciała, żebyśmy poznali prawdę, ale już jej nie ma. I na pewno by nie chciała, żebyśmy czuli się tacy osamotnieni jak teraz.

– Przynajmniej możemy spróbować – dodał Graham. – Jeśli znajdziemy coś istotnego, to świetnie. Jeśli nie, będziemy mieć czyste sumienie, że próbowaliśmy. Być może pożałujemy, że się za to wzięliśmy, ale w końcu będziemy coś wiedzieć.

Bracia mieli rację. Wszystkim brakowało poczucia przynależności. Jeśli znajdą jakieś wskazówki i dowiedzą się, skąd pochodzą, to nawet jeśli nie dojdzie do szczęśliwego zakończenia, zamkną temat. Inaczej zawsze będą w zawieszeniu, zawsze będą zadawać sobie te same pytania. Rodzice nie byli małżeństwem i w aktach urodzenia nie było nazwiska ojca. Przeszukanie rzeczy po mamie to może jedyna okazja, żeby poznać prawdę. Nic więcej już im nie pozostanie.

– Będę mieć oczy szeroko otwarte – rzekł w końcu Carson. – Jeśli znajdę coś istotnego, dam wam znać.

Bracia kiwnęli głowami. Brooks sięgnął po pilota i po raz trzeci włączył film.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Panie Newport, przyszła pani Adams – zaanonsowała asystentka Carsona.

Carson nacisnął przycisk telefonu.

– Proszę, niech wejdzie.

Chwilę później otworzyły się drzwi gabinetu i do środka weszła Georgia. Dziś platynowe włosy miała upięte w kok; ta fryzura podkreślała jej kości policzkowe i linię brody. Grafitowy garnitur idealnie pasował do szarych oczu.

Starał się nie zwracać uwagi na jej wygląd, lecz nie do końca mu się to udawało. Georgia była szykowną kobietą, która doskonale wiedziała, jak się ubrać, by wyeksponować niebywale apetyczne kształty. Był jej szefem, więc nie powinien zauważać jej zgrabnej figury. Ani błyszczyka, który nęcąco uwypuklał dolną wargę.

Nie powinien, jednak nie potrafił się powstrzymać. Zwłaszcza po tym pocałunku na działce. Od tamtej chwili było mu jeszcze trudniej. Czuł pod palcami dotyk jej ciała, wiedział, że błyszczyk smakuje truskawką. Naprawdę nie było mu łatwo. Musi skoncentrować się na pracy, a nie na pokusie, jaką budzi w nim Georgia.

– Jakieś wieści? – zagadnęła, podchodząc bliżej i zajmując miejsce dla gościa.

– Rozmawiałem ze sprzedającymi. Jeszcze nie podjęli decyzji. Poprosiłem, żeby dali nam szansę na skorygowanie oferty, nim wybiorą inną. Co nie znaczy, że Winchester nie zamierza zrobić tego samego i dramatycznie podbić naszą cenę.

– Nie cierpię tej gry na przetrzymanie – powiedziała.

Carson w zadumie dotknął palcami ust.

– Ja też. To co możemy zrobić?

Otworzyła tablet i postukała w ekran.

– Myślę, że powinniśmy porozmawiać z Winchesterem.

Gwałtownie odstawił na blat kubek z gorącą kawą.

– Porozmawiać z Winchesterem? Mówisz serio?

Wzruszyła ramionami.

– A dlaczego nie? Spróbujmy go przekonać. Chcemy zbudować szpital dla chorych dzieci. Co może mieć przeciwko temu?

Carson zaśmiał się i pokręcił głową.

– Widzę, że nie miałaś okazji poznać tego sukinsyna. Wiesz, jak on o sobie mówi? Król Chicago. Człowiek o tak rozdętym ego nie pójdzie na ustępstwa, za nic się nie wycofa. Jeśli się do niego zwrócimy, dostanie jasny sygnał, że z nim rywalizujemy. Specjalnie podbije cenę, żeby patrzeć, jak pękamy.

 

– Myślisz, że on jeszcze nie wie? Skoro my wiemy, że stara się o ten teren, to jego szpiedzy z pewnością donieśli mu o nas. Ale jest szansa, że nie wiedzą, co chcemy tam zbudować. To może na niego podziała, skłoni do rezygnacji.

Carson oparł łokcie na biurku i uśmiechnął się cierpko.

– Naprawdę jesteś optymistką?

Zrobiła dziwną minę, zamyśliła się.

– Chyba można tak o mnie powiedzieć. Czasami po prostu nie ma innego wyjścia – stwierdziła zagadkowo.

Nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć, ale przyznał jej rację. Nie zaszkodzi zadzwonić do Suttona, pogadać z nim po męsku. Winchester pochodzi ze starej szkoły. Powinien docenić, że Carson zachowuje się jak mężczyzna i sam do niego dzwoni. Możliwe, że nic z tego nie wyniknie, ale przynajmniej będzie mógł powiedzieć, że próbował.

– Dobrze, wygrałaś – odrzekł. – Zadzwonię do niego, ale nie rób sobie wielkich nadziei.

Odwrócił się do komputera, znalazł numer Winchestera i zadzwonił. Georgia obserwowała go z przejęciem zmieszanym z niepokojem. Był pewien, że lada moment jej mina zmieni się w rozczarowanie. Niestety wszystko wskazuje, że tak się stanie.

W słuchawce rozległ się ożywiony kobiecy głos.

– Elite Industries. Gabinet pana Winchestera. W czym mogę pomóc?

– Tu Carson Newport. Chciałbym rozmawiać z panem Suttonem.

– Proszę zaczekać, panie Newport.

Zabrzmiała irytująca melodyjka. Carson nerwowo stukał palcami w blat biurka, czekając na rozmówcę. Minęły prawie dwie minuty, nim ktoś odebrał.

W słuchawce usłyszał stłumione kaszlnięcia.

– Carson Newport – szorstko odezwał się Winchester. Miał głęboki, podszyty pewnością siebie głos. – Nie spodziewałem się, że zadzwonisz. Co Król Chicago może zrobić dla Newport Corporation?

Zdusił słowa, które cisnęły mu się na usta.

– Dzień dobry, Sutton. Chcę porozmawiać o projekcie, który ogłosiłeś kilka dni temu.

– Coś wspaniałego, prawda? Niesamowite widoki na jezioro. Już mam listę potencjalnych nabywców najbardziej prestiżowych apartamentów. Jesteś zainteresowany? Dam ci najlepszy narożny lokal, z przeszkleniami na całe ściany, z widokiem na jezioro.

Carson zacisnął zęby.

– To bardzo uprzejme z twojej strony, ale nie szukam miejsca do zamieszkania. Szukam terenu, na którym chcę zbudować szpital dla dzieci.

W słuchawce na moment zaległa cisza.

– Bardzo szczytne zamierzenie – odrzekł Sutton, udając, że nie dociera do niego przesłanie Carsona.

– Też tak uważam. Myślę, że Szpital dla Dzieci im. Cynthii Newport przysłuży się społeczeństwu, a jednocześnie upamiętni pracę mojej matki na rzecz chorych dzieci.

Znowu zapadła cisza, tym razem dłuższa. Trudno było ocenić, co działo się w głowie Suttona, więc Carson podjął:

– Problem w tym, że obaj mamy na oku tę samą działkę. Tę, na której chcesz budować apartamenty. Obaj w podobnym czasie złożyliśmy oferty.

– To przykre.

Wkurzało go, że Sutton unika bezpośredniej odpowiedzi. Nie chce mu nic ułatwić. Chce rzucić go na kolana, kazać mu prosić. Błagać, żeby wycofał ofertę.

– Zadzwoniłem, bo liczę, że dasz się przekonać do rezygnacji z tego projektu, żebyśmy mogli postawić tam szpital.

– Obawiam się, Carson, że to niemożliwe. Za dużo w to zainwestowałem.

– Sutton…

– Mam pomysł – przerwał mu Sutton. – Jutro koło trzeciej niech przyjdzie do mnie ta twoja śliczna dyrektor public relations. Przedyskutuję z nią sprawę i może do czegoś dojdziemy.

Carson popatrzył na dłoń bezwiednie zaciśniętą w pięść. Jakby chciał przez telefon zadać cios Suttonowi. Rozprostował palce, zauważając zdziwioną minę Georgii.

– Co jest? – zapytała bezgłośnie.

Potrząsnął głową i uniósł palec, prosząc, by cierpliwie czekała.

– To nie jest w zakresie jej obowiązków.

– Nieważne – prychnął Sutton. – Albo zjawi się tu jutro o trzeciej, albo koniec dyskusji. Ty i te twoje chore dzieci znajdźcie inne miejsce na leczenie.

Nim zdążył odpowiedzieć, w słuchawce zapadła cisza. Przez chwilę w milczeniu patrzył na telefon, po czym ostrożnie odłożył go na miejsce. Był zszokowany rozmową i potrzebował czasu, by się pozbierać.

– Co powiedział?

– Że nie. – Nie zamierzał mówić jej nic więcej. Sutton miał jak najgorszą reputację w odniesieniu do kobiet, zwłaszcza młodych i pięknych. Najlepiej trzymać się od niego z daleka. Tym bardziej nie puści do niego Georgii. Wprawdzie nic go do tego nie obliguje, jednak czuje się za nią odpowiedzialny. – Mówiłem ci, że on nie ustąpi.

– Powiedział coś więcej – zaoponowała. – Czego chciał? Mów.

Carson westchnął. Oparł się w fotelu, przeciągnął palcami po włosach.

– Nieważne, co powiedział. Rzecz w tym, że nie zamierza się wycofać.

Georgia uniosła brwi i pochyliła się ku niemu.

– Mów, bo jak nie, to pójdę do twojego brata i powiem, że Sutton dał ci propozycję, ale odmówiłeś.

Carson błyskawicznie się wyprostował.

– Co to jest? Gadka z podstawówki?

Georgia wzruszyła ramionami, oparła się i skrzyżowała nogi. Miała ze sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu, ale nogi do nieba. Wiele razy wyobrażał sobie, jak oplatają go w pasie.

– Carson!

Otrząsnął się z tych rojeń i obronnym gestem uniósł ręce.

– Dobrze. Chce spotkać się z tobą – wykrztusił z niesmakiem.

– Ze mną? Przecież to bez sensu.

Mógł tylko potrząsnąć głową.

– Nie w odniesieniu do niego. Stanowczo oświadczył, że chce rozmawiać z tobą, z nikim innym. Dam głowę, że nie chodzi mu tylko o rozmowę.

Georgia z osłupieniem otworzyła usta.

– No nie – powiedziała nie od razu.

– Nie mogę wysłać cię do tego lowelasa. Zresztą w ostatecznym rezultacie to by niczego nie zmieniło. Musimy podnieść cenę i mieć nadzieję, że to wystarczy.

– Nie.

Spochmurniał.

– Co to znaczy?

– Pójdę do niego. Chciał się ze mną spotkać, więc może zdołam go przekonać.

– Za duże ryzyko. Gdyby choć tknął cię palcem, nigdy bym sobie tego nie wybaczył.

Georgia wygięła usta w łobuzerskim uśmiechu. Dziś miała bordową pomadkę.

– Carson, nie jestem nowicjuszką. Były czasy, że musiałam codziennie walczyć o przetrwanie. Nie dam się. Jeśli tylko spróbuje, dostanie po oczach gazem pieprzowym.

Teraz to on osłupiał. W wyobraźni widział Suttona Winchestera – Króla Chicago – wijącego się na podłodze i wyjącego z bólu. Z wielką chęcią by o tym posłuchał.

I jeszcze coś – obiecał braciom, że doprowadzi do realizacji projektu. Czy tego chce, czy nie, musi działać. Nawet jeśli to oznacza wysłanie Georgii w szpony tego łajdaka.

– Dobrze, niech ci będzie – przystał wreszcie. – Ale pod jednym warunkiem. Zabierzesz z sobą Dużego Rona. – Szefem ochrony był były olimpijczyk w podnoszeniu ciężarów. Kiedyś powiedział Carsonowi, że uderzył kogoś w twarz i niechcący złamał mu szczękę. W razie czego bez trudu rozprawi się z Suttonem.

Georgia zastanowiła się i kiwnęła głową.

– Zgoda. Ale zostanie w sekretariacie, chyba że go zawołam.

– Mogę zaproponować coś do picia?

– Nie, dziękuję – odparła Georgia.

Siedząc po drugiej stronie pretensjonalnego dębowego biurka, mimowolnie skubała kołnierzyk bluzki. Po wczorajszych ostrzeżeniach Carsona zamiast spódnicy założyła spodnium, a bluzkę zapięła aż pod szyję.

Od dawna się tak nie ubierała. Chyba od czasów, kiedy mieszkała z panią Anderson, religijną fanatyczką, która zaklinała się, że nawet skrawek odsłoniętej skóry wiedzie porządnego człowieka na pokuszenie. Choć prawda była taka, że gdy dziewczęca figura Georgii nabrała kształtów, żaden strój nie był w stanie ich zamaskować.

Nawet teraz czuła na sobie palący wzrok Suttona. I choć czerwcowy upał był nie do zniesienia, pożałowała, że nie ma na sobie zimowego puchowego płaszcza.

Sutton nalał sobie drinka i usiadł w fotelu. Wyglądał znacznie gorzej niż na zdjęciu. Wprawdzie nadal był wysoki i przystojny, jednak w jego oczach już nie było blasku. Worki pod oczami i wyraźne zmarszczki dodawały mu lat. Uśmiechał się szeroko i miał dołeczki w policzkach, jednak wydał się jej z dziesięć lat starszy, niż się spodziewała.

– Pani Adams, prawda?

– Tak.

Skinął głową i pochylił się w stronę Georgii.