Miesiąc z komisarzem MontalbanoTekst

1
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Olbrzymka zawsze uprzejmie uśmiechnięta

Doktor Saverio Landolina, poważny i szanowany ginekolog z Vigaty, chociaż już przekroczył pięćdziesiątkę, stracił głowę dla dwudziestoletniej Mariucci Coglitore. Zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Wcześniej rodzice Mariucci znaleźli dla niej innego lekarza, dziewięćdziesięcioletniego profesora Gambardellę, którego podeszły wiek stanowił niezawodną gwarancję, że intymne badania będą się odbywały z absolutnym poszanowaniem doktryny o obowiązkach lekarskich, zwanej deontologią. Profesor Gambardella padł jednak na placu boju: ściął go z nóg zawał serca, a śmierć przyłapała go, by tak rzec, na gorącym uczynku, bo podczas badania przerażonej pacjentki.

Doktora Landolinę wybrano dla Mariucci po zwołaniu konsylium rodzinnego, rozszerzonego o krewnych drugiego stopnia. Rodzina Coglitore razem z kuzynami Gradasso, Panzeca i Tuttolomondo stanowiła na tle innych mieszkańców Vigaty rodzaj katolickiej wspólnoty integrystycznej, która narzuciła sobie własne reguły postępowania, takie jak codzienne wysłuchiwanie mszy porannej, wieczorna modlitwa z odmawianiem różańca i radykalne odrzucenie gazet, radia i telewizji. Na rodzinnej naradzie nie przeszła kandydatura doktora Angela La Licaty z Montelusy („Zdradza żonę, co będzie, jak zarazi Mariuccię swoimi nieczystymi łapami?”), jego kolegi, Michele Severina, także z Montelusy („Chyba żarty sobie stroicie? Nie ma nawet czterdziestki”), doktora Calogera Giarrizzo z Feli („Ktoś widział, jak kupował magazyn pornograficzny”), do wzięcia pozostał więc tylko Saverio Landolina, którego jedyną wadą było to, że mieszka tak jak Mariuccia w Vigacie, toteż mała, spotykając go przypadkiem na ulicy, mogłaby się rumienić. Co do reszty, to o doktorze Landolinie nie dało się powiedzieć złego słowa. Był sekretarzem miejscowego oddziału Partii Demokracji Chrześcijańskiej i od dwudziestu pięciu lat wiernym mężem Antonietty Palmisano, kobiety olbrzymiej, ale zawsze uprzejmie uśmiechniętej, mimo że Pan nie zechciał obdarzyć tej pary potomstwem. O lekarzu nikt nigdy nie plotkował, nikt nie miał mu nic do zarzucenia.

Aż do chwili, kiedy Mariuccia, wstawszy z krzesła naprzeciw jego biurka, poszła za parawan, żeby się rozebrać. Bo do tej chwili w sercu ginekologa nie odezwało się nic szczególnego. Drobna dziewczyna w okularach, która rumieniąc się, odpowiadała monosylabami na jego pytania, była całkiem bez wyrazu. Ale kiedy Mariuccia w skromnej czarnej halce i bez okularów (odruchowo zdejmowała okulary, kiedy się rozbierała) wyszła zza parawanu i już cała, od stóp do głów, zarumieniona ze wstydu położyła się na fotelu, w sercu pięćdziesięcioletniego Landoliny odezwała się znienacka oszałamiająca symfonia, jakiej żaden rozsądny kompozytor nie ośmieliłby się nigdy stworzyć. Do galopującego dźwięku setek bębnów dołączyły wysokim tonem samotne skrzypce, a z rykiem tysiąca trąb kontrastowała płynna gra dwóch fortepianów. Doktor Landolina cały drżał, a nawet wibrował, kiedy położył rękę na Mariucci, a zwłaszcza kiedy majestatyczne organy rozpoczęły swój solowy popis i poczuł, że ciało dziewczyny wibruje unisono z jego ciałem, poddając się rytmowi tej samej muzyki.

Pani Concetta Coglitore, z domu Sicurella, która przyprowadziła córkę i czekała w saloniku na zakończenie wizyty, przypisała dziewczęcemu skrępowaniu przesadnie pąsową tonację policzków i gorączkowe lśnienie oczu Mariucci, która weszła do gabinetu panienką, a po godzinie wyszła dojrzałą kobietą.

Landolina i Mariuccia bawili się w lekarza przez okrągły rok. Po każdej wizycie Mariuccia wychodziła do czekającej na nią matki coraz bardziej promienna i urocza, gdy tymczasem Angela Lo Porto, pielęgniarka doktora, od dwudziestu lat w nim zakochana, stawała się z dnia na dzień coraz bardziej chuda, ponura i milcząca.

– Co nowego? – spytał Salvo Montalbano, wchodząc do biura o dziesiątej rano, ostatniego maja, w poniedziałek, kiedy upały były już takie jak w połowie sierpnia. Komisarzowi tego dnia skwar dokuczał szczególnie, bo sobotę i niedzielę spędził na wsi u swego przyjaciela, Nicolò Zito, gdzie mógł się rozkoszować rześkim i czystym powietrzem.

– Znaleźli samochód doktora Landoliny – odpowiedział Fazio.

– Ukradli mu samochód?

– Nie, komisarzu. Wczoraj rano przyszła do nas pani Landolina i z płaczem zgłosiła nam, że mąż nie wrócił na noc do domu. Przez cały dzień prowadziliśmy poszukiwania, i nic. Przepadł na amen. A dziś rano, o świcie, rybak zobaczył samochód na skałach przylądka Russello. Spadł w przepaść i rozbił się. Na miejsce pojechał wicekomisarz Augello. Przed chwilą zadzwonił: to samochód doktora.

– Nieszczęśliwy wypadek?

– Chyba nie – powiedział Mimì Augello, wchodząc do gabinetu komisarza. – Szosa biegnie tam dość daleko od krawędzi przepaści. Musiał więc zjechać specjalnie. Nie doszłoby do tego, gdyby tylko stracił panowanie nad kierownicą. Skręcił, bo chciał spaść w dół.

– Możliwe, że popełnił samobójstwo?

– Nie da się tego inaczej wyjaśnić.

– W jakim stanie są zwłoki?

– Jakie zwłoki?

– Mimì, opowiadasz mi, że Landolina się zabił, no nie?

– Tak, to prawda. Tyle że przy uderzeniu o skałę na dole drzwi się otworzyły, a ciała w środku nie ma, prawdopodobnie spadło do morza. Ktoś miejscowy powiedział, że na pewno prądy poniosą je w stronę plaży w Santo Stefano. Za parę dni tam się znajdzie.

– Zobaczymy. Zajmuj się tym dalej.

Wieczorem Mimì Augello złożył komisarzowi raport. Nie znalazł żadnego uzasadnienia dla samobójstwa lekarza. Landolina był zdrowy, nie miał długów (co więcej, był zamożny, posiadał ziemię w rodzinnym Còmiso, podobnie jak żona), nie miał nałogów, nie można go było szantażować. Wdowa...

– Nie nazywaj jej wdową, póki nie znajdziesz ciała – przerwał mu Montalbano.

– ...pani Landolina całkiem straciła głowę, nic z tego nie rozumie, upiera się, że to nieszczęście spowodował nagły zawał serca.

– Zajrzałem do jego kalendarza – powiedział komisarz. – Nie znalazłem nic, na ten dzień nic sobie nie zapisał. Jutro porozmawiam z pielęgniarką, która na wiadomość o nieszczęściu źle się poczuła i poszła do domu. Ale nie sądzę, żeby miała coś do powiedzenia.

A jednak pielęgniarka Angela Lo Porto miała wiele do powiedzenia i nie zawahała się tego zrobić następnego ranka, kiedy niewzywana zjawiła się w komisariacie.

– Wszystko tu jest jasne – zaczęła.

– Co takiego?

– Wszystko. Samochód na skałach, zwłoki, których nie ma. Doktor wcale się nie zabił, tylko został zabity.

Montalbano popatrzył na nią. Podkrążone oczy, pożółkła cera, rozbiegane spojrzenie. Wyczuwał jednak, że nie ma przed sobą mitomanki.

– A kto miałby go zabić?

– Ignazio Coglitore – odpowiedziała bez wahania Angela Lo Porto.

Montalbano nadstawił ucha. Ignazio Coglitore i jego dwaj synowie bynajmniej nie byli osobnikami o podejrzanej moralności, nie skompromitowali się związkami z mafią czy nielegalnym handlem. Lecz wszystkim w mieście znany był fanatyzm religijny panujący w ich rodzinie. A komisarz instynktownie nie ufał fanatykom. Uważał, że są zdolni do wszystkiego.

– A dlaczego miałby to zrobić?

– Doktor tak leczył jego córkę Mariuccię, że zaszła w ciążę.

Komisarzowi nie trafiło to do przekonania. Pomyślał, że chyba pomylił się co do pielęgniarki, pewnie była jedną z tych, co lubią fantazjować.

– Ktoś pani o tym powiedział?

– Moje oczy – powiedziała Angela Lo Porto.

Komisarz spojrzał na nią. Ta kobieta mówiła prawdę.

– Proszę mi opowiedzieć o wszystkim po kolei.

– Gdzieś rok temu zatelefonowała matka tej Mariucci i zamówiła dla niej wizytę u doktora. Tego dnia przyszłam do gabinetu późno. Mieszkam w Montelusie, autobus się popsuł, a nie mam samochodu. Kiedy weszłam, ta mała siedziała już u doktora, przed jego biurkiem. Wie pan, jak ten nasz gabinet wygląda?

– Nie wiem.

– Wchodzi się do wielkiego przedpokoju, potem są dwa małe saloniki. Na końcu jest właściwy gabinet lekarski, obok łazienka i pokoik dla pielęgniarki. Tamtego dnia poszłam prosto do swego pokoju i włożyłam fartuch. Ale był to taki pechowy dzień, kiedy człowiekowi się nie wiedzie. Fartuch rozpruli w pralni i musiałam go najpierw zeszyć. Kiedy w końcu weszłam do gabinetu...

Ucichła, zaschło jej w gardle.

– Przyniosę pani szklankę wody...

Nie słuchała komisarza. Myślami była gdzie indziej. Wspominała to, co wtedy zobaczyła.

– Kiedy weszłam go gabinetu – ciągnęła dalej – już się to zaczęło. Doktor był goły. Ubranie rozrzucił byle jak po posadzce.

– Wydało się pani, że ją gwałci?

Z ust Angeli Lo Porto wydobył się dziwny odgłos, jakby uderzały o siebie dwa kawałki drewna. Montalbano zrozumiał, że pielęgniarka się śmieje.

– Panie komisarzu! Obejmowała go, była zachwycona!

– Znali się wcześniej?

– Nigdy przedtem tu nie była. Wtedy przyszła na pierwszą wizytę.

– I co dalej?

– Dalej? Co mogło być dalej? Nie widzieli mnie, nie widzieli niczego. Dla nich byłam jak powietrze. Wróciłam do pokoju i rozpłakałam się. Potem doktor do mnie zapukał. Już byli ubrani. Odprowadziłam Mariuccię do matki i wróciłam. Zanim wezwałam następną pacjentkę, musiałam wymyć fotel ginekologiczny. Wie pan, o czym mówię?

– Nie.

– Ta suczka była dziewicą.

– A co doktor? Nic pani nie mówił? Nie wyjaśniał, nie tłumaczył się?

– Słowem się nie odezwał! Jakby nic się nie stało.

– I to było ich jedyne spotkanie?

Znowu dwa kawałki drewna zadudniły o siebie.

– Widywali się co dwa tygodnie. Ta kurewka była zdrowa jak ryba, ale doktor wymyślił jej chorobę, żeby mogła przychodzić na wizytę dwa razy w miesiącu.

 

– A co pani robiła, kiedy oni...

– Co miałam robić? Szłam do swojego pokoju popłakać.

– Wybaczy pani, że spytam. Była pani zakochana w doktorze?

– Nie widać tego? – powiedziała pielęgniarka, zbliżając do komisarza zmęczoną twarz.

– A między panią a nim nigdy do czegoś takiego nie doszło?

– Gdyby doszło, to dziś byłby żywy!

I nagle zaczęła szlochać, przyciskając chusteczkę do ust. Po chwili pozbierała się. Była mocną kobietą.

– W połowie kwietnia – mówiła dalej – suczka wbiegła do gabinetu, jakby wygrała los na loterii. Wyszłam do siebie, ale jeszcze usłyszałam, jak do niego mówi: „Co z ciebie za ginekolog? Do dziś nie zauważyłeś, że jestem w ciąży?” To mną wstrząsnęło, panie komisarzu. Zatrzymałam się, popatrzyłam na niego: stał jak słup soli. Chyba wreszcie zrozumiał, w co się wpakował. Weszłam do pokoju, ale nie domknęłam za sobą drzwi. I usłyszałam, co ta nieszczęsna idiotka chciała zrobić. Nie zgadłby pan! Chciała powiedzieć o wszystkim ojcu, bo wtedy doktor musiałby zostawić żonę i ożenić się z nią! Ale doktor miał już swój plan. Kazał jej trochę poczekać z tą rozmową z ojcem. Powiedział, że musi wcześniej przygotować żonę do rozwodu. A potem naturalnie zabawiali się jak zwykle.

– I wtedy widzieli się po raz ostatni?

– Gdzież tam! Nie dalej niż pięć dni temu była w gabinecie. Najpierw się zabawiali, a potem rozmawiali. Doktor powiedział, że już sobie zaplanował, jak rozwiązać sprawę z żoną, i że żona na pewno go zrozumie. Ale, zaręczam, nie mówił prawdy, tylko mącił jej w głowie, żeby nie zrobiła jakiegoś głupstwa. Chciał jakoś z tego wybrnąć, lecz ciągle był roztargniony i przygnębiony.

– I pani podejrzewa, że tym rozwiązaniem miało być samobójstwo?

– Pan chyba żartuje? Doktorowi nie mogłoby przyjść do głowy, żeby się zabić. Niemożliwe, za dobrze go znałam! Widocznie ta kretynka powiedziała o wszystkim ojcu, a Ignazio Coglitore uznał, że nie ma na co czekać.

Kiedy pielęgniarka wyszła, Montalbano wezwał Fazia.

– Rozejrzyj się za Ignaziem Coglitore, za dziesięć minut chcę go tu mieć. Nic nie mów. Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz.

Fazio wrócił po godzinie, bez Ignazia Coglitore.

– Matko Najświętsza, komisarzu, ale tam burdel!

– Nie chciał tu przyjść?

– Nie może. Siedzi. Zwinęli go karabinierzy z Montelusy.

– Kiedy?

– Dziś rano, o ósmej.

– Dlaczego?

– Zaraz do tego dojdę, wszystko panu wyjaśnię. Było tak. Córka Ignazia Coglitore, kiedy dowiedziała się, że doktor Landolina się zabił, dostała jakiegoś ataku i straciła przytomność. Wszyscy w domu myśleli, że tak się tym przejęła, bo go dobrze znała. Ale nie mogli jej docucić. Więc Ignazio Coglitore z synami wyniósł małą do samochodu i zawiózł do szpitala w Montelusie, gdzie ją zatrzymali na badania. Wczoraj wieczorem Coglitore pojechał z żoną do szpitala, żeby zabrać córkę do domu. Wtedy lekarz, gówniarz i głupiec, powiedział im, że lepiej będzie, jak ją zostawią jeszcze parę dni w szpitalu, bo może stracić płód. Coglitore i żona, oboje razem, padli na posadzkę, jakby ich piorun zwalił z nóg, i leżeli jak zabici. Kiedy doszli do siebie, Ignazio Coglitore wpadł w szał i rzucił się na lekarzy i pielęgniarzy. Z trudem wyprowadzili go z budynku. Dziś rano, o wpół do ósmej, znowu się tam zjawił, a razem z nim, oprócz dwóch synów, byli wszyscy mężczyźni z rodzin Gradasso, Panzeca i Tuttolomondo. Dwunastu osiłków.

– Czego chcieli?

– Małej.

– Po co?

– Ignazio Coglitore oświadczył, że muszą ją natychmiast zabrać i złożyć Bogu w ofierze, by Go przebłagać za grzech. Ordynator odmówił wydania dziewczyny i rozpętało się piekło. Szarpanina, wrzaski, rozbite szyby. Chorzy rozbiegli się po całym szpitalu. Kiedy przyjechali karabinierzy, tamci rzucili się na nich. W końcu udało się zamknąć wszystkich.

– Wyjaśnij mi jedno, Fazio: kiedy lekarz powiedział Coglitoremu, że jego córka jest w ciąży?

– Wczoraj wieczorem, około wpół do ósmej.

Tak więc domysłami czy wręcz pewnością pielęgniarki Angeli Lo Porto można było się podetrzeć. Rodzina niewątpliwie zrozumiała, że ciąża Mariucci to robota doktora Landoliny. Ale nawet gdyby chcieli, nie mogli się na nim zemścić. O romansie i jego następstwach dowiedzieli się już po zaginięciu ginekologa. Więc to nie oni go wykończyli. A skoro trzeba odrzucić samobójstwo, należy znaleźć kogoś, kto mógł mieć swoje porachunki z doktorem.

– Halo? Rozmawiam z panią Landoliną?

– Tak.

Nie tyle usłyszał to słowo, co samo łagodne westchnienie.

– Nazywam się Montalbano, jestem komisarzem.

– Znaleźliście ciało?

Dlaczego w głosie pani Landoliny zabrzmiała nuta niepokoju? I czy to rzeczywiście był niepokój, czy rodzaj konsternacji?

– Nie, proszę pani. Chciałem z panią porozmawiać, to wszystko. Nie zabiorę pani więcej niż pięć minut. Potrzebuję pewnych wyjaśnień.

– Kiedy pan chce przyjść?

– Zaraz, jeśli można.

– Nie, panie komisarzu, proszę wybaczyć, teraz nie czuję się na siłach, głowa pęka mi z bólu. Mam taką migrenę, że nawet oczu nie mogę otworzyć.

– Współczuję pani. Możemy się zobaczyć po południu, o piątej?

– Dobrze. Czekam o piątej.

O trzeciej zadzwonił kwestor: komisarz miał koniecznie przyjechać do Montelusy przed szóstą na jakieś ważne zebranie. Mimo to nie chciał rezygnować ze spotkania z panią Landoliną i dlatego zdecydował się wstąpić do niej godzinę wcześniej.

– Dokąd to? – spytał zaczepnie portier, który go nie znał albo udawał, że nie zna.

– Do pani Landoliny.

– Nie ma jej. Wyjechała.

– Kiedy wyjechała? – zapytał zdumiony Montalbano.

– Wsiadła do samochodu i wyjechała – zbył go portier. Ale po chwili dodał: – Wyładowała auto bagażami po brzegi, dużo tego było. Musieliśmy jej pomagać, ja i ojciec Vassallo.

– Był u niej proboszcz Vassallo?

– Był, był. Od dwóch dni jej nie odstępował, nie wychodził z domu, pocieszał ją. Święty człowiek. Przyjaźnili się z panią Landoliną od dawna.

– O której odjechała?

– Wcześnie, koło południa.

Zatem wkrótce po jego telefonie. Ale tyle bagażu nie można spakować tak szybko, na pewno zaplanowała wyjazd, zanim Montalbano do niej zadzwonił. Odkładając spotkanie do popołudnia, grzecznie wystawiła go do wiatru.

– Nie powiedziała, dokąd wyjeżdża?

– Powiedziała: do Còmiso. Ma wrócić najdalej za tydzień.

Co robić? Zadzwonić do komisariatu w Còmiso i poprosić któregoś z kolegów, żeby nie spuszczał pani Landoliny z oka? Pod jakim pretekstem? Że ciąży na niej kruche, mgliste, nieuchwytne podejrzenie o zabójstwo męża? Czy choćby o unikanie rozmowy?

Nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Wrócił szybko do biura i zadzwonił do Antonina Gemmellaro, swego kolegi szkolnego, który był teraz dyrektorem Sycylijskiego Banku Rolniczego w Còmiso.

– Halo, Gemmellaro? Tu Montalbano.

Dlaczego starzy koledzy szkolni mówią do siebie po nazwisku? Czyżby nie mogli zapomnieć dziennika klasowego?

– Piękna niespodzianka! Jesteś w Còmiso?

– Nie, dzwonię z Vigaty. Potrzeba mi pewnej informacji.

– Pytaj, o co chcesz.

– Wiesz, że doktor Landolina zginął w sobotę wieczorem? Chyba go znałeś?

– Jasne, że go znałem, był naszym klientem.

– Albo się zabił, albo ktoś go zabił.

Gemmellaro nie odezwał się od razu. Najwyraźniej zastanawiał się nad tym, co usłyszał od Montalbana.

– Mówisz, że mogło to być samobójstwo. Nie sądzę.

– Dlaczego?

– Dlatego, że komuś, kto chce stąd odejść, nie przyszłoby do głowy, żeby sprzedać wszystko, co posiada. A doktor sprzedał, czasem nawet ze stratą, domy, ziemię, sklepy, słowem – wszystko, co miał. Chciał szybko zgromadzić jak największą sumę.

– Ile?

– Może aż trzy miliardy, z grubsza biorąc.

Montalbano gwizdnął.

– Wspólnie z żoną. Bierz i to pod uwagę.

– Pani Landolina także się wyprzedała?

– Także.

– Doktor miał jej upoważnienie?

– A po co? Żona sama przyjechała do Còmiso, żeby wszystkiego dopilnować.

– I co z tą sumą zrobili?

– Czy ja wiem? Z naszego banku także wybrali wszystko co do grosza.

Montalbano podziękował, rozłączył się i zadzwonił do jedynej w Vigacie agencji trudniącej się handlem nieruchomościami. Zadał precyzyjne pytanie.

– Tak, panie komisarzu, biedny doktor Landolina zlecił nam sprzedaż swojego domu i gabinetu.

– I co teraz? Jak sobie z tym poradzicie, skoro zginął?

– Panie komisarzu, mamy jego akt notarialny. Może ze dwa tygodnie temu biedny doktor zarządził, żeby dochód ze sprzedaży nieruchomości przekazać ojcu Vassallo.

Narada u kwestora nie trwała długo. Montalbano miał jeszcze dość czasu, żeby wstąpić do porucznika Colorni, naczelnika karabinierów w Montelusie, z którym był w dobrych stosunkach.

– Co postanowiliście w sprawie Mariucci Coglitore?

– Trzymamy ją w szpitalu. Sam rozumiesz, że z tą rodziną, z tymi obłąkanymi fanatykami...

– A co potem?

– Umieścimy ją w ośrodku dla niezamężnych dziewcząt z dziećmi. Daleko stąd, żeby nikt nie mógł zdobyć jej adresu. Wiemy o takim ośrodku, wskazał go nam spowiednik dziewczyny.

– Spowiednik?

Odpowiedź na to pytanie Montalbano znał. Ale chciał, by zabrzmiała jasno i wyraźnie.

– Ojciec Vassallo z Vigaty.

– Proszę ojca, przyszedłem ojca zawiadomić, że jutro rano muszę opowiedzieć prasie i telewizji o zaginięciu doktora Landoliny.

– I spodziewa się pan, że mogę w czymś pomóc?

– Oczywiście. Ale wcześniej zadam ojcu jedno pytanie: czy ksiądz, kiedy kłamie, popełnia grzech?

– Jeśli kłamstwo służy dobru, to nie sądzę.

Uśmiechnął się, rozłożył ręce. I w ten sposób komisarz otrzymał to, czego potrzebował. Ojciec Vassallo przekroczył pięćdziesiątkę, był otyły. Uśmiechał się ironicznie.

– Pozwoli ojciec, że wobec tego coś mu opowiem.

– Jeśli panu na tym zależy, bardzo proszę.

– Poważny, żonaty lekarz zakochuje się w młodej dziewczynie, a ona zachodzi z nim w ciążę. Wtedy lekarz wpada w panikę: rodzina dziewczyny może na to zareagować z przesadną gwałtownością. Zrozpaczony, musi wszystko wyznać żonie, nie ma innego wyjścia. A żona, która jest osobą wyjątkową...

– Jest wyjątkowa na pewno – przerwał ksiądz.

– ...wspaniale organizuje najwłaściwsze rozwiązanie całej sprawy. W ciągu miesiąca, nikomu nic nie mówiąc, wyprzedaje wszystko, co posiadają, i gromadzi dużą sumę pieniędzy. Doktor symuluje samobójstwo, a w rzeczywistości znika. Wyjeżdża, może z pomocą zaprzyjaźnionego księdza, gdzieś, gdzie nikt o niczym nie wie. W dwa dni później dołącza do niego żona. Co ojciec na to?

– To prawdopodobne – powiedział spokojnie proboszcz.

– Ale to nie wszystko. Doktor i jego żona są ludźmi przyzwoitymi, nie zostawią na lodzie biednej małej w ciąży. Wobec tego postanawiają sprzedać mieszkanie i gabinet lekarski w Vigacie, a zysk przekazać na ręce księdza, z którym się przyjaźnią, żeby zadbał o pierwsze potrzeby dziewczyny z dzieckiem.

Nastąpiła cisza.

– I to powie pan na konferencji prasowej?

– Nie. Powiem, że doktor Landolina popełnił samobójstwo. A wdowa pojechała do krewnych gdzieś w swoje strony.

– Dziękuję – powiedział cicho ojciec Vassallo. Tak cicho, że właściwie nie było tego słychać. I jeszcze dodał: – Nigdy nie przypuszczałem, że anioł może się wcielić w postać kobiety. Pan ją znał?

– Nie.

– Kobieta ogromna. Szczerze mówiąc, brzydka. Jak olbrzymka z tych legend o wielorybach i wiedźmach. Ale była...

– ...zawsze uprzejmie uśmiechnięta – dokończył komisarz.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?