Miesiąc z komisarzem MontalbanoTekst

1
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Miłość

Michela Prestìa urodziła się w rodzinie, która z trudem wiązała koniec z końcem: matka sprzątała w ratuszu, a ojciec wynajmował się do sezonowych prac na roli, bo okaleczył go pozostały z czasów wojny ręczny granat. W miarę jak dorastała, stawała się prawdziwą pięknością; spłowiałe sukienki, jakie nosiła, niemal wystrzępione i dziurawe, ale czyściutkie, nie kryły wdzięcznych kształtów. Miała ciemne włosy, a oczy zawsze jaśniejące radością, chociaż życie jej nie pieściło. Sama nauczyła się czytać i pisać. Marzyła o pracy sprzedawczyni w supermarkecie, bo te wielkie sklepy ją urzekały. Kiedy miała piętnaście lat, była już dojrzałą kobietą i uciekła z domu. Chciała jeździć furgonetką z miasta do miasta razem z komiwojażerem, który sprzedawał naczynia kuchenne, sztućce, talerze i kieliszki. Po roku wróciła do rodziców, a oni przyjęli ją tak, jakby nic się nie wydarzyło, i nawet mieli jej ten powrót trochę za złe, bo było teraz o jedną osobę więcej do wykarmienia. Przez następne pięć lat wielu mężczyzn w Vigacie, żonatych i nieżonatych, brało ją sobie i porzucało albo ona porzucała ich, ale zawsze odbywało się to bez awantur i tragedii. Michela miała w sobie tyle żywotności, że to tłumaczyło ciągłe zmiany i czyniło je czymś naturalnym. W wieku dwudziestu dwóch lat przeniosła się do starego doktora Pisciotty, została jego utrzymanką, on zaś zasypywał ją pieniędzmi i prezentami. To piękne życie trwało tylko trzy lata, a kiedy doktor zmarł w jej ramionach, na Michelę rzucili się jak sępy adwokaci rodziny i odebrali to wszystko, co od niego dostała. Znowu była sama, uboga i postrzelona. Ale nie minęło nawet pół roku i poznała księgowego Saveria Moscato. Z początku wyglądało na to, że będzie to taka sama historia jak wszystkie poprzednie, ale w mieście szybko się połapano, że tym razem sprawa wygląda całkiem inaczej.

Saverio Moscato pracował w cementowni, miał trzydzieści lat i dobrą prezencję. Był bardzo przywiązany do rodziców, ojca inżyniera i matki nauczycielki łaciny, ale nie zawahał się z nimi rozstać, kiedy rodzice, zorientowawszy się, w czym rzecz, zaczęli mu wypominać związek z tą małą, która w mieście nie miała nieskalanej opinii. Nie usiłując nawet się tłumaczyć, Saverio wynajął mieszkanie w pobliżu portu i zamieszkał razem z Michelą. Żyli w dostatku, księgowy nie był zdany tylko na swoją pensję, bo po jednym z wujów odziedziczył ziemię i sklepy. Przede wszystkim jednak ludzie byli zdumieni zmianą, jaka zaszła w Micheli. W związkach z innymi była zawsze swobodna i niezależna, a teraz stało się tak, że nie widziała nikogo poza Saveriem, była mu ślepo oddana, zachowywała się, jak sobie życzył, nie próbowała się buntować. Co dziwniejsze, Saverio także się zmienił, stał się taki jak ona, spełniał wszystkie jej życzenia, nawet te wypowiadane nie słowami, tylko samym spojrzeniem. Kiedy wychodzili z domu na spacer albo do kina, szli tak ciasno w siebie wtuleni i objęci, jakby właśnie żegnali się ze sobą i już nigdy nie mieli się zobaczyć. Całowali się, gdzie tylko mogli i gdzie nie mogli.

– Nie myślcie sobie – powiedział mierniczy Smecca, który przez jakiś czas był kochankiem Micheli. – Zakochali się, lgną do siebie. Mnie się to podoba, jak chcecie wiedzieć. Dobrze by było, żeby to trwało, Michela zasłużyła sobie na to, bo to porządna dziewczyna.

Saverio Moscato, który dokonywał cudów i stawał na głowie, żeby nie ruszać się z Vigaty i nie zostawiać Micheli samej, musiał jednak pojechać służbowo w sprawach cementowni do Mediolanu i zatrzymać się tam dziesięć dni. Wyglądał na zrozpaczonego. Tak przynajmniej odbierał to jego jedyny przyjaciel, Pietro Sanfilippo.

– Zwróć uwagę – pocieszał go przyjaciel – że dziesięć dni to nie wieczność.

– Dla mnie i Micheli to wieczność.

– No to dlaczego nie weźmiesz jej ze sobą?

– Nie chce jechać. Nigdy nie ruszała się z Sycylii. Mówi, że w takim wielkim mieście jak Mediolan całkiem się pogubi, chyba że ani na chwilę się nie rozstaniemy. A czy to możliwe? Będę musiał wysiadywać na naradach, mam służbowe spotkania.

Przez te wszystkie dni, kiedy Saverio był w Mediolanie, Michela nie wychodziła z domu, nikt jej nie widywał w mieście. Ale dziwniejsze było to, że po powrocie księgowego nikt ich już nie widział razem. Może kiedy siedziała tutaj sama, czekając na ukochanego, rozchorowała się albo popadła w depresję?

W miesiąc po powrocie Saveria Moscato z Mediolanu przyszła do komisarza Montalbano matka Micheli. Nie sprawiała wrażenia zaniepokojonej.

– Moja córka Michela nie dała mi tego miesiąca ani centa, a zawsze dawała.

– Dawała pani pieniądze?

– Pewnie, że mi dawała. Dwieście albo trzysta tysięcy lirów, tyle ile mogła. Zawsze była dobrą córką.

– Rozumiem. Tylko co ja tu mam do roboty? Czego pani się po mnie spodziewa?

– Wybrałam się do nich i zastałam w domu samego księgowego. Powiedział mi, że Michela już z nim nie mieszka. Kiedy wrócił z Mediolanu, już jej nie było. Pokazał mi nawet wszystkie pokoje, żebym sama zobaczyła. Nic nie zostało po Micheli, żadnej sukienki, nawet żadnych, za przeproszeniem, majtek.

– Co jeszcze powiedział pani księgowy? Jak wytłumaczył jej zniknięcie?

– Nie umie tego wytłumaczyć. Mówi, że wiadomo, jaka Michela była, i że pewnie uciekła z jakimś mężczyzną. Ale ja w to nie wierzę.

– Dlaczego?

– Dlatego, że była zakochana w księgowym.

– Co ja tu mogę pomóc?

– A czy ja wiem?... Jak pan z nim porozmawia, może panu powie, co się naprawdę z nią stało.

Nie chcąc, żeby pytania, które zamierzał zadać księgowemu Moscato, wypadły jak przesłuchanie, Montalbano czekał na okazję, kiedy spotka go przypadkowo. I pewnego dnia, pod wieczór, wreszcie zastał go w kawiarni „Castiglione”. Saverio Moscato siedział sam i pił wodę z sokiem miętowym.

– Dzień dobry. Nazywam się Montalbano, jestem komisarzem.

– Znam pana. Dzień dobry.

– Chciałbym zamienić z panem dwa słowa.

– Proszę, niech pan usiądzie. Na co pan ma ochotę?

– Na lody. Zjadłbym cassate.

Moscato zamówił.

– Słucham pana, panie komisarzu.

– Czuję się skrępowany, proszę mi wybaczyć – powiedział Montalbano. – Przedwczoraj przyszła do komisariatu matka Micheli Prestii i oznajmiła, że jej córka zaginęła.

– Bo tak się stało.

– Może mi pan to wyjaśnić?

– Po co?

– Przecież mieszka pan z Michelą Prestią, albo pan mieszkał, prawda?

– Nie o to mi szło. Pytałem, po co się pan tym interesuje.

– No cóż, zjawiła się u mnie jej matka...

– Ale Michela jest pełnoletnia, nie zaprzeczy pan. Może robić, na co ma ochotę. Odeszła ode mnie, i tyle.

– Pan wybaczy, ale chciałbym wiedzieć o tym coś więcej.

– Wyjeżdżałem do Mediolanu, a ona nie chciała jechać razem ze mną. Mówiła, że boi się takiego wielkiego miasta, że będzie jej tam źle. Teraz myślę, że to był pretekst. Chciała zostać sama, żeby uciec. W każdym razie przez pierwsze siedem dni, kiedy mnie tu nie było, dzwoniliśmy do siebie co rano i po nocach. Ósmego dnia rano już mi odpowiadała rozdrażniona, twierdziła, że... że nie umie sobie radzić beze mnie. A już w nocy telefon nie odpowiadał. Jeszcze się tym nie przejmowałem, pomyślałem, że pewnie zażyła tavor i śpi w najlepsze. Ale rano następnego dnia było to samo, więc zacząłem się zastanawiać, co się mogło stać. Zatelefonowałem do mego przyjaciela Sanfilippa, żeby poszedł do nas i zobaczył, co się dzieje. Poszedł i oddzwonił, że mieszkanie jest zamknięte, że długo i mocno pukał, ale nic to nie dało. Pomyślałem, że może coś jej się stało, że się rozchorowała. Wtedy poprosiłem ojca, któremu przed wyjazdem powierzyłem zapasowe klucze, żeby koniecznie tam zajrzał. Otworzył drzwi. Po Micheli nie pozostał najmniejszy ślad. Zabrała wszystko, co do niej należało. Nawet szminkę.

– I co pan zrobił?

– Chce pan wiedzieć? Zależy panu na tym? Rozpłakałem się.

Dlaczego jednak, gdy mówił o ucieczce ukochanej dziewczyny, o swoim żalu i płaczu, w jego oczach nie było smutku? Przeciwnie, lśniło w nich jak gdyby zadowolenie, że tak się stało. Starał się oczywiście mieć wyraz twarzy stosowny do okoliczności, ale zupełnie mu się to nie udawało. Spod popiołu, którego warstwą chciał przesłonić spojrzenie, wydobywały się niechciane radosne płomyki.

– Komisarzu kochany – westchnął Pietro Sanfilippo – co ja mogę panu powiedzieć? Czuję się zawiedziony. Sam pan zrozumie dlaczego. Kiedy Saverio wracał z Mediolanu, wziąłem sobie trzy dni urlopu. Może pan spytać o to u mnie w biurze, gdyby mi pan nie wierzył. Myślałem, że po ucieczce Micheli będzie zrozpaczony, zamierzałem nie odstępować go na krok, bałem się, że zrobi jakieś głupstwo. Tak bardzo się kochali! Poszedłem na dworzec, a on wysiadł z pociągu pogodny i beztroski jak nowo narodzony. Spodziewałem się łez, żalów, a tymczasem...

– Tymczasem?

– Kiedy jechaliśmy autem z Montelusy do Vigaty, zaczął podśpiewywać. Zawsze lubił operę, ma piękny tembr głosu. Śpiewał sobie: „Ty, co ku Bogu rozpostarłaś skrzydła”. Mnie to zmroziło, byłem wstrząśnięty. Wieczorem poszliśmy na kolację. Jadł z apetytem, był rozluźniony, nie poruszał w rozmowie przykrych tematów. Więc już następnego dnia wróciłem do biura.

– Nie rozmawialiście o Micheli?

– Ani słowem! Tak jakby tej kobiety nigdy nie było w jego życiu.

– Wiedział pan o jakichś kłótniach między nimi, o jakimś sporze?

– Gdzież tam! Zawsze tylko miłość i zgoda!

– Ktoś był o kogoś zazdrosny?

Na to pytanie Pietro Sanfilippo nie miał gotowej odpowiedzi. Myślał przez chwilę.

– Ona nigdy nie była zazdrosna. On może tak, ale na swój sposób.

 

– Co pan ma na myśli?

– To, że nie był zazdrosny o nic aktualnego, tylko o przeszłość Micheli.

– Paskudna sprawa.

– Oj, tak! Najgorszy rodzaj zazdrości, na taką nie ma lekarstwa! Któregoś wieczoru, kiedy był w szczególnie ponurym nastroju, powiedział zdanie, które wryło mi się mocno w pamięć: „Wszyscy dostawali od Micheli wszystko, a mnie już nie może dać nic nowego, nic, co by nie było przez kogoś tknięte”. Chciałem mu odpowiedzieć, że jeśli tak podchodzi do sprawy, nie powinien był wybierać sobie dziewczyny z przeszłością. Ale uznałem, że lepiej się nie odzywać.

– Pan, panie Sanfilippo, przyjaźnił się z Saveriem, zanim on poznał Michelę, prawda?

– Tak, jesteśmy w tym samym wieku, znamy się od szkoły powszechnej.

– Proszę mi odpowiedzieć po namyśle. Jeśli okres związku z Michelą uznamy za osobny epizod w jego życiu, to czy teraz pański przyjaciel jest inny, niż był dawniej?

Pietro Sanfilippo zmarszczył się i zastanowił.

– Saverio nigdy nie był otwarty, nigdy nie dzielił się tym, co czuje. Mówi mało, często dokucza mu melancholia. Tylko w tym czasie, kiedy mieszkał z Michelą, widać było, że jest szczęśliwy. Teraz stał się jeszcze bardziej zamknięty. Unika nawet mnie, a niedziele spędza na wsi.

– Ma dom na wsi?

– Tak, ma. Koło Belmonte, w prowincji Trapani; wuj mu ten dom zostawił w spadku. Dawniej nawet tam nie zaglądał. Ale ciekaw jestem jednego... nie wiem, czy pan mi odpowie...

– Jeśli potrafię, odpowiem.

– Dlaczego tak się pan interesuje zniknięciem Micheli?

– Przyszła do mnie w tej sprawie jej matka.

– Matka? Matce nie chodzi o Michelę, tylko o tych parę lirów, jakie jej dawała.

– To przecież wystarczający powód, żeby chcieć coś wiedzieć.

– Panie komisarzu, nie jestem naiwny. Pan mnie pyta raczej o Saveria niż o Michelę.

– Będę szczery. Tak, mam pewne podejrzenia.

– Jakie?

– Odnoszę wrażenie, że pański przyjaciel Saverio spodziewał się tego, co zaszło. Chyba nawet znał mężczyznę, z którym Michela uciekła.

Pietro Sanfilippo połknął haczyk. Montalbano pogratulował sobie, że przyszła mu do głowy tak wiarygodna odpowiedź. Nie mógł mu przecież powiedzieć, że zastanowiło go i zaniepokoiło spojrzenie Saveria, to żywe lśnienie w głębi jego oczu.

Nie chciał do tej sprawy wciągać żadnego ze swoich agentów, bał się, że wyda im się śmieszny. Dlatego postanowił sam przesłuchać lokatorów kamienicy, w której mieszkał Saverio Moscato. W tym dochodzeniu wszystko było wątłe, a nawet nieuchwytne, właściwie nie było to żadne dochodzenie, tylko sam punkt wyjścia, delikatny jak koronka, jak pajęczyna. Jeśli rzeczywiście było tak, jak mu opowiedział Moscato – że Michela rano odebrała telefon, a w nocy już się nie odezwała – to musiała tego dnia opuścić dom. Ktoś mógł coś widzieć. Kamienica miała pięć pięter. Komisarz skrupulatnie zaczął od ostatniego. Na każdym piętrze były cztery mieszkania. Nikt niczego nie widział, nikt niczego nie słyszał. Księgowy Moscato mieszkał na pierwszym piętrze pod numerem ósmym. Rozczarowany komisarz zadzwonił do mieszkania numer pięć. Na drzwiach była tabliczka z nazwiskiem „Maria Costanzo-Diliberto”. Otworzyła mu pewnie ona – schludna staruszka o bystrych, przenikliwych oczach.

– W jakiej sprawie?

– Nazywam się Montalbano. Jestem komisarzem.

– Kim pan jest?

Pani Diliberto najwyraźniej była kompletnie głucha.

– Jest ktoś w domu? – krzyknął Montalbano.

– Czemu pan tak krzyczy? – zapytała oburzona staruszka. – Nie jestem jeszcze głucha.

Zwabiony głosami przy drzwiach, z głębi mieszkania wyłonił się czterdziestoletni mężczyzna.

– Proszę rozmawiać ze mną, to moja matka.

– Mogę wejść?

Syn zaprowadził komisarza do saloniku, a staruszka usiadła w fotelu naprzeciw.

– Ja tu nie mieszkam, zajrzałem tylko do mamy – wyjaśnił niepytany.

– Jak państwo pewnie wiecie, panna Michela Prestìa, która mieszkała pod ósmym z księgowym Saveriem Moscato, wyszła z domu, kiedy Moscato był w Mediolanie, nikogo nie uprzedzając. Musiało się to zdarzyć między szóstym a szesnastym maja.

Staruszka zaczęła okazywać zniecierpliwienie.

– O czym mówicie, Pasquale? – zapytała syna.

– Poczekaj – powiedział Pasquale Diliberto, nie podnosząc głosu. Widocznie matka umiała odczytywać słowa z ruchu warg.

– Chciałem zapytać, czy pana matka wtedy czegoś przypadkiem nie zauważyła...

– Już rozmawiałem o tym z mamą. Nie, nie wie nic o zniknięciu Micheli.

– Wcale nie. Wiem coś – powiedziała staruszka. – Widziałam tamtego. Przecież ci o tym mówiłam. A ty mu opowiadasz, że nie wiem.

– Kogo pani widziała, proszę pani?

– Panie komisarzu, muszę pana uprzedzić – wtrącił się syn – że moja matka nie tylko jest głucha, ale, co gorsza, z jej głową też nie wszystko wydaje się w porządku.

– Z głową nie w porządku?! Z moją głową?! – krzyknęła wdowa Diliberto, zrywając się energicznie z fotela. – Ty zakało! Taki z ciebie wyrodny syn, że mnie oczerniasz przed obcymi?

I wyszła, trzaskając drzwiami.

– Proszę mi powiedzieć, co pan wie – powiedział twardym tonem Montalbano.

– Trzynastego maja mama ma urodziny. Wieczorem przyjechaliśmy z żoną, zjedliśmy kolację, pokroiłem tort, wypiliśmy po kieliszku, może po dwa, szampana. O jedenastej wróciliśmy do domu. A mama nie mogła zasnąć. Może przez tort, może przez ten kieliszek, a może po prostu się przejadła, bo wciąż jeszcze lubi jeść. O trzeciej nad ranem przypomniała sobie, że nie wyniosła śmieci. Otworzyła drzwi, żarówka na podeście nie świeciła się, widocznie była przepalona. Twierdzi, że pod drzwiami do ósemki, do mieszkania naprzeciwko, zobaczyła mężczyznę z wielką walizką. Wydało się jej, że jest podobny do księgowego Moscato. Ale ja jej powtarzam: „Nie pleć, na Boga! Księgowy nie mógł wrócić z Mediolanu trzy dni wcześniej”.

– Panie komisarzu – powiedział Angelo Liotta, dyrektor cementowni – sprawdziłem to, o co pan mnie prosił. Księgowy Moscato, zgodnie z przepisami, załączył do rozliczenia delegacji wszystkie rachunki i bilety. Wynika z tego, że wyleciał w niedzielę z palermiańskiego lotniska o osiemnastej trzydzieści bezpośrednio do Mediolanu. Miał zarezerwowany pokój w hotelu „Excelsior”, gdzie przebywał do osiemnastego, a potem o siódmej trzydzieści miał samolot do Palermo z lotniska w Linate. Z tego, co wiem, uczestniczył we wszystkich zebraniach i naradach. Odbył też wszystkie spotkania służbowe. Po to został tam wysłany. Jeśli ma pan jeszcze jakieś pytania, jestem do pańskiej dyspozycji.

– Dziękuję. Chyba to wystarczy.

– Mam nadzieję, że mój pracownik, zwłaszcza taki jak księgowy Moscato, którego szczególnie cenię za sumienność, nie został wplątany w jakąś przykrą sprawę?

– Ja także mam taką nadzieję – odparł Montalbano, żegnając się.

Kiedy dyrektor wyszedł z gabinetu, komisarz wziął kopertę ze wszystkimi załącznikami dotyczącymi podróży służbowej księgowego Moscato i schował ją do szuflady, nawet nie zaglądając do środka.

Tym gestem jak gdyby pożegnał się ze swoim dochodzeniem, które na dobrą sprawę nigdy się nie zaczęło.

W sześć miesięcy później odebrał telefon. Początkowo nie mógł się zorientować, kto dzwoni.

– Z kim rozmawiam? Przepraszam, że pytam.

– Tu Angelo Liotta. Pamięta mnie pan? Dyrektor cementowni. Kiedyś wezwał mnie pan, żeby się dowiedzieć...

– Tak, tak, pamiętam doskonale. Słucham pana.

– Chodzi o to, że właśnie porządkujemy tegoroczne rozliczenia i chciałbym dostać z powrotem te załączniki, które panu zostawiłem.

O co mu chodzi? Komisarz dopiero po chwili przypomniał sobie o kopercie z rachunkami i biletami, której nawet nie otworzył.

– Jeszcze dziś wszystko panu odeślę.

Żeby nie zapomnieć, od razu wyjął kopertę z szuflady i położył na biurku. Ale, sam nie wiedząc dlaczego, po chwili rozciął ją, rzucił okiem na rachunki i włożył je z powrotem do koperty. Rozsiadł się wygodnie w fotelu, zamknął oczy. Zastanowił się. Wyjął rachunki z powrotem, ułożył je na biurku zgodnie z datami, jeden obok drugiego. Pierwszy, po lewej, nosił datę czwarty maja i poświadczał zapłatę za pełny bak benzyny, ostatni po prawej był to bilet kolejowy, z datą siedemnasty maja, wystawiony na przejazd z Palermo do Montelusy. Na pewno coś się tu nie zgadzało. Chyba było tak, jak wynikało z rachunków. Księgowy Moscato wyjechał samochodem z Vigaty na lotnisko, a po zakończeniu podróży służbowej powrócił do Vigaty pociągiem. O tym, że wrócił pociągiem, mówił zresztą jego przyjaciel Pietro Sanfilippo. Pojawiało się zatem pytanie proste jak drut: kto odwiózł samochód księgowego z lotniska do Vigaty, kiedy ten przebywał w Mediolanie?

– Pan Sanfilippo? Tu Montalbano. Chcę pana o coś zapytać. Kiedy Saverio Moscato jechał na lotnisko do Palermo, żeby udać się do Mediolanu, pojechał pan razem z nim?

– Widzę, panie komisarzu, że nie wychodzi panu z głowy tamta historia. Wie pan, czasami ktoś z miejscowych wraca do Vigaty i mówi, że widział Michelę w Mediolanie albo w Paryżu czy nawet w Londynie. A na pana pytanie mogę odpowiedzieć: nie, nie tylko nie jeździłem z Saveriem na lotnisko, ale też mam pewność, że jest pan na złym tropie. Jeżeli Saverio wrócił pociągiem, to dlaczego miałby jechać do Palermo samochodem? Michela także nie mogła mu wtedy towarzyszyć, bo nie miała prawa jazdy, więc nie odstawiłaby auta z powrotem.

– A jak się teraz czuje pański przyjaciel?

– Saverio? Dawno go nie widziałem. Zwolnił się z cementowni, wyprowadził się stąd.

– Dokąd? Wie pan?

– Naturalnie, że wiem. Mieszka teraz na wsi, w swoim domu w prowincji Trapani, w Belmonte. Chciałem go kiedyś odwiedzić, ale dał mi do zrozumienia...

Komisarz już go nie słuchał. Belmonte – powiedział Sanfilippo. Rachunek za benzynę miał u góry po prawej stronie nadruk: „Stacja benzynowa Pagano-Belmonte (TR)”.

Zatrzymał się na tej właśnie stacji, żeby zapytać, jak ma dojechać do księgowego Moscato. Wskazano mu drogę. Podjechał pod skromny piętrowy domek, stojący samotnie na odludziu. Mężczyzna, który podszedł, żeby otworzyć furtkę, tylko z grubsza przypominał tamtego Saveria Moscato, którego komisarz znał. Był zaniedbany, ubrany w byle co, nosił długą brodę. Dopiero po chwili rozpoznał komisarza.

W jego oczach, w które komisarz wnikliwie się wpatrywał, nie było śladu dawnego błysku. Była w nich już tylko ciemna warstwa popiołu. Zaprowadził komisarza do bardzo biednie urządzonej jadalni.

– Przejeżdżałem tędy – zaczął Montalbano.

Ale umilkł. Moscato jak gdyby o nim zapomniał. Przyglądał się swoim rękom. Przez okno widać było ogród ciągnący się za domem: same kwiaty, głównie róże, wiele krzewów i drzew. Oaza zieleni, dziwnie różniąca się od reszty całkiem zaniedbanego terenu. Komisarz wstał z fotela, wyszedł do ogrodu. Pośrodku leżał wielki biały kamień, ogrodzony jak klomb i obrośnięty gęsto polnymi różami. Montalbano pochylił się nad niskim ogrodzeniem, ręką dotknął kamienia. Księgowy także wyszedł na dwór. Montalbano czuł, że stanął tuż za nim.

– Tu ją pan pochował, prawda? – zapytał spokojnie, nie podnosząc głosu.

Równie spokojnie odpowiedział mu Moscato. Tej odpowiedzi komisarz się spodziewał – i obawiał.

– Tak.

– W piątek po południu Michela poprosiła, żebyśmy przyjechali tutaj, do Belmonte.

– Nigdy tu wcześniej nie była?

– Była tylko raz, podobało jej się to miejsce. Nie umiałem jej odmówić. Spełniałem każde jej życzenie. Zamierzaliśmy tu spędzić całą sobotę, a w niedzielę rano miałem ją odwieźć do Vigaty i po południu jechać pociągiem do Palermo. Dzień był wspaniały, nigdy nie przeżyliśmy takiego pięknego dnia jak ta sobota. Wieczorem, po kolacji, poszliśmy szybko do łóżka, kochaliśmy się, a potem paliliśmy i rozmawiali.

– O czym?

– W tym rzecz, panie komisarzu. Rozmawialiśmy o tym, o czym chciała rozmawiać Michela.

– To znaczy o czym?

– Trudno to ująć. Zawsze jej wyrzucałem... Nie, wcale jej tego nie wyrzucałem, źle się wyraziłem... Zawsze smutno mi było, że ona po tym swoim wcześniejszym życiu już nie była w stanie dać mi czegoś, czego nie dawała innym.

– Przecież i pan tak samo w stosunku do Micheli...

Saverio Moscato rzucił okiem na komisarza, całkiem zagubiony. W jego oczach był tylko popiół.

– Ja? Ja przed Michelą nie miałem żadnej kobiety.

Montalbano poczuł się zażenowany, sam nie potrafiłby sobie wyjaśnić dlaczego.

 

– W pewnej chwili Michela wyszła do łazienki. Była tam może pięć minut i wróciła. Uśmiechała się. Położyła się znowu obok, objęła mnie mocno jak nigdy i powiedziała, że może mi dać coś, czego inni nigdy od niej nie dostali i nigdy nie mogli mieć. Spytałem, co to takiego, ale ona wolała się znów kochać. A potem powiedziała, że daje mi swoją śmierć. Zażyła truciznę.

– I co pan zrobił?

– Nic, panie komisarzu. Tylko ująłem jej dłonie w swoje. I nie odrywaliśmy od siebie oczu. Szybko to poszło. Pewnie niewiele cierpiała.

– Niech się pan nie łudzi. I niech pan nie pomniejsza tego, co Michela dla pana zrobiła. Po zażyciu trucizny na pewno się cierpi!

– W nocy wykopałem grób i położyłem ją tam, gdzie teraz leży. Wyjechałem do Mediolanu. Czułem się zrozpaczony i szczęśliwy – czy może mnie pan zrozumieć? Któregoś dnia zebrania skończyły się wcześniej, nie było jeszcze piątej. Przyleciałem do Palermo i autem, które miałem na parkingu przy lotnisku Punta Ràisi, wróciłem do Vigaty. Nie spieszyłem się, nie chciałem, żeby mnie ktoś zobaczył. Wrzuciłem do walizki jej rzeczy, wszystko, co miała, i wyniosłem z mieszkania. Mam to tutaj, na piętrze, w sypialni. Kiedy ruszyłem stąd z powrotem na Punta Ràisi, samochód zgasł i nie chciał zapalić. Wepchnąłem go w krzaki i dojechałem na lotnisko taksówką z Trapani, ledwo zdążyłem na pierwszy samolot do Mediolanu. Wróciwszy do Palermo, dojechałem do Vigaty pociągiem. W pierwszych dniach byłem uszczęśliwiony, wciąż żyłem w uniesieniu, myśląc o tym, na co Michela się dla mnie zdobyła. Dlatego przeniosłem się tutaj na stałe. Chciałem cieszyć się tym moim szczęściem tylko z nią. Ale potem...

– Potem? – spytał komisarz.

– Potem jednej nocy nagle się obudziłem i nie wyczułem przy sobie Micheli. A wcześniej, kiedy zamykałem oczy, zdawało mi się, że słyszę jej oddech, że śpi. Wołałem ją, szukałem po całym domu. Ale jej nie było. Wtedy zrozumiałem, że to jej poświęcenie miało za wielką cenę, że dar był za drogi.

Rozpłakał się. Nie szlochał, tylko łzy spływały mu w ciszy po policzkach.

Montalbano patrzył na jaszczurkę, która wdrapała się na biały kamień nagrobny i nieruchoma wygrzewała w słońcu.