Miesiąc z komisarzem MontalbanoTekst

1
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Jeśli ktoś się o tym dowie – powiedział – skończysz tak samo.

Z tchórzostwa milczałem. A najdziwniejsze było to, że o biednym Carlu nikt już nie wspominał. Z pewnością ktoś z kolegium, odkrywszy zabójstwo, usunął zwłoki; może zrobił to stróż, który też utrzymywał potajemne stosunki z Carlem i bał się, że to wyjdzie na jaw. Kiedy w kilka dni później zobaczyłem, że Attilio wyrzuca do śmietnika zakrwawiony bandaż, sam nie wiem dlaczego wyjąłem go. Odciąłem poplamiony kawałek i przykleiłem na ostatniej stronie pewnej książki, choć nie przyszło mi do głowy, że kiedyś może mi się na coś przydać. W 1941 roku zostałem powołany do wojska, byłem na froncie i w 1943 alianci wzięli mnie na Sycylii do niewoli. W trzy lata później wróciłem z obozu jenieckiego, ale moje życie już wypadło ze swoich kolein i nie warto tutaj o nim mówić. Było jednym łańcuchem błędów: możliwe – choć pewności co do tego nie mam – że sumienie wciąż mi wyrzucało tchórzostwo i wciąż pogardzałem sobą za to, że milczałem. Przed tygodniem, całkiem przypadkowo, zobaczyłem i natychmiast rozpoznałem Attilia tutaj, w Vigacie. Było to w niedzielę, wchodził do kościoła. Zdumiało mnie to i zaciekawiło, wypytałem ludzi i dowiedziałem się, że przyjechał odwiedzić syna, który jest dyrektorem cementowni. On, Attilio, przeszedł już na emeryturę, ale wciąż jeszcze wykonuje prace zlecone dla Saminexu, największej włoskiej wytwórni konserw.

Przedwczoraj znowu go zobaczyłem i zatrzymałem się przed nim.

– Cześć, Attilio – powiedziałem. – Pamiętasz mnie?

Długo mi się przypatrywał, ale w końcu mnie rozpoznał i cofnął się o krok. W jego oczach pojawił się taki sam wyraz, jaki zobaczyłem wtedy w nocy, w piwnicy.

– Czego chcesz?

– Chcę ci zastąpić sumienie.

Ale on w to nie uwierzył, tylko nabrał przekonania, że chcę go szantażować. Wkrótce, może w dzień, może w nocy, na pewno się tutaj zjawi.

Była już piąta rano, nie warto było kłaść się do łóżka. Komisarz długo postał pod prysznicem, ogolił się, ubrał, usiadł na werandzie i patrzył na morze, które powoli, w rytmie spokojnego oddechu, napływało na piasek plaży. Zaparzył kawę w maszynce na cztery osoby, a potem parę razy wstawał, szedł do kuchni, nalewał sobie nową porcję i wracał na werandę. Był dumny ze swego przyjaciela Caloria.

Adres znalazł w książce telefonicznej. Tuż po ósmej przycisnął guzik domofonu przy nazwisku „dr Eugenio Comaschi”.

Odezwał się męski głos.

– Kto tam?

– Firma spedycyjna.

– Syna nie ma w domu.

– To nic, wystarczy, że ktoś pokwituje odbiór.

– Trzecie piętro.

Kiedy winda zatrzymała się na trzecim piętrze, uprzejmy starszy mężczyzna w piżamie już czekał na podeście. Ale zobaczywszy komisarza, Attilio Comaschi od razu nabrał podejrzeń, jakby odruchowo zrozumiał, że tego człowieka nie przysyła firma spedycyjna, zwłaszcza że przybyły nie ma nic w ręku.

– O co chodzi? – spytał.

– Chcę przekazać panu pewien drobiazg – powiedział Montalbano, wyjmując z kieszeni strzęp materii z ciemną, brunatną plamą.

– Co to za świństwo?

– To kawałek bandaża, którym pięćdziesiąt osiem lat temu opatrzył pan sobie ranę, kiedy skaleczył się w rękę, zabijając Carla.

Mówi się, że są na świecie kule, które trafiając człowieka, odrzucają go o trzy, cztery metry do tyłu. Stary mężczyzna jakby został trafiony w pierś taką kulą, dosłownie uderzył ciałem o ścianę. Powoli oprzytomniał, opuścił nisko głowę.

– Ale Livia... nie chciałem zabić – powiedział.

Łeb w łeb

Kiedy Montalbano został mianowany komisarzem i obejmował posterunek w Vigacie, przekazujący mu urząd kolega wtajemniczył go również w to, że o wpływy w Vigacie i jej okolicach walczą ze sobą dwie mafijne rodziny, Cuffaro i Sinagra, które w dążeniu do zakończenia wieloletniej rywalizacji nie uciekają się bynajmniej do środków prawnych, tylko do celnych strzałów z obrzynków.

– Z obrzynków? Ciągle są jeszcze w modzie? – zdziwił się Montalbano, bo takie narzędzie rozstrzygania sporu wydało mu się co najmniej archaiczne w naszych czasach, kiedy karabiny maszynowe i kałasznikowy można kupić za marne pieniądze na miejscowym targu.

– To dlatego, że ojcowie rywalizujących ze sobą rodzin są siłą rzeczy staroświeccy – wyjaśnił komisarzowi kolega. – Don Sisìno Cuffaro przekroczył osiemdziesiątkę, a don Balduccio Sinagra dobija do osiemdziesięciu pięciu. Więc przynajmniej można im wybaczyć, że są przywiązani do wspomnień z młodości: obrzynki to jedna z drogich im pamiątek. Ale ich synowie już powoli tracą cierpliwość: sześćdziesięcioletni don Lillino Cuffaro, syn don Sisina, i pięćdziesięcioletni don Masino Sinagra, syn don Balduccia, chcieliby wreszcie stanąć na czele rodzin i trochę się unowocześnić, ale jeszcze się trzęsą przed ojcami. Cóż to dla nich spoliczkować synów w miejscu publicznym, choćby na środku placu.

– Chyba żartujesz?

– Nie żartuję. Obaj starzy, don Sisìno i don Balduccio, są ludźmi zrównoważonymi i obaj chcą być traktowani jednakowo. Muszą iść łeb w łeb. Kiedy ktoś z rodziny Sinagra zabije kogoś z rodziny Cuffaro, masz jak w banku, że nie minie tydzień, a jakiś Cuffaro zastrzeli jakiegoś Sinagrę. Ale tylko jednego, możesz być pewien.

– Kto w tej chwili wygrywa? – spytał Montalbano, jakby chodziło o wynik meczu.

– Sześć do sześciu – odpowiedział mu z całą powagą kolega. – Teraz powinni strzelić ci od Sinagrów.

Pod koniec drugiego roku pracy komisarza w Vigacie wynik meczu zmienił się na osiem do ośmiu. Karnego mieli strzelać znowu ci od Sinagrów. Nic więc dziwnego, że na posterunek zatelefonował ktoś, kto nie chciał podać nazwiska, i zgodnie z jego informacją na przedmieściu Zingarella znaleziono zwłoki Titilla Bonpensiero, który wbrew swemu nazwisku nie wpadł na „dobrą myśl”, tylko przeciwnie, na pechową, i wybrał się samotnie na przechadzkę w odludne miejsce z urwiskami i zaroślami. Trudno o lepsze, kiedy trzeba kogoś sprzątnąć. Trzydziestoletni Titìllo Bonpensiero miał bliskie związki z rodziną Cuffaro, oficjalnie pracował jako agent w ich firmie sprzedającej mieszkania i od dwóch lat był mężem Mariucci Di Stefano. Naturalnie rodzina Di Stefano także była ściśle związana z rodziną Cuffaro, gdyż w Vigacie historię Romea i Julii uważa się wyłącznie za to, czym w istocie jest, czyli za ładną legendę. Było nie do pomyślenia, żeby ktoś z Cuffarów chciał się połączyć z kimś z Sinagrów czy odwrotnie, musiałoby to wypaść jak opowieść z gatunku fantastyki.

Na początku urzędowania w Vigacie Salvo Montalbano nie zamierzał się dostosować do zasady swego poprzednika, która brzmiała: „Dajmy się im wykańczać między sobą, nie wtrącajmy się, a wyjdzie to na dobre i nam, i wszystkim porządnym ludziom”. Z zapałem więc wszczynał śledztwa w sprawie tych mafijnych zabójstw, jednak rzeczywistość przytarła mu rogów.

Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał, nikt nikogo nie podejrzewał, nikt sobie niczego nie wyobrażał i nikt nikogo nie znał.

„To dlatego Odyseusz właśnie tu, na ziemi sycylijskiej, powiedział Cyklopowi, że nazywa się Nikt” – kpił sobie w myślach komisarz, brnąc ciągle w tej samej gęstej mgle.

Kiedy więc doniesiono mu o znalezieniu na przedmieściu Zingarella zwłok kogoś z rodziny Cuffaro, zniechęcony nie wybrał się na miejsce sam, tylko posłał swego zastępcę, Mimì Augella.

A wszyscy w mieście już czekali na kolejne nieuniknione zabójstwo kogoś z Sinagrów.

I rzeczywiście, dwudziestego drugiego grudnia Cosimo Zaccaria, amator łowienia, wybrał się z wędką i robakami na ryby i już przed siódmą rano siedział na końcu zachodniego mola. Łowił z jakim takim szczęściem, więc tym bardziej zirytowała go po niecałej godzinie hałaśliwa łódź motorowa, która z pełnego morza pędziła szybko w stronę portu. Kierowała się nie tyle na wejście do portu między dwoma molami, co właśnie na skraj zachodniego mola, jakby płynęła tylko po to, żeby swoim hałasem wypłoszyć Cosimowi ryby. Parę metrów od brzegu, unikając uderzenia w falochron, zawróciła i popędziła z powrotem na pełne morze, ale Cosimo Zaccaria leżał już w tym czasie między dwiema skałkami, twarzą do ziemi, bo mu z obrzynka przestrzelono pierś.

Ledwo wiadomość o tym się rozeszła, całe miasto nie mogło się nadziwić; zdziwiony był też komisarz Montalbano.

Czy to możliwe? Cosimo Zaccaria należał do rodziny Cuffaro, jak Titìllo Bonpensiero. Dlaczego więc Sinagrowie zabili dwóch Cuffarów po kolei? Przecież umieli liczyć. A jeśli się w liczeniu nie pomylili, to dlaczego zadecydowali, że nie będą już przestrzegać starych zasad?

Wynik brzmiał teraz „dziesięć do ośmiu” i można było mieć pewność, że Cuffarowie nie będą się długo zastanawiać i wyrównają rachunki. Zanosiło się na styczeń zimny i deszczowy, ale urozmaicony zabiciem dwóch Sinagrów, którzy już mogli się czuć, jakby byli na tamtym świecie. Jednak do wiadomej sprawy powróci się dopiero po świętach, bo od dwudziestego czwartego grudnia do szóstego stycznia w rodzinach obowiązywało zawsze milczące zawieszenie broni. Po Trzech Królach mecz zostanie wznowiony.

Gwizdek sędziego, na który w mniejszym napięciu czekali mieszkańcy Vigaty, a w większym zawodnicy obu drużyn, miał zabrzmieć siódmego stycznia. I rzeczywiście, następnego dnia Michele Zummo, właściciel wzorcowej kurzej fermy w dzielnicy Ciavolotta, został z trudem odnaleziony, już martwy, w morzu rozbitych jajek. Albo je rozbiły strzały z obrzynka, albo sam Zummo własnym ciałem, kiedy padał trafiony.

Mimì Augello zameldował przełożonemu, że żółtka i białka tak się wymieszały z resztkami Zumma, że można by z tego amalgamatu zrobić jajecznicę na trzysta osób i żadna z nich nie odróżniłaby jajek od Zumma.

 

Dziesięć do dziewięciu; wszystko zaczynało wracać do normy i miasto przestało się niepokoić: Michele Zummo należał do Sinagrów, zginął od obrzynka. Tak chciała tradycja i tak się stało.

Zginie jeszcze ktoś z rodziny Sinagra i znowu obie rodziny będą szły łeb w łeb.

Drugiego lutego, po krótkim szarym dniu, Pasqualino Fichèra, hurtownik na targu rybnym, wracał do domu o pierwszej w nocy, kiedy został skoszony kulą z obrzynka. Upadł ranny na ziemię i może by jakoś wyżył, gdyby zamiast udawać zabitego, nie zaczął krzyczeć:

– Chłopcy, pomyłka! Nie tak miało być! Jeszcze nie moja kolej!

Usłyszano go w pobliskich domach, ale nikt się nie ruszył. Co się odwlecze, to nie uciecze. Dokładniej trafiony drugą kulą, Pasqualino Fichèra wylądował, jak się to mówi, na rajskich łąkach, dręczony okrutną pewnością, że doszło do nieporozumienia. Gdyż w istocie należał do rodziny Cuffaro, a uświęcony tradycją porządek rzeczy kazał dla osiągnięcia remisu przenieść na tamten świat jeszcze jednego z Sinagrów. To o tym ranny chciał Sinagrom przypomnieć. A tymczasem ich rodzina wyraźnie wygrywała: jedenaście do dziewięciu.

Miasto nie mogło się w tym połapać.

Montalbano, przeciwnie, połapał się, że to ostatnie zabójstwo i wypowiedziane przez Pasqualina Ficherę słowa pozwalają mu wreszcie pojąć, o co tu uchodzi. Swoje rozumowanie oparł na przekonaniu, wprawdzie tylko instynktownym, że wcale nie doszło do pomyłki w liczeniu ani po jednej, ani po drugiej stronie. Pewnego ranka, głowiąc się nad tym wszystkim, nabrał pewności, że koniecznie musi się rozmówić z doktorem Pasquano, lekarzem sądowym, który miał swoje biuro w Montelusie. Doktor był człowiekiem starym, kapryśnym i szorstkim, ale z Montalbanem dobrze się rozumiał i dlatego wykroił dla niego godzinkę zaraz po obiedzie.

– Titìllo Bonpensiero, Cosimo Zaccaria, Michele Zummo, Pasqualino Fichèra – wyliczył komisarz.

– No to co?

– Wie pan, że trzech należy do tej samej rodziny, a tylko jeden do przeciwnej?

– Nie, nie wiem. I mogę pana zapewnić, że mam to absolutnie i głęboko gdzieś. Poglądy polityczne, wierzenia religijne, przynależność do stowarzyszeń nie są jeszcze, niestety, obiektem badań podczas sekcji zwłok.

– Dlaczego mówi pan: nie są jeszcze?

– Dlatego, że w moim przekonaniu już za parę lat wynajdzie się stosowne aparaty, które na podstawie dobrze przeprowadzonej autopsji pozwolą ustalić, co denat myślał o polityce. Ale może przejdziemy do rzeczy: o co panu chodzi?

– W przypadku tych czterech zabitych nie dostrzegł pan jakichś anomalii? Czy ja wiem...

– Co panu chodzi po głowie? Czy ja się zajmuję tylko pańskimi zwłokami i tylko nad nimi się zastanawiam? Mam na głowie całą prowincję Montelusa. Może pan tego nie wie, ale tutejsi trumniarze już wybudowali sobie willę na Malediwach.

Otworzył metalowe pudło z kartoteką, wyjął z niego cztery kartki, uważnie je przeczytał, trzy włożył z powrotem, a czwartą podał komisarzowi.

– Przypominam panu, że wierne kopie moich sprawozdań, które trzymam w tej kartotece, wysłałem w stosownym czasie do pańskiego biura w Vigacie.

Miało to znaczyć: dlaczego nie czytasz tego, co ci posyłam, tylko zanudzasz mnie tu, w Montelusie?

– Dziękuję i przepraszam – powiedział Montalbano, przeciągnąwszy wzrokiem po gęsto zapisanej kartce.

Kiedy jechał z powrotem do Vigaty, wściekłość, że ośmieszył się w oczach lekarza sądowego, buchała mu kłębami pary z nosa jak z nozdrzy rozdrażnionego na arenie byka.

– Mimì Augello, do mnie! Pospiesz się! – krzyknął, ledwo przestąpił próg swego gabinetu.

– O co ci chodzi? – spytał Augello w chwilę później, unikając wzroku komisarza.

– Chodzi, Mimì, o taką błahostkę: co robisz ze sprawozdaniami, które ci przysyła doktor Pasquano? Pakujesz w nie ryby czy podcierasz sobie nimi tyłek?

– A jak myślisz?

– Czytasz je przynajmniej?

– Pewnie, że czytam.

– No to wyjaśnij: dlaczego nie chciało ci się powiedzieć mi o tym, co doktor napisał o zwłokach Titilla Bonpensiero?

– A cóż takiego napisał?

– Posłuchaj, zróbmy tak. Wynoś się do swego pokoju, przestudiuj jego sprawozdanie, a potem odwiedź mnie jeszcze raz. A ja tymczasem postaram się opanować. Inaczej nasza sprawa paskudnie się skończy.

Po powrocie do gabinetu przełożonego Augello miał twarz zarumienioną, za to rumieńce na twarzy komisarza już trochę zbladły.

– No i co? – spytał Montalbano.

– No i wał ze mnie – przyznał Mimì.

– Co do tego zgoda.

Mimì Augello nie zareagował.

– Pasquano wyraźnie podejrzewa – powiedział Montalbano – że skoro na miejscu było niewiele krwi, to Bonpensiero został zabity gdzie indziej, a potem przewieziony do Zingarelli i wrzucony w zarośla. Tam do niego strzelono, ale on już od paru godzin był martwy. Strzał z obrzynka z najbliższej odległości, między podbródek a pierś. Na dobrą sprawę czysty teatr, inscenizacja. Dlaczego? Pasquano uważa, że Bonpensiero został uduszony we śnie, a rana z obrzynka bynajmniej nie zdołała usunąć śladów duszenia, choć miała to na celu. No to, Mimì, co teraz przychodzi ci do głowy, kiedy już byłeś uprzejmy rzucić okiem na sprawozdanie?

– Jeżeli rzecz tak wygląda, myślę, że nie jest to zabójstwo takie, jak trzeba.

Montalbano popatrzył na niego życzliwie, ale udał zdumienie.

– Czasami, Mimì, poraża mnie twoja inteligencja! I co, i to już wszystko? Nie jest to zabójstwo takie, jak trzeba – i tyle?

– Może... – porwał się na wnioskowanie Augello, ale od razu umilkł. Miał otwarte usta, bo myśl, która mu przyszła do głowy, zaskoczyła przede wszystkim jego samego.

– Dalej, wykrztuś, co wymyśliłeś, przecież cię nie zjem.

– Może rodzina Sinagra z zabójstwem Bonpensiero nie ma nic wspólnego.

Montalbano wstał, podszedł do swego zastępcy, ujął w dłonie jego głowę i pocałował go w czoło.

– Sam widzisz, że wystarczy zażyć coś na przeczyszczenie i już po chwili mamy to, na co czekaliśmy.

– Przysłał pan swego człowieka, komisarzu, by mnie zawiadomić, że chce mnie pan widzieć w tych dniach, ale ja przybiegłem do pana od razu. Nie dlatego, że rozmijam się z prawem, ale dlatego, że odnosimy się do pana, i ojciec, i ja, z wielkim szacunkiem.

Don Lillino Cuffaro, zwalisty, owłosiony, z jednym okiem na stałe przymkniętym, byle jak ubrany, miał jednak, pomimo zaniedbanego wyglądu, jakiś dyskretny urok. Przywykł rozkazywać, władać i nie umiał tego w żaden sposób ukryć.

Montalbano na jego komplement nie odpowiedział ani słowem, jakby go nie usłyszał.

– Panie Cuffaro, wiem, że jest pan człowiekiem bardzo zajętym, i dlatego nie zabiorę panu wiele czasu. Jak się czuje pani Mariuccia?

– Kto?

– Pani Mariuccia, córka pańskiego przyjaciela Di Stefano, wdowa po Titillu Bonpensiero.

Don Lillino Cuffaro otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, lecz zaraz je zamknął. Nie spodziewał się ataku z tej strony. Szybko się jednak pozbierał.

– Jak się ma czuć nieszczęśliwa kobieta? Nie dalej niż dwa lata temu wyszła za mąż, a już wykończyli jej męża, i to w tak okropny sposób...

– W jaki sposób? – spytał Montalbano z niewinną miną, godną baranka wielkanocnego.

– W jaki?... Mnie powiedzieli, że go zastrzelono – wycedził z wahaniem don Lillino.

Zorientował się, że kroczy po zaminowanym polu. A Montalbano milczał jak posąg.

– Nie tak było? – spytał Cuffaro.

Komisarz podniósł palec wskazujący i poruszał nim z prawa na lewo, tam i z powrotem. Ale wciąż nic nie mówił.

– A jak było?

Tym razem Montalbano raczył odpowiedzieć.

– Udusili go.

– Co mi pan opowiada! – obruszył się don Lillino. Ale najwyraźniej nie radził sobie z nową rolą.

– Jeśli panu mówię tak, jak mówię, to musi mi pan wierzyć – powiedział pogodnie komisarz. Pewnie już bawiła go ta scena.

Zapadła cisza. Montalbano przypatrywał się trzymanemu w ręce długopisowi, jakby to był zagadkowy przedmiot, który widzi po raz pierwszy w życiu.

– Ale Cosimo Zaccaria popełnił błąd, poważny błąd – podjął po chwili. Odłożył długopis na biurko, jakby zrezygnował ze studiowania jego tajemnicy.

– A co tu ma do rzeczy ten poczciwiec Cosimo Zaccaria?

– Coś ma, coś ma.

Don Lillino poruszył się na krześle.

– A pańskim zdaniem, skoro już przy tym jesteśmy, jakiż to poważny błąd mógł popełnić?

– Skoro już przy tym jesteśmy, pobłądził, zwalając to zabójstwo na Sinagrów. Bo Sinagrowie dali do zrozumienia każdemu, kto jest zdolny rozumieć, że z tą historią nie mają nic wspólnego. A ci drudzy, kiedy się przekonali, że Sinagrowie nie mają z tym nic wspólnego, przeprowadzili na własną rękę dochodzenie w swoim domu. I wykryli coś, co nie mogło wyjść na jaw, bo wystawiłoby ich na pośmiewisko. Proszę mnie poprawiać, kiedy będę się mylił, panie Cuffaro...

– Nie wiem, jak miałbym pana poprawiać w sprawie, o której...

– Pan pozwoli, że skończę. Otóż Mariuccia Di Stefano i Cosimo Zaccaria od dawna są kochankami. Umieją się tak urządzić, że nikt tego nie podejrzewa, ani w rodzinie, ani w mieście. Jednakże... to tylko mój domysł... Titìllo Bonpensiero coś wywęszył i nie przestaje węszyć dalej. Mariuccia wpada w popłoch, dogaduje się z kochankiem. Razem obmyślają plan, jak pozbyć się Titilla i zwalić winę na Sinagrów. Pewnej nocy, kiedy mąż mocno śpi, żona wstaje z łóżka i otwiera drzwi, a Cosimo Zaccaria wchodzi...

– Tyle mi wystarczy – powiedział nagle don Lillino, podnosząc rękę. Nie chciał dłużej słuchać tej historii.

Zdumiony Montalbano zobaczył przed sobą innego człowieka, niezwykle zmienionego. Don Lillino siedział wyprostowany, spojrzenie miał ostre jak nóż, twarz śmiałą i stanowczą: wreszcie był przywódcą.

– Czego się pan po mnie spodziewa?

– To wy zarządziliście zabójstwo Cosima Zaccarii, żeby zakończyć ten burdel w rodzinie.

Don Lillino niemal nie oddychał.

– W porządku. Spodziewam się, że morderca Cosima Zaccarii sam się zgłosi do komisariatu. Spodziewam się też, że i Mariuccia Di Stefano się stawi, bo jest wspólniczką zabójstwa męża.

– Oczywiście ma pan dowody na to wszystko, co mi pan powiedział.

Była to już ostatnia linia obrony, ale komisarz szybko ją przełamał.

– Trochę mam, trochę nie mam.

– Wobec tego po co pan mnie wezwał? Mogę wiedzieć?

– Tylko po to, by panu oznajmić, że mam zamiar zrobić coś znacznie gorszego niż przedstawianie panu dowodów.

– Co mianowicie?

– Od jutra zaczynam z wielkim hukiem dochodzenie w sprawie śmierci Bonpensiera i Zaccarii. Każdy mój krok będzie pokazywany w telewizji, rozpiszą się o tym gazety, będę zwoływał co drugi dzień konferencję prasową. Oczernię was, ośmieszę. W rodzinie Sinagra popuszczą w portki ze śmiechu, na ulicy będą chichotać na wasz widok. Obsmaruję was tak, że nie będziecie wiedzieli, gdzie się schować ze wstydu. Wystarczy, że zrelacjonuję przebieg wydarzeń, a utracicie szacunek wszystkich. Bo powiem, że w waszej rodzinie nie ma posłuchu, że popadliście w anarchię, że każdy, kto chce, pieprzy, kogo chce, mężatki i panny, że można już lekką ręką mordować, kiedy się chce i kogo się chce...

– Wystarczy – raz jeszcze powstrzymał go don Lillino.

Wstał, lekko się skłonił komisarzowi i wyszedł.

W trzy dni później Vittorio Lopresti z rodziny Cuffaro zgłosił się do komisariatu i oświadczył, że zabił Cosima Zaccarię, bo ten był jego wspólnikiem i zaczął oszukiwać w interesach.

Następnego ranka Mariuccia Di Stefano, ubrana na czarno, wyszła wcześnie z domu i szybkim krokiem podążyła na sam skraj zachodniego mola. Była sama, wielu ją zauważyło. I, jak opowiedział Pippo Sutera, naoczny świadek, doszła do latarni morskiej, przeżegnała się i skoczyła do morza. Pippo Sutera gotów był się za nią rzucić, żeby ją ratować, ale morze tego dnia było, jak się zaklinał, straszliwie wzburzone.

„Kazali jej to zrobić, nie miała innego wyjścia” – pomyślał Montalbano.

W mieście wszyscy byli przekonani, że Mariuccia Di Stefano zabiła się, bo nie mogła się pogodzić ze stratą ukochanego męża.