Miesiąc z komisarzem Montalbano

Tekst
1
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ANDREA CAMILLERI

MIESIĄC Z KOMISARZEM MONTALBANO

Przełożył

Stanisław Kasprzysiak

NOIR SUR BLANC

Spis treści

Karta redakcyjna

List anonimowy (La lettera anonima)

Sztuka wróżenia (L’ arte della divinazione)

Skrót (La sigla)

Łeb w łeb (Par condicio)

Miłość (Amore)

Olbrzymka zawsze uprzejmie uśmiechnięta (Una gigantessa dal sorriso gentile)

Dzienniczek z 1943 roku (Un diario del ’43)

Diabelski fetor (L’ odore del diavolo)

Towarzysz podróży (Il compagno di viaggio)

Pułapka na koty (Trappola per gatti)

Cuda w Trieście (Miracoli di Trieste)

Ikar (Icaro)

Ostrzeżenie (L’ avvertimento)

Being here... (Being here...)

Pakt (Il patto)

Opowiedział o tym Aulus Gellius (Quello che contò Aulo Gellio)

Stary złodziej (Il vecchio ladro)

Jasnowidząca (La veggente)

Policjanci i złodzieje (Guardie e ladri)

Ręka artysty (Tocco d ’artista)

Człowiek, który chodził na pogrzeby (L’uomo che andava appresso ai funerali)

Delikatna sprawa (Una faccenda delicata)

„Jak” (Lo Yack)

Dwóch filozofów i pojęcie czasu (I due filosofie il tempo)

Pięćdziesiąt par podkutych butów (Cinquanta paia di scarpe chiodate)

Zabita mysz (Il topo assassinato)

Rajski zakątek (Un angolo di paradiso)

Powitanie Nowego Roku (Capodanno)

Napastnik (Lo scippatore)

Obosieczna poszlaka (Movente a doppio taglio)

Od autora

Tytuł oryginału: UN MESE CON MONTALBANO

Opracowanie redakcyjne: MIROSŁAW GRABOWSKI

Korekta: EWA SOBKOW, MACIEJ KORBASIŃSKI, ELŻBIETA JAROSZUK

Fotografia na okładce: TOMASZ LEC

Opracowanie graficzne serii: OLGIERD CHMIELEWSKI

Copyright © 1998 Arnoldo Mondadori Editore S.p.A.

For the Polish edition

Copyright © 2016, Noir sur Blanc, Warszawa

ISBN 978-83-65613-00-4

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

List anonimowy

Annibale Verruso wykrył, że jego żona zadaje się z innymi, więc jej grozi, że zapłaci mu za to życiem. Jak coś się stanie, zwalą to na was!

Ten list anonimowy, napisany czarnym długopisem, dużymi literami, został wysłany z Montelusy pod adresem komisariatu policji w Vigacie. Inspektor Fazio, którego zadaniem było rozdzielanie przychodzącej poczty, przeczytał anonim i od razu podsunął go swemu przełożonemu, komisarzowi Salvo Montalbano. A ponieważ tego dnia od samego rana wiał libeccio, komisarz był w podłym nastroju, zły na siebie i cały boży świat.

– Kto to taki ten pieprzony Verruso?

– Nie wiem, nie znam go, panie komisarzu.

– To się dowiedz. A potem mi powiesz.

Dwie godziny później Fazio stawił się przed komisarzem i w odpowiedzi na jego pytające spojrzenie wyrecytował, co wiedział.

– Verruso Annibale, syn Carla i Filomeny z domu Castelli, urodzony trzeciego czerwca tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego roku w Montaperto, zatrudniony w spółdzielni rolniczej w Montelusie, ale zamieszkały w Vigacie przy ulicy Alcide De Gasperi numer dwadzieścia dwa...

Gruba książka telefoniczna Palermo i prowincji, przypadkiem leżąca na biurku komisarza, zerwała się do lotu, przefrunęła przez cały pokój i trafiła w przeciwległą ścianę, zrzucając ozdobny kalendarz, którym uprzejmie obdarowała komisariat cukiernia „Pantano & Torregrossa”. Fazio cierpiał na dziwną manię, którą komisarz nazywał kultem urzędu stanu cywilnego i którą ciężko znosił nawet przy najlepszej pogodzie, a cóż dopiero takiego dnia, kiedy od rana wieje ciepły wiatr z Libii.

– Nie musi się pan na mnie złościć – powiedział Fazio, podnosząc książkę z posadzki. – Od tej chwili będę tylko odpowiadał, proszę pytać.

– Co to za typ?

– Niekarany.

Montalbano znowu sięgnął ostrzegawczo po książkę.

– Fazio, powtarzałem ci setki razy: niekarany to nic nie znaczy, nic a nic. Pytam raz jeszcze: co to za typ?

– Podobno spokojny. Mało mówi, mało z kim trzyma.

– Gra? Pije? Lata za kobietami?

– Nic takiego.

– Od dawna żonaty?

– Od pięciu lat. Wziął sobie tutejszą, Serenę Peritore. Jest od niego o pięć lat młodsza. Piękna kobieta, jak mówią.

– Zdradza go?

– Kto wie...

– Tak czy nie? Przyprawia mu rogi?

– Może mu przyprawia. Ale robi to tak, że nikt się tego nie domyśla. Jedni mówią, że na pewno go zdradza, drudzy, że na pewno nie.

– Mają dzieci?

– Nie mają. Chyba ona nie chce mieć dzieci.

Komisarz popatrzył na Fazia z podziwem.

– Gdzieś ty zdobył tyle plotek?

– U fryzjera – odpowiedział inspektor, przeciągając dłonią po świeżo ostrzyżonym karku.

Więc zakład fryzjerski w Vigacie był czymś takim jak salon towarzyski w dawnych czasach.

– Co z tym robimy? – spytał Fazio.

– Poczekamy, aż ją wykończy. A potem się zobaczy – zmroził go Montalbano. Mówił, jakby wcale nie żartował.

Potraktował Fazia opryskliwie, mimo to anonim go zaintrygował.

Co prawda, odkąd objął posterunek w Vigacie, nie doszło tu ani razu do zabójstwa zwanego honorowym, ale coś mu mówiło, że ta sprawa z listem nie jest czysta. Powiedział Faziowi, żeby Verruso zabijał sobie żonę jak chce i kiedy chce, jednak źle się wyraził. Verruso wcale nie zamierzał zabijać żony. W liście było napisane, że żona „zapłaci mu życiem”, co przypuszczalnie znaczy, że chciał sobie wynająć kogoś, kto by oczyścił jego splamiony honor. A czy kiedykolwiek tak się dzieje? Po pierwsze, mąż, do którego dochodzą pogłoski o zdradzie żony, sam się bierze do roboty. Wypatruje, sprawdza, zaczaja się, strzela, a wszystko to robi osobiście. Nie strzela, dopóki się nie upewni, a tym bardziej nie wynajmuje sobie do pomocy kogoś obcego, chcąc czym prędzej pozbyć się kłopotu. Kim taki obcy miałby w tym przypadku być? Nikt z przyjaciół nie podjąłby się czegoś takiego. Miałby sobie Verruso poszukać mordercy? W Vigacie? Wolne żarty. Naturalnie nie brak tu płatnych morderców, ale tacy nie ryzykują prac zleconych, bo mają stałe posady i skrupulatnie płacone pensje. A po drugie, kto napisał ten list? Pani Serena, żeby zapewnić sobie pomoc policji? Gdyby podejrzewała, że mąż prędzej czy później zechce ją sprzątnąć, nie traciłaby czasu na anonimowe listy. Liczyłaby na pomoc ojca, matki, proboszcza, biskupa, kardynała albo ukartowałaby ucieczkę z kochankiem i nikt by ich tu więcej nie oglądał.

Jakkolwiek by do sprawy podchodzić, nie wyglądała jasno.

Komisarzowi coś zaświtało w głowie. A nuż ten żałosny mąż poznał w spółdzielni klienta bez skrupułów, który w pierwszym odruchu podjął się zleconego zadania, lecz potem uderzył się w pierś i zamiast zabić, napisał ten anonimowy list, żeby wyłgać się od obietnicy.

Nie zwlekając, Montalbano zatelefonował do spółdzielni rolniczej w Montelusie. Uciekł się do swojej starej sztuczki, już wiele razy wypróbowanej w urzędach publicznych.

 

– Halo? Kto mówi? – spytał głos w Montelusie.

– Proszę mnie połączyć z dyrektorem.

– Ale kto mówi?

– Boże święty! – krzyknął komisarz, aż ogłuszyło go echo odbite od słuchawki. – Co to jest, że nigdy nie rozpoznajecie mnie po głosie? Mówi prezes. Zrozumiał pan?

– Tak, panie prezesie – odpowiedział wystraszony urzędnik.

Minęło pięć sekund.

– Do usług, panie prezesie – odezwał się dyrektor uniżonym tonem, oczywiście nie ośmielając się spytać, z jakim prezesem ma do czynienia.

– Jestem oburzony, dyrektorze! Dziwi mnie wasze nieodpowiedzialne zaniedbanie! – oświadczył Montalbano, strzelając na oślep, a mimo to mając pewność, że nie chybił. Przecież w każdym urzędzie zalegają jakieś niezałatwione na czas sprawy, czemu więc nie miałoby być takich „niedokończonych” spraw tutaj?

– Panie prezesie, wybaczy pan, ale chyba nie zrozumiałem...

– Nie zrozumiał pan? A kartoteki osobowe? Nie mógł się pan domyślić?

Montalbano wyobraził sobie osłupiałą twarz dyrektora i jego zlane potem czoło.

– Czekam na te kartoteki ponad miesiąc! – oświadczył „prezes” i bezlitośnie ciągnął dalej: – Chcę o was wiedzieć wszystko! O każdym z was! Lata służby, stopień, funkcja, rozliczenia podatkowe – wszystko! Nie może się powtórzyć sprawa Sciarretty, mowy nie ma!

– Mowy nie ma – potwierdził stanowczo dyrektor, który na pewno nie mógł wiedzieć, kim jest Sciarretta. Nie wiedział tego także komisarz, który bez namysłu wymienił pierwsze z brzegu nazwisko.

– A co pan powie o Annibale Terruso?

– Verruso, panie prezesie, Verruso przez „V”.

– Nieważne przez co. Wie pan, o kogo chodzi. Są na niego skargi, tyle mam panu do powiedzenia. Ponadto lubi chodzić na...

– Oszczerstwa! Przykre pomówienia! – przerwał mu z niespodziewaną odwagą dyrektor. – Annibale Verruso jest wzorowym pracownikiem! Żeby wszyscy byli tacy jak on! Zajmuje się wewnętrzną księgowością, nie ma styczności z takim środowiskiem...

– Zostawmy to – zarządził władczo prezes. – Czekam na kartoteki. Ma pan na to dwadzieścia cztery godziny.

Montalbano odłożył słuchawkę. Skoro dyrektor spółdzielni broni jak lew swojego pracownika, to pewnie Annibale Verruso istotnie nie jest z tych, co sobie lekką ręką wynajmują płatnego mordercę.

Wezwał Fazia.

– Posłuchaj, Fazio. Idę na obiad. Do komisariatu wrócę koło czwartej. Masz mi do tego czasu dowiedzieć się wszystkiego o rodzinie Verruso. Od pradziadka poczynając aż po siódme przyszłe pokolenie.

– Gdzież ja się tego dowiem?

– U drugiego fryzjera.

Korzenie drzewa genealogicznego rodziny Verruso tkwiły w ziemi solidnie użyźnionej szacunkiem oraz licznymi cnotami, prywatnymi i publicznymi: wuj księgowego, Annibale, był pułkownikiem karabinierów, inny wuj, także pułkownik, dowodził policją finansową, a niemal o świętość otarł się brat pradziadka, benedyktyn, którego proces beatyfikacyjny już się toczył. Trudno by było doszukać się skrytobójcy w listowiu tego drzewa.

– Ktoś z was zna niejakiego Annibale Verruso? – spytał komisarz swoich agentów, zgromadziwszy ich u siebie w gabinecie.

– Tego ze spółdzielni w Montelusie? – upewnił się Germanà, jakby niejeden Verruso mógł mieć na imię Annibale.

– Tak, tego.

– Trochę go znam.

– I co powiesz? Jak wygląda?

– Panie komisarzu, nic prostszego, żeby pan sam zobaczył. Jutro niedziela, w południe pójdzie do kościoła, z żoną pod rękę.

– Idą – powiedział Germanà za pięć dwunasta, kiedy dzwony kończyły bić na mszę.

Zgodnie z metryką Annibale Verruso powinien mieć trzydzieści sześć lat, ale sprawiał wrażenie zadbanego pięćdziesięciolatka. Był niewysoki, miał wyraźny brzuszek, łysinę, która oszczędziła tylko najniższe partie włosów, małe ręce i małe nogi, okulary w złotej oprawie i ogólny wygląd człowieka przygnębionego.

„Chyba jest kropka w kropkę jak brat pradziadka, ten przyszły błogosławiony benedyktyn” – pomyślał Montalbano. Przede wszystkim jednak zawiewało od Annibale Verruso poczciwą głupotą. „Wystrzegaj się jak ognia cierpliwych rogaczy” – mówi mądrość ludowa. Kiedy cierpliwy rogacz traci cierpliwość, staje się prawdziwie niebezpieczny, jest gotów na wszystko. Może to ten przypadek? Niemożliwe! Bo kiedy taki traci cierpliwość, dzieje się to nagle, nie obmyśla sobie wcześniej, czy ma już cierpliwość stracić, czy jeszcze nie. Z treści anonimu wynikałoby natomiast, że jednak obmyśla.

Co do żony Verrusa, pani Sereny z domu Peritore, Montalbano nie miał żadnych wątpliwości, co to za typ. Przyprawiała mężowi rogi, zadawała się z innymi, kiedy tylko przychodziła jej na to ochota. To było w niej: w sposobie kręcenia tyłkiem, w geście, którym poprawiała długie czarne włosy, a zwłaszcza w tym nagłym spojrzeniu, jakim obrzuciła komisarza, kiedy zorientowała się, że ją obserwuje, w tych zielonych oczach, które mierzyły w mężczyznę jak lufy dubeltówki.

„Młoda, ognista, śliczna i zdradziecka” – jak mówią słowa piosenki.

– Podobno ta pani robi mu to, co lubi robić – odezwał się komisarz.

– Jedni mówią, że robi, inni, że nie – odpowiedział ostrożnie Germanà.

– A ci, co mówią, że robi, przynajmniej wiedzą, z kim się puszcza?

– Z mierniczym Agrò. Ale...

– Żadne tam ale. Kończ.

– Widzi pan, komisarzu, tu nie chodzi o zwyczajną zdradę. Serena Peritore i Giacomino Agrò zakochali się w sobie, kiedy byli dziećmi...

– ...i bawili się w doktora.

Germanà poczuł się tą kpiną dotknięty. Pewnie perypetie miłosne Sereny i Giacomina były dla niego tak wspaniałe jak historie z seriali telewizyjnych.

– Ale rodzina wymogła na niej, żeby wyszła za Verrusa, bo to była dobra partia.

– Tyle że po ślubie Giacomino i Serena dalej się spotykali.

– Chyba tak.

– I chociaż bawili się w to samo, robili to już po dorosłemu – zjadliwie podsumował tę pasjonującą opowieść Montalbano.

Germanà nic już na to nie odrzekł.

Następnego dnia Montalbano zbudził się wcześnie, bo nie dawała mu spokoju pewna myśl. Znalazł na nią odpowiedź dzięki komputerowi w Montelusie już w pół godziny po przyjeździe do komisariatu.

Pięć dni przed nadejściem listu anonimowego Annibale Verruso zakupił pistolet, berettę 7,65, i pudełko naboi. A ponieważ nie miał pozwolenia na noszenie broni, zobowiązał się w zgłoszeniu, że będzie trzymał pistolet w swoim letnim domu, który stał na odludziu, w miejscowości Monterussello.

Człowiek myślący logicznie pewnie by uznał, że Annibale Verruso, nie umiejąc wynająć zabójcy, postanowił osobiście zadbać o oczyszczenie swego honoru, splamionego przez „śliczną i zdradziecką”.

Salvo Montalbano nie kierował się jednak logiką, która często na nic się nie przydaje, kręcąc się tylko w kółko jak kundel za własnym ogonem. Wobec tego poprosił Fazia, żeby zatelefonował do spółdzielni rolniczej w Montelusie i oznajmił panu Annibale Verruso, że kiedy tylko upora się z ranną porcją rachunków, ma przyjechać w przerwie obiadowej do komisariatu w Vigacie.

– Co się stało? W jakiej sprawie? – spytał zaniepokojony Verruso.

Fazio, pouczony wcześniej przez komisarza, wymyślił byle jaki pretekst.

– Musimy ustalić, czy pan nie jest tamtym Verruso. Rozumie pan?

– Prawdę mówiąc, nie rozumiem...

– Bo może jest pan tamtym. Albo przeciwnie, wcale pan tamtym nie jest. Rozumie pan?

I na tym przerwał rozmowę, zdając sobie doskonale sprawę, w jaką rozterkę, godną bohaterów Pirandella, wpędził biednego księgowego spółdzielni.

– Panie komisarzu, miałem telefon, że muszę się u was stawić, przyjechałem więc najszybciej, jak mogłem – powiedział zdyszany Verruso, kiedy już usiadł po drugiej stronie biurka naprzeciw komisarza. – Ale nie mam pojęcia, o co chodzi.

Chwila była trudna, Montalbano musiał jakoś tę partię rozegrać i rzucić karty na stół. Przez moment zwlekał, potem zaczął blefować.

– Dobrze pan wie, że każdy obywatel ma obowiązek zgłosić na policji przestępstwo, o którym się dowiedział.

– Z pewnością. Tak mi się zdaje.

– Tak nie ma się panu zdawać, tak ma być. Dlaczego wobec tego nie zgłosił pan kradzieży w swoim letnim domu w Monterussello?

Annibale Verruso poczerwieniał i zaczął kręcić się na krześle, jakby siedział na szpilkach. A tymczasem w głowie komisarza Montalbano rozdzwoniły się dzwony głoszące jego chwałę. Blef się udał, miał na to potwierdzenie.

– Ponieważ straty były niewielkie, moja żona uznała, że...

– Pańska żona nie miała nic uznawać, tylko zgłosić szkodę. Proszę mi opowiedzieć, co się stało. Musimy rozpocząć dochodzenie. W tamtej okolicy były też inne włamania.

Od oschłego tonu komisarza panu Verruso całkiem wyschło w gardle, tak że najpierw musiał się uporać z atakiem kaszlu, a potem opowiedział, jak było.

– Dwa tygodnie temu, w sobotę, pojechaliśmy z żoną do naszego domu w Monterussello. Chcieliśmy się tam zatrzymać do niedzieli wieczór. Ledwo wyszliśmy z auta, zauważyliśmy, że drzwi wejściowe do domu zostały wyłamane. Złodzieje wynieśli telewizor, chociaż był stary, czarno-biały, i piękne przenośne radio, całkiem nowe. Naprawiłem drzwi, jak umiałem, ale Serena, moja żona, bardzo się zdenerwowała i wolała wrócić do Vigaty. Oświadczyła nawet, że jej noga już w tamtym domu nie postanie, dopóki nie wymyślę czegoś, żebyśmy się tam czuli bezpiecznie. I kazała mi kupić pistolet.

Montalbano zmarszczył czoło.

– Zgłosił pan posiadanie broni? – spytał surowo.

– Naturalnie, zaraz zgłosiłem – powiedział Verruso z uśmiechem, jak przystało na porządnego obywatela. I nawet pozwolił sobie na żart. – A co najzabawniejsze, mam pistolet, a wcale nie wiem, jak się z nim obchodzić.

– Dziękuję panu. Jest pan wolny.

Verruso umknął jak zając, którego nie dosięgnął pierwszy strzał.

Rano, o wpół do ósmej, Annibale Verruso wyszedł z bramy domu przy ulicy De Gasperi 22, skierował się szybko do swego samochodu, wsiadł i zapewne pojechał prosto do spółdzielni rolniczej w Montelusie.

A komisarz Montalbano wysiadł ze swego samochodu, podszedł do bramy i popatrzył na nazwiska przy przyciskach domofonu. „15 – Verruso”. Wyliczył, że mieszkanie powinno się znajdować na trzecim piętrze. Brama była niedomknięta, wystarczyło mocniej pchnąć, żeby się otworzyła; wszedł i wsiadł do windy. Wszystko się zgadzało, państwo Verruso rzeczywiście mieszkali na trzecim piętrze. Zadzwonił.

– Ciekawa jestem, czegoś dzisiaj zapomniał – odezwała się zza drzwi zaczepnym tonem kobieta.

I drzwi się otworzyły. Zobaczywszy nieznajomego, pani Serena podniosła rękę do piersi i zasłoniła się trochę staranniej szlafrokiem. Chciała zamknąć komisarzowi drzwi prosto przed nosem, ale on zdążył już wsunąć nogę do środka.

– Kim pan jest? Czego pan chce?

Nie była zaniepokojona, a tym bardziej przestraszona. Wyglądała wspaniale: zielone oczy mierzyły w mężczyznę jak z obrzynka, a cała postać miała w sobie aż za dużo kobiecej potęgi i pachniała łóżkiem, tak że komisarzowi zakręciło się lekko w głowie.

– Nie chciałem przeszkadzać, proszę pani.

– Nic mi pan nie przeszkadza, tylko nie lubię, jak mi ktoś o tej porze zawraca dupę.

Może pani Verruso wcale nie była taką panią, jak by się zdawało.

– Nazywam się Montalbano. Jestem komisarzem.

Nie zdziwiło jej to, była tylko poirytowana, skrzywiła się.

– Ważna sprawa, nie? Znowu zmarnuje pan trochę czasu na wypytywanie. Co ukradli, a co zostawili?

– Tak, o to mi chodzi, proszę pani.

– Już wczoraj wieczór mąż mi tym suszył głowę. Tak się pana wystraszył, że mało brakowało, a miałby pełne portki.

Pani Serena wciąż wyrażała się subtelnie.

– Mogę wejść?

Przesunęła się na bok i nie kryjąc niechęci, zaprowadziła komisarza do straszliwie empirowego saloniku. Wskazała wygodny fotel ociekający złoceniami. Sama usiadła naprzeciw, na drugim takim samym.

Nagle uśmiechnęła się. W lśniących źrenicach zamigotało mocne światło, przy którym białka oczu nabrały fiołkowego tonu. Zęby połyskiwały jak błyskawice.

– Byłam dla pana niegrzeczna i niepotrzebnie wulgarna. Chyba mi pan wybaczy. – Najwyraźniej już obrała sobie stosowną strategię.

Na stoliku między nimi leżała papierośnica i masywna srebrna zapalniczka. Pani Serena pochyliła się, sięgnęła po papierośnicę, podsunęła ją komisarzowi. Gest był dobrze wystudiowany, szlafrok rozchylił się u góry, drobne piersi ukazały się w całej okazałości, jak je Pan Bóg stworzył. Montalbano pomyślał, że dałoby się pewnie nimi rozgniatać orzechy.

 

– Dlaczego pan mnie niepokoi? Czego pan ode mnie chce? – spytała niemal szeptem, patrząc komisarzowi prosto w oczy i wciąż podsuwając mu papierośnicę. Jasne stało się dla niego także to, co nie mieściło się w słowach: czego ode mnie zechcesz, dostaniesz.

Potrząsnął głową na znak odmowy. Odmówił też papierosa. Zamknęła więc papierośnicę, odłożyła ją na stolik, ale nie przestawała wpatrywać się w komisarza, a szlafrok wciąż pozostawał rozchylony.

– Kto panu powiedział, że nas w Monterussello okradli?

Śmiało dotknęła najsłabszego punktu blefu, jakim Montalbano posłużył się wobec jej męża.

– Trafiałem na oślep – nie krył komisarz. – A mąż dał się nabrać.

– Aha! – powiedziała pani Serena, prostując się.

Piersiątka przepadły za zasłoną jak piłeczki na pokazie iluzjonisty. Przez chwilkę, ale tylko przez chwilkę, komisarz nie mógł odżałować, że już ich nie ogląda. Może jednak byłoby lepiej, gdyby stąd czym prędzej wyszedł.

– Mam pani od razu powiedzieć, jak wpadłem na to, że postanowiła pani pozbyć się męża? Czy nie warto strzępić sobie języka?

– Niech pan sobie nie strzępi.

– Miało to być udane przedstawienie, prawda?

– Mogło się udać.

– Proszę mnie poprawiać, jeśli będę się mylił. Pewnego razu, kiedy zatrzymujecie się na noc w Monterussello, budzi pani męża i wmawia mu, że usłyszała pod oknem jakieś podejrzane hałasy. Ma wziąć pistolet i zejść na dół sprawdzić. Kiedy wychodzi na dwór, pani z tyłu wali go mocno w głowę. A mierniczy Agrò, udający złodzieja, nie musi udawać jeszcze zabójcy, bo rzeczywiście zabija. Strzela z pistoletu, który mu pani usłużnie podsuwa, i znika. Potem pani rozgłasza na prawo i lewo, że biednego męża pobił, rozbroił i zastrzelił złodziej. Tak to z grubsza miało wyglądać?

– Mniej więcej tak.

– Pani oczywiście już się zorientowała, że to wszystko, co pani tutaj mówię, to czcze gadanie, słowa rzucane na wiatr. Nie mam żadnych dowodów. Nie mam w ręku nic, co by mi pozwoliło wpakować panią do więzienia.

– Wiem, połapałam się.

– Pewnie też zrozumiała pani, że gdyby teraz stało się coś złego Annibale Verruso, pani pierwsza pójdzie siedzieć, a zaraz za panią jej przyjaciel Giacomino. Niech pani prosi tego Boga, w którego pani wierzy, żeby mężowi nic się nie przydarzyło, nawet lekkie rozwolnienie, bo od razu panią oskarżę o próbę otrucia.

Pani Serena słuchała oskarżeń Montalbana z wyraźnym zniecierpliwieniem.

– Ciekawa jestem jednego, komisarzu.

– Czego?

– Na czym się potknęłam?

– Niepotrzebnie wysłała pani do mnie ten anonim.

– Co takiego?

Nawet Montalbano poczuł się niepewnie, nie tylko ona.

– Wysłałam do pana anonim?

Komisarz zobaczył, że jest szczerze zaskoczona, wręcz wstrząśnięta. Także jego to zaskoczyło: więc to nie ona napisała ten list?

Patrzyli na siebie poruszeni.

– Ten list anonimowy, w którym ktoś pisze, że mąż postara się, aby zapłaciła pani życiem za to, czego się domyślił – wyjaśnił przez zaciśnięte zęby Montalbano.

– Przecież ja nigdy nic takiego...

Pani Serena nagle umilkła i zerwała się z fotela. Szlafrok rozchylił się, na ile mógł, od stóp do głów, tak że Montalbano miał przed sobą jak na dłoni łagodne wzgórza, cieniste doliny, rozkoszne łąki. Zamknął oczy. Ale zaraz je otworzył. Zmusił go do tego hałas masywnej zapalniczki, która grzmotnęła w obraz przedstawiający ośnieżone góry.

– To ten kutas Giacomino! – zaczęła krzyczeć pani Verruso. – Popuścił w gacie! Wystawił obsraną dupę!

Teraz papierośnica stłukła wazon na etażerce.

– Przestraszył się śmierdziel, idiota, i wymyślił tę sztuczkę z anonimem.

Kiedy stolik rozbijał szybę w drzwiach balkonowych, komisarz był już na dole i zamykał za sobą bramę domu, w którym mieszkali państwo Verruso.