Kształt wodyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Kształt wody
Kształt wody
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,90  51,12 
Kształt wody
Kształt wody
Audiobook
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ANDREA CAMILLERI

KSZTAŁT WODY

Przełożył

Jarosław Mikołajewski

NOIR SUR BLANC

Spis treści

Karta redakcyjna

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

Od autora

Prawda nie dla każdego

Inne książki Andrei Camilleriego

Tytuł oryginału: LA FORMA DELL’ACQUA

Posłowie: JAROSŁAW MIKOŁAJEWSKI

Opracowanie redakcyjne: MIROSŁAW GRABOWSKI

Korekta: MACIEJ KORBASIŃSKI

Projekt okładki: OLGIERD CHMIELEWSKI

Fotografia na okładce: WOJCIECH KARLIŃSKI

Copyright © 1994 Sellerio editore, via Siracusa 50, Palermo

For the Polish edition

Copyright © 2021, Noir sur Blanc, Warszawa

For the Polish translation

Copyright © 2001 Jarosław Mikołajewski

ISBN 978-83-7392-734-6

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o.

ul. Frascati 18, 00-483 Warszawa

e-mail: nsb@wl.net.pl Księgarnia internetowa: www.noirsurblanc.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

1

Światło jutrzenki nie przenikało do wnętrza siedziby spółki „Splendor”, której władze Vigaty powierzyły pieczę nad czystością miasta. Niskie i gęste chmury zasnuwały niebo, jak gdyby na całej jego powierzchni rozpięto szarą zasłonę. Liście były nieruchome, sirocco niechętnie budziło się z ołowianego snu, nawet słowa z trudem wydobywały się z ust. Przed odczytaniem przydziałów dyspozytor poinformował, że tego dnia – i jeszcze przez kilka następnych – Peppe Schèmmari i Caluzzo Brucculeri będą nieobecni, ale ich nieobecność jest usprawiedliwiona. I to jeszcze jak usprawiedliwiona! Minionego wieczoru zostali aresztowani za napad z bronią w ręku na kasę supermarketu. Pino Catalano i Saro Montaperto, młodzi geometrzy zatrudnieni czasowo jako „operatorzy ekologiczni” – za wielkodusznym wstawiennictwem senatora Cusumano, w którego kampanię wyborczą zaangażowali się ciałem i duszą (mówiąc ściśle, ich ciała zmuszone były zrobić o wiele więcej, niż miały na to ochotę dusze) – otrzymali od dyspozytora przydział na teren zwolniony przez Peppe i Caluzza. Był to sektor nazywany „pastwiskiem”, ponieważ w niepamiętnych czasach podobno hodowano tam kozy. Rozległy obszar na peryferiach miasta, porośnięty trzcinami i krzewami, ciągnął się do samej plaży. Po przeciwległej stronie piętrzyły się za nim ruiny wielkich zakładów chemicznych, które wszechobecny senator Cusumano otworzył w czasach, gdy mocno wiał wicher postępu i wiary w lepsze jutro. Niebawem jednak wicher przemienił się w podmuch bryzy, aż w końcu całkiem oklapł; a przecież był w stanie wyrządzić szkodę większą niż tornado, pozostawiając za sobą liczną rzeszę ludzi pozbawionych pracy i żyjących z zapomogi. Z obawy, że w fabryce znajdą schronienie błąkające się po całych Włoszech czeredy „czarnuchów” i „nie całkiem czarnuchów” z Senegalu i Algierii, z Tunezji i Libii, otoczono ją wysokim murem, zza którego wciąż jeszcze wyzierały metalowe konstrukcje. Zaniedbane, zniszczone przez deszcz i sól morską, wyglądały jak projekty Gaudiego tworzone pod wpływem środków halucynogennych.

Jeszcze niedawno dla tych, których wówczas niezbyt szlachetnie określało się mianem śmieciarzy, praca na „pastwisku” była jak spacerek: wśród papierzysk, toreb foliowych, puszek po piwie i coca-coli, ledwo przysypanych lub beztrosko pozostawionych gówien widniały tu i ówdzie prezerwatywy, które ludziom rozbudzonym i obdarzonym fantazją przywodziły na myśl zabawne scenki i pozwalały wyobrazić sobie szczegóły namiętnego spotkania. Od roku jednak prezerwatyw było tu całe morze. Pewien minister o ciemnej i nieprzeniknionej twarzy godnej studiów Lombrosa, o myślach jeszcze bardziej mrocznych i nieprzeniknionych, wpadł bowiem na pomysł, który – jak mu się wydawało – rozwiąże problemy porządku publicznego na południu kraju. W pomysł ten wtajemniczył swojego kolegę, który sprawował pieczę nad wojskiem i wyglądał wypisz wymaluj jak jedna z postaci Pinokia. Ci dwaj genialni politycy wspólnie postanowili wysłać na Sycylię oddziały militarne z misją „kontroli terytorium”, by ulżyć karabinierom, policjantom, służbom informacyjnym, specjalnym oddziałom operacyjnym, policji skarbowej, drogowej, kolejowej i portowej, prokuraturze, grupom antymafijnym, antyterrorystycznym, antynarkotykowym, antywłamaniowym, antyuprowadzeniowym i innym, zaangażowanym w jakieś tam swoje poważne sprawy, które pominiemy tutaj z braku miejsca. W następstwie tego olśniewającego pomysłu, wcielonego w życie przez dwóch wybitnych polityków, poborowi, piemonckie maminsynki, nieopierzeni Friulańczycy, którzy jeszcze poprzedniego dnia cieszyli się chłodnym, ostrym powietrzem swoich gór, pocili się teraz w prowizorycznych pomieszczeniach, zakwaterowani w miejscowościach zawieszonych metr nad poziomem morza, wśród ludzi, którzy mówili niezrozumiałym dialektem tworzonym nie tyle ze słów, ile z milczenia, z niepojętych ruchów brwi, z niezrozumiałej mimiki zmarszczek. Dostosowali się, jak tylko potrafili, w czym pomógł im młody wiek, a także wsparcie ze strony samych mieszkańców Vigaty, rozczulonych roztargnieniem i chłopięcą bezradnością przybyszów. Tym, który sprawił, że ich wygnanie stało się mniej dokuczliwe, był jednak Gegè Gullotta, człowiek rzutki, który dotąd musiał ukrywać swój naturalny talent alfonsa w szatach handlarza drobnicą. Dowiedziawszy się drogami tyleż krętymi, co ministerialnymi o rychłym przyjeździe żołnierzy, Gegè doznał olśnienia. Chcąc przekuć ten przebłysk geniuszu na rzeczywistość i konkret, żwawo uciekł się do przychylności odpowiednich instancji, byleby tylko otrzymać wszystkie niezbędne, niezliczone i skomplikowane pozwolenia. „Odpowiednich instancji”, czyli kogoś, kto naprawdę sprawował kontrolę nad tym obszarem i komu nawet przez myśl nie przeszło, by wystawiać owe pozwolenia na papierze firmowym. Krótko mówiąc, Gegè mógł uruchomić na „pastwisku” swój rynek wyspecjalizowany w handlu świeżym mięsem i lekkimi narkotykami, którymi dysponował w bogatym wyborze. Świeże mięso pochodziło na ogół ze Wschodu, z krajów nareszcie wyzwolonych spod jarzma komunizmu, który – jak powszechnie wiadomo – odbierał ludziom wszelką godność; nocą, w krzakach i na piachu „pastwiska”, ta odzyskana godność teraz na nowo nabierała blasku. Nie brakowało tu jednak i niewiast z Trzeciego Świata, transwestytów, transseksualistów, neapolitańskich chłopczyków i brazylijskich viados, do wyboru, do koloru, gotowych spełnić każde życzenie. I handel kwitł ku wielkiemu zadowoleniu żołnierzy, samego Gegè oraz tego, kto mu wystawił pozwolenia, otrzymując w zamian należną prowizję.

Ciągnąc swoje wózki, Pino i Saro udali się na miejsce pracy. Wolnym krokiem, czyli tak, jak sunęli właśnie w tej chwili, na „pastwisko” szło się dobre pół godziny. Byli zmęczeni, lepili się od potu i przez pierwszy kwadrans milczeli.

Ciszę przerwał Saro.

– Ten Pecorilla to kutas – orzekł.

– Wielki kutas – zgodził się Pino.

Pecorilla był dyspozytorem odpowiedzialnym za przydział miejsc do sprzątania. Najwyraźniej żywił głęboką nienawiść do tych, którzy skończyli jakieś szkoły – on sam zdołał zaliczyć trzecią klasę w wieku czterdziestu lat, a i to dopiero po tym, jak Cusumano odbył poważną rozmowę z jego nauczycielem. Tak więc miejsca wyznaczał Pecorilla w ten sposób, że najbardziej poniżająca i ciężka praca spadała zawsze na barki tych trzech ludzi z jego brygady, którzy mieli maturę. Tego ranka przydzielił zatem Ciccu Loreto odcinek nabrzeża, gdzie cumował statek pocztowy kursujący między Sycylią i Lampedusą. Oznaczało to, że Ciccu, księgowy, będzie musiał zliczać kwintale odpadków, które hałaśliwe stada turystów – owszem, wielojęzycznych, lecz zbratanych absolutną pogardą dla higieny osobistej i publicznej – pozostawiły za sobą w sobotę i w niedzielę, zanim doczekały się wejścia na pokład. A kto wie, jakie cuda Pino i Saro znajdą na „pastwisku” po dwóch dniach żołnierskiej przepustki!

 

Na skrzyżowaniu ulicy Lincolna i alei Kennedy’ego (w Vigacie był również skwer Eisenhowera i zaułek Roosevelta) Saro przystanął.

– Zajrzę do domu, zobaczę, jak się czuje mały – powiedział do przyjaciela. – Zaraz wracam.

Nie czekając na odpowiedź Pina, wszedł do jednego z wieżowców, co najwyżej dwunastopiętrowych, które powstały mniej więcej w tym samym czasie co zakłady chemiczne i równie szybko popadły w ruinę. Od strony morza Vigàta wyglądała jak parodia Manhattanu na małą skalę i być może właśnie podobieństwo pejzażu tłumaczyło zbliżone brzmienie jej nazwy.

Nenè nie spał. W ogóle sypiał tylko od dwóch do trzech godzin dziennie, poza tym oczy miał zawsze otwarte, nigdy nie płakał – a czy to kto widział, żeby dziecko nie płakało? Dzień za dniem trawiła go jakaś choroba o nieznanym pochodzeniu, którą nie wiadomo jak należało leczyć. Lekarze z Vigaty nie umieli sobie z nią poradzić, trzeba by małego zawieźć do jakiegoś dobrego specjalisty, ale na to nie było pieniędzy. Kiedy tylko oczy dziecka i ojca się spotkały, Nenè posmutniał, a czoło przecięła mu zmarszczka. Nie umiał mówić, lecz wystarczająco jasno wyraził swój wyrzut w stosunku do tego, który był odpowiedzialny za jego męczarnie.

– Czuje się trochę lepiej, gorączka opada – powiedziała żona, Tana, żeby pocieszyć Sara.

Niebo się w końcu przejaśniło i teraz świeciło słońce, od którego mogłyby popękać kamienie. W miejscu, gdzie kiedyś było tylne wyjście z fabryki, Saro opróżnił ze śmieci swój wózek już chyba dziesięć razy i bolało go w krzyżu. Nagle, na wysokości alejki, która biegła wzdłuż ogrodzenia i krzyżowała się z główną drogą zobaczył na ziemi coś błyszczącego. Pochylił się, żeby popatrzeć z bliska. Był to wielki wisior w kształcie serca, wysadzany małymi brylantami, z ogromnym diamentem w środku. Przez otwór przechodził łańcuch ze szczerego złota, przerwany w jednym miejscu. Prawa ręka Sara błyskawicznie podniosła naszyjnik i włożyła go do torby. Zupełnie jakby działała po swojemu, bez polecenia wydanego przez mózg, jeszcze otępiały z zaskoczenia. Saro wstał zlany potem, rozejrzał się, ale dokoła nie było żywego ducha.

Pino wybrał odcinek „pastwiska” położony bliżej plaży. W pewnej chwili jakieś dwadzieścia metrów od siebie zobaczył maskę samochodu, która wynurzała się z gęstych zarośli. Zatrzymał się, zdziwiony tym widokiem: to niemożliwe, żeby aż do siódmej rano przeciągnęła się czyjaś schadzka z prostytutką. Zaczął się skradać, ostrożnie stawiając stopy, zgięty wpół; dopiero na wysokości przednich świateł gwałtownie się wyprostował. Nic się nie stało, nikt go nie posłał do diabła, samochód wydawał się pusty. Pino podszedł jeszcze bliżej, aż w końcu zobaczył bezwładną męską sylwetkę na siedzeniu obok miejsca kierowcy, nieruchomą, jakby pogrążoną w głębokim śnie, z głową odchyloną do tyłu. Przez skórę czuł, że coś tu nie gra. Odwrócił się i zawołał przyjaciela. Ten nadbiegł, ciężko dysząc, z wybałuszonymi oczami.

– Co jest? Co tak wrzeszczysz? Odjebało ci?

W jego pytaniach pobrzmiewała złość, ale Pino uznał, że jest ona wynikiem zmęczenia.

– Spójrz tylko.

Zdobył się na odwagę, by podejść od strony kierowcy i szarpnąć za klamkę; na próżno – drzwi były zamknięte od wewnątrz. Saro zdążył już się uspokoić, więc razem spróbowali dotrzeć do drugich drzwi, o które częściowo opierało się ciało mężczyzny. Ale i z tego nic nie wyszło, ponieważ samochód, duże zielone bmw, stał tak blisko krzaków, że nie sposób było tam się przecisnąć. Wychylając się i kalecząc o kolce, zdołali jednak dokładniej przyjrzeć się twarzy tego człowieka. Nie spał, oczy miał otwarte i nieruchome. W tej samej chwili, kiedy zorientowali się, że jest martwy, obaj skamienieli ze zdziwienia i przerażenia: nie dlatego, że zobaczyli trupa, ale dlatego, że go rozpoznali.

– Czuję się jak w saunie – powiedział Saro, biegnąc szosą w kierunku kabiny telefonicznej. – To mi zimno, to znów gorąco.

Kiedy tylko otrząsnęli się z odrętwienia, uzgodnili, że zanim zawiadomią policję, zadzwonią jeszcze gdzie indziej. Telefon senatora Cusumano znali na pamięć. Saro wybrał numer, lecz zanim usłyszał pierwszy sygnał, Pino kazał mu odłożyć słuchawkę.

Saro odruchowo wykonał polecenie.

– Mamy go nie zawiadamiać?

– Zastanówmy się przez chwilę, pomyślmy, to poważna sprawa. A więc i ty, i ja dobrze wiemy, że senator gra rolę marionetki.

– Co to znaczy?

– Że za sznurki pociąga inżynier Luparello, który jest wszystkim, a raczej był wszystkim. Po jego śmierci Cusumano jest nikim, jest jak żebrak.

– I co z tego?

– Nic.

Ruszyli w kierunku Vigaty, ale po kilku krokach Pino zatrzymał przyjaciela.

– Rizzo – powiedział.

– Ja do niego nie zadzwonię, boję się, ja go nie znam.

– Ja też nie, ale i tak zadzwonię.

Numer podała mu telefonistka. Dochodziła dopiero za piętnaście ósma, ale Rizzo odebrał po pierwszym sygnale.

– Mecenas Rizzo?

– Tak, słucham.

– Przepraszam, panie mecenasie, że przeszkadzam tak wcześnie... Znaleźliśmy inżyniera Luparello... Chyba nie żyje.

Po chwili milczenia Rizzo spytał:

– I dlaczego pan dzwoni z tym do mnie?

Pino oniemiał: wszystkiego się spodziewał, tylko nie takiej odpowiedzi; wydała mu się dziwna.

– Jak to?! Przecież pan... pan jest jego najlepszym przyjacielem. Sądziliśmy, że to właściwe...

– Dziękuję. Ale przede wszystkim musicie wypełnić wasz obywatelski obowiązek. Do widzenia.

Saro wysłuchał całej rozmowy z policzkiem przyciśniętym do twarzy Pina. Popatrzyli na siebie zdziwieni. Rizzo zareagował tak, jak gdyby dowiedział się o śmierci jakiegoś anonimowego włóczęgi.

– Co jest? Przecież się przyjaźnili, nie? – wymamrotał Saro.

– A co my wiemy? Możliwe, że się ostatnio pokłócili – uspokajał go Pino.

– I co teraz?

– Idziemy wypełnić nasz obywatelski obowiązek, jak powiedział mecenas.

Ruszyli w kierunku miasta, wprost do komisariatu. Przez myśl im nawet nie przeszło, żeby iść z tym do karabinierów – ich dowódcą był porucznik z Mediolanu. A komisarz policji pochodził z Katanii, nazywał się Salvo Montalbano i kiedy chciał coś zrozumieć, rozumiał bez trudu.

5526b87fe028401b64c75f06

2

– Jeszcze.

– Nie – powiedziała Livia, wpatrując się w niego oczyma rozżarzonymi od miłosnego napięcia.

– Proszę.

– „Nie” znaczy „nie”.

„Lubię, kiedy to robisz wbrew mojej woli” – wyszeptała mu kiedyś do ucha, więc teraz, w przypływie podniecenia, spróbował włożyć kolano między zaciśnięte uda, chwycił ją gwałtownie za przeguby i rozłożył jej ramiona. Wyglądała jak ukrzyżowana. Dysząc, patrzyli na siebie, aż nagle ustąpiła.

– Tak – powiedziała. – Tak. Teraz.

I właśnie wtedy rozdzwonił się telefon. Nie otwierając oczu, Montalbano sięgnął nie tyle po słuchawkę, ile po rozchybotaną połę snu, który go nieodwołalnie opuszczał.

– Słucham! – Był wściekły na intruza.

– Panie komisarzu, mamy klienta – rozpoznał głos brygadiera Fazio.

Drugi podkomendny, Tortorella, leżał jeszcze w szpitalu z fatalną raną postrzałową brzucha. Otrzymał ją od faceta, który udawał mafiosa, a był po prostu nic niewartym fiutem. „Klient” w ich żargonie oznaczał nieboszczyka, którym należało się zająć.

– Kto to jest?

– Jeszcze nie wiemy.

– Jak go zabili?

– Nie wiemy. Nie wiemy nawet, czy w ogóle został zamordowany.

– Nie rozumiem. Budzisz mnie i nic nie wiesz?

Odetchnął głęboko, żeby się pozbyć bezsensownego rozdrażnienia, które rozmówca znosił z taką cierpliwością.

– Kto go znalazł?

– Dwaj śmieciarze. Na „pastwisku”, w samochodzie.

– Już jadę. Zadzwoń tymczasem do Montelusy, sprowadź ekipę i zawiadom sędziego Lo Bianco.

Myjąc się pod prysznicem, doszedł do wniosku, że denat musiał należeć do bandy Cuffaro. Przed ośmioma miesiącami, prawdopodobnie w wyniku sporu o granice wpływów, między rodzinami Cuffaro z Vigaty i Sinagra z Feli wybuchła gwałtowna wojna – jeden trup na miesiąc, na przemian, w porządku, od którego nie było odstępstw: raz w Vigacie, raz w Feli. Ostatni, niejaki Mario Salino, został zastrzelony w Feli przez tych z Vigaty, więc teraz przyszła widocznie kolej na jednego z bandy Cuffaro.

Przed wyjściem z domu – mieszkał samotnie w niewielkiej willi nad morzem, po jednej ze stron „pastwiska” – zapragnął zatelefonować do Genui. Livia odebrała natychmiast.

– Przepraszam – rzekł – ale chciałem usłyszeć twój głos.

– Śniłeś mi się – oznajmiła sennie. I zaraz dodała: – Byliśmy razem.

Montalbano już miał powiedzieć, że ona też mu się śniła, ale dziwnie się speszył. Zamiast tego zapytał:

– A co robiliśmy?

– To, czego nie robimy już od dawna – odparła.

W komisariacie oprócz brygadiera zastał tylko trzech agentów. Pozostali byli w sklepie odzieżowym, którego właściciel zastrzelił siostrę podczas kłótni o podział spadku i uciekł. Montalbano otworzył drzwi pokoju przesłuchań. Dwaj śmieciarze siedzieli na ławce, jeden obok drugiego, bladzi pomimo upału.

– Czekajcie, zaraz wracam – rzucił, lecz tamci byli tak otępiali, że nawet nie odpowiedzieli. Wiadomo, że kiedy ktoś trafia na policję, wszystko jedno z jakiego powodu, sprawy zawsze ciągną się długo. – Czy któryś z was zawiadomił dziennikarzy? – zwrócił się komisarz do swoich ludzi.

Zaprzeczyli, kręcąc głowami.

– Pamiętajcie: nie chcę, żeby się tu plątali.

Galluzzo nieśmiało zrobił krok do przodu i podniósł dwa palce, jak gdyby chciał spytać, czy może iść do ubikacji.

– Nawet mój szwagier?

Szwagier Galluzza był dziennikarzem stacji Televigata, gdzie prowadził kronikę wypadków. Montalbano wyobraził sobie rodzinną kłótnię, do której by doszło, gdyby Galluzzo nic mu nie powiedział. I rzeczywiście, podwładny patrzył na niego błagalnym, psim wzrokiem.

– Dobrze. Niech przyjdzie, kiedy wyniosą zwłoki. I żadnych zdjęć.

Pojechali samochodem służbowym, zostawiając na posterunku jedynie Giallombarda. Za kierownicą siedział Peppe Gallo, który obok Galluzza najczęściej był obiektem głupich kawałów o policjantach. Wiedząc, jak prowadzi, Montalbano go ostrzegł:

– Tylko nie pędź, nie ma takiej potrzeby.

Na zakręcie koło kościoła del Carmine kierowca jednak nie wytrzymał i przyspieszył z piskiem kół. Dał się słyszeć krótki huk, jak strzał z pistoletu, po czym samochodem zarzuciło. Wysiedli; prawa tylna opona pękła. Została przecięta jakimś ostrzem – jego podłużne ślady były dobrze widoczne.

– Fiuty, skurwysyny! – wybuchnął brygadier.

Montalbano wściekł się nie na żarty.

– Przecież wiecie, że co dwa tygodnie przecinają nam opony! Jezu! Codziennie rano powtarzam, żebyście je sprawdzili przed wyjazdem! Ale wy, sukinsyny, macie to w dupie! Aż w końcu któryś z nas skręci kark!

Krzątanina przy wymianie koła zabrała im dziesięć minut, a kiedy dojechali do „pastwiska”, specjaliści z Montelusy znajdowali się już na miejscu. Byli na etapie medytacji, jak to nazywał Montalbano, czyli pięciu lub sześciu agentów chodziło dokoła samochodu, z pochylonymi głowami, trzymając dłonie w kieszeniach albo za plecami. Wyglądali jak filozofowie pogrążeni w głębokich rozmyślaniach, a tak naprawdę łazili z wytrzeszczonymi oczami, szukając na ziemi znaków, śladów, jakiegoś tropu. Ujrzawszy Montalbana, Jacomuzzi, ich szef, wybiegł mu naprzeciw.

– Jak to, bez dziennikarzy?

– Nie chcę ich tutaj widzieć.

– Tym razem zabiją cię, że przepuścili przez ciebie taką wiadomość. – Był wyraźnie podekscytowany. – Czy słyszałeś już, kim jest denat?

– Nie, gadaj.

– Inżynier Silvio Luparello.

– O kurwa! – Montalbano zdobył się tylko na taki komentarz.

– A wiesz, jak zginął?

– Nie. I wcale nie chcę wiedzieć. Sam zobaczę.

Jacomuzzi obraził się i wrócił do ekipy. Fotograf zrobił już swoje, teraz przyszła kolej na doktora Pasquano. Zmuszony pracować w niewygodnej pozycji, do połowy zagłębiony w samochodzie, przechylał się w kierunku miejsca obok kierowcy, gdzie Montalbano dostrzegł ciemną sylwetkę. Fazio i agenci z Vigaty pomagali kolegom z Montelusy. Komisarz zapalił papierosa i popatrzył w stronę zakładów chemicznych. Fascynowały go te ruiny. Obiecał sobie, że któregoś dnia sfotografuje to miejsce, wyśle zdjęcia Livii i w ten sposób opowie jej o sobie i o swojej ziemi, której ona jeszcze nie potrafiła zrozumieć.

 

Tymczasem przyjechał prokurator Lo Bianco. Wysiadł z samochodu, nie kryjąc podniecenia.

– Czy denat to naprawdę inżynier Luparello?

Jacomuzzi wyraźnie nie tracił czasu.

– Tak się wydaje.

Prokurator dołączył do ekipy z sądówki. Zaczął rozmawiać wzburzonym głosem z Jacomuzzim i z doktorem Pasquano, który wyciągnął z torby butelkę alkoholu i zdezynfekował dłonie. Po dłuższej krzątaninie, podczas której Montalbano zdążył nawet przypiec się trochę na słońcu, ludzie z sądówki wsiedli do samochodu i odjechali. Przechodząc obok komisarza, Jacomuzzi nawet się z nim nie pożegnał. Montalbano usłyszał, jak za jego plecami zawyła syrena ambulansu. Teraz przyszła kolej na niego, musiał się wziąć do pracy, nie było rady. Otrząsnął się z otępienia i skierował kroki w stronę samochodu z denatem.

W połowie drogi zatrzymał go prokurator.

– Ciało może zostać przewiezione. A zważywszy na to, jak znaną postacią był biedny inżynier, im bardziej się pospieszymy, tym lepiej. W każdym razie proszę mnie codziennie informować o rozwoju śledztwa. – Zamilkł na chwilę, a potem, chcąc złagodzić stanowczość ostatnich słów, powiedział: – Proszę dzwonić, kiedy tylko uzna pan za stosowne. – Znów zamilkł, po czym dodał: – W godzinach urzędowania, ma się rozumieć.

Oddalił się. W godzinach urzędowania i nie do domu. W domu, co było rzeczą powszechnie wiadomą, prokurator Lo Bianco oddawał się tworzeniu ważnej i poważnej księgi: Życie i dzieła Rinalda i Antonia Lo Bianco, bakałarzy Uniwersytetu w Agrigento za panowania króla Marcina Młodego (1402–1409). Tytułowych bohaterów uważał za swoich przodków, dalekich wprawdzie, ale jednak.

– Jak zginął? – spytał Montalbano lekarza.

– Niech pan sam zobaczy – odpowiedział Pasquano, przesuwając się na bok.

Komisarz zajrzał do samochodu, w którym było gorąco jak w piecu (a raczej jak w krematorium), pierwszy raz spojrzał na nieboszczyka i natychmiast pomyślał o kwestorze. Nie dlatego, że miał w zwyczaju wznosić myśli ku przełożonym na początku każdego dochodzenia, lecz wyłącznie dlatego, że ze starym kwestorem Burlando, z którym był zaprzyjaźniony, dziesięć dni temu rozmawiał o książce Arièsa Człowiek i śmierć, którą obaj właśnie przeczytali. Kwestor twierdził, że śmierć, nawet najpodlejsza, w każdym przypadku należy do sfery sacrum. Montalbano sprzeciwiał się, mówiąc, że w żadnej śmierci, nawet w śmierci papieża, żadnego sacrum dostrzec nie umie. Chciałby, żeby kwestor stanął teraz przy nim i zobaczył to, na co on sam właśnie patrzył. Inżynier, zawsze nieskazitelnie elegancki, zadbany w każdym szczególe wyglądu, teraz był bez krawata, koszulę miał rozpiętą, przekrzywione okulary, kołnierz marynarki niechlujnie podniesiony do połowy, skarpetki opuszczone i niemal wywinięte na półbuty. Najbardziej jednak uderzył komisarza widok opuszczonych do kolan spodni, z białymi majtkami wewnątrz, i koszuli, podwiniętej razem z podkoszulkiem aż do piersi. I przyrodzenia – ohydnie i brutalnie wystającego, nabrzmiałego, w kępie włosów, brutalnie kontrastującego z delikatnym zarysem reszty ciała.

– Ale jak zginął? – zapytał ponownie lekarza, wysiadając z samochodu.

– To chyba jasne, nie? – odparł nieuprzejmie Pasquano. – Czy wiedział pan, że biedny inżynier przeszedł operację serca, którą przeprowadził znany londyński kardiochirurg?

– Prawdę mówiąc, nie miałem o tym pojęcia. Kiedy widziałem go w środę w telewizji, wydawał się w doskonałej formie.

– Wydawał się, ale nie był. Wie pan, wszyscy politycy są jak psy. Kiedy tylko zwietrzą, że nie możesz się bronić, zagryzą cię. W Londynie założono mu chyba dwa bajpasy Podobno wcale nie poszło łatwo.

– A u kogo się leczył w Montelusie?

– U doktora Capuano. Chodził na badania co tydzień, dbał o zdrowie, zależało mu na wyglądzie.

– Może warto, żebym porozmawiał z doktorem Capuano?

– Nie ma sensu. To, co wydarzyło się tutaj, nie budzi najmniejszych wątpliwości. Biedny inżynier miał ochotę sobie popieprzyć, kto wie, może z jakąś egzotyczną kurwą. Jak postanowił, tak zrobił, i tyle.

Lekarz zorientował się, że Montalbano patrzy nieobecnym wzrokiem.

– To pana nie przekonuje?

– Nie.

– A dlaczego?

– Prawdę mówiąc, sam nie wiem. Czy jutro będę mógł zobaczyć wyniki autopsji?

– Jutro?! Oszalał pan! Przed inżynierem czeka mnie jeszcze ta zgwałcona dwudziestolatka, którą odnaleziono w chałupie za miastem po dziesięciu dniach, na wpół zżartą przez psy. Potem przyjdzie kolej na Fofò Greco, któremu ucięli język i jaja, zanim powiesili go na drzewie. Potem jeszcze...

Montalbano uciął tę makabryczną wyliczankę.

– Doktorze Pasquano, do rzeczy. Kiedy dostanę wyniki?

– Pojutrze, jeśli tylko nie każą mi biegać w lewo i w prawo do innych nieboszczyków.

Pożegnali się. Montalbano zawołał brygadiera i jego ludzi, powiedział, co mają robić i kiedy przenieść ciało do ambulansu, a Gallowi kazał się zawieźć do komisariatu.

– Potem wrócisz po resztę. A jeśli będziesz jechał jak wariat, nogi ci powyrywam.

Pino i Saro podpisali zeznania, w których szczegółowo został zrelacjonowany każdy ich ruch przed znalezieniem i po znalezieniu zwłok. Brakowało tam tylko dwóch ważnych informacji, których śmieciarze woleli nie przekazywać policji. Pierwsza z nich to ta, że od razu rozpoznali denata, druga – że o odkryciu natychmiast zawiadomili mecenasa Rizzo. Wrócili więc do domów – Pino, błądząc myślami gdzieś daleko, i Saro, sprawdzając co jakiś czas, czy w jego kieszeni nadal znajduje się naszyjnik.

Przez najbliższą dobę nic nowego nie miało się wydarzyć. Montalbano po południu wyciągnął się na łóżku i trzy godziny spał głęboko. Następnie wstał i poszedł wykąpać się w morzu, które w połowie września było gładkie jak stół. Kiedy wrócił do domu, ugotował sobie talerz spaghetti z małżami i włączył telewizor. Wszystkie stacje lokalne mówiły oczywiście o śmierci inżyniera i wychwalały go pod niebiosa. Co jakiś czas pojawiał się to jeden, to drugi polityk, który ze stosowną miną wymieniał zasługi nieboszczyka i konsekwencje jego zgonu, ale nawet jedyny dziennik opozycyjny nie odważył się powiedzieć, gdzie i w jakich okolicznościach świętej pamięci Luparello rozstał się z życiem.

5526b87fe028401b64c75f06