Znajdź mnieTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

Dedykacja

CZĘŚĆ I. Tempo

CZĘŚĆ II. Kadencja

CZĘŚĆ III. Capriccio

CZĘŚĆ IV. Da capo

Przypisy

Tytuł oryginału: Find me

Copyright © 2019 by André Aciman

All rights reserved.

Copyright © for the Polish translation by Tomasz Bieroń

Copyright © for the Polish edition by Poradnia K, 2019

Redaktor prowadzący: PAULINA POTRYKUS-WOŹNIAK

Redakcja: MAGDALENA GERAGA

Korekta: JOLANTA KUCHARSKA

Projekt okładki: ILONA GOSTYŃSKA-RYMKIEWICZ

Projekt typograficzny: MARZENNA DOBROWOLSKA

Zdjęcia wykorzystane na okładce: Ivan; Paolo Grassi / Stock.adobe.com

Łamanie i skład: MARZENA PIŁKO

Wydanie I

ISBN 978-83-66005-65-5

Wydawnictwo Poradnia K Sp. z o.o.

ul. Wilcza 25 lok. 6, 00-544 Warszawa

e-mail: poradniak@poradniak.pl www: www.poradniak.pl Facebook.com/poradniak Zapraszamy do naszej księgarni internetowej: sklep.poradniak.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Por mis tres hijos[1]

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

CZĘŚĆ I

Tempo

.

Dlaczego taka ponura?

Patrzyłem, jak wsiadała na dworcu kolejowym we Florencji. Przesunęła szklane drzwi i kiedy była już w wagonie, rozejrzała się i po chwili rzuciła swój plecak na puste miejsce obok mnie. Zdjęła skórzaną kurtkę, odłożyła anglojęzyczną książkę w miękkiej oprawie, którą czytała, a następnie, niejako z poirytowanym prychnięciem, ciężko opadła na siedzenie po przekątnej do mojego. Zrobiła na mnie wrażenie osoby, która przed chwilą gwałtownie się z kimś pokłóciła i wciąż tkwią w jej głowie raniące słowa, wypowiedziane przez nią samą albo jej rozmówcę tuż przed rozłączeniem się. Jej pies, którego starała się trzymać między nogami na zawiniętej wokół dłoni czerwonej smyczy, wyglądał na nie mniej zdenerwowanego niż ona.

– Buona, grzeczna dziewczynka – powiedziała w końcu, licząc na to, że uspokoi psa. – Buona – powtórzyła, ponieważ pies nadal wiercił się i próbował wyswobodzić ze stanowczego uścisku jej kostek.

Obecność psa drażniła mnie i odruchowo odmówiłem zdjęcia nogi z nogi czy przesunięcia się, żeby zrobić mu miejsce. Kobieta zachowywała się jednak tak, jakby nie zauważała ani mnie, ani języka mojego ciała. Zaczęła grzebać w plecaku, znalazła plastikowy woreczek i wyjęła z niego dwa przysmaki w kształcie kości, a potem wyciągnęła je przed siebie na dłoni i patrzyła, jak pies je zlizuje.

– Brava.

Ponieważ pies był na moment udobruchany, dźwignęła się nieznacznie, aby poprawić koszulę, parę razy przesunęła się na siedzeniu, a potem zapadła w rodzaj podenerwowanego stuporu, patrząc obojętnie na Florencję, kiedy pociąg zaczął odjeżdżać z dworca Santa Maria Novella. Być może bezwiednie kilka razy potrząsnęła głową, przeklinając zapewne osobę, z którą się pokłóciła przed wejściem do pociągu. Przez moment sprawiała wrażenie tak głęboko przygnębionej, że wpatrzony w moją otwartą książkę, zastanawiałem się, co powiedzieć, choćby tylko po to, by zacząć rozmowę i rozproszyć ciężkie burzowe chmury, które zebrały się nad naszym kącikiem na samym końcu wagonu. Rozmyśliłem się jednak. Lepiej zostawić ją w spokoju, pomyślałem i postanowiłem wrócić do lektury. Kiedy jednak zauważyłem, że na mnie patrzy, nie mogłem się powstrzymać:

– Dlaczego taka ponura? – spytałem.

Dopiero wtedy przyszło mi do głowy, jak bardzo niestosowne musiało się wydać moje pytanie zupełnie obcej współpasażerce, a na dodatek osobie, która sprawiała wrażenie gotowej pod najdrobniejszym pretekstem wybuchnąć. Ona jednak popatrzyła tylko na mnie ze zdziwieniem i wrogim błyskiem w oczach, zapowiadającym słowa, które miały mnie zgasić i usadzić. „Pilnuj swoich spraw, staruszku”. Albo: „Co to pana obchodzi?”. Mogła też zrobić minę i poczęstować miażdżącym komentarzem: „Palant!”.

– Nie jestem ponura, po prostu myślę – odparła.

Łagodny, niemal melancholijny ton tej odpowiedzi tak mnie zaskoczył, że odebrało mi mowę jeszcze skuteczniej, niż gdyby kazała mi się odpieprzyć.

– Może myślenie sprawia, że wyglądam ponuro.

– Czyli pani myśli są radosne?

– Nie, radosne też nie są. – Uśmiechnąłem się, ale milczałem, już teraz żałując swoich powierzchownych, protekcjonalnych zaczepek. – Może jednak jestem trochę ponura – dodała ze zgaszonym uśmiechem, przyznając mi rację.

Przeprosiłem za brak taktu.

– Nie ma za co – odparła, wpatrując się w zamiejski krajobraz za oknem. Potem wzięła do ręki swoją książkę.

Zapytałem, czy jest Amerykanką. Potwierdziła.

– Amerykanin – dodałem, chociaż mnie o to nie zapytała.

– Poznałam po akcencie.

Wyjaśniłem, że mieszkam we Włoszech od prawie trzydziestu lat, ale za nic w świecie nie potrafię pozbyć się akcentu. Dowiedziałem się, że zamieszkała we Włoszech z rodzicami, kiedy miała dwanaście lat.

Oboje jechaliśmy do Rzymu.

– Do pracy? – spytałem.

– Nie, nie do pracy. Chodzi o mojego ojca. Nie czuje się dobrze. – Spojrzała na mnie. – To pewnie tłumaczy, dlaczego jestem ponura.

– Coś poważnego?

– Chyba tak.

– Bardzo mi przykro.

Wzruszyła ramionami.

– Życie! – Zmieniła ton: – A pan? Sprawy zawodowe czy wypoczynek?

Uśmiechnąłem się na tę parodię pytania z kwestionariusza i wyjaśniłem, że zostałem zaproszony do wygłoszenia wykładu dla studentów, ale spotykam się również z moim synem, który mieszka w Rzymie i odbierze mnie z dworca.

– Z pewnością uroczy chłopiec.

Poznałem, że ze mnie dworuje, ale podobał mi się jej swobodny, nieformalny styl bycia, ten przeskok od ponurości do żartobliwości, który zmuszał rozmówcę do tego samego. Jej ton kłócił się ze sportowym ubiorem: poobijane turystyczne buty, para dżinsów, brak makijażu i rozpięta do połowy spłowiała koszula flanelowa w czerwonawym kolorze włożona na czarny T-shirt. A przy tym swoim wymiętym i rozchełstanym wyglądzie miała zielone oczy i ciemne brwi. Ona wie, pomyślałem, ona zapewne wie, dlaczego wyskoczyłem z tą głupią uwagą o ponurym nastroju. Nie miałem wątpliwości, że obcy ludzie zawsze znajdują jakiś sposób na nawiązanie z nią rozmowy i właśnie stąd bierze się jej poirytowana mina w stylu „nawet nie próbuj”.

Nie zdziwiło mnie, że po ironicznej uwadze o moim synu rozmowa przestała się kleić. Pora wziąć do ręki książki. Ona jednak odwróciła się do mnie i spytała prosto z mostu:

– Cieszy się pan, że zobaczy syna?

Uznałem, że znowu się ze mnie naigrawa, ale ton nie był ironiczny. Dostrzegłem coś urzekającego i rozbrajającego w fakcie, że przeszła prosto do spraw osobistych, przeskakując nad przeszkodami, które rozdzielają obcych ludzi w pociągu. Podobało mi się to. Może chciała wiedzieć, co dwa razy starszy od niej mężczyzna czuje przed spotkaniem z synem. Albo nie miała ochoty czytać. Czekała na moją odpowiedź.

– Czuje pan radość? A może zdenerwowanie?

– Chyba nie zdenerwowanie, no może troszeczkę. Rodzic zawsze się boi, że zostanie uznany za intruza, o nudziarzu nie wspominając.

– Uważa się pan za nudziarza?

Zachwyciło mnie, że moje słowa ją zaskoczyły.

– Może. Ale powiedzmy sobie szczerze, kto nie jest nudziarzem?

– Nie uważam mojego ojca za nudziarza.

Czyżbym ją uraził?

– W takim razie cofam swoje słowa.

Uśmiechnęła się do mnie.

– Nie tak szybko.

Najpierw prowokuje, a potem przygważdża. Przypominała mi mojego syna – była nieco starsza, ale z taką samą zręcznością wychwytywała wszystkie moje gafy i uniki, więc po każdej zakończonej pojednaniem kłótni byłem trochę poobijany.

„Jaką jesteś osobą, kiedy ktoś pozna cię bliżej?” – chciałem zapytać. – „Jesteś dowcipna, jowialna i zabawna, czy też w twoich żyłach krąży ponure, rozdrażnione serum, które kładzie się cieniem na rysach i kasuje całą wesołość obiecywaną przez uśmiech i zielone oczy?” Chciałem wiedzieć – ponieważ nie potrafiłem tego rozpoznać.

Miałem ją właśnie skomplementować za umiejętność czytania ludzi, kiedy zadzwonił jej telefon. „Chłopak, oczywiście! Któżby inny”. Tak bardzo przywykłem do tego, że telefon komórkowy przerywa rozmowę, że nie potrafiłem już spotykać się ze studentami przy kawie czy rozmawiać z kolegami z pracy, albo moim synem nawet, bez komórkowych ingerencji. Telefonicznie wybawiony, telefonicznie uciszony, telefonicznie odrzucony.

 

– Cześć, tato – powiedziała zaraz po pierwszym dzwonku. Sądziłem, że odebrała tak szybko, bo nie chciała, aby głośny sygnał zakłócił spokój innych pasażerów. Zaskoczyło mnie, że wrzeszczy do telefonu. – To przez ten przeklęty pociąg! Miał przestój, nie wiem jak długi, ale powinnam być nie dalej niż za dwie godziny. Do zobaczenia wkrótce. – Ojciec ją o coś zapytał. – Oczywiście, głupolu, jak mogłabym zapomnieć. – Zapytał o coś jeszcze. – To też. – Cisza. – Ja też. Bardzo, bardzo.

Wyłączyła telefon i wrzuciła go do plecaczka, jakby chciała powiedzieć: już nam więcej nie przeszkodzi. Uśmiechnęła się do mnie nieswojo.

– Rodzice... – powiedziała w końcu, w znaczeniu: „Wszędzie są tacy sami, prawda?”. Potem jednak wyjaśniła: – Widzę go co tydzień – jestem jego weekendową usługującą, a moje rodzeństwo i jego opiekunka zajmują się nim w dni powszednie. – Nie dając mi szansy wtrącić choć słowa, zapytała: – Odstawił się pan na dzisiejszą okoliczność?

Cóż za słowo na opisanie tego, co miałem na sobie!

– Naprawdę wyglądam na odstawionego? – odparłem żartobliwie, przerzucając się z nią tym słowem, aby nie pomyślała, że domagam się komplementów.

– Chusteczka w kieszonce, starannie wyprasowana koszula, bez krawata, ale ze spinkami. Widzę w tym przemyślaną koncepcję. Może trochę staroświeckie, ale wytworne.

Oboje się uśmiechnęliśmy.

– Pominęła pani to – powiedziałem, odrobinę wysuwając z kieszeni marynarki kolorowy krawat i wkładając go z powrotem.

Chciałem jej zakomunikować, że mam dostatecznie dużo poczucia humoru, aby śmiać się z samego siebie.

– Dokładnie tak, jak myślałam. Odstawiony! Nie jak emerytowany profesor w kościółkowym stroju, ale prawie. Co robicie, kiedy pan przyjeżdża do Rzymu?

Czy ona nigdy nie odpuści? Czy moje wstępne pytanie kazało jej myśleć, że może sobie pozwolić na takie niedyskrecje? Nie przeszkadzało mi to jednak.

– Spotykamy się co pięć albo sześć tygodni. Syn mieszka w Rzymie, ale niedługo przeprowadza się do Paryża. Już teraz mi go brakuje. Lubię te dni, które ze sobą spędzamy. Nie robimy nic konkretnego, głównie chodzimy, zawsze tą samą trasą: jego Rzym, koło konserwatorium, mój Rzym, gdzie mieszkałem jako młody adiunkt. Zachodzimy na lunch do Armando’s. On jakoś znosi moje towarzystwo, a może je lubi, do tej pory tego nie rozgryzłem, może jedno i drugie, ale zrytualizowaliśmy te wizyty: Via Vittoria, Via dei Banchi Vecchi, Via del Babuino, czasami wędrujemy aż do cmentarza protestanckiego. To są punkty orientacyjne naszego życia. Nazwaliśmy je rekolekcjami. Żaden z nas nie zapomina: lunch, spacer, rekolekcje. Szczęściarz ze mnie. Już samo chodzenie z nim po Rzymie to rekolekcje. Na każdym kroku człowiek potyka się o wspomnienia – swoje, cudze, miasta. Ja lubię Rzym o zmierzchu, on po południu, i zdarza się, że wstępujemy gdzieś na popołudniową herbatę, aby przeciągnąć spotkanie do wieczora i pójść na drinka.

– I to wszystko?

– To wszystko. Idziemy Via Margutta ze względu na mnie, a potem Via Belsiana ze względu na niego – wspomnienia starych miłości.

– Rekolekcje o starych rekolekcjach? – zażartowała ładna młoda kobieta w pociągu. – Jest żonaty?

– Nie.

– Ma kogoś?

– Nie wiem. Podejrzewam, że tak. Ale martwię się o niego. Swego czasu ktoś był i zapytałem, czy jest i teraz, ale on pokręcił tylko głową i powiedział: „Nie pytaj, tato, nie pytaj”. To mogło znaczyć, że nikt albo wszyscy – nie potrafię stwierdzić, co byłoby gorsze. Kiedyś był ze mną taki szczery.

– Myślę, że teraz też był z panem szczery.

– W jakimś sensie tak.

– Lubię go – powiedziała młoda kobieta, siedząca po przekątnej. – Może dlatego, że jestem do niego podobna. Czasem mi zarzucają, że jestem za bardzo bezpośrednia, za bardzo hop do przodu, a niekiedy, że zbyt ostrożna i wycofana.

– Nie sądzę, aby mój syn był wycofany. Ale chyba nie jest zbyt szczęśliwy.

– Wiem, co czuje.

– A w pani życiu nie ma nikogo?

– Gdybym to ja wiedziała.

– Jak to?

Słowa te wyskoczyły ze mnie jak zdziwione, smętne westchnienie. Co mogła mieć na myśli – że w jej życiu nie ma nikogo, że jest ich zbyt wielu albo że mężczyzna jej życia zostawił ją zdruzgotaną z pragnieniem wyładowania gniewu na sobie samej albo na kolejnych uganiających się za nią kawalerach? A może ludzie po prostu przychodzą i odchodzą. Obawiałem się, że tak jest w przypadku mojego syna – czy ta dziewczyna należy do takich, które wślizgują się i wyślizgują z cudzego życia, nie zostawiając żadnych śladów ani pamiątek?

– Chyba nie jestem typem, który choćby lubi ludzi, a tym bardziej się w nich zakochuje.

Zobaczyłem w nich dwojgu to samo: te same zgorzkniałe, apatyczne, poranione serca.

– Chodzi o to, że nie lubi pani ludzi czy po prostu po jakimś czasie zaczynają panią męczyć i za żadne skarby świata nie może sobie pani przypomnieć, dlaczego uznała ich za interesujących?

Milczała z kompletnie zaskoczoną miną, nie wydusiła z siebie ani słowa. Patrzyła mi prosto w oczy. Czyżbym znowu ją uraził?

– Skąd pan to wiedział? – spytała w końcu. Po raz pierwszy zobaczyłem u niej poważną i rozgniewaną minę. Widziałem, że ostrzy jakieś werbalne sztylety, którymi zamierza przekłuć moje aroganckie wtykanie nosa do jej prywatnego życia. Nie należało nic mówić. – Poznaliśmy się nie więcej niż piętnaście minut temu, a pan mnie już zna! Skąd mógł pan to wiedzieć? – Potem się zreflektowała: – Ile pan bierze za godzinę?

– Na koszt zakładu. Ale nie ma w tym raczej zbyt wielkiej przenikliwości, po prostu chyba wszyscy tacy jesteśmy. Poza tym jest pani młoda i piękna, mężczyźni na pewno do pani lgną, więc nie chodzi o to, że ma pani kłopoty z poznaniem kogoś odpowiedniego. – Czy znowu powiedziałem za dużo albo przekroczyłem jakąś granicę? Chcąc zneutralizować skutki mojego komplementu, dodałem: – Problem w tym, że magia kogoś nowo poznanego zawsze trwa za krótko. Chcemy tylko tych, których nie możemy mieć. Jedynie ci, których straciliśmy albo niewiedzący o naszym istnieniu, odciskają się na naszym życiu. Inni są tylko echem.

– Czy to jest przypadek panny Margutty? – spytała.

Przed tą kobietą nic się nie ukryje, pomyślałem. Podobało mi się brzmienie słów „panna Margutta”. Stawiały to, co między nami istniało przed laty, w łagodnym i potulnym, niemal komicznym świetle.

– Nigdy się tego nie dowiem. Byliśmy ze sobą tak krótko i wszystko wydarzyło się tak szybko.

– Jak dawno?

Zastanowiłem się chwilę.

– Wstydzę się przyznać.

– Oj, niech pan powie!

– Co najmniej dwie dekady temu. A ściślej prawie trzy.

– I?

– Poznaliśmy się na przyjęciu, kiedy byłem adiunktem w Rzymie. Oboje z kimś przyszliśmy, przypadkiem zaczęliśmy rozmawiać i żadne z nas nie miało ochoty przestać. W końcu wyszła ze swoim chłopakiem, chwilę przed nami. Nie wymieniliśmy się nawet numerami telefonów. Nie potrafiłem jednak o niej zapomnieć. Zadzwoniłem więc do kolegi, który zaprosił mnie na imprezę, i spytałem, czy ma jej telefon. Teraz będzie śmiesznie: dzień wcześniej ona do niego zadzwoniła, żeby go poprosić o kontakt do mnie. „Słyszałem, że mnie szukałaś”, powiedziałem, kiedy w końcu do niej zadzwoniłem. Należało się przedstawić, ale byłem taki stremowany, że w ogóle o tym nie pomyślałem. Natychmiast rozpoznała mój głos, a może nasz wspólny znajomy ją ostrzegł, że zatelefonuję. „Zamierzałam do ciebie zadzwonić”, powiedziała. „Ale nie zadzwoniłaś”, odparłem. „Nie, nie zadzwoniłam”. Wtedy powiedziała coś, co pokazało, że miała więcej odwagi ode mnie, i co przyspieszyło mi tętno, ponieważ się tego nie spodziewałem i nigdy tego nie zapomnę. „Więc jak to zrobimy?”, spytała. Jak to zrobimy? Po tym jednym zdaniu wiedziałem, że moje życie jest spychane ze swojej orbity. Nikt znajomy nie powiedział wcześniej do mnie tak szczerych, niemal drapieżnych słów.

– Lubię ją.

– A można jej było nie lubić? Prostolinijna, bezpośrednia i taka rzeczowa, że musiałem od razu podjąć decyzję: „Zjedzmy razem lunch”, powiedziałem. „Ponieważ kolacja byłaby trudna, tak?”, spytała. Zachwyciła mnie ta śmiała, chociaż zawoalowana ironia. „Zjedzmy razem lunch – dajmy na to dzisiaj”, powiedziałem. „Może być, dajmy na to, dzisiaj”. Roześmialiśmy się z tego, jak szybko sprawy idą do przodu. Do lunchu mieliśmy ledwo godzinę.

– Nie przeszkadzało panu, że zamierzała zdradzić swojego chłopaka?

– Nie. Tak jak nie przeszkadzało mi, że planowałem to samo ze swoją dziewczyną. Lunch trwał bardzo długo. Odprowadziłem ją do domu Via Margutta, potem ona odprowadziła mnie tam, gdzie jedliśmy lunch, a potem ja znowu odprowadziłem ją do domu Via Margutta. „Jutro?”, spytałem, nadal nie mając pewności, czy się nie narzucam. „Absolutnie, jutro”. To był tydzień przed świętami. We wtorek po południu zrobiliśmy coś szalonego: kupiliśmy dwa bilety w obie strony i polecieliśmy do Londynu.

– Jakie romantyczne!

Wszystko szło niezmiernie szybko i wydawało się tak naturalne, że żadne z nas nie widziało potrzeby omawiania spraw z naszymi partnerami i w ogóle zastanawiania się nad nimi. Po prostu porzuciliśmy wszelkie zahamowania. W tamtych czasach jeszcze je mieliśmy.

– Chce pan powiedzieć, że dzisiaj ludzie ich nie mają?

– Nie jestem zorientowany.

– Mogłam się tego domyślić.

Ten sarkastyczny przytyk miał mi dać do zrozumienia, że powinienem poczuć się lekko skarcony.

Zaśmiałem się pod nosem. Ona też, sygnalizując, że wie, iż nie jestem szczery.

– W każdym razie skończyło się po kilku dniach. Ona wróciła do swojego chłopaka, a ja do dziewczyny. Nie zostaliśmy przyjaciółmi. Ale byłem na jej ślubie i zaprosiłem ich później na swój. Oni pozostali małżeństwem. My nie. Voilà.

– Dlaczego pozwolił jej pan wrócić do chłopaka?

– Dlaczego? Może dlatego, że nie miałem pełnego przekonania co do swoich uczuć. A może nie walczyłem o to, żeby ją zatrzymać, a ona już wiedziała, że nie będę walczył. Może chciałem być zakochany i bałem się, że nie jestem, może wolałem nasz mały stan zawieszenia w Londynie niż zmierzenie się z faktem, że nic do niej nie czuję. Może wolałem wątpić niż wiedzieć. A ile pani bierze za godzinę?

– Touché!

Kiedy ostatni raz rozmawiałem z kimś w ten sposób?

– Teraz proszę mi powiedzieć o osobie w pani życiu. Jestem pewien, że widuje się pani z kimś wyjątkowym, mam rację?

– Tak, widuję się z kimś.

– Od jak dawna? – Po chwili się zreflektowałem. – Jeśli wolno mi zapytać.

– Wolno panu. Ledwie od sześciu miesięcy. – Wzruszyła ramionami. – Nie jest to historia, o której warto byłoby napisać do gazet.

– Lubi go pani?

– Jest w porządku. Dogadujemy się. I mamy wiele wspólnych upodobań. Ale jesteśmy tylko dwojgiem współlokatorów, którzy udają, że mają wspólne życie. A nie mamy.

– Ależ to pani wyraziła. „Dwoje współlokatorów, którzy udają, że mają wspólne życie”. Smutne.

– Rzeczywiście smutne. Ale smutne jest również to, że może przeżyłam więcej wspólnych chwil z panem w tym pociągu niż z nim przez cały tydzień.

– Może nie otwiera się pani na ludzi.

– Przecież z panem rozmawiam.

– Jestem obcy, a na obcych łatwiej się otworzyć.

– Jedyne istoty, z którymi potrafię rozmawiać szczerze, to mój ojciec i pies Pawłowa, a żadna z nich nie zabawi na tym świecie zbyt długo. Nawiasem mówiąc, ojciec nie znosi mojego obecnego chłopaka.

– Całkiem częste zjawisko u ojców.

– Mojego poprzedniego partnera uwielbiał.

– A pani?

Uśmiechnęła się, zdradzając tym samym, że udzieli odpowiedzi ze szczyptą humoru:

– Ja nie. – Zastanowiła się. – Poprzedni chłopak chciał się ze mną ożenić. Odmówiłam. Poczułam wielką ulgę, że nie robił zamieszania podczas zerwania. Nie minęło pół roku, kiedy dowiedziałam się, że się żeni. Byłam sina z wściekłości. Ale jeśli kiedykolwiek poczułam się zraniona i płakałam przez miłość, to w dniu, w którym usłyszałam, że jego wybranką jest kobieta, z której godzinami się naśmiewaliśmy, gdy byliśmy razem.

Cisza.

– Zazdrosna bez śladu miłości – trudna z pani kobieta – powiedziałem w końcu.

Rzuciła mi spojrzenie, które było upomnieniem dotyczącym stylu rozmowy i ciekawości.

– Znamy się mniej niż godzinę, a pan mnie już całkowicie rozumie. I w ogóle mi to nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie: podoba mi się to. Ale powinnam panu powiedzieć również o innym strasznym defekcie.

– Co znowu?

Oboje się roześmialiśmy.

– Nigdy nie podtrzymuję znajomości z mężczyznami, z którymi byłam w związku. Większość ludzi nie lubi palić za sobą mostów. Ja wysadzam je w powietrze – przypuszczalnie dlatego, że właściwie nigdy nie ma prawdziwego mostu. Zdarza mi się, że zostawiam wszystko w jego mieszkaniu i po prostu znikam. Nie znoszę długiego procesu pakowania się, wyprowadzania i nieuniknionych rozgrzebywań, które zamieniają się w łzawe błagania, żebyśmy zostali ze sobą. A przede wszystkim nienawidzę tej fikcji przywiązania, kiedy nie chcę być dotykana przez kogoś, z kim zapewne chętnie kiedyś sypiałam, ale już tego nie pamiętam. Jak pan powiedział, nie wiem, dlaczego w ogóle się z kimkolwiek wiążę. Nowe związki są takie denerwujące. Dochodzą do tego drobne nawyki, które muszę znosić. Zapach jego klatki dla ptaka, to, że lubi mieć CD ułożone w stos. Odgłosy przedpotopowego kaloryfera w środku nocy, które budzą mnie, ale jego nigdy. On chce zamknąć okna. Ja lubię, żeby były otwarte. Ja rozrzucam ubrania po całym mieszkaniu. On chce, żeby ręczniki były poskładane i odłożone do szafy. On lubi, żeby tubkę z pastą do zębów starannie wyciskać od dołu, ja wyciskam gdzie popadnie i zawsze gubię kapturek, który on znajduje na podłodze za muszlą klozetową. Pilot od telewizora ma swoje wyznaczone miejsce, mleko musi stać niedaleko, ale nie za blisko zamrażalnika, majtki i skarpetki mają swój kąt w tej szufladzie, ale nie w tamtej. Nie jestem trudna, tylko trochę apodyktyczna. To po prostu zasłona dymna. Toleruję wszystkich i wszystko. Przynajmniej przez chwilę. A potem pewnego dnia przychodzi olśnienie: nie chcę być z tym facetem, nie chcę go mieć w pobliżu. Muszę od niego uciec. Walczę z tym, ale jak tylko on to wyczuje, zaczyna mnie gnębić swoimi zrozpaczonymi oczami szczeniaczka. Jak tylko zauważę to spojrzenie, pfffff i już mnie nie ma, natychmiast znajduję sobie kogoś innego. Mężczyźni! – powiedziała w końcu, jakby to jedno słowo podsumowywało wszystkie wady, których większość kobiet jest gotowa nie dostrzegać albo nauczyć się z nimi żyć i ostatecznie wybaczyć tym mężczyznom, których mają nadzieję kochać do końca życia, nawet jeżeli wiedzą, że tak nie będzie. – Nie cierpię patrzeć na kogoś, kogo zraniłam.

 

Rysy jej twarzy się zacieniły. Miałem ochotę pogłaskać ją po policzku. Zauważyła moje spojrzenie, więc spuściłem wzrok.

Ponownie zwróciłem uwagę na jej buty. Dzikie, nieoswojone, jakby ciągano je kamienistymi trasami, dzięki czemu nabrały wysłużonego, dojrzałego wyglądu, co oznaczało, że moja współpasażerka im ufa. Lubiła, kiedy jej rzeczy były znoszone i wytarte. Stawiała na wygodę, a nie wygląd. Grube wełniane skarpety w kolorze granatowym były męskie, przypuszczalnie zabrane z szuflady mężczyzny, którego – jak twierdziła – nie kochała. Jednak przejściowa skórzana kurtka motocyklisty wyglądała na bardzo drogą. Prawdopodobnie Prada. Czyżby wybiegła w pośpiechu z domu swojego chłopaka, zabrawszy kilka rzeczy, które wpadły jej w rękę, rzuciwszy szybkie: „Jadę do taty, zadzwonię wieczorem”? Na przegubie miała męski zegarek. Też jego? A może po prostu woli męskie zegarki? Wszystko w niej sugerowało coś zgrzebnego, surowego, niedokończonego. A potem wpadł mi w oczy kawałek skóry między skarpetkami a dołem dżinsów. Miała gładką skórę na kostkach.

– Niech mi pani opowie o swoim ojcu.

– O ojcu? Źle z nim i tracimy go. Jego choroba na nowo określiła wszystko, co do niego czuję. – Na chwilę przerwała ten wątek. – Nadal liczy pan sobie od godziny?

– Tak jak mówiłem, zwierzenia łatwiej przychodzą między obcymi, którzy już nigdy więcej się nie spotkają.

– Tak pan sądzi?

– Że łatwiej przychodzą?

– Nie, że już nigdy więcej się nie spotkamy.

– Jakie jest tego prawdopodobieństwo?

– Prawda, święta prawda.

Wymieniliśmy uśmiechy.

– Proszę mówić dalej o ojcu.

– Sporo o tym myślałam. Moja miłość do niego się zmieniła. Przestała być spontaniczna, stała się refleksyjną, ostrożną miłością opiekuna. Nie jest taka, jak być powinna. Ale wciąż jesteśmy wobec siebie bardzo otwarci i nie wstydzę się z nim rozmawiać, nawet na drażliwe tematy. Moja matka odeszła prawie dwie dekady temu i od tego czasu jesteśmy tylko my dwoje. Przez jakiś czas miał dziewczynę, ale teraz mieszka sam. Ktoś przychodzi się nim zająć, gotuje, robi pranie, sprząta. Dzisiaj są jego siedemdziesiąte szóste urodziny. Dlatego wiozę tort – rzekła, wskazując kwadratowe białe pudełko, które stało na siedzeniu. Chyba się go wstydziła, bo lekko zachichotała. – Powiedział, że zaprosił dwóch znajomych na lunch, ale wciąż się nie odezwali i moim zdaniem nie przyjdą. Ostatnimi czasy nikt nie przychodzi. Nie pojawi się też moje rodzeństwo. Ojciec lubi profiterolki ze starej cukierni niedaleko mojego mieszkania we Florencji. Przypominają mu o lepszych czasach, kiedy tam wykładał. Nie powinien oczywiście jeść żadnych słodyczy, ale...

Nie musiała kończyć zdania.

Milczenie trwało chwilę. Ponownie sięgnąłem w stronę książki, przekonany, że tym razem rozmowa została skończona. Parę chwil później, z otwartą lekturą w dłoniach, oglądałem przez okno pofałdowany toskański krajobraz i moje myśli pobłądziły. Naszła mnie dziwna, bezkształtna refleksja, że dziewczyna się przesiadła i siedzi teraz obok mnie; czułem, że zasypiam.

– Nie czyta pan – powiedziała. Zobaczywszy, że być może mnie rozbudziła, natychmiast dodała: – Ja też nie mogę.

– Czytanie mnie zmęczyło, nie mogę się skupić.

– Ciekawe? – spytała, patrząc na okładkę mojej książki.

– Niezłe. Choć powrót do lektury Dostojewskiego po wielu latach może rozczarować.

– Dlaczego?

– Czytała pani Dostojewskiego?

– Tak. Uwielbiałam go, kiedy miałam piętnaście lat.

– Dorastający człowiek natychmiast zrozumie jego wizję życia: udręczoną, pełną sprzeczności, żółci, jadu, wstydu, miłości, litości, smutku i złości, a także rozbrajających aktów dobroci i poświęcenia – wszystko powrzucane jak popadnie do jednego gara. Kiedy sam byłem dorastającym chłopcem, Dostojewski wprowadził mnie w świat złożonej psychologii. Uważałem się za osobę głęboko zagubioną – ale wszystkie jego postacie były nie mniej zagubione. Poczułem się jak u siebie. Podejrzewam, że o ludziach o zawiłej konstrukcji ludzkiej psychiki więcej można się dowiedzieć od Dostojewskiego niż od Freuda czy jakiegokolwiek innego psychiatry.

Milczała.

– Ja chodzę do psychiatry – powiedziała w końcu z prawie dosłyszalnym protestem w głosie.

Czy znowu niechcący ją uraziłem?

– Ja też – zareplikowałem, może pragnąc zatrzeć złe wrażenie.

Patrzyliśmy sobie w oczy. Podobał mi się jej ciepły, ufny uśmiech. Sugerował, że jest kimś szczerym, może nawet łatwowiernym. Trudno się dziwić, że mężczyźni ją osaczali. Wiedzieli, co tracą, już z chwilą, kiedy odwracali od niej wzrok. Z ociężałym uśmiechem zadawała pytania od serca, nieustannie przeszywała rozmówcę spojrzeniem zielonych oczu, emanowała niepokojącą potrzebą intymności wyciąganą z każdego mężczyzny, który spotkał się z nią wzrokiem w miejscu publicznym albo na schodach ruchomych i wiedział, że tam poszło jego życie. Tak właśnie zrobiła teraz. Sprawiała, że intymność pchała się na świat, była łatwa, jakbyś zawsze miał ją w sobie i tęsknił za nią, ale potrafił ją odnaleźć tylko w jej obecności. Chciałem ją przytulić, dotknąć dłoni, pociągnąć palcem po jej czole.

– Dlaczego chodzi pan do psychiatry? – zadała pytanie takim tonem, jakby przemyślała tę kwestię i uznała ją za zupełnie niezrozumiałą. – Jeśli wolno mi zapytać – dodała z uśmiechem, parodiując moje słowa.

Widać było, że nie nawykła do delikatniejszego, taktowniejszego podejścia w rozmowach z obcymi. Spytałem, dlaczego ją to dziwi, że chodzę do psychiatry.

– Bo wygląda pan na tak statecznego, tak – odstawionego.

– Trudno powiedzieć. Może dlatego, że puste przestrzenie z okresu dorastania, kiedy odkryłem Dostojewskiego, do tej pory się nie wypełniły. Kiedyś wierzyłem, że w jakimś momencie się to stanie. Teraz już nie mam takiej pewności. Chcę jednak zrozumieć dlaczego. Niektórzy z nas nigdy nie przeskoczyli na następny poziom. Zgubiliśmy kierunek i w rezultacie utknęliśmy tam, gdzie zaczynaliśmy.

– To dlatego znowu czyta pan Dostojewskiego?

Uśmiechnąłem się w reakcji na trafność tego pytania.

– Może dlatego, że zawsze próbuję prześledzić swoje kroki wstecz do miejsca, w którym mogłem wskoczyć na prom płynący na drugi brzeg, zwany życiem, ale zmitrężyłem czas na niewłaściwym nabrzeżu albo, przy moim pechu, wsiadłem na zły prom. To wszystko jest zabawą dla starszych mężczyzn.

– Nie brzmi pan jak osoba, która wsiadła na zły prom. Było tak?

Droczy się ze mną?

– Myślałem o tym, kiedy dziś rano wsiadałem w Genui do pociągu, bo przyszło mi do głowy, że być może było parę promów, którymi należało popłynąć, ale tego nie zrobiłem.

– Czemu pan tego nie zrobił?

Pokręciłem głową i wzruszyłem ramionami na znak, że nie wiem albo nie chcę wiedzieć dlaczego.

– Czy to nie są absolutnie najgorsze scenariusze: coś, co mogło się zdarzyć, choć do tego nie doszło, ale nadal może, mimo iż straciliśmy już na to wszelkie nadzieje?

Podejrzewam, że spojrzałem na nią na wskroś zdumionym wzrokiem.

Inne książki tego autora