Sycylijskie porachunki

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Andie Brock
Sycylijskie porachunki

Tłumaczenie:

Zbigniew Mach

PROLOG

– Dobry wieczór!

Dogonił ją dwoma szybkimi szusami.

Wysoki i niezwykle przystojny mężczyzna o ciemnej karnacji. Seksowny i emanujący męskością. Drogie garniturowe spodnie oraz rozpięta pod szyją biała koszula. Miał na sobie czarne skórzane półbuty pokryte na czubkach suchym sycylijskim kurzem. Objął dłońmi jej twarz, a po chwili przylgnął wargami do jej ust w geście mówiącym: jesteś moja.

I obiecującym jeszcze więcej.

Leah wychyliła się ku niemu. Z zamkniętymi oczyma chłonęła znajomy zapach jego wody kolońskiej zmieszany z zapachem upalnego popołudnia i mężczyzny jadącego kilka godzin samochodem. Tęskniła za tą chwilą przez kilka tygodni. Ale teraz…

– Hm… Tak lepiej… – Zdjął dłoń z jej ramienia i wolno przesunął w dół. Dotknął palcami jej palców.

– Pięknie wyglądasz. – Tęsknym wzrokiem przebiegł całe jej ciało. Jego ciemne oczy błyszczały.

– Dziękuję – odparła.

– Tęskniłem.

– Ja też. – Starła się, by jej głos brzmiał spokojnie. – Minęło dużo czasu, Jaco.

– Zbyt dużo. – Przytulił dłońmi jej policzki i znów delikatnie pocałował ją w usta. – Ale teraz już jestem i chcę ci wynagrodzić stracony czas.

Przyciągnął ją bliżej i spojrzał prosto w oczy.

Odsunęła go lekkim ruchem ręki.

– Długo zostaniesz? – Pochyliła głowę, czekając na odpowiedź.

– Dwa dni. – Patrzył na nią, zmysłowym ruchem przesuwając palcem wzdłuż jej policzka i podbródka, jakby na nowo rozpoznawał rysy jej twarzy.

– Dwa? – Z trudem usiłowała ukryć rozczarowanie.

– Tak. – Uśmiechnął się uśmiechem, który zapewne złamał już niejedno niewieście serce. – Wykorzystajmy je więc jak najlepiej!

– Pewnie tak… – Przygryzła lekko wargi.

– Wezmę tylko prysznic, coś przekąszę i… może zaczniemy tam, gdzie skończyliśmy? – W jego oczach pojawił się frywolny błysk.

Gdzie skończyliśmy…

Poczuła przyjemny dreszcz na wspomnienie ich ostatniej nocy. Cudownej bliskości dwóch ciał i dusz… Zanim znów zniknął…

Jaco Valentino. Urodzony Sycylijczyk. Wspaniale zbudowany i piekielnie przystojny mężczyzna. Imprezowicz i flirciarz. Seksowny… Zniewalająco seksowny. Z tych, którym nie sposób się oprzeć czy zignorować. Poznała go na ślubie swojej siostry bliźniaczki, Harper, z innym Sycylijczykiem Vierim. Od razu zaczęli pałać do siebie pożądaniem. Czuła się tak, jakby ją ktoś ogłuszył. Takie pożądanie spada na nas nagle i nie sposób mu się oprzeć, a później z niego wyleczyć. Kochankowie przyciągają się nawzajem silniej niż magnes.

Gdy następnego dnia zaprosił ją na zwiedzanie swojej winnicy Capezzana, zgodziła się bez wahania. W takim momencie wszelkie wewnętrzne opory – lepiej uważać, być bardziej ostrożnym! – rozwiewają się jak dym na wietrze. Winnica świadczyła o jego sycylijskich korzeniach. Emanująca z niego i widoczna gołym okiem duma z jej posiadania sprawiła, że pokochała ją, zanim jeszcze zobaczyła. Wiedziała, że jeśli nie będzie bardzo ostrożna, tak samo szybko zakocha się we właścicielu.

Capezzana okazała się miejscem dokładnie tak cudownym i uroczym, jak opisywał. Rzędy równo przyciętych krzewów winogron na oszołamiającym tle ciemnych sycylijskich wzgórz. Okazały osiemnastowieczny pałac – trudno wyobrazić sobie wspanialszą posiadłość. Spędzili tam kilka cudownych i wyjątkowych dni. Zaczynali poznawać się nawzajem. Gawędzili w blasku świec umieszczonych w srebrnych rzeźbionych lichtarzach, opowiadali sobie różne historie, śmiali się, smakowali sycylijskie dania i popijali miejscowe wino. Tego ostatniego w jej przypadku – czasem nawet za dużo!

Bardziej jednak niż alkohol upajało ją jego towarzystwo. Obecność tak niezwykłego mężczyzny w tej bajkowej scenerii mogła powodować zawrót głowy. Nigdy nie spotkała nikogo podobnego. W jego towarzystwie traciła solidny grunt pod nogami. Błękitne niebo stawało się jeszcze głębiej błękitne. Powietrze bardziej rozrzedzone, jakby go wciąż brakowało. Niebezpiecznie radosne poczucie uniesienia. Mówiła sobie jednak, że musi się trzymać w ryzach. Nie dać się ponieść uczuciom.

Bo życie nauczyło ją, by nie ufać żadnemu mężczyźnie. Począwszy od ojca, który zaczął pić dokładnie wtedy, gdy najbardziej go potrzebowała, płeć przeciwna zawsze była dla niej tylko źródłem zawodu.

Część winy leżała zresztą po jej stronie. Była impulsywna z natury, a szereg błędnych decyzji i wyborów, o których nie chciała pamiętać, przysporzył jej w przeszłości mnóstwo kłopotów. Najpierw działaj – myśl później. To motto pasowało do niej jak ulał. I wielu mężczyzn chętnie korzystało z jej tak beztroskiego podejścia do życia.

Rozmowę kwalifikacyjną o przyjęcie do pracy w pewnej knajpce w Maroku skończyła spoliczkowaniem właściciela, który – jak mówiła później – nie chciał trzymać brudnych łapsk przy sobie. Podczas pobytu w Atlantic City wszystkie swoje oszczędności powierzyła spotkanemu poprzedniego dnia nałogowemu hazardziście, który oczywiście szybko je przegrał w kasynie. Podobne przygody przeżywała w innych miejscach na całym świecie.

Jednak tylko raz straciła serce i głowę dla miłości. Działo się to w jej rodzinnym mieście Glenruie położonym gdzieś na dalekich i rzadko odwiedzanych obszarach Szkocji. W wieku osiemnastu lat, dzięki przeszczepowi, nareszcie pokonała ciągnące się latami problemy zdrowotne związane z niewydolnością prawej nerki. Dawczynią była Harper. Poczuwszy się w pełni zdrowa, natychmiast bez pamięci zakochała się w przystojnym młodym rudzielcu imieniem Sam, synu wpływowego właściciela ziemskiego i przywódcy miejscowego klanu. W jego majątku Craigmore harowała zresztą cała jej rodzina. Obie z siostrą pracowały w miejscowym domku myśliwskim. Ojciec, Angus, piastował stanowisko głównego łowczego.

Romans skończył się katastrofą. Po kilku spędzonych razem miesiącach, dowiedziała się, że ukochany oświadczył się innej – miejscowej arystokratce z tytułem damy. Na tym jednak upokorzenia się nie skończyły. Jako zatrudnione w majątku obie wraz z innymi miały obowiązek przywitać młodą parę na włościach.

Gdy podczas wesela na spodniach pana młodego – podobno przypadkiem! – wylądował talerz zupy z selera, wezwano ją przed oblicze właściciela. Ten bez ogródek zakomunikował, że jeśli chcą z siostrą utrzymać pracę, muszą zmienić swoje podejście. To samo dotyczyło posady ojca, który wtedy już coraz częściej zaglądał do kieliszka.

Posłuchała i zmieniła się nie do poznania. Mając poczucie zupełnej niesprawiedliwości tego świata i ukrywając zbolałe serce, przysięgła sobie, że nigdy nie będzie już tak naiwna, by się zakochać. Żegnaj miłości, witaj wolności! Ten „plan” życiowy realizowała później z mniejszym lub większym szczęściem.

Właśnie dlatego, chociaż seksualne pożądanie, jakie wybuchło między nią a Jaco przekraczało wszelkie wyobrażalne granice, robiła, co mogła, by nie dać się porwać uniesieniu. Nie pozwolić, by wdarła się w nie miłość. Skupiła się na tym, by jak najlepiej poznać tego tajemniczego i niebezpiecznie przystojnego nieznajomego. Nie mogła pozwolić, żeby tak gwałtowny wybuch pożądania pozbawił ją gruntu pod nogami.

Jaco miał podobne odczucia. Od początku starał się pokazywać, że ten flirt jest dla niego ważny. Sprawia mu radość. Postępował delikatnie i nie ukrywał, jak bardzo pociąga go nieznajoma. Ale tak jak ona bał się posunąć choćby o krok dalej i przenieść znajomość w sferę głębszych uczuć. Ich romans traktował jak bombę z opóźnionym zapłonem. W łóżku potrafił jednak jak saper obchodzić się z nią tak troskliwie i umiejętnie, że w szczytowych momentach Leah nie wiedziała, czy mdleć, czy krzyczeć.

Gdy nadszedł czas rozstania, powiedziała sobie, że na tym koniec. Jak w piosence – „przeżyliśmy coś fajnego, ale to minęło”. On musiał lecieć do Nowego Jorku, ona wrócić do Szkocji do rodziny. Nie wspomniał o ewentualnym ponownym spotkaniu, co ją rozczarowało, ale zgodnie z uprzednim postanowieniem przykleiła do twarzy szeroki uśmiech mający świadczyć o czymś zgoła przeciwnym. Przez chwilę tylko mimowolnie wypadła z odgrywanej roli, gdy na pożegnanie przytulił ją mocno i ciepło.

Błogie poczucie! Przez dłuższy czas wpatrywał się w nią swoim hipnotyzującym spojrzeniem, po czym odwrócił się i odszedł… zabierając ze sobą pełną żalu maleńką cząsteczkę jej serca.

Uroniła łzę, ale na szczęście Jaco tego nie widział.

Rok później znów się spotkali, jako matka i ojciec chrzestni Alfiego, synka Harper i Vieriego. Nie potrafiła ukryć ekscytacji. Gdy tydzień przed chrzcinami dostała od niego esemesa mówiącego, jak bardzo czeka na spotkanie z nią, całe jej ciało zaczęło „tańczyć i śpiewać” w oczekiwaniu.

Musiała jednak twardo stąpać po ziemi. Esemes był jedyną wiadomością, jaką dostała od niego w ciągu całego roku! Nie wiedziała, co robi i z kim się spotyka. Mógł mieć dziewczynę – w jego wypadku nawet: cały wianuszek.

Na próżno próbowała wydobyć coś od Harper. Vieri był przecież jego najbliższym przyjacielem. Nic z tego. Jaco musiał widocznie milczeć jak zaklęty. Powoli zaczęła sobie uświadamiać, że właściwie nic nie wie o mężczyźnie, z którym rok temu połączył ją tak gorący seks. Sam potrafił wydobyć od niej, co chciał, ale o sobie nie mówił prawie nic.

Kim jest prawdziwy Jaco? Kto i co kryje się za tym tak tajemniczo przystojnym mężczyzną?

Jednak w momencie, gdy znów go zobaczyła, wszystkie wątpliwości znikły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmyte potężną falą pożądania.

Po ceremonii wziął ją za rękę, mówiąc, że ma propozycję. Poczuła, że traci kontrolę nad zmysłami i… spada swobodnie jak gwiazda.

 

Przeszli do jednego z pokoi ogromnego zamku Trevente – jej siostra wprowadziła się do tej rodzinnej posiadłości męża tuż po ślubie.

Propozycja ją zaskoczyła. Zamiast wziąć Leah w ramiona i kochać się z nią choćby pod kamienną ścianą pokoju – taki seks uprawiała z nim w swoich fantazjach – zaproponował jej pracę szefowej marketingu w swjej winnicy. Uważał, że idealnie się do niej nadaje.

Zręcznie ukryła zaskoczenie i chwyciła się tej szansy jak koła ratunkowego. W jednej chwili w niepamięć poszły wszystkie jej dobre intencje i czające się gdzieś z tyłu głowy złe przeczucia. Po trudnej do zniesienia, uciążliwej nudzie Glenruie, gdzie spędziła swoje młodzieńcze lata, marząc, by się stamtąd jak najszybciej wyrwać, praca na Sycylii zdawała się szczytem marzeń. Gwiazdką z nieba. Capezzana była miejscem egzotycznym, pięknym i – w odróżnieniu od jej rodzinnego miasteczka – ciepłym. Takie cechy posiadał też jej właściciel. Myśl o wspólnej pracy i spędzaniu z nim większej ilości czasu sprawiła, że oferta stała się jeszcze bardziej kusząca.

Od razu przeniosła się do pałacu. Jaco przyjechał na kilka pierwszych dni, by pomóc się jej zaaklimatyzować. Oprowadził ją po rezydencji i całym majątku. Miała się czuć jak u siebie w domu i wybrać skrzydło, gdzie chce zamieszkać oraz urządzić biuro.

Winnica była jego prawdziwym oczkiem w głowie i ogromną miłością. Z widoczną pasją pokazywał jej poszczególne szczepy winogron i wprowadzał w tajemnice produkcji wina. Uznał, że nikt lepiej niż ona nie pokieruje marketingiem.

Nie miała żadnych wątpliwości – kochał tę winnicę całym sercem. Musiał też mieć ogromne zaufanie do niej samej, gdyż inaczej nie zaproponowałby jej tak odpowiedzialnej pracy. Obiecała sobie, że go nie zawiedzie. Będzie pracować ciężko i uczyć się szybko. Musi udowodnić jemu i sobie, że nie jest głupiutką i fruwającą w chmurach panienką, co mogłyby sugerować niektóre podejmowane w przeszłości decyzje. Pokazać, że pokładając w niej wiarę, trafił w dziesiątkę.

Ostatniego wieczoru jedli razem kolację na tarasie, podziwiając zachód słońca nad niezliczonymi rzędami winnych krzewów. W tym momencie więź, jaka tworzyła się między nimi, wybuchła z nagłą i nieoczekiwaną siłą. Zaczęło się od głębokich pocałunków, a po chwili oboje już zdzierali z siebie ubrania. Wpadli do pałacu i natychmiast ruszyli biegiem do najbliższej sypialni. Tu nareszcie mogli dać upust swojemu głęboko skrywanemu dzikiemu pożądaniu.

Seks bez opamiętania i końca.

Tak zaczął się ten namiętny romans. Gorące i zmysłowe noce oraz długie okresy rozłąki, gdy Jaco latał swoim prywatnym odrzutowcem po całym świecie, prowadząc interesy.

Ten miliarder, jak król Midas, potrafił zamienić w złoto wszystko, czego się dotknął. Ogromne portfolio spółek i firm wymagało poświęcania im równie ogromnej ilości czasu. Nauczyła się akceptować te zasady gry. I mimo tak namiętnej natury ich związku, oboje podchodzili do niego z lekkim przymrużeniem oka. Żyli i cieszyli się chwilą. Radosną zabawą i seksem.

W jej przypadku chodziło zresztą o samo przetrwanie, bo pomna przeszłości robiła wszystko, byle tylko się w nim nie zakochać. A on…? Nikt nie wiedział, co kryje się pod tym tajemniczym urokiem, któremu nie mogła się oprzeć. Czasem miała wrażenie, że jest zbyt zajęty wielką karierą i biznesowymi spotkaniami z możnymi tego świata, by w ogóle należeć do kogokolwiek.

Jednak gdy teraz patrzyła na niego, a on na nią swoimi ciemnymi, piwnymi oczyma, zdawał się jej najbardziej wspaniałą istotą na tej ziemi. Wszystkim, czego kiedykolwiek mogła pragnąć.

Znowu ożyła krucha i chowana głęboko w sercu nadzieja. Może w obliczu tego, co mu powie tego wieczoru, ich związek stanie się czymś bardziej trwałym. I stałym. Będą parą… Rodziną…

– Chcę z tobą o czymś porozmawiać… – zaczęła nieśmiałym głosem.

– Tak… słucham…

Ale już dzwoniła komórka spoczywająca w kieszeni jego spodni. Dla niej była ona niemal narzędziem tortur. Nie rozstawał się z nią ani na chwilę.

Wyjął ją i spojrzał na wyświetlacz.

– Przepraszam. O czym mówiłaś… – zapytał nieobecnym głosem. – Muszę odebrać.

Jasne, musisz, pomyślała zniecierpliwiona.

– Przygotuję coś do jedzenia, a ty skończ w tym czasie rozmowy – zaproponowała.

– Wspaniale. Wezmę po drodze prysznic. – Telefon znowu dzwonił jak oszalały. – Dziesięć minut! I jestem cały twój.

Dziesięć zmieniło się w dwadzieścia, potem – trzydzieści. Siedziała na tarasie, podziwiając zachód słońca. Odsunęła od siebie talerz z nietkniętą pastą. Wzięła do ręki kawałek chleba i w roztargnieniu zaczęła rzucać okruszki wróblom.

Cały Jaco! Wiecznie zajęty. Zawsze dopinający jeden kontrakt i już myślący o drugim. I ona – wciąż czekająca, aż skończy. Uwielbiała swoją pracę, ale miała poczucie, że znajduje się w stanie ciągłego zawieszenia. Czekania, aż on pojawi się znowu.

Dzisiejszego wieczoru był jednak w Capezzana. I choć jeszcze nie wiedział, będzie musiał poświęcić jej całą uwagę. Dowie się, że będzie ojcem. A to zmienia wszystko. Nie miała pojęcia, jak zareaguje. Sama jeszcze o tym nie myślała.

Westchnęła, wstała z krzesła i weszła do środka.

Jest w sypialni? A może – wyobraźnia sama podsunęła jej ten obraz – wciąż bierze prysznic. Jest nagi. Obejmie ją i będą się pod nim kochać. Zapomni o wszystkim, co tak bardzo chciała mu powiedzieć… Przynajmniej na chwilę… Uśmiechnęła się do siebie. Przy nim zawsze zapominała o sile woli.

Przekręciła rzeźbioną gałkę drzwi od sypialni i lekko je uchyliła. Zajrzała przez powstałą w nich szparę. Jaco z kimś rozmawiał. Wideo konferencja? Interesy? Ale szósty zmysł mówił jej, że nie jest to zwykła rozmowa biznesowa. Siedział na łóżku, trzymając na kolanach laptop. Na ekranie widniała twarz kobiety o ciemnych włosach i czarnych, głębokich oczach… Pięknej kobiety…

Przeszył ją dreszcz. Stała jak wryta. Mówił po sycylijsku łagodnym i miękkim głosem. Prawie szeptem. Serce biło jej coraz mocniej. Nie ma mowy o pomyłce – takim troskliwym i opiekuńczym tonem rozmawiają ze sobą tylko czuli kochankowie.

Nie znała języka na tyle, by zrozumieć, ale miała wrażenie, że zapewniał ją, by się o nic nie martwiła.

– Obiecuję, Francesca…

Jednak dopiero słowa pożegnania upewniły ją w podejrzeniach. Oniemiała ze strachu patrzyła, jak jego rozmówczyni dotyka palcami warg i przesyła mu pocałunek. Powtórzył ten gest.

Świat Leah rozpadł się na tysiące kawałeczków.

– Kocham cię… – powiedział na pożegnanie.

– I ja ciebie – odparła tajemnicza piękność.

Stała jak rażona piorunem. Łzy płynęły jej policzkach. Ogromny uścisk w gardle nie pozwalał swobodnie oddychać. Czuła, jak jej serce z hukiem zatrzaskuje się na zawsze. Nikt już nie rozplącze tego ciasnego supła duszy.

Jak mogła być tak naiwna? Myśleć, że mają przed sobą wspaniałą przyszłość? Znów dać się oszukać mężczyźnie? Tylko tym razem stokroć bardziej boleśnie?

Wybiegła na taras i schodami zbiegła do ogrodu. Kalecząc kolcami nogi, przedarła się przez żywopłot do samej winnicy. Biegła przed siebie wzdłuż niekończących się rzędów winnych krzewów. Nie wiedziała, po co i dokąd. W głowie kołatała się tylko jedna myśl – jak najdalej od Capezzany.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Nie! Niemożliwe! – Z niedowierzaniem wpatrywał się w twarz starego przyjaciela.

– To prawda, Jaco. – Głos Vieriego był śmiertelnie poważny i spokojny. – Nie powtarzałbym plotek. Miałem ci tego w ogóle nie mówić, ale uznałem, że masz prawo wiedzieć. Masz dziecko – syna!

– Nie! – powtórzył z dzikim wzrokiem i z całej siły uderzył pięścią w blat lady baru.

Vieri podniósł swój kieliszek i spojrzał na przyjaciela. Spokojnie czekał, aż ten oswoi się z szokiem, jaki przeżywał.

– Dlaczego myślisz, że to moje? – zapytał Jaco, biorąc głęboki oddech.

– Leah powiedziała o tym Harper. Nie miała żadnego powodu, by kłamać. Tym bardziej że z tego, co wiem, nic od ciebie nie chce.

– Ile ma teraz? – Jaco ściskał twarz dłońmi. Po chwili spojrzał na przyjaciela. W jego oczach czaiło się przerażenie.

– Trzy miesiące. Noo, taak… prawie by się zgadzało? – Vieri ostrożnie dobierał słowa.

– Zgadzało? – odparował Jaco z wyraźną złością. – Tu się nic nie zgadza… – Skoczył na równe nogi, aż zatrząsł się jego stołek barowy.

– Wyluzuj. – Vieri położył dłoń na ramieniu przyjaciela. – Wiem, że jesteś zszokowany, ale wcale nie musi być tak źle…

– Co masz na myśli? Skąd wiesz? – Wciąż patrzył na niego wściekłym wzrokiem.

– Też mam syna… i wierz mi, że to najlepsze, co mi się w życiu zdarzyło. On i Harper.

– Szczęśliwa rodzinka, gratuluję. Ale nie masz pojęcia, jak fatalny wpływ może mieć wiadomość o synu.

Nikt nie wiedział. Nikt nie wiedział nic – nawet Vieri. Sprawa była zbyt poważna, by wtajemniczać kogokolwiek. Dziecko i wszystko, co się z nim wiąże, mogło zupełnie rozbić całą akcję i drobiazgowe przygotowania, którym poświęcił ostatnie kilka miesięcy życia.

– Jasne, wiesz lepiej, ale nie ścinaj posłańca, że przyniósł złą nowinę.

– Przepraszam. – Jaco skinął głową i z wyraźną niechęcią wydukał przeprosiny. – To gdzie są Leah i mój syn?

– Tego nie wiem.

– Co ty! Kłamiesz!

Vieri wstał.

– Nie jestem kłamcą. – Jego głos brzmiał zwodniczo łagodnie. – Wypraszam sobie. Tym bardziej że usiłuję ci pomóc.

– Pomóc?

– Tak. Nie musiałem nic mówić. Zrobiłem to wbrew słowu danemu Harper i nie jestem z tego dumny. Ale, jak powiedziałem: masz prawo wiedzieć.

– Pewnie ona wie, gdzie są?

– Nie. Więc nie próbuj dręczyć jej pytaniami. Dowiedziała się o tym kilka dni temu. Leah trzymała wszystko w tajemnicy.

Dwóch wysokich i przystojnych Sycylijczyków patrzyło na siebie wrogim wzrokiem. Po chwili Vieri znów położył dłoń na ramieniu przyjaciela.

– Usiądź. Napijmy się jeszcze po jednym. – Skinął na barmana. – Widzę, że wiadomość spadła na ciebie jak grom z jasnego nieba. – Podał mu napełniony kieliszek. – Kiedy ostatni raz ją widziałeś?

– Wieki temu. – Bezwiednie przeczesał dłonią włosy. – Pewnie w sierpniu. Tuż przed winobraniem.

– Dlaczego?

– Nie wiem. Nie wyjaśniła. Znikła nagle tego samego wieczoru, gdy wróciłem do Capezzany. Poszedłem wziąć prysznic. Gdy wróciłem, Leah już nie było.

– Nie próbowałeś jej odszukać?

– Nie… Nie było sensu… Uciekając tak nagle, dała mi wyraźnie do zrozumienia, że to nasz koniec.

– Hm. Wasz?

– Tak. Spotykaliśmy się przez kilka miesięcy. Nic poważnego.

– Ale z poważnym skutkiem…

Jaco zafrasowany ukrył twarz w dłoniach.

– Muszę ją odnaleźć, przyjacielu. Natychmiast. Jeśli Harper choćby się tylko domyśla…

– Nie naciskaj. Nie ma pojęcia, gdzie jest siostra.

– W takim razie muszę sam… – Wstał i odwrócił się w stronę Vieriego. – Dziękuję ci. Wiem, że jesteś w trudnej sytuacji. Doceniam twoją pomoc.

– Nie ma sprawy. Nie chciałem być posłańcem złych wieści. Mam nadzieję, że wszystko wyprostujesz… – Poklepał go po plecach.

– Ja też – rzucił Jaco i wyszedł.

Obudziła się w jednej chwili. Zza drzwi dobiegał stłumiony hałas. Zgrzyt? Wyskoczyła z łóżka i w matczynym odruchu spojrzała na kołyskę. Mały Gabriel spał, oddychając spokojnie. Po cichu przeszła do saloniku niewielkiego londyńskiego mieszkanka, które od kilku miesięcy nazywała domem.

Zaczęła uważnie nasłuchiwać. Po chwili doszły ją stłumione szepty dwóch mężczyzn. Boże, ktoś chce się włamać! Szybko wróciła do sypialni, gdzie na nocnym stoliku zostawiła telefon komórkowy. Było już jednak za późno. Włamywacze wdarli się do mieszkania jak tornado.

Jej krzyk zdusiła ciężka męska dłoń, jaka zacisnęła się na jej ustach. Napastnik przycisnął ją do ściany. Próbowała się wyrwać, machając ramionami i kopać nogami. Po chwili włamywacz obrócił ją i mocno przycisnął do piersi.

Wpadła w panikę. Myślała tylko o tym, jak ochronić dziecko. Wyrwać się z rąk oprawców i zabrać z kołyski Gabriela.

Było ich dwóch. Jeden trzymał ją jak więźnia. Drugi zamknął drzwi, podskoczył do okna, lekko rozchylił firankę i uważnie spojrzał na ulicę. Dopiero wtedy zapalił światło i stanął wprost przed nią.

Jaco! Patrzała na niego kompletnie oszołomiona. Przez chwilę czuła ulgę, ale gdy tylko spojrzała na jego pełną determinacji twarz, wrócił lęk. Musiał się dowiedzieć o dziecku. Przeszedł, by je zabrać!

 

– To ona – powiedział po włosku do wciąż trzymającego dłoń na jej ustach mężczyzny. – Chłopak musi tu być.

Próbowała się wyrwać z żelaznego uścisku. Na próżno. Napastnik przewyższał ją o dwie głowy.

– Nie wyrywaj się, Leah. – Jaco spojrzał jej wprost w oczy. – Ty i dziecko jedziecie z nami. Natychmiast. Jeśli obiecasz, że będziesz cicho, Cesare zdejmie dłoń z twoich ust. Mogę ci ufać?

Kiwnęła głową z przerażeniem. Jednak gdy tylko napastnik opuścił rękę, wydała z siebie krzyk, który mógłby obudzić umarłego. Po chwili znowu poczuła na ustach dłoń Cesarego.

– Wielki błąd. Chcesz, żebyśmy potraktowali cię brutalnie, droga wolna. Ale będzie lepiej i prościej, jeśli nas posłuchasz – rzucił Jaco.

Spojrzała mu w oczy. Te same, które tak hipnotyzowały ją podczas pierwszego spotkania. Ich wyraz prześladował ją przez całe tygodnie po wyjeździe z Sycylii. Wtedy patrzyły na nią tak łagodnie… Teraz jednak wzbudzały w niej coś do głębi wzruszającego, bo miała wrażenie, że widzi oczy swojego dziecka – ten sam migdałowy kształt i ciemny kolor.

Gabriel był miniaturką ojca.

Poczuła, że opada z sił.

– Powtarzam: jeśli nie będziesz krzyczeć, powiem ci, co zrobimy. Rozumiesz?

Przyzwalająco kiwnęła głową.

Stał kilkanaście centymetrów od niej i uważnie wpatrywał się w jej twarz, czy znów nie zacznie krzyczeć.

– Możesz ją puścić, Cesare. Stań przy drzwiach.

Wreszcie mogła wziąć głęboki oddech.

– Co, u diabła, robisz? – syknęła z wściekłością w głosie. W wyobraźni już biegła przed siebie z dzieckiem na ręku, marząc, że za chwilę obudzi się z tego sennego koszmaru.

Nie był to jednak sen, lecz przerażająco prawdziwa rzeczywistość.

– Wychodzimy. Spakuj swoje rzeczy.

– Zwariowałeś? Dokąd? Tu jest małe dziecko!

– Zapewniam cię, że nie zwariowałem. Pośpiesz się.

– Ale…

– Masz pięć minut…

– Porywasz nas? To porwanie, tak? – rzuciła histerycznym tonem.

– Wolę mówić, że zabieram was w bezpieczne miejsce.

– Zanim się zjawiłeś, byliśmy tu całkowicie bezpieczni!

– Mylisz się, Leah.

– Co ty pleciesz?

– Nie ma czasu na pogawędki. Jesteś pod moją ochroną. Rób, co mówię. I pośpiesz się.

Z bijącym sercem stała w ciemnym pokoju, słuchając rytmicznego i spokojnego oddechu dziecka. Kompletne szaleństwo. Rozglądała się na wszystkie strony w poszukiwaniu wyjścia. Nic z tego. Mieszkanie znajdowało się na czwartym piętrze. Próba ucieczki przez okno równałaby się śmierci ich obojga.

Automatycznie wyciągnęła z szafy walizkę i zaczęła pakować ubranka Gabriela i swoje rzeczy. Miała ich zresztą niewiele. Do Londynu przyjechała dziewięć miesięcy temu. W tym czasie wiele razy przenosiła się z jednego wilgotnego i obskurnego mieszkania do drugiego. Jeszcze gorszego. Podejmowała różne prace byle tylko związać koniec z końcem i wykarmić dziecko. W końcu musiała odłożyć na bok dumę i wystąpić o zasiłek.

Gdy opieka społeczna znalazła jej to mieszkanko – dosłownie kilka dni przed urodzeniem Gabriela – popłakała się ze szczęścia. Maleńkie, ale dla niej było wszystkim.

– Już? – ponaglał ją niecierpliwym i apodyktycznym głosem.

Jego sylwetka majaczyła w drzwiach.

– Czemu nam to robisz? – zapytała po cichu i podeszła do niego. Może to ostatnia szansa zatrzymania tego szaleństwa? – Gdybyś powiedział, o co chodzi, moglibyśmy coś uzgodnić.

– My…? Teraz…? – spytał sarkastycznym tonem.

– Tak. Dlaczego nie?

– Bo nie uzgadniam niczego z kobietą, która świadomie tak mnie oszukała… – Ruchem głowy wskazał kołyskę. – Ukrywając przede mną, że jestem ojcem.

– Jaco… Ja…

– Daj sobie spokój. Będziesz miała mnóstwo czasu na wyjaśnienia. Teraz wychodzimy.

– Ale dokąd?

– Wkrótce się dowiesz. Wasze paszporty!

– Paszporty!? – Znów poczuła paniczny lęk.

– Tak. I to szybko.

Spojrzała na jego pozbawioną emocji twarz i zrozumiała, że wszelki opór tylko pogorszy ich sytuację.

Bez słowa przeszła do maleńkiej kuchni i wyciągnęła z szuflady stołu dwa dokumenty. Trzymając je przy piersi, wróciła do pokoju.

Przez ostatni rok i tak o wiele za często o nim myślała. Był obecny w jej snach i myślach. Dzień i noc nie pozwalał o sobie zapomnieć. Gdy tamtego wieczoru zobaczyła, że ją oszukuje i zdradza, przysięgła sobie, że więcej do niego nie wróci. Sukinsyn złamał jej serce. To nie wszystko – pożerał je też tajemniczy robak wątpliwości dotyczących przeszłości Jaco, jego interesów i ludzi, z którymi się zadawał.

Nagle przypomniała sobie rzeczy, których przedtem omal nie zauważała. Jak zręcznie unikał rozmów o przeszłości. Gdy tylko próbowała się wtrącić czy dowiedzieć czegoś więcej, zmieniał temat. Jego pracoholizm – prawdziwa obsesja pracy. Nawet w nocy. Ciągłe sprawdzanie telefonu komórkowego…

Nie raz i nie dwa wpadała na niego przypadkiem o drugiej czy trzeciej nad ranem i widziała, jak z ponurym wyrazem twarzy ślęczy przy laptopie. Przedtem po cichu wymykał się z łóżka. Gdy tylko podchodziła bliżej, natychmiast zamykał komputer i uprzejmie, ale stanowczo prosił, by wróciła spać. Na wszelkie pytania o to, co robi, odpowiadał pocałunkiem, który miał ją uspokoić.

Patrząc z perspektywy czasu, nie miała wątpliwości, że przesadnie, wręcz karykaturalnie, chronił swoją prywatność. Więcej – czuł chyba nieodpartą potrzebę ukrywania przed nią wszystkiego. Ten mężczyzna miał swoje tajemnice, o których nic nie wiedziała. Ale przeczucie mówiło jej, że czai się w nich coś bardzo złego…

Dlatego zdecydowała się anonimowo zamieszkać w Londynie, nie mówić nikomu o ciąży, a później – także o synku. Im dłużej myślała o Jaco, tym bardziej się przekonywała, że za wszelką cenę musi chronić przed nim Gabriela. Póki nie wie o dziecku, oboje są bezpieczni.

Samotność z wyboru była rzeczą bardzo trudną, ale jeszcze trudniejsze okazało się ukrywanie prawdy przed bliźniaczką. Harper nawykła, że siostra często niespodziewanie wyjeżdżała, goniąc za marzeniami, które nigdy się nie spełniały. Nie dziwiło jej więc, że znowu gdzieś znikła.

Od czasu do czasu Leah dzwoniła do niej, zapewniając, że wszystko w porządku i przeżywa akurat najwspanialszy okres swojego życia. Ale rozmowę kończyła zazwyczaj, popłakując po cichu w chusteczkę tak, by siostra nie słyszała.

Przez wszystkie te długie i samotne miesiące w przedziwny sposób udawało jej się zachowywać tajemnicę. Jednak głęboko w sercu czuła, że pewnego dnia tłumione emocje wybuchną z dwojaką siłą. I tak się stało. Tydzień temu, po kolejnej otępiającej, męczącej i bezsennej nocy, chwyciła za komórkę i zadzwoniła do Harper, wyznając jej prawdę.

Broniąc się przed lawiną pytań, zdradziła tylko, że chodzi o dziecko Jaco, ale nie chce, by ojciec miał z nim cokolwiek wspólnego. Poza tym siostra musi przysiąc, że będzie milczeć jak grób.

Nie milczała.

Leah popatrzyła na trzymane w ręku paszporty, potem na nieprzejednany wyraz twarzy czekającego na nie mężczyzny. Drżącą ręką podała mu oba dokumenty.

– Zadowolony? – syknęła.

Nie zwracał na nią uwagi. Przeglądał paszport dziecka. Nagle jego twarz przybrała twardy i ponury wyraz. Zobaczył zdjęcie synka.

– Gabriel McDonald?! – Nazwisko chłopca wydusił z wyraźnym niesmakiem, ledwie ukrywając gniew i oburzenie. – To mój syn. Krew z krwi i kość z kości. – Stuknął w fotografię palcem. – Nie tylko ukrywasz przede mną jego istnienie, ale i dajesz mu swoje nazwisko.

– Tak, bo nie chcę, żebyś miał z nim cokolwiek wspólnego – rzuciła, śmiało patrząc mu w oczy.

Uśmiechnął się złowrogim uśmiechem.

– Tyle to sam wiem! Ale wiedz, że twoje jedyne prawo do dziecka właśnie się kończy. Zmienię jego nazwisko i paszport. – Podniósł rękę z dokumentem do góry. – Mój syn jest Valentino. I to nazwisko będzie nosił.

Stała przerażona. Tego się właśnie obawiała – dowie się o wszystkim i zacznie wprowadzać swoje porządki. Ten dumny Sycylijczyk jest nieodrodnym synem swojej małej ojczyzny. Rodzina znaczy dla niego więcej niż wszystko.

Ze skrawków niezwykle skąpych informacji, jakie zdążył przekazać podczas ich znajomości, złożyła sobie bardzo pobieżny obraz Jaco. Rodzice zmarli, gdy miał pięć lat. Przez kilka kolejnych mieszkał w domu dziecka, gdzie zaprzyjaźnił się z Vierim. W wieku jedenastu lat adoptowała go pewna sycylijska rodzina. W nieznanych okolicznościach zostawił ją i zaczął życie na własną rękę. Wszelkie jej pytania, jak do tego doszło, spotykały się z jego lodowatym milczeniem. Znikał wtedy zazwyczaj przyjaźnie sztuczny wyraz twarzy Jaco, a jej oczom ukazywała się mroczniejsza i ciemniejsza strona charakteru tego tajemniczego mężczyzny.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?