Romans życia

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Andie Brock
Romans życia

Tłumaczenie:

Dorota Viwegier-Jóźwiak

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Isabel jeszcze raz przyjrzała się liczbom na ekranie. Pierwsze etapy biznesplanu zostały wdrożone, prognozy były obiecujące, wszystko znajdowało się pod kontrolą. Była pewna, że zarząd Cassano Holdings będzie zadowolony z postępów, jakie zrobiła.

Wyłączyła laptop i schowała go do teczki. Zerknęła na zegarek. Musiała zrobić jeszcze tylko jedną rzecz, zanim wyjdzie na zebranie zarządu. Wstała i wygładziła spódnicę granatowego kostiumu, podeszła do sofy i pochyliła się nad torebką. Usłyszała głuche uderzenia własnego serca, gdy drżącą ręką wyjęła małe opakowanie z reklamówki opatrzonej logo apteki.

Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, poszła do łazienki.

– Mamy jeszcze coś do omówienia?

Orlando Cassano oparł się w fotelu. Złoty długopis, który powoli obracał w palcach, odbijał światło, rzucając refleksy po sali.

Nikt się nie odezwał. Po chwili członkowie zarządu zaczęli zbierać dokumenty, odsuwać krzesła, pakować do teczek tablety i laptopy.

– Isabel? – Jego spojrzenie zatrzymało się na młodej kobiecie siedzącej po przeciwnej stronie szerokiego stołu konferencyjnego z przeszklonym blatem. – Czy chciałabyś coś dodać?

– Nie. – Isabel pokręciła głową. – Chyba wszystko już omówiliśmy.

Ale to nie była prawda. Zmusiła się do promiennego uśmiechu, którym obdarzyła zacne grono dyrektorów, finansistów i specjalistów od marketingu z brytyjskiego oddziału Cassano Holdings. Nie miała odwagi spojrzeć w oczy samemu prezesowi, który ścigał ją swoim spojrzeniem, odkąd pojawiła się w sali. Już to było dla niej wystarczająco trudne, a Orlando Cassano najwyraźniej nie zamierzał niczego jej ułatwiać.

Bene. W takim razie na dziś kończymy.

Orlando posłał jej uśmiech, od którego struchlała.

– Świetna robota, Isabel. Zdaje się, że czeka nas długa i mam nadzieję udana współpraca.

Isabel poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy.

Dyrektor finansowy siedzący obok niej uścisnął jej dłoń.

– Nieźle jak na początek, panno Spicer – powiedział zadowolony. – Jeśli takie tempo się utrzyma, będziemy mogli renegocjować pani kontrakt.

– Miło mi to słyszeć – powiedziała, zastanawiając się, jak długo jeszcze zdoła utrzymać wymuszony uśmiech. Sześć tygodni temu, gdy podpisywała kontrakt z Cassano Holdings, taka wiadomość wprawiłaby ją w szaloną radość. Ale teraz… Teraz miała wrażenie, że jej świat chwieje się w posadach, a ona usiłuje nie spaść w przepaść.

Sześć tygodni temu oddanie ponad sześćdziesięciu procent udziałów pod kontrolę wielkiej korporacji wydawało się interesem życia. Jej firma, Spicer Shoes, rozwijała się tak szybko, że potrzebowała dużego zastrzyku gotówki.

Była dumna z tego, jak poprowadziła negocjacje. W umowie z Cassano Holdings zagwarantowała sobie prawo wykupu dwudziestu procent udziałów i odzyskania pakietu większościowego, gdy tylko rentowność osiągnie właściwy poziom. W sumie było to łatwiejsze, niż się spodziewała.

Równie łatwo wpadła potem do łóżka prezesa Orlanda Cassano.

Obserwując czubki swoich bordowych zamszowych czółenek przez szklany blat stołu, wiedziała, jak wielki błąd popełniła.

– Cóż, dziękuję wszystkim. – Orlando Cassano odepchnął się dłońmi od blatu stołu i zaczekał. Dobre maniery nie pozwoliły mu wstać, zanim nie zrobiła tego Isabel oraz druga kobieta obecna na tym zebraniu, jego słynąca ze skuteczności asystentka o imieniu Astrid.

Wreszcie sala konferencyjna opustoszała. Isabel przyjęła jeszcze wiele gratulacji, zanim w końcu mogła pozbierać swoje rzeczy, a gdy się do tego zabrała, okazało się, że zostali zupełnie sami.

Wysoki i milczący Orlando Cassano stał teraz na tle wysokich okien i panoramy londyńskiego City. Wyglądał niemal posępnie, ale jak zawsze był elegancki i nieziemsko wręcz przystojny. Grafitowa marynarka podkreślała wzrost i szerokie barki, biała koszula kontrastowała z opaloną skórą. Na samo wspomnienie upojnego zapachu jego ciała zaschło jej w gardle.

To był prawdziwy Orlando Cassano. Wytrawny biznesmen, twardy, zimny i zupełnie inny od człowieka, którego poznała na wyspie Jacamar.

Była wtedy kłębkiem nerwów, pamiętała to jak dziś. Ale miała wiele pomysłów i sporo entuzjazmu. Nad biznesplanem pracowała tak długo, aż był idealny. Do perfekcji opanowała przemówienie, jakim miała go porwać na tyle, by był skłonny zainwestować w jej firmę.

A potem go poznała… i wszystkie jej wyobrażenia rozpłynęły się w ciągu paru chwil. Mężczyzna, którego poznała na Jacamar, był zupełnie inny od wizerunku, który dla siebie wybrał. Wciąż przystojny, ale także zrelaksowany, uroczy, zabawny i tak seksowny, że uginały się pod nią kolana.

Dostrzegła go jeszcze z pokładu motorówki, którą przypłynęła na wyspę. Stał na molo, ubrany w spłowiałe bermudy i koszulkę z krótkim rękawem. Lekka bryza delikatnie poruszała brązowymi, odgarniętymi z czoła kręconymi włosami. Na jego twarzy jaśniał pogodny uśmiech. Wokół było kilka innych osób, część wydawała się czekać na przybicie motorówki, reszta uwijała się jak w ukropie, ale tylko on wyglądał na kogoś, kto mógł przedstawić się jako milioner i biznesmen Orlando Cassano.

Isabel zaczekała, aż pozostali pasażerowie opuszczą motorówkę, i dopiero wtedy zaczęła zbierać swoje rzeczy.

Spojrzał na nią życzliwie i podał jej dłoń, gdy postawiła jedną nogę na zblakłych od słońca deskach drewnianego pomostu. Chwyciła się go mocno, czując ciepło, które przenikało ją na wskroś. To właśnie wtedy wzniecił w jej sercu pożar, którego do dziś nie udało jej się ugasić.

– Strasznie trudno panią złapać, panno Spicer. – Niski głos z lekkim nalotem włoskiego akcentu omotał jej zmysły. – Czyżby mnie pani unikała? – zapytał z nutą ironii. Byli przecież po imieniu.

Isabel zaczerwieniła się lekko.

– Skądże znowu – odpowiedziała. – Po prostu miałam mnóstwo pracy. Czy to coś złego?

– Oczywiście, że nie, pod warunkiem, że odpowiadasz na moje wiadomości i telefony. Zacząłem się martwić.

Powolnym krokiem przespacerował się do drzwi, za którymi znajdował się pokój asystentki i zamknął je.

Isabel przyjrzała się jego twarzy, gdy stanął naprzeciw. Nie znalazła śladu zmartwienia. Ale to się miało wkrótce zmienić.

– Zapewniam, że wszystko idzie zgodnie z planem.

Przechylił głowę i uśmiechnął się, dając do zrozumienia, że nie o taką odpowiedź mu chodziło, ale Isabel, kontynuowała.

– Produkcja ruszy pełną parą jeszcze w tym miesiącu i…

– Nie mówię o fabryce, Isabel, ani o interesach, jak zapewne zdążyłaś się domyślić. – Przysunął się o krok, zupełnie eliminując wolną przestrzeń, jaka między nimi była. – Mówię na przykład o zaproszeniu na kolację, które zignorowałaś.

Isabel drgnęła, wystraszona lodowato spokojnym brzmieniem głosu. Przed oczami miała teraz skrawek śnieżnobiałej koszuli, węzeł krawata i szerokie barki odziane w drogi garnitur. Orlando doskonale wiedział, jakie robił wrażenie na ludziach, i teraz to wykorzystywał, patrząc na nią z góry.

Pamiętała ten mejl, ale na pewno go nie zignorowała. Najpierw patrzyła długo w ekran, starając się dobrać słowa, aż wreszcie zrezygnowana zamknęła okno poczty. Była zresztą pewna, że gdy Orlando dowie się, co ma mu do powiedzenia, straci entuzjazm.

– Nie odpowiedziałam na mejl, bo to nie miało sensu.

Spojrzał na nią pytająco.

Isabel przełknęła ślinę.

– To, co wydarzyło się na Jacamar… To znaczy… – utknęła. – Myślę, że odtąd powinny nas łączyć tylko relacje zawodowe.

– Tak myślisz? – Niewinne spojrzenie w oczywisty sposób kpiło z jej nieskładnej przemowy.

Miała wrażenie, że znalazł się jeszcze bliżej niej, chociaż mogła przysiąc, że nie uczynił nawet pół kroku. Kolana zaczęły jej drżeć.

– Tak… tak myślę – wyjąkała prawie szeptem.

– A dlaczego tak myślisz?

Położył obie ręce na jej ramionach, uniemożliwiając jej ucieczkę. Ciepły dotyk przenikał przez materiał żakietu i niemal parzył jej skórę.

Isabel znieruchomiała. O ileż łatwiej byłoby zarzucić mu ramiona na szyję i poddać się pożądaniu, które tliło się w niej od pamiętnej wizyty na Jacamar. Tylko że to był błąd, który nie powinien się powtórzyć. Znieruchomiała, czekając, aż Orlando ją puści. On miał jednak inne plany i zanim zdążyła sprawę przemyśleć, poczuła jego palce na karku. Przyciągnął ją do siebie władczym ruchem i szybko znalazł jej usta.

To był pocałunek tak pełen niepohamowanej żądzy, że Isabel nie miała wątpliwości, czym by się skończył, gdyby nie okoliczności. Wbrew sobie zamknęła oczy, przylgnęła do jego muskularnej piersi i objęła go w pasie. Wiedziała, że walka nie ma żadnego sensu.

– Tęskniłem za tobą, Isabel. – Gorący szept tuż koło ucha przerwał pełną napięcia ciszę. – Ty chyba też – dodał, napierając na nią tak, że poczuła, jak bardzo jest podniecony.

– Nie! – krzyknęła niemal i z całej siły odepchnęła go od siebie.

Zdziwienie, jakie mignęło w jego oczach, przeszyło jej serce.

– Nie możemy tego dalej ciągnąć – powiedziała z całą stanowczością i małymi krokami wycofywała się, usiłując uspokoić oddech i wyciszyć myśli, które były już przy następnym etapie tego szalonego pocałunku.

– Między nami wszystko skończone – z trudem wydobyła z siebie słowa, które brzmiały jak zaklinanie rzeczywistości. Wiedziała, że odrzuca jedynego mężczyznę, którego kiedykolwiek pożądała.

Orlando szarpnął krawat, który nagle wydał mu się pętlą zaciśniętą wokół szyi, a następnie zrzucił z siebie marynarkę, która pofrunęła na krzesło obok. Nic, dosłownie nic nie układało się po jego myśli.

 

Miał nadzieję, że dziś wieczorem uda mu się spotkać z Isabel. Pragnął tego tak bardzo, że aż sam był zdziwiony. To miał być jedyny jasny punkt tego ponurego tygodnia, a teraz okazało się, że mu go odebrała. Specjalnie został w Londynie o dzień dłużej, zamiast od razu po zebraniu ruszyć do Włoch, gdzie czekało go uporządkowanie spraw po zmarłym ojcu.

Z randki chyba nici, pomyślał. Właściwie mógłby jeszcze tego wieczora wsiąść w samolot. Załatwi, co trzeba, we Włoszech, a potem poleci do Nowego Jorku.

Mimo wszystko była to ponura perspektywa. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem, nie musiałby wracać do Trevente. Stare włoskie miasteczko usytuowane w połowie drogi między turkusowymi wodami Adriatyku a ośnieżonymi szczytami Monti Sibillini, było piękne jak z obrazka, ale dla Orlanda nie miało to najmniejszego znaczenia. Podobnie jak górujący nad nim castello, winnica i tytuł Marchese di Trevente, które odziedziczył i o których potrafił myśleć tylko ze wstrętem.

Poczuł narastający gniew, jaki towarzyszył mu zawsze, gdy myślał o tym nędzniku, który śmiał się nazywać jego ojcem. Dawniej kwitnąca posiadłość, która była w rękach rodu Cassano od wieków, pod rządami ostatniego jej właściciela zupełnie zeszła na psy. Winnice były zaniedbane, na łąkach rosły chwasty, a majestatyczny castello Trevente popadł w ruinę.

To był jego przyszły spadek. Na samą myśl o tym, że będzie musiał osobiście pofatygować się do Trevente, targała nim wściekłość. Mimo że zaangażował do sprawy najwybitniejszych prawników, wydawało się, że nie ma innej drogi, jak polecieć tam i przypieczętować transakcję uściskiem ręki z burmistrzem, notariuszem czy innymi świadkami, których wymagały absurdalne przepisy, ustanowione zapewne przed wiekami. Dopiero wtedy będzie mógł wystawić wszystko na sprzedaż i zapomnieć o tej sprawie raz na zawsze.

Uważne spojrzenie skanowało teraz postać, która całą sobą wyrażała niechęć. A więc rzuciła go. To była dla niego nowość, ale zdumienie nie było w stanie zatuszować kłującego poczucia odrzucenia.

Racjonalnym działaniem byłoby uścisnąć jej dłoń i pożegnać się, pomyślał. Ale jego ciało nie reagowało racjonalnie, gdy w pobliżu znajdowała się panna Spicer. Nie wierzył w to, co mówiła. A jeśli miał uwierzyć, musiała podać mu powody. Niech sobie nie wyobraża, że tak łatwo się go pozbędzie.

Isabel przestąpiła z nogi na nogę, odsuwając się nieznacznie, jakby chciała stopić się ze ścianami sali konferencyjnej i stać się niewidzialna. Zauważył, jak nerwowo odgarnęła włosy za ucho, na policzkach pojawiły się ciemne plamy rumieńców, zielone oczy z rozszerzonymi źrenicami patrzyły na niego ze strachem.

Podszedł do stołu i odsunął dwa krzesła.

– Usiądź, Isabel.

Zawahała się, ale po chwili usiadła, założyła nogę na nogę i obciągnęła wąską spódnicę, która przykryła kolano.

Siadając naprzeciwko, Orlando dostrzegł nerwowo kołyszącą się stopę w bordowym bucie o niemożliwie wysokim obcasie. Podążył wzrokiem wyżej, doceniając szczupłą, pięknie uformowaną łydkę i kształtne udo zarysowane pod spódnicą.

Isabel odchrząknęła.

– Hmm… – mruknął i oparł się wygodniej. – Można wiedzieć, skąd ta nagła zmiana uczuć?

Isabel nerwowo przełknęła ślinę.

– To nie zmiana uczuć.

– Więc co?

Widział, jak desperacko poszukuje właściwych słów. Jej usta wciąż były wilgotne od pocałunku, który – nie miał co do tego żadnych wątpliwości – podziałał na nią, nawet jeśli teraz starała się to ukryć.

– Pytam z ciekawości – dodał lekkim tonem. – Oczywiście, uszanuję twoją decyzję.

– Wiem o tym.

– Więc…?

Dlaczego, do diabła, nie miała odwagi, żeby mu powiedzieć? Przecież i tak się domyślał. Czuł, że nie mogło być inaczej.

Zniecierpliwienie i zaborczość, które nagle nim zawładnęły, sprawiły, że jego głos zabrzmiał jak groźny pomruk rozjuszonego zwierzęcia.

– Może wolisz, żebym ci to ułatwił?

Isabel podniosła na niego oczy wpatrzone do tej pory w dłonie splecione wokół kolana.

– Co przez to rozumiesz?

– Poznałaś kogoś innego, tak? – Słowa wystrzeliły z siłą mającą znokautować przeciwnika.

Isabel roześmiała się gorzko.

– Nie bądź śmieszny, Orlando!

Dla niego nie było w tym nic śmiesznego. Nie widzieli się przeszło miesiąc. To mnóstwo czasu, by ktoś sprzątnął mu Isabel sprzed nosa.

– W takim razie poprzedni facet? Mam rację? Tylko zapomniałaś o nim wspomnieć, kiedy byłaś u mnie na wyspie.

– Nie! – Isabel wyprostowała się, patrząc mu prosto w oczy. – Nie poszłabym z tobą do łóżka, gdybym była z kimś. Za kogo mnie masz?

Orlando wzruszył ramionami.

– Nie wiem, Isabel. W każdym razie nie jesteś tą samą kobietą, którą poznałem na Jacamar. Bo tamta Isabel nie uciekała ode mnie, tak jak ty teraz.

Odwróciła twarz, spoglądając gdzieś w bok, ale Orlando zdążył dostrzec pogłębiający się rumieniec.

– Nie przeczę, że wtedy… – urwała. – Zaangażowałam się, ale to już przeszłość. Wszystko się zmieniło.

– Najwyraźniej – odparł rozzłoszczony. Nie miał do tego cierpliwości. Odsunął krzesło i wstał. Patrzył teraz z góry na tę irytującą go ze wszech miar kobietę.

– Słuchaj, Isabel. Nie mam czasu na gierki. Jestem w Londynie przejazdem i pomyślałem, że miło byłoby zjeść razem kolację. Ale nie będę cię błagał. Jeśli masz inne plany, w porządku. Wystarczy jedno słowo.

– Trzy słowa, Orlando.

Jego oczy zwęziły się niebezpiecznie, ale coś w udręczonym wyrazie jej twarzy kazało mu zachować komentarz dla siebie.

– Słucham.

Isabel zaczerpnęła powietrza. Nic, absolutnie nic nie zapowiadało tego, co miała mu do zakomunikowania.

– Jestem w ciąży.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Słucham?

W jednej chwili twarz Orlanda zmieniła się w kamień, sylwetka znieruchomiała.

– Nie. – Pokręcił zdecydowanie głową, patrząc na nią zdumiony. – Nie możesz być w ciąży.

– To prawda, Orlando. – Jej głos, płaski i bezbarwny, brzmiał, jakby należał do kogoś innego.

– I ja jestem ojcem?

Jak mógł o to pytać, pomyślała, czując ukłucie w sercu.

– Tak, jesteś ojcem. Jesteś jedynym mężczyzną, z którym poszłam do łóżka. Nie ma innej możliwości.

– Jedynym? – W jego oczach malowało się niedowierzanie. – Mówisz, że…

– To właśnie mówię, byłam dziewicą, kiedy…

Oczy mu pociemniały.

– Dlaczego nic nie powiedziałaś?

– Po co? To nie miało dla mnie żadnego znaczenia.

– Ale dla mnie mogło mieć! – Zaklął pod nosem i w geście bezradności przyłożył dłoń do czoła.

– Na pewno jesteś w ciąży? Może…

– Na pewno. – Spuściła oczy, wpatrując się w matowe noski bordowych czółenek.

Orlando nerwowym gestem zatopił palce we włosach i odgarnął je z czoła.

– Przecież używaliśmy prezerwatyw. Któraś musiała pęknąć albo się zsunąć.

Isabel kiwnęła głową.

– Chyba tak.

Zastanawiała się nad tym tyle razy i w końcu uznała, że to jedyna sensowna odpowiedź. Pamiętała, że podczas którejś z wielu szalonych nocy na wyspie, Orlando chciał zmienić prezerwatywę na nową. Coś poszło nie tak, bo cicho zaklął, zanim znowu wziął ją w ramiona. Jego szybki oddech, bicie serca pod rozgrzaną skórą. Pocałunki, którymi doprowadzał ją do szaleństwa i te delikatne jak muśnięcia skrzydeł motyla, gdy wyczerpani leżeli obok siebie, ciężko oddychając. Tamtej nocy, gdy zasypiała, nie przeczuwała, że drobny incydent odmieni jej życie na zawsze.

Zaklął powtórnie i podszedł do okna. Oparł się dłońmi o szybę i przyłożył do niej rozgrzane czoło.

– Kiedy się dowiedziałaś? – zapytał.

– Dziś rano. Zrobiłam test.

Odwrócił się gwałtownie.

– Więc nie byłaś jeszcze u lekarza?

– Testy są wystarczająco dokładne. Zresztą, miałam podejrzenia już jakiś czas temu, ale wolałam się upewnić, zanim ci powiem.

Podszedł do stołu i usiadł naprzeciwko. Kolanami niemal dotykał rąbka jej spódnicy.

– Powinniśmy się zastanowić, co dalej – powiedział poważnym tonem.

Co dalej… Te słowa zabrzmiały niemal jak groźba. Isabel patrzyła na niego z niepokojem. Chyba odzyskał równowagę. Zaczynał przypominać dawnego siebie. Władczego i bezwzględnego biznesmena, który lubił rządzić innymi i podejmować za nich decyzje.

Na to nie mogła pozwolić. Powiedziała mu o ciąży i o tym, że jest ojcem. Miał prawo wiedzieć. Ale reszta to wyłącznie jej sprawa.

Jego mocne dłonie spoczywały na udach. W spojrzeniu wbitym w nią widać było gonitwę myśli. Orlando usiłował uporządkować informacje, jakie mu przekazała, i opracować strategię, której ona musiałaby się podporządkować. Był tak blisko, że niemal czuła powietrze poruszane jego oddechem i mogłaby policzyć bursztynowe plamki w tęczówkach jego oczu.

Przez niego miała mętlik w głowie i wciąż czuła w ustach smak pocałunku, którym ją przywitał, gdy zostali sami. To nie było fair. Złamał reguły. Oboje wiedzieli, że to, co wydarzyło się na Jacamar, jest przeszłością. I tak miała poczucie, że była dla niego chwilową rozrywką. „Było cudownie”, powiedział z naciskiem na „było”. Zrozumiała wtedy, że nie powinna sobie robić nadziei. Ten chwilowy zawrót głowy opłaciła złamanym sercem.

Odkąd spóźnił jej się okres aż do dzisiejszego poranka, gdy zrobiła test, poważnie zastanawiała się nad ukryciem wszystkiego w tajemnicy. W ten sposób mogłaby sama decydować o swoim losie. Mogłaby wychować dziecko tak, jak chciała. Finansowo na pewno byłoby jej trudno, ale dałaby radę. Nic od niego nie potrzebowała. Nie nagabywałaby go o alimenty i na pewno nie błagałaby, żeby się z nią ożenił.

Z czasem jednak zrozumiała, że sumienie nie dałoby jej spokoju przez resztę życia. Orlando miał prawo wiedzieć, że jest ojcem.

– Naprawdę, nie masz się o co martwić, Orlando – przerwała przedłużającą się ciszę. – To ja będę musiała zdecydować, co dalej.

– Słucham? – Zmarszczył brwi, jakby nie dosłyszał.

– Jestem gotowa wziąć na siebie całą odpowiedzialność.

– Całą odpowiedzialność? – powtórzył, nadal nie rozumiejąc.

– Tak. Niczego od ciebie nie oczekuję. – Zaczerpnęła powietrza. Dziwny spokój w jego głosie kazał jej podejrzewać, że sprawy niezupełnie szły po jej myśli. Spróbowała ponownie: – Oczywiście, nie będę ci zabraniać odwiedzin, ale jeśli chodzi o wychowanie, oczekuję, że ta rola będzie w całości należeć do mnie.

– Więc to tak… – Patrzył na nią złowrogo.

– Tak.

– Niebywałe! – Orlando odsunął się gwałtownie i krzesło zachwiało się, niemal upadając na ziemię. – Najpierw mówisz mi, że zostanę ojcem, a potem dorzucasz bombę, że nie zamierzasz dzielić się wychowaniem dziecka? Dobrze zrozumiałem?

– Tak – odparła nieco drżącym głosem. – Powiedziałam ci o tym, bo masz prawo wiedzieć, nie dlatego, że czegoś od ciebie żądam.

– To niezwykle szlachetne z twojej strony. – Sarkazm sączył się z jego słów jak jad. – I czego się spodziewałaś? Że powiem „dziękuję za informację” i zapomnę o całej sprawie?

– Jeśli tego właśnie chcesz… – Isabel nie zamierzała się ugiąć ani pod natarczywym spojrzeniem, ani tonem, jakim do niej przemawiał. – Masz wybór.

– Ha! – Orlando zaśmiał się szyderczo. – Uwierz mi, nie mam żadnego! Ty też zresztą nie masz, niezależnie od tego, co sobie uroiłaś.

– Posłuchaj, Orlando.

Odwrócili głowy obydwoje, słysząc lekkie pukanie do drzwi. Orlando podniósł rękę do góry i Isabel zamilkła. W drzwiach stanęła Astrid.

– Nie teraz, mam ważną rozmowę – warknął tylko.

– Bardzo przepraszam, chciałam tylko powiedzieć, że pana gość już jest. Spotkanie o trzynastej trzydzieści – przypomniała asystentka.

Orlando zakłopotany potarł dłonią skroń.

– Powiedz, że spóźnię się parę minut.

– Oczywiście. – Astrid zamknęła drzwi.

– Musimy porozmawiać, Isabel, ale nie tutaj. – Odsunął mankiet marynarki i zerknął na zegarek. – Przez całe popołudnie będę zajęty. Około siódmej powinienem stąd wyjść.

Isabel zawahała się. Bardzo chciała odrzucić to zaproszenie, które właściwie było nakazem. Powiedzieć mu, że nie ma sensu przekładać niczego na wieczór, skoro już wszystko mu powiedziała. Jego chłód nieco ją zaskoczył. Nawet nie zapytał, jak się czuje.

Ale w obliczu determinacji i stalowego spojrzenia czuła, że każdy opór przypominałby próbę powstrzymania oceanu za pomocą muru wybudowanego z piasku.

 

Wstała, podniosła torbę i przybrała tak obojętny wyraz twarzy, na jaki ją było stać.

– W takim razie do wieczora. Gdzie chcesz się spotkać?

– Zostaw swój adres Astrid. Przyjadę po ciebie o siódmej.

Orlando patrzył, jak Isabel w pośpiechu opuszcza salę. Obcasy wystukiwały rytm na lakierowanym parkiecie. Potem przez chwilę jeszcze rozmawiała z Astrid i wreszcie zamknęła za sobą drzwi. Dopiero wtedy oparł łokcie o kolana i ukrył twarz w dłoniach.

Była w ciąży.

Znaczenie tych słów uderzyło go z całą siłą dopiero, kiedy wyszła. Młoda kobieta, którą ledwie znał, była z nim w ciąży. Na dodatek była dziewicą, zanim pojawił się i zrujnował jej życie. Jaki drań mógł zrobić coś podobnego? Taki sam jak jego ojciec! On też poznał matkę, gdy była nastolatką, wykorzystał ją, a potem porzucił.

Orlando przymknął powieki, próbując się skupić. Nie zauważył, że Isabel była dziewicą. Jak to się stało? I czy coś by to zmieniło? Ich krótki romans wywrócił jego życie do góry nogami. Był przekonany, że oboje to czuli.

Przed oczami stanęły mu gorące noce na Jacamar. Tak, Isabel bez wątpienia go pragnęła. W jej oczach jaśniał ogień pożądania, gdy po raz pierwszy przyciągnęła go do siebie, wyginając w łuk nagie ciało. Ale zapamiętał także, jak gwałtownie wciągnęła powietrze, gdy w nią wszedł, i łzy w kącikach oczu, gdy po pierwszym orgazmie opadli bez tchu. Teraz już wiedział, co się za tym kryło, i zrobiło mu się przykro. Nie mógł jednak odwrócić przeszłości.

Jakoś musiał sobie z tym poradzić. Będzie ojcem. A przecież nigdy nie miał tego w planach. Nie po tym, jak stał się świadkiem rozpadu życia swojej matki. Dzieciństwo było tylko smutnym testamentem tego, co zgotował mu ojciec.

Będąc małym chłopcem, tułał się po różnych rodzinach zastępczych za każdym razem, gdy jego matka – kobieta delikatnego zdrowia i psychiki – popadała w pogłębiającą się z wiekiem depresję. Miał dwanaście lat, gdy umarła, przegrywając walkę z chorobą i brutalną rzeczywistością.

Zbyt duży na adopcję, trudny i noszący w sobie ogromną złość do świata chłopak został umieszczony w sierocińcu. Ponury, przypominający więzienie budynek był jego domem przez ponad cztery kolejne lata.

Podczas ostatnich spędzonych tam miesięcy zakiełkowała w nim myśl, by odszukać rodzonego ojca. Mężczyznę, który uwiódł jego matkę, a potem porzucił ją jeszcze przed jego przyjściem na świat. Mężczyznę, który zrujnował psychikę matki i w rezultacie doprowadził do jej śmierci.

Wszystko to wydarzyło się bardzo dawno temu. W wieku siedemnastu lat Orlando kupił bilet w jedną stronę do Nowego Jorku i zostawił za sobą tragiczną przeszłość. Potem było już tylko lepiej. Dzięki determinacji i ciężkiej pracy Orlando zbudował swoje życie od nowa, notując po drodze kolejne, coraz większe sukcesy. Cudowna kariera, mógłby ktoś powiedzieć.

To prawda, Orlando był teraz na szczycie. Żył tak, jak zawsze tego pragnął. Do dzisiaj.

Teraz nie tylko dogoniła go jego przeszłość w postaci niechcianego spadku po ojcu, lecz także nie był pewien przyszłości. Jeden drobny incydent i jego życie zostało przekierowane na nowe, nieznane mu tory. Będzie miał dziecko. Zupełnie nie wiedział, czego w związku z tym oczekiwać. Wiedział jedynie, że nie porzuci swojego syna albo córki, tak jak to zrobił kiedyś jego ojciec.

– Już schodzę.

Isabel odłożyła słuchawkę domofonu, sięgnęła po płaszcz i przewiesiła go przez ramię. Zerknęła do lustra w korytarzu i w pośpiechu wyszła z mieszkania. Stukając obcasami, zbiegła kilka pięter na dół, nie czekając na windę. Nie chciała, żeby Orlando wszedł na górę.

Mieszkanie było wprawdzie nieduże, ale przyzwoicie urządzone i znajdowało się w pobliżu stacji metra, dzięki czemu droga do siedziby Spicer Shoes zajmowała jej jedynie dwadzieścia minut. Mimo wszystko wątpiła, by dwupokojowy apartament zrobił dobre wrażenie na kimś takim jak Orlando Cassano.

Gdy go zobaczyła, jej serce wzleciało ku niebu, jakby właśnie wybierali się na pierwszą randkę, kiedy wszystko jest jeszcze jedną wielką niewiadomą. Ach, jakiż był przystojny. Jak doskonale ubrany. Za każdym razem jego elegancja robiła na niej ogromne wrażenie. Minęło parę chwil, zanim przypomniała sobie, w jakim celu się umówili.

– Jak długo tu mieszkasz? – zapytał, przyglądając się krytycznie siedzącej nieopodal grupie hałaśliwych nastolatków.

Isabel zaczerwieniła się. Granatowy kaszmirowy płaszcz z postawionym kołnierzem zupełnie nie pasował do szaroburego budynku, pomazanego graffiti i zamieszkałego w większości przez pracowników biurowych niższego szczebla.

– Kilka lat – odpowiedziała, zapinając swój płaszcz pod samą szyję. – I zanim zaczniesz, okolica jest w porządku. Nie każdy ma szczęście mieszkać na karaibskiej wyspie albo w willi na Long Island.

– Czy ja coś podobnego twierdziłem?

– Nie, ale…

– W takim razie możesz sobie zaoszczędzić wykładu opartego na domysłach.

Zacisnął wargi. Isabel umilkła. Spotkanie nie zaczęło się najlepiej. Ach, gdyby mogła je mieć już za sobą. Towarzystwo Orlanda było dla niej czystą torturą. Nerwy miała w strzępach. Nie tylko z powodu ciąży i tego, że musiała mu powiedzieć. Najgorsze było przyznanie się przed sobą, że przez ostatnie kilka tygodni tylko się oszukiwała. Ich romans wcale nie był przelotny, a przynajmniej nie dla niej. Nie wynikał z oczarowania atmosferą wyspy. Gdyby mogła, rzuciłaby mu się w ramiona także teraz, w zimnym, zasnutym chmurami Londynie.

Wiedziała to, gdy ich spojrzenia po dłuższej przerwie spotkały się tego ranka w sali konferencyjnej. A potem jeszcze ten pocałunek. Wszystko to wzbudziło jej pożądanie na nowo.

– Chodźmy do samochodu – powiedział i ruszył w stronę czarnej limuzyny z przyciemnionymi szybami, która wyglądała na tle reszty aut jak pojazd z innej planety.

Isabel poczuła paniczny strach, ale nie z powodu nastolatków, którzy zdążyli okrążyć samochód i cmokali teraz z uznaniem. Mieszkała tu na tyle długo, by wiedzieć, że nie ma się czego obawiać z ich strony. Przerażenie wzbudzała w niej perspektywa jazdy. Gdy miała siedemnaście lat, samochód, którym jechała z rodzicami, miał wypadek. Zginął wtedy jej ojciec, a matka została inwalidką i musiała poruszać się na wózku. Ona odniosła tylko lekkie obrażenia, ale to zdarzenie pokrzyżowało jej plany. Nie poszła na uniwersytet, tylko zajęła się firmą prowadzoną przez ojca. Przeszła wtedy przyspieszony kurs dorastania, ale z dzisiejszej perspektywy czuła, że podjęła wtedy właściwą decyzję. Firma Spicer Shoes odniosła sukces, a ona nie musiała obawiać się o to, jak utrzyma siebie i matkę, która wymagała pomocy.

Pamiętała, jak rzuciła się wtedy w wir pracy, by jak najszybciej zapomnieć o rodzinnej tragedii. Tak bardzo chciała przekonać matkę, że życie jeszcze się nie skończyło, że przecież mają siebie. Jednak po upływie siedmiu lat musiała stwierdzić, że o ile od strony zawodowej powodziło jej się całkiem nieźle, o tyle jej relacje z matką stały się jeszcze bardziej napięte. Ciążyło jej coś, czego nawet nie umiała nazwać. Do tego dochodziły ataki paniki, które dopadały ją za każdym razem, gdy miała wsiąść do samochodu. Dopiero terapia pomogła je nieco złagodzić. Mimo to Isabel poczuła teraz szalone bicie serca i wstrzymała oddech.

Orlando otworzył przed nią drzwi. Bez słowa usiadła na fotelu i od razu zapięła pasy. Co jeszcze mogę zrobić, zastanawiała się, czując, jak wilgotnieją jej dłonie. Orlando przeszedł na drugą stronę i uchylił drzwi. Do jej uszu doleciały strzępki rozmowy.

– Teoretycznie ponad dwieście na godzinę…

O mój Boże! Poczuła, że robi jej się słabo.

Po stronie kierowcy drzwi się otworzyły. Orlando stał z nogą opartą na progu.

– Super. Jechał pan kiedyś tyle?

– Jechałem sto siedemdziesiąt na autostradzie w Niemczech. Ale to niewiele w porównaniu z możliwościami.

– Nieźle – odpowiedział głos z nabożnym uwielbieniem.

Isabel nie mogła dłużej znieść rosnącego napięcia i nacisnęła klakson.

Orlando schylił się i zajrzał do środka.

– Wszystko w porządku?

– Tak – wyszeptała, pokonując gulę strachu, która tkwiła w jej gardle. – Możemy już jechać?

Powiedział coś jeszcze do osób stojących przy krawężniku, usiadł za kierownicą i uruchomił silnik. Gdy nacisnął pedał gazu, silnik zamruczał groźnie.