Zimowy ogieńTekst

Z serii: Czarna Seria
Z serii: Kwartet sezonowy #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jej piwnica jest pusta. Dwa podobne plastikowe pudła, to wszystko, co tam jest. Nie była tam od czasu przeprowadzki w zeszłym roku.

Wszystkie meble w jej mieszkaniu są nowe, zamówiła je w domu towarowym NK tego samego dnia, w którym podpisała umowę na mieszkanie. Andreas próbował namówić ją, by wzięła ze sobą masę rzeczy, które kupili razem, prezentów, które on jej dał. Ale ona powiedziała nie. Chciała jedynie zabrać ze sobą figurkę Guandi, którą dostała od taty, i te dwa pudełka.

Przeciąga dłonią po pudełku z lewej strony, głaszcze je czule. W środku leżą maleńkie śpioszki, flanelowy królik i kartka papieru z malutkimi odciskami. Dłoni i stopy. Laura nie podnosi pokrywy. Upewnia się natomiast, czy obie plastikowe klapki na krótszych bokach pudełka utrzymują ją na miejscu.

Zawartość pojemnika po prawej jest dużo starsza.

Są tam dwie ramy owinięte folią bąbelkową, dwa dyplomy, za pierwsze i drugie miejsce w mistrzostwach uniwersyteckich w pływaniu, które kiedyś wisiały na ścianie jej pokoju w akademiku. Obok ram leży stos podręczników z behawioryzmu, zarządzania ryzykiem i techniki przeprowadzania wywiadu. A pod nimi znajduje się książka, której szuka. Wielki Gatsby. Okładka jest zużyta, strony zdążyły już pożółknąć. Na wewnętrznej stronie twardej okładki jest stempel. Saint-Paul’s Hospital. Hong Kong. Ta nazwa sprawia, że skóra na plecach zaczyna ją palić.

Prawie trzy miesiące leżała w Saint-Paul’s Hospital. Ledwie mogła ruszać nogami i ramionami, ciało bolało ją tak, że nie znosiła jakiegokolwiek dotyku. W końcu została wprowadzona w śpiączkę, nie było jej przez pełne dwa tygodnie.

Enterowirus, mówili lekarze. Nic niezwykłego u młodych kobiet. Prawdopodobnie wirus dostał się do jej ciała, gdy była nieodporna na infekcje z powodu oparzeń, i potem doprowadził do poważnego zapalenia opon mózgowych. Mama groziła, że pozwie szpital, zarówno ten w Ängelholm, jak i ten w Hongkongu. Twierdziła, że zawiodły ich procedury sanitarne.

Laura wie lepiej. Wie dokładnie, skąd przyszedł zimowy ogień i dlaczego.

Ostrożnie podnosi tylne skrzydełka obwoluty książki. W środku znajduje się fotografia z podwiniętymi rogami. Nacisk i wiek spowodowały, że kartka przykleiła się do okładki książki, ale po krótkim mocowaniu się ze zdjęciem udaje się je wydostać.

Fotografia przedstawia sześć osób stojących na pomoście. Jest lato 1987 roku, a ona ma piętnaście lat, słońce świeci, wszyscy są szczęśliwi. Nikt nie przeczuwa katastrofy, która nadejdzie za kilka miesięcy. Jack stoi po prawej stronie, z samego brzegu. Laura przeciąga palcem wskazującym po jego uśmiechniętej twarzy. Jego oczy doprowadzają ją do lekkiego drżenia serca, którego nie doznała od czasu tamtej nocy w szpitalu, gdy widziała go po raz ostatni.

Gonią mnie. Muszę się stąd wydostać.

5

Zima 1987

– Jakie piękne zdjęcie. Gdzie zostało zrobione?

Kobieta w fotelu lotniczym obok wskazała na fotografię, którą Laura trzymała w dłoni.

Miała na imię Ewa, przez „w”. Laura wyczytała to w karcie pokładowej, której kobieta używała jako zakładki. Książka nie miała obwoluty, a Ewa trzymała ją w sposób, który świadczył o tym, że nie chciała demonstrować tytułu. Prawdopodobnie Dolina koni albo coś Jackie Collins.

– Przy Vintersjö. To jezioro leży w północnej Skanii.

Ewa i Laura trafiły na siebie, gdy przesiadały się na samolot we Frankfurcie. Laura obserwowała ją ukradkiem w taki sam sposób, w jaki obserwowała swoje koleżanki z klasy za każdym razem, gdy zmieniała szkołę. Próbowała nauczyć się, kim jest, tylko dzięki słuchaniu i obserwowaniu. Złożyć wszystkie szczegóły w pamięci: ciuchy, przedmioty osobistego użytku, zainteresowania.

Gdyby były w tym samym wieku i chodziły do tej samej klasy, to następnie Laura usiadłaby obok Ewy i jej koleżanek w stołówce. Przysłuchiwała się, o czym mówią. Uśmiechała się we właściwych momentach i próbowała ostrożnie zintegrować z grupą. Żeby zmyć z siebie stempel nowej uczennicy. Zyskać akceptację.

– To musi być twoja mama.

Ewa wskazała kobietę po lewej stronie zdjęcia.

– Nie, to jest moja ciocia Hedda.

– Aha. Jesteście trochę podobne. Ten sam kolor włosów. Uważam, że piękny – dodała szybko Ewa.

Laura nie umiałaby powiedzieć, ile razy w czasie swojego dorastania życzyła sobie nie mieć rudych włosów. Mama nawet proponowała, żeby je przefarbowała, żeby nie musiała denerwować się w nowej szkole. Ale Hedda przekonała ją, żeby zostawić ten kolor. Ludzie nie lubią tego, co jest inne. Ale to znaczy tylko, że są idiotami, a nie że z tobą jest coś nie w porządku. Ty jesteś doskonała właśnie taka, jaka jesteś. Moja mała księżniczka.

Lot wydawał się tym razem wyjątkowo długi. Pierwszym filmem był oczywiście Dirty Dancing, którego mama nie pozwoliła jej obejrzeć w kinie. Ale potem filmy były okropnie nudne i nawet książki w kieszonkowych wydaniach, które wzięła ze sobą, nie zdołały uleczyć jej zniecierpliwienia.

– Czy któreś z tych pozostałych osób to twoi kuzyni?

Jeden z letników zrobił to zdjęcie poprzedniego lata, zaledwie kilka dni przed powrotem Laury do Hongkongu. Ciocia Hedda, ona sama i cała ekipa z pomostu. Kolory lata, radosne uśmiechy, śmiech, który prawie można było usłyszeć.

– Ciocia Hedda nazywa nas swoimi dziećmi – powiedziała. – Ale naprawdę nie ma własnych dzieci. Była opiekunką Iben, Petera i Tomasa, gdy byli mali, a Jack jest jej przybranym dzieckiem.

Laura pokazała palcem Jacka.

– Zamieszkał u niej, gdy miał jedenaście lat.

Zatrzymała palec przez sekundę na jego twarzy, zanim przesunęła go w stronę młodej ciemnowłosej dziewczyny w dresie, która stała prawie w środku zdjęcia, między nią i Jackiem.

– Rodzina Iben mieszkała w gospodarstwie Källegården, sąsiadującym z letniskiem mojej cioci.

Iben położyła ręce na ramionach Laury i Jacka i przyciągnęła ich głowy tak blisko, że ich policzki przyciskały się do siebie.

– Wygląda na wysportowaną.

Laura znowu spojrzała na Iben. Na to, że przyciska się trochę mocniej do policzka Jacka niż jej. Przypadek, na pewno. Wmówiła to sobie od czasu, gdy dostała zdjęcie w jednym z listów od cioci Heddy.

– Iben pobiła prawie wszystkie rekordy szkolne w sporcie. Miała najlepsze stopnie z testów. Ze wszystkich przedmiotów.

– O, nieźle.

Laura szybko przesunęła palec dalej na mocno zbudowanego, ostrzyżonego na jeża chłopaka, który stał na ukos za Iben, prawie za krawędzią pomostu. Jego spojrzenie skierowane było w dół, wyglądało na to, że unika aparatu fotograficznego. Niektórzy we wsi nazywali go Tomasem Migaczem z powodu jego tików. Czasami tak, że to słyszał.

– Tomas mieszka daleko w lesie, w zagrodzie, która nazywa się Enslighet. On i Peter to najlepsi koledzy. Pomagają zwykle w lecie na letnisku. – Wskazała na Petera, który stał zaraz obok Tomasa. Uśmiechał się szeroko i podnosił palce jak królicze uszy zaraz za jej głową.

– Prowadzą kiosk, pole minigolfa, koszą trawę, zajmują się wypożyczaniem łodzi.

Laura niemal opowiedziała, że Peter czasami nazywał ich gangiem Goonies, ale była przekonana, że Ewa nie widziała Goonies2. Wujek Petera miał wypożyczalnię filmów wideo w Helsingborgu i w tajemnicy przed jego rodzicami dawał mu kopie najnowszych filmów.

– Jehowa nie lubi filmów – żartował Peter. – Ale nie ma problemu z wkładaniem dzieciom dorosłych ciuchów i z dzwonieniem do drzwi nieznanych ludzi.

Peter kochał Goonies.

– My jesteśmy dokładnie tacy jak oni. Gang wyrzutków. Ja jestem Japa, Tomas to Kloc, a Jack jest Brandem. Dziewczyny to Andy i Stef…

– Czy mogę popatrzeć? – Ewa nałożyła okulary do czytania. Laura podała jej fotografię. – Jak ładnie wygląda to jezioro i góry w tle. Czysta idylla. Często tam jeździsz?

– Prawie w każde wakacje. Mój tata dużo pracuje – dodała Laura przepraszającym tonem, który zawsze się wkradał, gdy mówiła o tacie.

– Twoja mama też?

– Ona ma dużo innych spraw.

Laura dała sobie spokój z tłumaczeniem. Ewa wydawała się jednak rozumieć.

– Czy szkoły w Hongkongu mają już przerwę świąteczną?

– Nie, właściwie nie. Ale ja chodzę do międzynarodowej szkoły. Dużo rodzin jeździ do domu na święta, tak że kończymy wcześniej. Za to wakacje letnie mamy krótsze o tydzień.

Ewa oddała fotografie.

– Rozumiem, że dobrze się czujesz nad jeziorem. Wyglądacie na takich szczęśliwych razem: ty, twoja ciocia i twoi przyjaciele. Będziecie z pewnością mieli wspaniałe wspólne święta.

6

Twoja mama chciała dać ci na imię Jacqueline, wyobrażasz sobie? Jacqueline. Tak jak Jackie Kennedy. Nazwać coś takiego pretensjonalnością to za mało. Na szczęście przekonałam ją i dzięki temu masz na imię Laura, po mojej babci, twojej prababci.

Biały miejski dżip Laury jest za duży na jedną osobę, okropnie żłopie paliwo i produkuje zdecydowanie za wiele spalin. Ale ze wszystkich samochodów poddawanych testom na zderzenia ten model jest najbezpieczniejszy. Wysoki czołg z czterokołowym napędem, podwójnymi filtrami powietrza i wyposażeniem elektronicznym z mnóstwem kamer i czujników, odnotowujących i obliczających wszelkie czynniki ryzyka.

Gdy Laura siedzi w samochodzie, nic i nikt nie może jej zagrozić. Podoba jej się ta myśl.

Trzy noce – tak długo zostanie w Skanii. Tyle czasu akurat wystarczy, aby pochować Heddę, sprzedać Gerdnes, a potem wrócić do domu. Przez ostatnie dni usiłowała pracować z wyprzedzeniem. Przeprowadziła dwa głębokie wywiady, poodpisywała na mejle, przygotowała wszystkich w biurze na swoją dwudniową nieobecność. Mimo tych wszystkich starań służbowa komórka zadzwoniła, zanim Laura zdążyła dojechać do Linköping. To jej zastępca, Olof. W jego głosie brzmi zakłopotanie, więc Laura od razu pojmuje, o co chodzi.

 

– Co znów Marcus nawyrabiał?

Wyjaśnienie sprawy zajmuje jej pół godziny i wymaga trzech rozmów telefonicznych. Marcus oczywiście nie odbiera telefonu, zapewne jest przez cały czas zajęty poddawaniem się czułościom mamusi.

Gdy dzwoni do niego trzeci raz, jest tak zirytowana, że o mało nie zderza się z innym samochodem. Właśnie zmienia pas przy wyprzedzaniu ciężarówki, gdy system ostrzegawczy samochodu zaczyna migać i piszczeć. W ostatniej chwili zauważa czarne BMW, które jest w martwym polu. Kierowca naciska klakson i miga światłami, mijając ją. Dopiero po dłuższej chwili rytm jej serca powraca do normy.

Martwe pole. Nie lubi tego określenia. Marcus prawie zawsze znajduje się w jej martwym polu. Na skraju pola widzenia, poza jej kontrolą, ale jednocześnie o wiele za blisko.

Laura zatrzymuje się tuż przed zjazdem z autostrady, żeby zatankować. Przez chwilę siedzi za kierownicą z kubkiem obrzydliwej herbaty kupionej na stacji benzynowej. Ten płyn nie nadaje się do niczego innego poza ogrzaniem dłoni.

W Skanii jest o wiele mniej śniegu niż w Sztokholmie, najwyżej pięć centymetrów, a termometr na tablicy rozdzielczej wskazuje kilka stopni poniżej zera. Jednak wiatr i wilgotne powietrze sprawiają, że wydaje się znacznie zimniej. Pojedyncze płatki śniegu wirują w powietrzu, a chmury na niebie sygnalizują, że sporo innych śnieżynek wkrótce dotrzyma im towarzystwa. Przejechanie sześciuset kilometrów nie wystarczyło, by uciec przed zimą.

Determinacja, która prowadziła ją przez całą drogę, zaczęła słabnąć. Mimo wszystko istniały istotne powody, dla których niegdyś opuściła jezioro Vintersjö i Gerdnes. Przy tym nie przyjechała dlatego, żeby grzebać w przeszłości, tylko po to, żeby spotkać Jacka.

Hedda była dla niego jak matka. Jeżeli dowiedział się, że umarła, powinien w sobotę pojawić się na pogrzebie. I co wtedy? Czy go pozna? Przez pół życia człowiek się zmienia. A jeżeli on jest łysy i ma piwny brzuch? Albo jeszcze gorzej: co będzie, jeżeli okaże się, że Jack ma żonę i dzieci, jest szczęśliwy i zadowolony z życia? Jeżeli nie myślał o niej w ten sposób jak ona o nim?

Nie ma odpowiedzi na te pytania. Ostatni ślad po Jacku Gerhardzie Olssonie, który znalazła, to adnotacja stwierdzająca, że urząd podatkowy przeniósł w roku 1989 jego dane do rejestru osób bez adresu, co oznacza, że Jack nie jest już zameldowany w Szwecji i nie wiadomo, gdzie się podział. Od tego czasu nikt o tym imieniu i nazwisku nie figuruje w rejestrach szwedzkich władz ani w tych zagranicznych spisach, do których Laura ma dostęp, ale te ostatnie nie są kompletne. Koniec lat osiemdziesiątych był chaotycznym okresem w Europie. Całe narody przestawały istnieć. To był dobry czas na nadanie sobie nowego nazwiska, stworzenie nowej tożsamości. Nowego życia.

Laura przymyka oczy, wywołuje z pamięci obraz twarzy osiemnastoletniego Jacka siedzącego na jej szpitalnym łóżku. Przypomina sobie strach w jego oczach, obawę, która sprawia, że głos niemal odmawia mu posłuszeństwa, gdy się z nią żegna. Jego wargi dotykające jej policzka. Potem zniknął. Bez najmniejszego śladu.

Czy Jack naprawdę odważy się wrócić nad Vintersjö? Czy ona sama na to się odważy?

Tak łatwo byłoby znów wjechać na autostradę i skierować się na północ. Nikt by tego nie skomentował, a ona nie ma żadnego długu wdzięczności wobec Heddy. Ani jednego listu, ani jednej pocztówki przez trzydzieści lat. Ani jednego dowodu na to, że Hedda o niej myślała, że tęskniła za nią tak, jak ona tęskniła za Heddą.

Czy dlatego Hedda zapisała jej Gerdnes? Jako swego rodzaju prośbę o wybaczenie. Laura w każdym razie chciałaby tak myśleć. Poza tym ona i Jack nie są już przestraszonymi nastolatkami; są dwojgiem dorosłych ludzi, którzy mają za sobą pół życia.

Laura wrzuca bieg i powoli wyjeżdża z parkingu przy stacji benzynowej.

Gdy zbliża się do Vedarp, od razu nasuwa się jej myśl, że nie rozpoznaje okolicy. Droga jest szersza, a dzielnicy przemysłowej z marketem Lidla ani leżących naprzeciw niego domków szeregowych kiedyś nie było. Zapada zmierzch; ciemność i śnieg utrudniają orientację w terenie. Nie ma już szarych fasad z eternitu, które niegdyś dominowały we wsi. Ściany domów są pokryte mniej niebezpiecznymi materiałami i pomalowane na weselsze kolory.

Jednak sklep z narzędziami jest na swoim miejscu, chociaż ma nowy szyld. Laura zastanawia się, czy sklep nadal prowadzi Sven-Erik, i wkrótce uświadamia sobie, że Sven-Erik, o ile żyje, musiał przekroczyć osiemdziesiątkę, co wydaje jej się nierzeczywiste.

Nie ma już domu, w którym był sklep z przyborami do szycia. Zastąpił go nowocześniejszy budynek, gdzie mieści się pizzeria i solarium. W podłużnym budynku, gdzie kiedyś była poczta, znajdują się teraz tuż obok siebie siłownia i przedsiębiorstwo pogrzebowe. Laura szuka wzrokiem neonowej reklamy cukierni Wohlina i odkrywa, że zastąpił ją bar kawowy Espresso House. Przed nim, wokół samochodu przerobionego na ciągnik, zebrała się grupka młodzieży ze skuterami. Gapią się na jej samochód, kiedy ich mija.

Nawet kościół wygląda inaczej niż kiedyś. Stary, zielony miedziany dach został wymieniony na czarny, blaszany, który nadaje budynkowi groźny wygląd. Choinka przed kościołem jest mniejsza, a blask lampek zimniejszy niż dawniej.

Gdzieś w podświadomości Laura żywiła naiwne oczekiwanie, że Vedarp będzie wyglądać dokładnie tak jak w jej wspomnieniach z dzieciństwa. Że czas zatrzymał się tu w chwili, gdy opuściła wieś. Ale życie oczywiście toczyło się dalej bez Laury. Czuje się dziecinnie urażona tym faktem.

Drogowskaz przed rondem informuje, że do jeziora należy jechać w lewo, a droga w prawo prowadzi do pałacu w Vintersjöholm. Laura decyduje się jechać w prawo, mija szarobrązowe wille z lat siedemdziesiątych, które wydają się jej bardziej znajome. W jednej z nich mieszkał Peter z rodzicami. Byli jedynymi świadkami Jehowy we wsi i niechętnie pozwalali synowi budować modele, bo obawiali się, że odurzy się klejem.

Laura zastanawia się, czy Peter nadal mieszka we wsi i czy przyjdzie pojutrze na pogrzeb. Ta myśl poprawia jej nastrój.

Przypomina sobie, kiedy ostatni raz widziała się z Peterem. To było w szpitalnym pokoju narad. Adwokat, którego jej ojciec ściągnął ze Sztokholmu, i wielki, niesympatyczny policjant ze złamanym nosem siedzieli naprzeciw nich przy stole.

No, młodzi ludzie. Jak myślicie, kto to zrobił? Kto podpalił salę taneczną?

Laura otrząsa się z nieprzyjemnych wspomnień. Próbuje skierować myśli na Jacka. Czy go pozna? Czy on ją pozna?

Za dzielnicą willową widać zarys hali sportowej. Wskazuje na nią drogowskaz. Laura mija go i nagle sobie uświadamia, co było na nim napisane. Gwałtownie hamuje, spogląda w lusterka i wrzuca wsteczny bieg.

Tablica jest biała z czarnymi literami i wygląda na dość nową. Wskazuje na halę sportową, pływalnię i to, co kiedyś było szkołą Vintersjö. Ale już nią nie jest.

Zgodnie z napisem jest to teraz Szkoła imienia Iben Jensen.

– Cholera – mamrocze do siebie Laura. Właściwie nie wie dlaczego.

Kręta droga do Gerdnes też jest inna niż kiedyś. Może przez to, że drzewa urosły i las przybliżył się do krawędzi szosy. Głównej szosy, jak ją niegdyś nazywano. Teraz ta nazwa wydaje się śmiesznym określeniem tego szarego paska zniszczonego asfaltu, na którym nawet nie ma linii środkowej.

Znikły przystanki autobusowe. Autobusy linii 132, którymi tak często jeździła między Gerdnes a Vedarp, najwyraźniej już nie kursują.

Pojawia się inne wspomnienie. Łanie na drodze, samochód w rowie. Laura biegnie szosą, uwięziona w snopie świateł reflektorów jak przerażone zwierzę.

Czy to tamtego wieczoru wszystko się zaczęło? Pierwszy krok ku katastrofie. Czy może stało się to wcześniej?

Niewykluczone.

Być może wszystko zaczęło się już na kopenhaskim lotnisku Kastrup.

7

Zima 1987

Jack czekał tuż za drzwiami hali przylotów. Wyglądał dokładnie tak jak minionego lata. Jasne włosy i błyszczące niebieskie oczy, które sprawiały, że coś miękkiego poruszyło się w jej sercu.

– Cześć, księżniczko!

Właściwie chciała mu powiedzieć, żeby dał sobie spokój z tym dziecinnym przezwiskiem, że teraz jest młodą kobietą, a nie jakąś małą księżniczką. Ale zanim zdążyła coś powiedzieć, uniósł ją w mocnym uścisku. Przymknęła oczy, ukradkiem musnęła nosem jego szyję. Wdychała jego zapach. Płyn po goleniu, dym z papierosów. I jeszcze coś innego, co wzmogło miękkie uczucie w sercu. Przez minione dwanaście godzin wyobrażała sobie tę chwilę. Chciała, by trwała jak najdłużej.

Ale nagle spostrzegła, że nie byli sami. Obok stała Iben, szarpała Jacka za rękaw, rzuciła się Laurze na szyję, gdy tylko chłopak wypuścił ją z objęć.

– Nareszcie jesteś! Tak się stęskniłam!

Iben widocznie towarzyszyła Jackowi przez całą długą podróż znad Vintersjö, co powinno ucieszyć Laurę. Wmawiała sobie, że się cieszy. Ogromnie się cieszy.

– Jak fajnie, że też przyjechałaś – wydusiła. Zmusiła się do uśmiechu, żeby jej słowa zabrzmiały szczerzej. Jednocześnie nie mogła pozbyć się uczucia gorzkiego rozczarowania. W jej marzeniach mieli być tylko ona i Jack – sami.

Jack podniósł jej walizkę i ruszył w stronę wyjścia, a Iben wzięła Laurę pod rękę.

– Jaką miałaś podróż? – spytała. – Tęskniłaś za nami?

Coś się stało z Iben od zeszłego lata. Nie miała już na zębach aparatu, który nosiła od dwunastego roku życia, i była umalowana, co rzadko się zdarzało. Ale było też coś innego, coś, czego Laura nie umiała dokładnie określić. Jakby Iben bardzo wydoroślała w ciągu kilku miesięcy.

Na dworze padał drobny śnieg z deszczem. Laura z daleka rozpoznała białego saaba Jacka. Latem pojechała z Jackiem kupować samochód. Pomagała mu go umyć i wysprzątać, kupiła w Biltemie nowe pokrowce na siedzenia.

– Mam ci kupić pachnące drzewko? – Roześmiała się, wskazując na stojak przy kasie. Jack szeroko się uśmiechnął i pokręcił głową.

Teraz z lusterka zwisała czerwona choinka i rozsiewała po całym samochodzie obrzydliwy zapach sztucznych truskawek. Laura poszukała wzrokiem oczu Jacka, ale on był zajęty wkładaniem jej walizki do bagażnika. Z jakiegoś powodu zirytowało ją to brzydkie zapachowe drzewko. Pogrzebała w plecaku i wyjęła prezent dla Jacka, amerykańskie czasopismo o samochodach.

– Masz, kupiłam to dla ciebie na lotnisku.

– Dziękuję!

Wziął czasopismo, miał zamiar powiedzieć coś więcej, ale w tej samej chwili Iben chwyciła ją za rękę.

– Usiądź ze mną z tyłu, żebyśmy mogły pogadać.

Irytacja Laury przybierała na sile. Zupełnie inaczej wyobrażała sobie tę podróż. Jack i ona mieli siedzieć z przodu obok siebie, może nawet nawiązaliby do tego, co zdarzyło się zeszłego lata. Do ostatniego wieczoru, gdy siedzieli na tratwie i on ją pocałował. Albo ona jego, zależy, jak na to spojrzeć.

Zamiast tego siedziała z Iben na tylnym siedzeniu, skąd widziała tylko kark Jacka i jego spojrzenie w lusterku.

Na prośbę Iben Jack puścił z odtwarzacza kilka melodii, których słuchali latem. Po paru chwilach gadaniny Iben Laurze minęło rozdrażnienie. Miała przed sobą inne dni, wiele dni do końca ferii, podczas których zdąży być z Jackiem sam na sam. Razem z Iben dołączyła się do refrenu Last Christmas, śpiewały coraz głośniej, w końcu po prostu darły się jedna przez drugą.

Jack rzucił spojrzenie w lusterko i uśmiechnął się, gdy napotkał jej wzrok. Jego uśmiech na nowo ożywił to miękkie uczucie w sercu.

Na promie do Helsingborga kupiły słodycze, te same co zwykle. Batoniki Yankie dla Laury, pudełko cukierków lukrecjowych Fazera dla Iben. Jack kupił sobie karton czerwonych prince’ów.

Gdy minęli Helsingborg, ciepło i ruch samochodu zaczęły sprawiać, że powieki Laury stawały się coraz cięższe.

– Zdrzemnę się parę minut – wymamrotała.

Obudziła się, gdy zjeżdżali z autostrady. Iben spała z głową opartą na jej ramieniu. Jack opuścił szybę na kilka centymetrów i palił papierosa. Laura siedziała cicho i ukradkiem przyglądała się Jackowi. Jasne włosy na karku, szczupłe palce trzymające papierosa. W tle leciała z radia piosenka Foreignerów I Want to Know What Love Is.

 

Znów powoli opadły jej powieki, ale zdążyła zobaczyć odbicie twarzy Jacka w lusterku. Ze zdziwieniem stwierdziła, że wyglądał na zaniepokojonego. Gdy zbudziła się drugi raz, byli prawie u celu. Deszcz ze śniegiem, który padał przy lotnisku, przeszedł w gęsty śnieg o ciężkich płatkach. Laura chciała popatrzeć na świąteczne wystawy w Vedarp i śliczne lampki na choince przed kościołem, ale samochód minął już centrum i wjechał na krętą drogę za wsią, na której nie było oświetlenia ani linii środkowej.

– Dojeżdżamy – powiedział Jack. Zauważył, że Laura się obudziła.

Iben nadal spała. Laura siedziała bez ruchu, żeby jej nie obudzić. Nareszcie byli z Jackiem sami. Albo w każdym razie prawie sami.

Jack uśmiechnął się do niej w lusterku, ale wyraz zaniepokojenia nie znikł z jego oczu i zarysu szczęk. Im bliżej Gerdnes się znajdowali, tym bardziej niespokojny wydawał się Jack.

– Co się dzieje? – spytała.

– Co? – Usiłował udawać, że nie rozumie.

– Nie zgrywaj się. Widzę, że coś jest nie tak.

Jack poprawił się na siedzeniu, poruszył głową, jakby chciał sprawdzić w lusterku, czy Iben naprawdę śpi.

– Nie wszystko jest jak zwykle – rzekł cicho.

– Co to znaczy?

Jack znów patrzył na drogę. Las po obu jej stronach gęstniał, coraz rzadziej przerywały go otwarte przestrzenie.

– Wydarzyły się różne rzeczy nad jeziorem. Takie, jakie…

Zbliżali się do drogi wjazdowej. Widać było dużą tablicę z symbolami letniska, plaży i pola namiotowego. Jack oderwał wzrok od lusterka wstecznego, zdjął nogę z gazu i skręcił w kierunku Gerdnes.

– Jakie rzeczy? – spytała Laura. Trochę podniosła głos, wymawiając ostatnie słowo, wskutek czego głowa Iben poruszyła się na jej ramieniu. Laura dostrzegła w lusterku, że Jack zacisnął usta.

– Nic takiego, zapomnij, że coś mówiłem.

Iben wyprostowała się i wyciągnęła ramiona pod sufit.

– Jesteśmy już na miejscu?

– Tak – odparł Jack odrobinę za głośno. Potem lekko pokręcił głową, dając Laurze znak, że to koniec rozmowy.

Minęli plantację choinek, po kilkuset metrach wjechali w wysoki las liściasty, gdzie śnieg kładł się białym dywanem pod prostymi pniami drzew. Reflektory oświetliły wielki łuk nad bramą wjazdową. To był ich projekt na lato. Rozpoczął się od wycinków z gazet i odręcznych szkiców przypiętych do tablicy w domu Heddy, a skończył tym, że pomagały Jackowi wylewać beton i ustawiać słupy.

– Jesteś wyczekiwanym gościem – powiedział Jack swoim zwykłym tonem.

Za łukiem bramy rozpościerało się letnisko Gerdnes. Około dwudziestu ładnych czerwonych domków rozmieszczonych pomiędzy drzewami. Nad drzwiami każdego z nich świeciła się lampa, promieniując zachęcającym blaskiem, wzmocnionym przez cienką pokrywę śnieżną. Wszystko było takie ładne, że Laura prawie zapomniała, o czym przed chwilą mówił Jack. Wzdłuż dróżki ustawione były rzędy pochodni ogrodowych. Minęli centralny budynek i zatrzymali się na podjeździe przed domem cioci Heddy na najdalszym skraju półwyspu. Za domem i przymocowaną do brzegu tratwą rozciągało się jezioro: najpierw kilkumetrowy pas lodu, za nim ciemne lustro wody, w którym tu i tam odbijały się światła plaży.

– Witaj w domu, księżniczko – rzekł Jack i znów wyglądał jak zwykle.

Drzwi wejściowe domu Heddy otworzyły się i wybiegła z nich ciocia. Za nią pojawili się Tomas i Peter, i jeszcze jedna osoba. Młoda dziewczyna w wieku Jacka. Zatrzymała się na ganku.

– Kto to? – spytała Laura.

– To Milla. Sprowadziła się do Gerdnes jesienią. Hedda ci o niej nie wspominała? Tomas i Peter są już w niej zakochani po uszy.

Laura pokręciła głową. Jednocześnie dostrzegła kątem oka, że na twarz Jacka powrócił wyraz niepokoju.

Inne książki tego autora