Zimowy ogień

Tekst
Z serii: Czarna Seria
Z serii: Kwartet sezonowy #3
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Prolog

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

29

30

31

32

33

34

35

36

37

38

39

40

41

42

43

44

45

46

47

48

49

50

51

52

53

54

55

56

57

58

59

60

61

62

63

64

65

66

67

Epilog 1

Epilog 2

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału: Vintereld

Redakcja: Jacek Ring

Projekt okładki: Tomasz Majewski

Zdjęcia na okładce: © Baac3nes/GettyImages, © Karina Vegas/Arcangel.com

Korekta: Adam Osiński, Monika Łobodzińska-Pietruś

Copyright © Anders de la Motte 2018

Published by agreement with Salomonsson Agency

Copyright © for the Polish translation by Milena Hadryan, 2020

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8143-280-1


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Dla Anette – z podziękowaniem za wszystko,

czego wspólnie dokonaliśmy,

i za wszystko, co jeszcze przed nami

Wieś Vedarp i jezioro Vintersjö to miejsca fikcyjne. Podobnie jak Nedanås w Jesiennej zbrodni oraz Reftinge w Końcu lata są wzorowane na okolicach w północno-zachodniej Skanii, gdzie spędziłem dzieciństwo i wczesną młodość, głównie na gminach Bjuv, Åstorp i Ängelholm.

Prolog

Kochała jezioro od zawsze. Od prawie pół wieku to miejsce było jej azylem. Światem, który nie był wolny od smutku, ale w którym zło nigdy nie zapuściło korzeni. W każdym razie to sobie wmawiała. Teraz wiedziała lepiej.

Zadrżała, siedząc na brzegu tratwy, i wyjęła nogi z lodowatej wody. Pomarszczona skóra, krzywe palce, żylaki tworzące cienką błękitną pajęczynę aż po łydki. Kiedy to się stało? Kiedy jej stopy zmieniły się w stopy starej kobiety?

Nie można było umieścić tego w konkretnym czasie, tak jak i innych oznak starzenia. To był proces postępujący niezauważenie, podobny do powolnego opadania jesiennych liści; człowiek budził się pewnego ranka, a wokół jeziora panowała zima.

Lód zdążył już nakreślić gruby kredowobiały krąg wzdłuż plaży, a wysokie drzewa, sięgające niemal do budynku sauny, przy zaczepie tratwy wyciągały nagie gałęzie ku wieczornemu niebu. Stado wron, które teraz były jedynymi gośćmi letniska, obserwowało ją z góry bystrymi czarnymi oczami.

Spokojnie, pomyślała. Nie mam zamiaru się kąpać. Nie musicie się martwić.

Podkuliła stopy pod siebie i szczelniej owinęła się ręcznikiem. Ruch sprawił, że tratwa się zakołysała i zaskrzypiały zardzewiałe łańcuchy przytwierdzające ją do pali. Ciepło sauny przenikało przez ręcznik i zmieniało się w parę w zetknięciu z mroźnym zimowym powietrzem. Ostrożnie przesunęła dłonią po szarych, spękanych deskach.

 

Należało oczyścić i nasmołować tratwę co najmniej przed miesiącem, przygotować ją pieczołowicie na zimę, tak jak robili w minionych latach. Ale poddała się dawno temu, tak jak w wielu innych sprawach dotyczących letniska. Zrezygnowała w obliczu nieuniknionego. A może po prostu straciła zapał.

Po ataku serca, który przeszła wczesną jesienią, doktor Olsson zabronił jej zimowych kąpieli, komentując kwaśno, że był to jej drugi zawał, i prawdopodobnie przedostatni.

– Twoje serce nie wytrzyma więcej obciążeń, Heddo. Żadnego rodzaju…

Właściwie powinna poddać się operacji, w stosach listów w domu leżało kilka wezwań do szpitala, ale nienawidziła szpitali równie mocno jak lekarzy.

Kilka tygodni temu jeszcze lekceważyła wezwania i ostrzeżenia lekarza. Jej życie i tak polegało na siedzeniu na kanapie przed telewizorem z kotem na kolanach i pozwalaniu, by przedpołudniowe, popołudniowe i wieczorne drinki przenosiły ją w inne, szczęśliwsze czasy. Wywoływały z przeszłości twarze, głosy, śmiech. Wspomnienia minionych lat i zim. Wspomnienia dzieci. Jej dzieci, tak je nazywała. Laury, Jacka, Petera, Tomasa. I Iben. Biedna, biedna mała Iben.

W niektóre zimowe wieczory zdawało jej się, że słyszy je na dworze. Zatrzaskiwanie samochodowych drzwi, wesołe głosy, tupanie, żeby na ganku otrząsnąć buty ze śniegu. Czasem nawet zrywała się z kanapy, aby je przywitać, powiedzieć, jak bardzo jej ich brakowało, jak bardzo tęskniła.

Ale gdy otwierała drzwi domu, podwórze zawsze było puste. Trzydzieści lat pustki, tęsknoty, poczucia winy. Po co to przeciągać? Rezygnować z nielicznych przyjemności, które nadal były dostępne, po to by pożyć jeszcze kilka lat? Doktor może sobie iść do wszystkich diabłów.

Tak myślała do dnia sprzed paru tygodni, kiedy rankiem na podwórzu zatrzymał się samochód. Zgodziła się przyjąć gości, choć rzadko to robiła. Niechętnie powstrzymała się od alkoholu, nawet wzięła prysznic i przebrała się w czyste rzeczy. Wmawiała sobie, że szybko tę całą sprawę załatwi.

Ale gdy otworzyły się drzwi samochodu, coś dziwnego stało się z jej głową. Jakby przeniknął ją promień światła tak jasny, że musiała przesłonić oczy dłonią.

Przez chwilę myślała, że dostała udaru mózgu. Że padnie trupem na własnym progu, zanim zdąży zamienić z gośćmi choćby parę słów. Wszystko minęło jednak po paru sekundach i świat powrócił do wyblakłych, listopadowych barw. Wypełnił się powitaniami, imionami, potem ofertami i liczbami, dokładnie tak, jak było to zaplanowane.

Ale jakieś szczególne wrażenie nie ustępowało podczas całej rozmowy. Cichy głos w tyle głowy, głos, którego nie słyszała od wielu lat. Gdy była młoda, pozwalała temu głosowi sobą kierować, ale przestała go słuchać po pożarze w Dzień Świętej Łucji; uznała wtedy, że zawiodła ją intuicja. Tłumiła ten wewnętrzny głos alkoholem i użalaniem się nad sobą. Aż do dziś.

W dniach po odwiedzinach gości ten słaby głos przybrał na sile. Coraz uporczywiej tłumaczył jej, że niemożliwe stało się możliwe. Że po tych wszystkich latach dostała nową szansę. Szansę na powrót do przeszłości. Szansę na to, by naprawić niektóre błędy, by chronić tych, których kochała.

Tylko musiała to robić ostrożnie – strzec się płomieni.

Spojrzała na swoją zniekształconą lewą rękę. Blizny na grzbiecie dłoni, kikuty, które były jedyną pozostałością po serdecznym i małym palcu. Drugą ręką sięgnęła po wieczornego skręta i po zapalniczkę, którą położyła obok siebie na brzegu tratwy. Uprawiała na własny użytek marihuanę w szklarni za szopą na narzędzia – od lata siedemdziesiątego piątego roku, a może siedemdziesiątego szóstego. Właściwie powinna dać sobie z tym spokój, ale trawka pomagała jej zebrać myśli. Zastanowić się, co robić dalej.

Pierwszą instynktowną reakcją było, żeby zadzwonić do Laury, jednak nie zrobiła tego. Może się bała? Prawdopodobnie tak. Bała się, że zostanie odepchnięta jako stuknięta stara baba, zanim zdąży wyjaśnić, jaką niesłychaną rzecz odkryła. Może bała się, że stanie się coś jeszcze gorszego: że Laura po prostu odłoży słuchawkę. Gdyby tak zrobiła, byłoby to w pełni zrozumiałe.

Hedda zawiodła wówczas Laurę, zawiodła wszystkie swoje dzieci.

Zatrzymała słodki dym w płucach, a potem pozwoliła mu wzbić się ku wieczornemu niebu. Księżyc wznoszący się nad jeziorem stopniowo przemieniał powierzchnię wody w płynne szkło. Po drugiej stronie jeziora, wzdłuż długiej północnej plaży, widniał grzbiet wzgórza jak pochyły cień. Gęstą ciemność rozświetlała tylko samotna lampa u brzegu wody. Jak zwykle przyciągała jej wzrok.

Oczywiście powinna sprzedać letnisko. Oferowali jej dużo pieniędzy, więcej, niż kiedykolwiek będzie potrzebowała.

Rozsądna osoba od razu podpisałaby umowę, opuściłaby wronią kolonię, dom i rozpadającą się tratwę, aby spędzić ostatnie lata życia w przyjemniejszym miejscu. Nie pozwoliłaby, by wchodziła jej w drogę uśpiona od dawna intuicja, nie rozgrzebywałaby przeszłości.

Tak postąpiłaby rozsądna osoba.

Znów spojrzała na północny brzeg jeziora. Samotna lampa przyciągała jej wzrok. Trzydzieści lat… Upłynęło już tak dużo czasu? Musi zadzwonić do Laury, mimo wszystkich obaw, musi wyjaśnić, co się dzieje, powiedzieć, że trzeba zachować ostrożność. Ale przedtem należy mieć całkowitą pewność. Zastąpić intuicję konkretnymi dowodami. Bo prawda była taka bolesna. Poza tym mogła okazać się niebezpieczna. Mimo wszystko jedna młoda osoba zginęła, a kilkoro innych zostało naznaczonych na resztę życia. A może jeszcze inni byli zagrożeni? Nie dało się tego wykluczyć.

Ponownie spojrzała na swoją dłoń naznaczoną śladami po oparzelinach. Wyprostowała różowe kikuty palców.

Powiew wiatru poruszył czubkami drzew, a wrony się zaniepokoiły. Trzepotały skrzydłami i wydawały przenikliwe ostrzegawcze okrzyki. Może pojawił się lis, a może sowa zbytnio się zbliżyła? W takim razie ptaki uspokoiłyby się zaraz po oddaleniu się niebezpieczeństwa.

Ale ostrzegawcze krakanie nie ustawało, przybierało na sile, zmieniało się w kakofonię krzyków i trzepotów. Wiedziała, co to znaczy. Ktoś zbliżał się do letniska. Ktoś, kogo wrony nie znały. Obcy.

Odwróciła głowę w stronę skraju lasu, ale słabe światło lampy nad drzwiami jej domu ginęło w ciemnościach między drzewami. Przez kilka sekund myślała, że się pomyliła, ale ostrzegawcze krakanie wron nie cichło. Nie słyszała ani warkotu silnika, ani ostrego szmeru kroków na żwirze drogi, zatem obcy zbliżał się przez las. Prawie nigdy nikt jej tu nie odwiedzał, a definitywnie nie przychodzili do niej goście skradający się w mroku.

To mogło oznaczać tylko jedno: za mocno się zaangażowała. Za głęboko rozkopała te sprawy. W jakiś sposób się zdradziła. Poczuła nagły szmer w płucach i ostry, palący ból, który niestety był jej znany.

Co teraz zrobić?

Telefon był w domu, a zresztą nawet gdyby dotarła tam wcześniej niż przybysz, to do kogo miałaby dzwonić? Co powiedzieć? Że przeszłość wróciła? Kto by jej uwierzył? Gdyby pobiegła w stronę domu, bez wątpienia okazałaby, że się boi. Bała się, temu nie mogła zaprzeczyć. Bała się o siebie, ale najbardziej o Laurę. Szmer w piersi nasilał się, spłycał oddech.

Ucieczka była wykluczona, więc nie pozostawało nic innego, jak siedzieć spokojnie i dopalać skręta. Liczyć na to, że dobro mimo wszystko zwycięży, szczególnie w takim miejscu.

Znów odwróciła się w stronę jeziora i głęboko zaciągnęła. Usiłowała powstrzymać drżenie ręki. Przez tratwę przeszła lekka wibracja, a mocujące ją łańcuchy znów ochryple się poskarżyły. Ich odgłos mieszał się z krakaniem wron i nierównym biciem jej serca. Stłumiła odruchową potrzebę odwrócenia się. Dalej siedziała zwrócona ku ciemnej tafli jeziora.

Kroki ucichły tuż za jej plecami. Tratwa jeszcze przez chwilę lekko kołysała się na wodzie, potem znieruchomiała. Wrony też ucichły, niemal w tej samej sekundzie – jakby były zaciekawione i chciały usłyszeć, o czym będzie mowa.

Spojrzała na stęsknione światełko na drugim brzegu jeziora. Zaciągnęła się dymem ostatni raz i rzuciła niedopałek do wody. Żar zatoczył łuk, zanim przepadł w ciemności. Dar ofiarny dla rusałki, pomyślała. Nagle ogarnął ją dziwny spokój, coś w rodzaju lekkiej melancholii uspokajającej jej spłoszone stare serce.

– Wiem, dlaczego tu jesteś – rzekła, nie odwracając się. – Chcesz się zorientować, ile naprawdę wiem.

Nie było odpowiedzi. Powoli odwróciła głowę.

Postać stała niewiele ponad metr od niej, wznosiła się nad nią jak cień. Na głowę miała nasunięty kaptur, twarz kryła się w ciemności.

– Wszystko zrozumiałam – rzekła powoli Hedda. – Oferty kupna Gerdnes, projekt zabudowy i kto za tym stoi.

Przybysz nadal stał nieruchomo, w milczeniu.

Zastanawiała się, czy mówić dalej. Ale było za późno, by przerwać, by pożałować wypowiedzianych słów. Prawda musiała wyjść na jaw. Ze względu na Laurę. Ze względu na inne dzieci. Ze względu na nią samą. Wypełniła płuca powietrzem. Przełknęła ślinę.

– Pożar w wieczór Świętej Łucji – powiedziała, dostrzegając, że przybysz nieco uniósł głowę. – W tym wszystkim chodzi właśnie o pożar.

Znów odwróciła się w stronę jeziora, wpatrzyła się w samotne, stęsknione światełko w oddali, na drugim brzegu.

– Wiem, co się zdarzyło tamtej nocy – powiedziała. – I dlaczego się zdarzyło…

1

Nienawidzi zimy, nienawidziła jej od dzieciństwa, a w każdym razie prawie od dzieciństwa. Kiedyś były ślizgawki i sanki, ogniska, gorąca czekolada w termosie i przyjaciele, z którymi można było się nią podzielić. Ale to było dawno, przed zimowym ogniem.

Teraz jest tylko chłód.

– Aha… Laura.

Jej sąsiad przy stole chyba trzeci raz ukradkiem spogląda na wizytówkę umieszczoną przy jej kieliszku.

Ma na imię Niklas i na razie wydaje się równie nieinteresujący, jak nerwowy. Zdążył już poplamić sobie krawat, albo jeszcze gorzej: świadomie wybrał krawat z plamą, szykując się do wyjścia na kolację.

– Skąd znasz Stephanie?

Pytanie jest niemal śmiesznie przewidywalne.

– Kilka lat temu poznałyśmy się w związku z pracą. Ale teraz się przyjaźnimy.

Laura usiłuje być w miarę uprzejma. Nie mówi, że Steph jest jej najlepszą i, przykro przyznać, chyba jedyną przyjaciółką. Andreasa być może też mogłaby nazwać przyjacielem.

Niklas pyta o coś jeszcze, ale siedzący naprzeciw nich samiec alfa – który dokonał hałaśliwego wejścia jakieś trzy kwadranse wcześniej i od tej chwili wodził rej w towarzystwie – mówi tubalnym głosem coś zabawnego i głos Niklasa ginie zagłuszony śmiechem reszty gości.

Laura powinna była wymówić się od tego przyjęcia, powiedzieć zgodnie z prawdą, że boli ją głowa, a na dodatek ma mnóstwo pracy. Ale obiecała Stephanie, że przyjdzie. Obiecała, że będzie miła i da szansę nerwowemu Niklasowi.

– Musisz wreszcie stanąć na nogi, Laura. Find somebody new. Yihaa!

Prawdę mówiąc, Stephanie nie wygłosiła tej angielskiej frazy – to Laura ją dodała.

Laura pociąga solidny łyk wina i stwierdza w duchu, że jest niesprawiedliwa. Steph wychowała się w Stanach i dlatego mówi dwoma językami jednocześnie. Czasem Laura odnosi wrażenie, że Stephanie robi to celowo, przesadnie miesza szwedzki z angielskim, aby się wyróżniać, chociaż wyróżnia się i tak.

Laura spogląda na szczyt stołu. Steph jak zwykle świetnie wygląda w sukience o perfekcyjnym dekolcie. Jasne włosy ma doskonale wymodelowane. Trzyma głowę lekko pochyloną, w sposób, który sprawia, że wszyscy mężczyźni w jej otoczeniu chcą bezzwłocznie odgadywać i spełniać jej życzenia. Steph jest dwa lata starsza od Laury, ale poddała się tak dyskretnym i profesjonalnym operacjom plastycznym, że nikt nie domyśliłby się, że jest dobrze po czterdziestce.

Laura wygląda dokładnie na czterdzieści pięć lat. Ma kurze łapki w kącikach oczu, a na czole lwią zmarszczkę, która jest bardzo wyraźnie widoczna na tle kredowobiałej cery, jaką mają tylko rudowłose osoby. Kolor włosów i karnację Laura odziedziczyła po ojcu, natomiast zacięty wyraz ust i podbródka stworzyła sobie sama.

Ma na sobie koszulową bluzkę z długimi rękawami i kaszmirowy sweter. Mimo że ciepło panujące w pokoju skłoniło już kilku panów do rozluźnienia krawatów, czubki palców i nosa Laury są lodowato zimne. Zawsze są takie, przez cały rok – dzięki zimowemu ogniowi. A raczej: wskutek zimowego ognia. Dziękować nie ma mu raczej za co.

Steph i Laura to w dużej mierze przeciwieństwa. Steph jest otwarta i ekstrawertyczna; stworzyła swoją firmę od podstaw. Laura przejęła firmę ojca. Przyszła na gotowe, jak regularnie jej przypomina matka.

 

Stephanie musiała zauważyć spojrzenia Laury, bo patrzy w jej stronę i porozumiewawczo kiwa głową. Laura rozumie, co to znaczy. Weź się w garść, daj mu szansę. Laura wzdycha cicho i nieznacznie, po czym zwraca się do Niklasa. Usiłuje nie patrzeć na plamę na jego krawacie.

– Przepraszam, nie dosłyszałam, co mówiłeś.

Niklas się rumieni.

– Wiesz, pytałem tylko, czy też pracujesz w branży inwestycyjnej.

– Nie, zajmuję się oceną ryzyka. Głównie miękkim sektorem.

Niklas ma pytający wyraz twarzy. Laura pojmuje, że musi rozwinąć odpowiedź.

– Oceniamy ludzi. Staramy się określić, czy warto kogoś zatrudnić albo awansować. Znasz pojęcie screening?

– Masz na myśli, że sprawdzacie rejestr karny i tak dalej?

Laura zgaduje z tonu głosu, że rozmówca jej nie rozumie, co nie jest takie dziwne. Zakres jej działalności jest, delikatnie mówiąc, wąski.

– Rejestr karny to tylko mała część. Usiłujemy stworzyć możliwie najpełniejszy profil danej osoby. Sprawdzamy sytuację finansową i rodzinną, rozmawiamy z dawnymi nauczycielami, pracodawcami, kolegami z pracy. Przeprowadzamy w sumie ponad sto różnych kontroli, a niekiedy nawet wywiady głębokie.

Nie wspomina, że te ostatnie to jej specjalność; nie chce niepotrzebnie przestraszyć Niklasa. Faktem jest, że już bardzo dużo o nim wie – w każdym razie wie o najistotniejszych rzeczach. I wie, że – cokolwiek Steph by powiedziała – nie zamierza więcej spotkać się z tym facetem.

– Jakich klientów macie?

Dobre pytanie, to mu trzeba przyznać. Gdyby to był wywiad, narysowałaby na skraju formularza mały zakrętas oznaczający, że gość jest bystrzejszy, niż wygląda.

– Najczęściej są to firmy rekrutacyjne – odpowiada. – Ale także przedsiębiorstwa i instytucje, w których przeprowadza się wewnętrzne awanse na stanowiska kierownicze i podobne wyższe funkcje. Czasem zgłaszają się do nas inwestorzy, którzy chcą wiedzieć, z jakimi kontrahentami mają do czynienia.

– Inwestorzy tacy jak Stephanie?

– Właśnie.

Laura chce teraz zrewanżować się za uprzejmość i spytać Niklasa o jego pracę, ale samiec alfa wtrąca się w ich konwersację. Gość ma około pięćdziesiątki i Laura nie musi patrzeć na wizytówkę, aby poznać jego nazwisko.

– Mówiłaś, że zajmujesz się rekrutacją na wysokie stanowiska?

Samiec alfa przyciągnął już uwagę całego towarzystwa, w związku z czym spojrzenia wszystkich kierują się na Laurę.

– Nie – odpowiada sucho Laura, bo już rozumie, do czego facet zmierza. Ale on nie daje się tak łatwo zbyć.

– Widzisz, szukam nowych wyzwań.

Laura kręci głową.

– Tak jak powiedziałam, nie zajmuję się rekrutacją na stanowiska kierownicze.

Ale samiec alfa nie słucha.

– Zwykle już podczas pierwszego roku pracy podnoszę obroty firmy o dziesięć procent – mówi. – Był o mnie w zeszłym tygodniu artykuł we „Współczesnym Przemyśle”1, widziałaś go?

Laura zwraca się demonstracyjnie w stronę Niklasa, ale samiec alfa nie rozumie jej gestu.

– Łowcy głów dzwonią do mnie przynajmniej raz w miesiącu – kontynuuje. – Czasem proponują wręcz fantastyczne wynagrodzenie. Ale ja szukam odpowiedniego wyzwania. To w jakiej firmie pracujesz, Lena?

Steph włącza się, uniemożliwiając Laurze ostrą odpowiedź .

– Tobias, Laura jest dyrektorem własnej firmy. Ocenia takich jak ty, wyszukuje słabe punkty. The skeletons in your closets, trupy w szafach. Lepiej na nią uważaj.

Tu i tam rozlegają się śmiechy i gdyby Tobias miał odrobinę taktu, porzuciłby temat. On jednak przechyla się przez stół w stronę Laury.

– Ach, tak? To jak byś mnie oceniła, Lauro? Jakie są moje słabe strony?

Uśmiecha się szeroko, pokazując świeżo wybielone zęby, a niektórzy z gości zdają się brać jego stronę. Laura dostrzega spojrzenie Steph; oczywiście powinna się przymknąć, ale Tobias alfa wygląda na tak zadowolonego z siebie, jak to potrafi tylko pewien określony typ mężczyzn. Naprawdę sam się o to prosi.

Steph kręci głową, ale Laura decyduje się przestać patrzeć w jej stronę.

– Wiesz, miałem do czynienia z wieloma takimi jak ty – przechwala się Tobias. – Psycholodzy amatorzy, którzy myślą, że można ocenić człowieka, jak tylko wypełni jakiś pieprzony test. Wymień swoje trzy największe słabości. Jaki kolor kojarzy ci się z twoją osobowością? Gdybyś był samochodem, to jakiej marki? Wszystko to cholerne bzdury.

Śmieje się w głos i znów zdobywa poparcie kilkorga gości, głównie mężczyzn. Wzmaga to jego pewność siebie, znów przechyla się przez stół i wyciąga palec wskazujący. Jego paznokieć pokrywa cienka warstwa jakiejś lepkiej substancji.

– Ale niech ci będzie, Lauro, pokaż mi, co potrafisz!

– Okej, ale pamiętaj, że to był twój pomysł.

Laura pociąga łyk wody i odstawia szklankę, dokładnie przyglądając się Tobiasowi. Przesuwa spojrzenie od zaczerwienienia na czole tuż pod linią włosów poprzez tors po dłonie. Przy stole zapada całkowita cisza.

– Jesteś żonaty – zaczyna Laura. – Ale to nie jest twoja żona.

Lekko kiwa głową w kierunku młodszej o dwadzieścia lat kobiety, która przyszła z Tobiasem i siedzi dwa krzesła dalej.

– Przyjechałeś swoim drogim samochodem, żeby go jej pokazać. To mógłby być samochód włoskiej marki, ale potrzeba trochę czasu, aby nauczyć się dobrze prowadzić włoskie auto, a ty nie należysz do osób cierpliwych, więc zadowolę się przypuszczeniem, że to jest trochę łatwiejsze w prowadzeniu porsche.

Tobias mruga zaskoczony.

– Wypiłeś już za dużo, ale i tak masz zamiar wrócić samochodem, bo nie chcesz zostawić swojej drogiej zabaweczki zaparkowanej na ulicy. To oznacza, że nie obchodzą cię ryzyko ani konsekwencje, jakie twoje postępowanie może mieć dla ciebie i innych. Ponieważ przyjechałeś samochodem, nie mieszkasz w centrum, ale na luksusowym przedmieściu, takim jak Lidingö lub Djursholm. Przesadnie przeciągasz głoskę „i”, co wskazywałoby na Lidingö, ale twoja intonacja sugeruje, że urodziłeś się i wychowałeś gdzieś na zachodnim wybrzeżu.

Laura przerywa, daje Tobiasowi trochę pocierpieć i nadal unika wzroku Stephanie. To jest wręcz za łatwe. I zabawne.

– Twój zegarek to rolex, garnitur jest od Brioniego, krawat od Fendiego – podejmuje. – Krawat jest oczywiście czerwony, bo przeczytałeś w czyjejś autobiografii, że to kolor władzy. Nawiasem mówiąc, nie czytasz niczego poza autobiografiami. A niedawno przeszedłeś transplantację włosów.

Laura prostuje się na krześle. Stara się nie wyglądać na przesadnie zadowoloną z siebie.

– Podsumowując, Tobias, jesteś ryzykantem i chodzącym kryzysem wieku średniego. Co sądzisz o tej ocenie?

Przy stole nadal jest cicho jak makiem zasiał. Tobias spazmatycznie chwyta powietrze, jakby miał za chwilę eksplodować.

Nagle Stephanie wybucha śmiechem. Jej głośny, zaraźliwy śmiech udziela się innym i wkrótce poprawia nastrój.

– Nie mów, że cię nie ostrzegałam – mówi Steph, gdy śmiech zaczyna przechodzić w wesoły, przyciszony gwar. – Laura jest fucking, cholernie niebezpieczna.

Tobias opróżnia kieliszek.

– Skąd, do cholery, wiesz to wszystko?

W jego głosie brzmi uraza, ale także coś w rodzaju podziwu.

– Naprawdę cię to interesuje? – pyta Laura.

Gwar przy stole znów cichnie. Laura patrzy na Tobiasa ze spokojem.

– Czytałam artykuł o tobie we „Współczesnym Przemyśle”. Była w nim mowa o tym, skąd pochodzisz, gdzie mieszkasz i że jesteś od wielu lat żonaty. Ale twoja towarzyszka nie nosi obrączki. – Laura wskazuje głową na młodą kobietę, której dłonie na obrusie są w pełni widoczne. – Poza tym na zdjęciu w gazecie miałeś wyższe czoło.

A na palcach masz coś lepkiego, pewnie jakiś preparat przeciwdziałający nieudanej transplantacji włosów, bo nie wyobrażasz sobie niczego gorszego niż bycie łysym – tę ostatnią informację zachowuje dla siebie. Mimo wszystko są jakieś granice.

Tobias znów jest czerwony na twarzy. Szok i zdumienie zdążyły minąć. Teraz jest wściekły, upokorzony i zapewne rozważa intensywnie, czy ma nazwać ją suką, zerwać się i wyjść, czy udawać, że nadstawia drugi policzek i potrafi elegancko przegrać. Laura przypuszcza, że wybierze to drugie. Wszystko inne byłoby głupie.

– A samochód? – pyta Niklas. – Skąd wiedziałaś, że ma porsche?

Laura wzrusza ramionami.

– Przyjechał tu zaraz po mnie i zaparkował przed domem. Kiedy wchodziłam, widziałam, jak wysiadają z samochodu.

Następuje kolejny wybuch śmiechu. Tobias siedzi bez ruchu, z zakłopotanym uśmiechem, i nawet udaje, że uczestniczy w ogólnej wesołości. Mądra decyzja. Jedna z kobiet przy stole niemal dusi się ze śmiechu. Sięga po szklankę z wodą, przewraca ją, a kiedy się pochyla, jeden kosmyk włosów za bardzo zbliża się do płonącej na stole świecy. Laura widzi, na co się zanosi, i otwiera usta, by ostrzec kobietę. Ale jest za późno. Gwałtowny błysk płomienia, potem krzyk.

Po chwili wszystko jest opanowane. Lok się spalił, płomień został ugaszony. Pozostają tylko wzburzone głosy i ostra woń spalonych włosów. Uwaga wszystkich jest zwrócona na tę kobietę, więc nikt nie dostrzega, że Laura wstaje i wymyka się z pokoju. Czuje skurcz żołądka i pot na karku.

Udaje jej się zamknąć drzwi toalety, odkręcić zimną wodę i odsunąć włosy z twarzy. Wymiotuje do umywalki.

Płucze usta, kilka razy wyciera nos, żeby usunąć z niego zapach spalonych włosów. Nie może jednak pozbyć się tej woni. Spogląda w lustro. Stwierdza, że jest jeszcze bledsza niż zwykle, o ile to możliwe.

– Uspokój się – mamrocze. – Uspokój się wreszcie.

Po chwili czuje się lepiej. Nasłuchuje, co dzieje się w jadalni. Wzburzone głosy ucichły. Lekki powiew wskazuje na to, że ktoś otworzył okno.

Teraz, po fakcie, dochodzi do wniosku, że ośmieszenie Tobiasa nie było dobrym pomysłem. Gdyby nie zrobiła tego przedstawienia, ta kobieta nie podpaliłaby sobie włosów, a ona sama nie stałaby tutaj, spłukując wymiociny z marmurowej umywalki Stephanie.

Ból głowy się nasilił i najchętniej pojechałaby teraz do domu, zamknęła drzwi za sobą i odizolowała się od wszystkich ludzi. Ale nie chce zawieść Steph.

Wyjmuje z torebki komórkę. Jeden SMS i dwa nieodebrane połączenia. Pierwsze z nich jest z kontaktu, który nazywa się „Andreas eksmąż/stalker”. Jeden z żarcików Steph, którego nie miała siły skorygować. To była jej własna wina, bo na kilka sekund zostawiła komórkę bez nadzoru. Poza tym to określenie nie jest całkiem błędne.

Ponad rok po rozwodzie Andreas nadal dzwoni prawie codziennie. W ostatnich tygodniach rozmowy stały się jeszcze częstsze. Oczywiście powinna powiedzieć mu, żeby przestał. Wyjaśnić mu, że oboje powinni iść naprzód, każde swoją drogą. Jednak tego nie zrobiła.

Drugie połączenie jest z nieznanego numeru. Telefon stacjonarny z numerem kierunkowym, który budzi jakieś słabe skojarzenia. Laura otwiera w komórce wyszukiwarkę. Okazuje się, że to numer kancelarii adwokackiej Håkansson w Ängelholm. Na widok nazwy miejscowości w tyle głowy odzywa się cichy sygnał ostrzegawczy. Laura oddzwania, zanim zdążyła się zastanowić. Właściwie nie spodziewa się, że ktoś odbierze telefon w piątek o ósmej wieczorem.

– Håkansson.

Mężczyzna, który odebrał telefon, mówi twardym, skańskim dialektem, jak prezenter programów muzycznych Sten Broman.

– Dobry wieczór, nazywam się Laura Aulin. Dzwonił pan do mnie mniej więcej godzinę temu.

– Ach, tak. Dobrze, że pani oddzwania. – Słychać szelest papieru. – Chodzi o pani ciotkę Heddę. Heddę Aulin. Czy ostatnio pani z nią rozmawiała?

Sygnał ostrzegawczy brzmi coraz głośniej i Laura czuje powracające mdłości.

– My… nie utrzymujemy kontaktu.

– Nie?

– Nie, od wielu lat. Czy coś się jej stało?

Chwila ciszy jest odpowiedzią na pytanie. Laura przełyka ślinę.

– Przykro mi, ale niestety pani ciocia zmarła.

– Kiedy?

– Prawdopodobnie w nocy z niedzieli na poniedziałek.

Nagle pojawia się mrowienie pleców. Bolesna mieszanina ciepła i zimna, jakiej nie czuła od wielu lat, w każdym razie na jawie.

– No cóż… – kontynuuje Håkansson – pani ciocia niedawno skontaktowała się ze mną. Chciała sporządzić testament. Pani jest jedyną spadkobierczynią. – Milknie, czeka, aby Laura coś powiedziała, ale ona nie wie, co mówić.

– Jak pani zapewne rozumie, trzeba podjąć pewne praktyczne decyzje dotyczące spadku – podejmuje prawnik.

– Tak… Tak, rozumiem – wydusza z siebie Laura. – Czy mogę zadzwonić jutro?

– Wystarczy, jeżeli zadzwoni pani w poniedziałek. Nie ma wielkiego pośpiechu. Jeszcze raz wyrazy współczucia. Pani ciocia była… – Håkansson przerywa, jakby szukał właściwego słowa – bardzo szczególną kobietą.

Rozmowa się kończy, a Laura nadal stoi z komórką przyciśniętą do ucha. Skóra na plecach płonie ogniem, krople potu spływają wzdłuż kręgosłupa. Reszta jej ciała jest lodowato zimna.

Inne książki tego autora