Wiosenna ofiara

Tekst
Z serii: Czarna Seria
Z serii: Kwartet sezonowy #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

16

„Z pewnością mówiłam ci o ojcu Davida? Bertil cierpi na demencję, ale ani David, ani Ingrid nie chcą tego przyjąć do wiadomości. Czepiają się chwil, w których Bertil myśli jasno, zrzucają winę na zmęczenie, przeziębienia, niewłaściwe lekarstwa. Wspierają się nawzajem w zaprzeczaniu, podczas gdy Bertil powoli znika we własnym umyśle. Przepraszam, nie chciałam cię zasmucić. Niektóre rzeczy są niezmiernie smutne. Utrata ukochanej osoby jest wystarczająco ciężka. Tracenie kogoś powoli, aż pozostanie tylko pusta skorupa, jest prawie nie do zniesienia”.

Jedzą kolację u rodziców Davida. Dom, który kiedyś należał do rodziców Ingrid, znajduje się w centrum Tornaby i jest jednym z najstarszych i największych we wsi. Duży garaż, domek gościnny na skraju pieczołowicie utrzymanego ogrodu. Po prawej stronie frontowych drzwi wisi coś, co Thea rozpoznaje. Zielony Człowiek, tym razem wykonany z jasnozielonych gałązek czeremchy, nie jeżyny.

– Witamy. Właśnie mówiłam Bertilowi, jak świetnie poszło nagranie dla telewizji. – Ingrid nieoczekiwanie przytula ją serdecznie. – Uratowałaś całe przedstawienie – szepcze Thei do ucha. – Ale nic nie mów Davidowi.

Po powitalnym drinku David i jego matka znikają w kuchni i zostawiają Theę w bibliotece z Bertilem. Właściwie nie ma nic przeciwko temu. Lubi go, chociaż spotkali się ledwie kilka razy. David jest bardzo podobny do ojca. Ta sama kanciasta twarz i wydatny nos. Mają nawet mniej więcej takie same starannie przystrzyżone brody, chociaż broda Bertila jest biała i nieco przerzedzona.

Biblioteka to duży pokój z regałami przyśrubowanymi do ścian. Jedna ze ścian jest pokryta oprawionymi fotografiami, plakietkami, proporczykami i innymi dowodami uznania, których jest tak wiele, że ledwo widać tapetę. Większość fotografii przedstawia Bertila z wysokimi urzędnikami, politykami, biznesmenami i gwiazdami sportu. Jej teść jest na wszystkich zdjęciach elegancko ubrany. Tylko wyjątkowo pozuje bez marynarki. Thea rzeczywiście nigdy nie widziała go bez krawatu. Dzisiejszy wieczór nie jest wyjątkiem, chociaż zamienił marynarkę na rozpinany sweter.

Na jednym ze zdjęć David ma około dziesięciu lat. Stoi z Ingrid przed ośnieżonym sztokholmskim ratuszem obok młodego mężczyzny w czapce z daszkiem i staroświeckim mundurze policyjnym. To musi być młodszy brat Ingrid, Arne, może po egzaminie na policjanta. Mundur i czapka wyglądają na trochę za duże, a wąsik na górnej wardze nie pasuje do dziecinnej twarzy.

Boże Narodzenie 1985, informuje napis na dole. Zaledwie cztery miesiące przed śmiercią Elity Svart.

Po drodze zamierzała zapytać Davida o wiosenną ofiarę, ale bez przerwy rozmawiał przez telefon, więc nie miała szansy.

Dalej wodzi wzrokiem po ścianie. Na innym zdjęciu David ma niecałe trzydzieści lat i stoi w stroju szefa kuchni przy drzwiach swojej pierwszej restauracji, obejmując ramieniem matkę. Wygląda na szczęśliwego, Ingrid też. Spogląda na syna wzrokiem przepełnionym dumą.

Najładniejsze zdjęcie wisi na środku ściany. To ślubna fotografia Bertila i Ingrid. Są tak młodzi, prawdopodobnie nie mają więcej niż dwadzieścia lat. Ich twarze są tak gładkie i niewinne. Ale Thei najbardziej podobają się ich oczy. Patrzą na siebie z miłością, która wciąż, po prawie czterdziestu pięciu latach, promieniuje ze zdjęcia.

Niska oszklona gablota pod fotografiami uzupełnia kolekcję pamiątek. Puchary, talerze pamiątkowe, wazony; większość z wygrawerowanymi gratulacjami, datami lub nazwami nagród.

– Zobacz, Thea.

Bertil otwiera drzwi szafki i wyjmuje cynowy puchar. Nie jest największy w kolekcji, ale najważniejszy, Thea już to wie.

– Mistrzostwa Szwecji w brydżu w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym roku – mówi z dumą. – Wygraliśmy cały turniej!

Thea kiwa głową, udając, że nie pokazywał jej pucharu, kiedy była tu ostatnim razem.

– Super, Bertil!

Jej teść uśmiecha się radośnie. Wygląda młodziej niż na siedemdziesiątkę, którą skończy w przyszłym roku. Radosny wyraz twarzy znika i zostaje zastąpiony zdezorientowanym, gdy tylko odstawia puchar na miejsce w szafce.

– Jak idzie z tym… – Bertil unosi rękę i marszczy brwi.

– …zamkiem – uzupełnia Thea. – Myślę, że dobrze. David bardzo ciężko pracuje.

Bertil kiwa głową, ale wygląda na zirytowanego, jakby nie chodziło mu o zamek. Jego wzrok trochę się rozjaśnia.

– Przepraszam. Zacząłem brać nowe lekarstwo, trochę mnie to… – Puka się w skroń. – Usiądziemy? Siada w jednym ze skórzanych foteli. Daje jej znak, żeby zajęła drugi. – A jak praca? – pyta. – Jak idzie z…

– Dobrze, dziękuję, zaczęłam dzisiaj. Jako lekarz rejonowy – odpowiada Thea. – Przejmę etat po Sigbritt Andersson.

Bertil upija łyk drinka ze szklanki, którą Ingrid postawiła obok popielniczki i fajki.

– Podoba ci się w Bokelund?

– Tak.

– Poznałaś hrabiego Rudolfa? – Bertil kręci głową poirytowany. – Nie, mam na myśli jego syna, Huberta.

– Nie, widziałam go tylko z daleka. – Przypomina sobie twarz, którą zobaczyła w oknie podczas burzy. Smutny człowiek w zachodnim skrzydle.

Bertil powoli kiwa głową.

– Tylko uważaj. W Bokelund wydarzyło się wiele nieszczęść.

– Co masz na myśli?

Teść marszczy brwi. Znowu wygląda na zirytowanego, jakby zamierzał powiedzieć coś innego.

– Jak… – mówi po chwili namysłu. – Jak idzie z… – Znowu wykonuje ten sam gest ręką, jak gdyby próbował uchwycić właściwe słowo.

Thea zdaje sobie sprawę, że rozmowa dobiegła końca. Bez względu na to, kim był kiedyś ojciec Davida, jakich ludzi spotkał i jakich rzeczy dokonał, teraz podąża ku wielkiej niepamięci. Ta myśl ją zasmuca.

– Jedzenie na stole! – woła bardzo radośnie Ingrid z holu. Na dźwięk jej głosu Bertil się rozpromienia.

– Tak, tak. Siadajmy do stołu, moja droga.

Wstaje z krzesła i dwornie służy jej ramieniem.

Przy przystawce gawędzą o zamku, inauguracyjnej kolacji, pogodzie, telewizyjnym reportażu. Mówią głównie Ingrid i David. Bertil siedzi w milczeniu u szczytu stołu i koncentruje się na jedzeniu, a Thea nie ma zbyt wiele do dodania.

– Jak ci minął pierwszy dzień w pracy, Thea? – pyta matka Davida w przerwie przed głównym daniem.

– Dziękuję, dobrze. Doktor Andersson pokazała mi przychodnię, a potem byłyśmy z wizytą u Kerstin Miller w leśniczówce.

– Jak się czuje panna Kerstin? Nie jest poważnie chora, prawda? – pyta David.

– Ma tylko lekką grypę. Wydaje się, że trudno ją powstrzymać przed przedwczesnym powrotem do pracy.

Thei wydaje się, że Ingrid niespokojnie spogląda na swojego męża. Ale Bertil jest całkowicie pochłonięty jedzeniem i chyba nie słucha ich rozmowy.

– Usłyszałam tam pewną starą historię – mówi Thea.

– Aha. Jaką historię? – pyta Ingrid.

Thea waha się przez chwilę, ale zdaje sobie sprawę, że powiedziała zbyt wiele, by nie odpowiedzieć.

– O Elicie Svart.

Widelec Bertila upada na talerz z głośnym brzękiem. Twarz teścia nagle staje się szara jak popiół.

– Wiosenna ofiara – mówi nieoczekiwanie dźwięcznym głosem. – Biedne dziecko. Nie wolno nic nikomu mówić. Nigdy, nigdy, nigdy…

Urywa, a potem wybucha gwałtownym płaczem.

17

Noc Walpurgii 1986

Kopyta i rogi, kopyta i rogi. Wszystko, co umiera, to się odrodzi.

To wierszyk, którego Eva-Britt mnie nauczyła, kiedy byłam mała. Ona i Lola zawsze go recytują, kiedy mieszają zioła.

– Co to znaczy? – spytałam.

– Śmierć jest warunkiem nowego życia, Elitko – odpowiedziała Eva-Britt. – Wielu ludzi boi się myśli o śmierci. Sądzą, że wszystko się kończy. Ja się nie boję. Nic się nie kończy. Teraz mówimy to razem:

Kopyta i rogi, kopyta i rogi. Wszystko, co umiera, to się odrodzi.

Teraz już lepiej, prawda?

Per Nyberg i jego ojciec znaleźli jelonka w zagrodzie koło lasu zamkowego. Doprowadziły ich tam padlinożercze ptaki. Ogromne stado wron krążących nad martwym zwierzęciem było widać i słychać z drogi. Brzuch zeszłorocznego cielaka był rozszarpany. Wrony i inni padlinożercy zdążyli zrobić swoje, ale dziura w gardle była nadal dobrze widoczna.

Który to?

Erik Nyberg zdjął czapkę i otarł czoło rękawem kurtki.

Trzeci. Hrabia się nie ucieszy.

Chodził wokół po trawie, szukając śladów.

Dalej wierzysz, że to wilki albo rysie? odezwał się Per.

– A masz lepsze wyjaśnienie?

Odpowiedź przyszła szybko i trochę zbyt gorączkowo. Ojciec zatrzymał się i przykucnął w trawie.

– Co znalazłeś?

Erik nie odpowiedział. Per podszedł i spojrzał przez ramię ojca. Na ziemi widniały ślady w kształcie litery U.

– Końskie kopyta?

Erik wstał szybko, otrzepał ziemię z kolan.

– Stare ślady – mruknął. – Nie mają z tym nic wspólnego.

Wskazał głową na martwego jelenia.

– Trzeba jeszcze raz przejrzeć zagrodę. Gdzieś w płocie musi być dziura, musieliśmy ją przegapić. Ale najpierw mamy sprawę do Czarnej Zagrody.

Nazwa gospodarstwa sprawiła, że serce Pera zabiło szybciej. Z trudem ukrywał wzruszenie.

– Jaką sprawę? – spytał, siląc się na obojętność.

– Wypowiedzenie umowy najmu.

– O, cholera. Czemu?

– Bo hrabia sprzedaje ziemię wojsku.

– A co będzie z Lassem i jego rodziną?

Erik wzruszył ramionami.

– To nie nasz problem. Hrabia robi ze swoją ziemią, co chce. Bierz się do roboty.

Ojciec złapał martwe zwierzę za tylne nogi. Per sięgnął do kieszeni kurtki w poszukiwaniu rękawic i zdał sobie sprawę, że zostawił je w samochodzie. Czuł wzrok ojca. Erik patrzył na jego gładkie dłonie.

– Bierz to, Per. W tej pracy czasem trzeba trochę ubrudzić sobie ręce. Człowiek się do tego przyzwyczaja.

 

Chłopak niechętnie złapał zwierzę za przednie nogi. Sierść była szorstka i zimna. Powstrzymał dreszcz.

Ponieśli między sobą martwego jelenia w kierunku samochodu. Per starał się nie patrzeć na dziurę w gardle zwierzęcia. Plamy ciemnoczerwonej krwi na białym brzuchu. Wielkie, błyszczące oczy odbijające niebo. Wszystko było takie twarde, takie brutalne. Tak dalekie od tego, co naprawdę chciał robić. Od tego, kim chciał być.

Pomyślał o Elicie. O swoich marzeniach.

Serce zabiło mu mocniej, policzki poczerwieniały. Spojrzał z niepokojem na ojca, żeby zobaczyć, czy coś zauważył. Ale mężczyzna wydawał się całkowicie skoncentrowany na martwym jeleniu. Jego wargi poruszały się lekko, mamrocząc ledwie słyszalne słowa: „Natura jest głodna, a Zielony Człowiek galopuje przez lasy”.

18

Podczas jazdy do domu atmosfera jest napięta.

– Przepraszam – mówi Thea, próbując poprawić nastrój. – Naprawdę nie wiedziałam…

– W porządku – mamrocze David. – Tata nie jest sobą. Mama bardzo liczyła na ten nowy lek, ale nie pomaga. Przynajmniej jeszcze nie.

– Jak myślisz, co znaczyło to, co powiedział?

– Na pewno nic. Tacie wszystko się myli. Imiona, ludzie, zdarzenia. Wydaje się, że wszystko zlewa mu się w jedno.

– Ale pamiętał Elitę Svart. Sigbritt Andersson opowiedziała mi całą historię. Byliście tam wszyscy czworo. Ty, Nettan, Sebastian i J-O. Widziałeś, jak brat Elity… – Urywa. – Dlaczego nigdy mi o tym nie opowiedziałeś?

David wzdycha.

– To było tak dawno temu. Nie chcę grzebać w przeszłości.

– Ale to musiało być okropne. Widzieć swoją koleżankę…

– Elita Svart nie była naszą koleżanką. – Ton głosu Davida staje się ostry.

– Nie? Myślałam…

– Więc się pomyliłaś. – Przez chwilę milczy. – Elita miała szesnaście lat. Na dodatek była cholernie rozwiniętą szesnastolatką. My mieliśmy zaledwie dwanaście lat. Małe nerdy z szóstej klasy, grające w gry planszowe w naszym domku gościnnym. Dla nas Elita była nieosiągalna. Kiedy nagle zainteresowała się nami, była to dla nas niesamowita sprawa. Sprawiła, że poczuliśmy się wybrani. Była w tym dobra. Wiedziała dokładnie, jak to zrobić.

Zwalnia, skręca w lewo, wyjeżdża z wioski i rusza wąską drogą w kierunku zamku. Oświetlenie uliczne gaśnie, a wokół samochodu zapada ciemność.

– Co Elita z tego miała? – pyta Thea.

– Naprawdę nie wiem. Może po prostu lubiła być w centrum uwagi. W każdym razie zaczęła nam przydzielać drobne zadania. Kupić słodycze, przynieść ubranie czy książki, zanieść komuś wiadomość. Staliśmy się jej sekretnymi małymi sługami, ale chorą rzeczą było to, że bardziej niż chętnie odgrywaliśmy tę rolę. Byliśmy całkowicie oczarowani Elitą.

Kręci głową, jakby trudno mu było uwierzyć we własną historię.

– Mimo że była menelką?

Znów to słowo. Gorzkie jak żółć.

– Tak o niej inni mówili za jej plecami. Głównie dorośli.

– Twoi rodzice?

David robi potwierdzający grymas.

– Elita kazała nam obiecać, że nikomu nie powiemy o tym, co dla niej robimy. Nie było to trudne. Żadne z naszych rodziców nie zaakceptowałoby tego, że się z nią spotykamy, co oczywiście czyniło całą sprawę jeszcze bardziej ekscytującą.

Milczy.

– Co się zdarzyło w tamtą noc Walpurgii? – próbuje się dowiedzieć Thea.

Cisza. David ściska kierownicę, wpatrując się w drogę. Wygląda na to, że zbiera myśli, by zacząć opowiadać.

Pojawiają się znikąd. Reflektory oświetlają czarne stworzenia o garbatych grzbietach zapełniające drogę.

David wciska hamulec i gwałtownie kręci kierownicą, opony szorują o asfalt. Thei udaje się złapać uchwyt pod sufitem, gdy samochód gwałtownie skręca. Przejeżdża przez krawędź rowu i wpada w pole rzepaku. Przednie koła wbijają się w miękką ziemię. Auto zatrzymuje się, silnik gaśnie.

Na kilka sekund zapada absolutna cisza. Oboje siedzą nieruchomo.

– Wszystko w porządku? – odzywa się wreszcie David.

Thea kiwa głową. Serce tłucze się w klatce piersiowej. Powietrze w kabinie jest gęste, przepojone wonią benzyny i spalin.

– C-co to do cholery było? – wykrztusza.

– Dziki. Całe pieprzone stado.

David wysiada i okrąża samochód, aby sprawdzić uszkodzenia. Thea słyszy, jak klnie. Dołącza do niego, by dotrzymać mu towarzystwa. Zimne powietrze przyprawia ją o dreszcze. Jest ciemno, ale mimo to wyraźnie widać, że przednie koła wbiły się w ziemię. Jeden z reflektorów zgasł. David wskakuje z powrotem do samochodu, uruchamia go i próbuje wycofać auto. Fontanny ziemi i połamanych roślin tryskają spod opon, a w efekcie samochód grzęźnie jeszcze głębiej.

– Kurwa! – David uderza w kierownicę. Wysiada i kopie oponę.

– Wezwać pomoc drogową? – pyta Thea.

– Do diabła, nie możemy tego zrobić! Oboje piliśmy wino do obiadu. Jeśli ratownik wezwie policję i wsadzą mnie za jazdę po pijanemu, wszystko szlag trafi. – Bierze kilka głębokich oddechów. Rozkłada ręce w przepraszającym geście. – Chodzi mi o to, że nie możemy ryzykować żadnych negatywnych wiadomości. Nie teraz, tuż przed inauguracyjną kolacją.

Mogłeś o tym pomyśleć, zanim usiadłeś za kierownicą, przebiega Thei przez głowę, ale postanawia zachować tę uwagę dla siebie. Właściwie mogła temu zapobiec, zaproponować, żeby zadzwonili po taksówkę.

– To co robimy? – pyta. David gryzie paznokieć kciuka.

– Zadzwonię do kogoś, kto może nam pomóc. Usiądź na razie w samochodzie, bo zmarzniesz.

Thea stosuje się do jego rady. Przez chwilę wdycha zapach spalin, potem zamyka drzwi. Słyszy, jak David rozmawia przez komórkę, ale nie wie z kim.

Trudno jej zrozumieć, że nigdy wcześniej nie mówił jej o Elicie Svart. Lecz przecież tyle jest rzeczy, których ona mu nie powiedziała. Rzeczy, których nie powiedziała nawet Margaux. Rzeczy, z których powodu historia Elity tak ją dotyka. Jest jej tak bliska.

Odchyla głowę do tyłu i zamyka oczy. Głos Davida sprzed samochodu zamienia się w ciche mamrotanie. Zastępuje go głos Ronny’ego.

Jenny, Jeeenny!

Otwiera oczy i widzi zbliżające się światło. Potężne reflektory, którym towarzyszy warkot dużego silnika. Ciągnik z podwójnymi oponami z przodu i z tyłu toczy się po jezdni i zatrzymuje ledwie kilka metrów za ich samochodem. Kierowca wysiada z kabiny i podaje rękę Davidowi. Thea wychodzi do nich. Osłania oczy przed światłem i czeka, aż David ją przedstawi, ale kierowca ciągnika go uprzedza. Ma nieco ponad pięćdziesiątkę, na sobie polarową kurtkę, spodnie robocze i ciężkie buty. Jego włosy i zarost są siwe, a oczy tak intensywnie niebieskie, że widać to mimo ciemności. Zdejmuje jedną rękawicę.

– Cześć, jestem Per Nyberg. Sąsiad. U nas na wsi sąsiedzi mówią sobie po imieniu.

Jego ręka jest zaskakująco miękka.

– Thea Lind.

– Mieszkam w Engsgården. To my dzierżawimy większość gruntów zamkowych. To znaczy mój ojciec Erik i ja. – Uśmiecha się szeroko. – Nawiasem mówiąc, tata jest jednym z twoich pacjentów. Jeśli się nie mylę, jutro masz do niego przyjechać. Musisz wiedzieć, że staruszek bywa trochę zrzędliwy, ale nie jest taki zły.

Mruga do niej w sposób, który można byłoby uznać za niemal zalotny, po czym zwraca się do Davida:

– Dziki, mówisz. Nie dziwię się. Pogłowie rosło wykładniczo, odkąd byliśmy mali. Wyrządzają poważne szkody na polach. – Ogląda samochód. – Miałeś szczęście, że zdążyłeś skręcić. Wjechać w stado dzików to niefajna sprawa. Jak zderzenie z betonową zaporą.

Per wraca do ciągnika. Luzuje łańcuch owinięty wokół obciążników i mocuje go z tyłu samochodu.

– Usiądź za kierownicą, David, a ja cię pociągnę. Thea, cofnij się trochę, żeby nie stać zbyt blisko łańcucha, na wypadek gdyby spadł.

Per wsiada do kabiny i wrzuca bieg. Cofa powoli, aby ostrożnie rozciągnąć łańcuch. Już po kilku minutach samochód stoi na drodze. Wygląda dość żałośnie tylko z jednym działającym reflektorem i zabłoconymi bokami.

– Bardzo dziękuję za pomoc, Per – mówi David. – Słuchaj… byłoby dobrze, gdyby ta sprawa została między nami.

– Jasne. Nie martw się, to nie pierwszy samochód, który wyciągnąłem z rowu. Tu na wsi pomagamy sobie nawzajem. I zachowujemy dyskrecję, prawda?

Odwraca się do Thei i ponownie mruga w ten trudny do interpretacji sposób.

– Miło było cię poznać, Thea. Mam nadzieję, że niedługo znów się zobaczymy.

19

Noc Walpurgii 1986

Leon zawsze bał się ojca. Skradał się pod ścianami ze spuszczonym wzrokiem. Podskakiwał ze strachu za każdym razem, gdy Lasse podnosił głos.

– Leon to podrzutek, kukułczy pisklak, Elito – mówił ojciec. – Niepożądany mały gość, którego trzeba trzymać krótko, żeby nie przejął całego gniazda.

Ale Leon nie jest już mały. Ani zewnętrznie, ani w środku. Coś w nim rosło od dzieciństwa. Coś niebezpiecznego, co w każdej chwili może się wydostać. To mnie przeraża, a jednocześnie przyciąga. Dziwne, prawda?

Arne długo kręcił się przy samochodzie, czekając na powrót Elity. Skorzystał z okazji, by pójść za szopę i wysikać się do kałuży. Stojąc wśród paproci, myślał o tym, jak siedziała na wielkim koniu, kontrolując jego ruchy. Mundurowa koszula kleiła mu się do pleców. Rozluźnił krawat. Zerknął w stronę domu, chyba pięćdziesiąty raz.

Elita pobiegła pędem, gdy tylko usłyszała nadjeżdżający samochód. Wykrzyknęła imię Leona w sposób, od którego wciąż Arnego bolało serce.

Cholera jasna!

Wskoczył do radiowozu. Gumowa mata była zabłocona. Wydawało się, że do kabiny napłynął odór bagien. Arne uruchomił silnik i powoli podjechał pod dom.

Na podwórzu było spokojnie i cicho. Nie pojawiły się nawet psy. Arne odczekał kilka minut, zanim wszedł na schody. Usłyszał wzburzone głosy dochodzące z wnętrza domu. Jeden z nich należał do Lassego.

Położył dłoń na klamce i zawahał się. Naprawdę nie wiedział dlaczego. Był policjantem, mógł wejść do środka, zrobił tak zaledwie godzinę temu.

Głosy w środku stawały się coraz gwałtowniejsze. Przez kilka sekund Arne rozważał, czy odejść, ale obiecał Elicie, że ją podwiezie, a myśl o jej towarzystwie w radiowozie wciąż była kusząca.

Zapukał do drzwi, otworzył je i wszedł do środka. Lasse Svart siedział przy dłuższym boku kuchennego stołu i siłował się na ręce z młodym, krótko ostrzyżonym mężczyzną w mundurze wojskowym. W pewnej odległości na stole stał otwarty kanister bimbru, kilka filiżanek kawy i na wpół zjedzony tort.

Eva-Britt, Lola i Elita były tak skoncentrowane na pojedynku, że nie zauważyły wejścia Arnego.

– Dawaj, Leon! – zawołała Elita.

Strachliwy synek Evy-Britt znacznie urósł, był wyższy od Arnego i szerszy w ramionach. Arne zauważył odznaki na mundurze i zielony beret wsunięty pod jedną z patek na ramionach. Ale najbardziej drażniło go to, jak Elita patrzyła na Leona. Jakby ten gnojek był najbardziej niesamowitą rzeczą, jaką kiedykolwiek widziała.

Najwyraźniej ten głupek dał się nabrać i wciągnąć w siłowanie się z Lassem. Mogło to się skończyć tylko w jeden sposób. Lasse miał ramiona grube jak węże boa i, o ile Arne wiedział, nigdy nie przegrał pojedynku. A teraz przyszła kolej na upokorzenie tego żołnierzyka. Mecz dopiero się rozpoczął, ramiona nadal były wyprostowane, a żyły na grzbietach dłoni mężczyzn nabrzmiewały z wysiłku.

Lasse stosował swoją zwykłą taktykę. Najpierw starał się zmęczyć przeciwnika, po prostu trzymając jego rękę nieruchomo. Potem, kiedy uważał, że przeciągnął sprawę wystarczająco długo, powoli przyciskał rękę przeciwnika w dół, centymetr po centymetrze, a nawet zatrzymywał się czasami, aby pokazać swoją przewagę.

Lasse uśmiechnął się z pewnością siebie, ale Leon nie wydawał się zaniepokojony. Siedział mocno pochylony nad stołem, trzymając tors znacznie bliżej pięści niż Lasse. Nie wyglądał też na tak spiętego, jak powinien w tym momencie. Zamiast tego powoli przechylił górną część ciała o kilka centymetrów w bok, a jego ręka podążyła za tułowiem. Technika wyglądała profesjonalnie, jakby Leon dokładnie wiedział, co robi. To zaniepokoiło Arnego. Na szczęście Lasse powstrzymał ruch Leona, ale jego uśmiech stał się napięty.

– Dawaj, Leon! – Głos Elity sprawił, że Arne poczuł zimno w sercu.

Leon przesunął tułów jeszcze o kilka centymetrów, znów prowadząc za nim rękę. Lasse przestał się uśmiechać, a jego twarz nabrała wyrazu niedowierzania, jakby nie całkiem pojmował, co się dzieje. Leon nadal przesuwał barki, a Lasse robił wszystko, co w jego mocy, by ich ręce za nimi nie podążały. Pot spływał mu ze skroni, a na czole pulsowała gruba żyła. Leon znowu się przesunął.

Jedno z nozdrzy Lassego zadrżało, grzbiet dłoni zaczął wibrować, a potem powoli, powoli zbliżył się do powierzchni stołu. Arne wstrzymał oddech.

 

W małej kuchni zapadła zupełna cisza, jakby wszyscy w niej zdali sobie sprawę z niewyobrażalnej rzeczy, która miała się wydarzyć.

Twarz Lassego zbladła, oczy zmieniły się w dwie grudki węgla. Wargi rozsuwały się, aż całkowicie odsłoniły zęby, a żyła na jego czole wyglądała, jakby miała pęknąć. Ale opór okazał się daremny. Technika Leona była lepsza. Lasse zbliżał się centymetr po centymetrze do nieuniknionej porażki.

W końcu Lasse zerwał się od stołu. Wyszarpnął rękę, przewrócił stół, a kanister z bimbrem, filiżanki z kawą i patera z tortem rozleciały się po całej kuchni. Trzy zalęknione kobiety przycisnęły się do blatu kuchennego. Leon również wstał, ale nie wyglądał na przestraszonego. Był o głowę wyższy niż Lasse i przynajmniej tak samo muskularny. Mimo to wyglądało na to, że Lasse miał zamiar rzucić się na młodszego mężczyznę.

Arne zdał sobie sprawę, że prawdopodobnie powinien spróbować coś zrobić, aby uspokoić sytuację. W końcu był policjantem. Ale ten arogancki mały gnojek zasługiwał na nauczkę.

Lasse podniósł rękę i zrobił krok do przodu. Ten głupi Leon nadal się nie bał. Zacisnął pięści, opuścił brodę i ugiął kolana w sposób, który wskazywał, że dokładnie wie, co robi.

W ostatniej chwili Lasse chyba to zrozumiał. Opuścił rękę i skądś wyczarował duży składany nóż. Uwolnił ostrze kciukiem.

Ktoś gwałtownie wciągnął powietrze i kącikiem oka Arne dostrzegł, że twarze Loli i Evy-Britt zastygły ze strachu. Natomiast Elita, podekscytowana, spoglądała to na Lassego, to na Leona, i wydawała się kompletnie nieświadoma obecności Arnego. W kuchni unosił się ciężki zapach rozlanego bimbru.

Lasse uniósł nóż.

– Ty pieprzony podrzutku! Przyjeżdżasz tu i wyobrażasz sobie, że jesteś kimś. W moim domu, w moim gospodarstwie!

Arne poczuł, że musi zainterweniować.

– Słuchajcie… – powiedział swoim najbardziej dojrzałym głosem i zrobił duży krok do przodu, tak że znalazł się między mężczyznami. – Uspokójcie się…

– Zamknij mordę! – syknął Lasse.

Policjant drgnął, jakby dostał w twarz. Mimo to nie cofnął się. Jedną stopą wdepnął w pozostałości tortu. Smród bimbru szczypał w nos. Co do cholery miał teraz zrobić? Pałka została w samochodzie. Wyjęcie pistoletu z kabury zajęłoby zbyt dużo czasu.

Z podwórza dobiegło szczekanie psa, potem warkot silnika samochodu. Wydawało się, że te odgłosy uspokoiły Lassego. Jednym szybkim ruchem złożył ostrze i schował nóż.

– Posprzątać tu! – syknął do kobiet, ale żadna go nie posłuchała.

Lasse rzucił Leonowi mroczne spojrzenie, okrążył Arnego, nawet na niego nie patrząc, wyszedł i zatrzasnął za sobą drzwi frontowe.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?

Inne książki tego autora