Wiosenna ofiara

Tekst
Z serii: Czarna Seria
Z serii: Kwartet sezonowy #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

9

Noc Walpurgii 1986

Twoja matka jest taka piękna, Elito. Słyszałam to, odkąd byłam dzieckiem. Lola jest piękna, ale krucha. Wierzy we wróżki i leśne duchy. Rozmawia głównie ze swoimi porcelanowymi figurkami. Tata stłukł kiedyś jedną figurkę, białego króliczka, którego mama kupiła na pchlim targu. Eva-Britt godzinami siedziała przy kuchennym stole z klejem i wykałaczkami, aż każdy odłamek znalazł się na właściwym miejscu, a matka przestała płakać. Lola jest jak ten porcelanowy królik. Cały na zewnątrz, ale jednak potłuczony. Eva-Britt jest klejem. To dzięki niej wszystko się trzyma.

Arne dotarł do Czarnej Zagrody tuż przed piątą. Jechał ostrożnie, starając się omijać największe kałuże błota, żeby niepotrzebnie nie pobrudzić radiowozu. Powinien był pojechać do Ljungslöv, postawić samochód w garażu i zawiesić kluczyki na haczyku w wartowni. Ale chciał, żeby Elita zobaczyła go w radiowozie. Ponadto miał ważne wiadomości.

Zaparkował na środku podwórza, wysiadł i poprawił policyjną koalicyjkę z kajdankami, krótkofalówkę i białą kaburę pistoletu. Przyklepał furażerkę i nasunął ją na czoło. Przybiegło stado psów, małych złośliwych terierów, które zawsze go atakowały i skubały nogawki. Arne kopnął w tyłek najbezczelniejszego psa, wpatrując się groźnie w pozostałe, dopóki również nie wycofały się z podkulonymi ogonami.

Nie był tu przynajmniej od kilku lat. Czarna Zagroda wyglądała gorzej, niż ją zapamiętał. Na kilku dachach brakowało gontów, a kalenicę stodoły przykryto zielonym brezentem. Nad całym podwórzem unosił się zapach bagien i wilgoci, na które wcześniej Arne ledwo reagował, ale teraz zmarszczył nos.

Obok schodów do domu stała trochę przekrzywiona tabliczka domowej roboty.

Lars Svart, kowal

Niżej, innymi literami:

Eva-Britt Rasmussen i Lola Svart

Terapia naturalna, masaż koni.

Drzwi frontowe się otworzyły i Eva-Britt wyszła na schody. Wytarła ręce w brudną szmatkę i spojrzała na radiowóz. Potem na niego. Eva-Britt i Ingrid były mniej więcej w tym samym wieku, miały ten sam twardy wyraz twarzy, tak samo ostre języki. Ale Eva-Britt wyglądała na co najmniej dziesięć lat starszą od Ingrid. Jej włosy były już siwe, a usta przeważnie zaciśnięte w gorzkim grymasie.

– A, to ty – mruknęła.

Arne spojrzał na nią i zaczął wchodzić po schodach.

– Nie zaproponujecie mi kawy?

Kiedyś Eva-Britt stanęłaby w drzwiach, zagrodziła mu drogę i kazała iść do diabła. Ale dzisiaj odsunęła się na bok. Wydawało się, że zdaje sobie sprawę, że to nie jest już Arne Niedorajda, mały chłopak na posyłki Lassego, ale ktoś, kogo należy szanować.

W kuchni jak zwykle panował bałagan. Wszędzie poniewierały się butelki, kubki, puszki i miski. Poza tym czuło się ostry odór.

Matka Elity, Lola, stała przy zlewie, podgrzewając na kuchence jakiś wywar. Nie odpowiedziała na jego powitanie. Lola zawsze była ładna: oczy w kształcie migdałów, długie ciemne włosy i porcelanowo biała cera. Wcześniej Arne spoglądał na nią jedynie ukradkiem, ale teraz, kiedy przyjrzał się jej z bliska, dostrzegł, że nie była tak piękna, jak ją zapamiętał. Albo ostatnie lata były dla niej trudne. Jej spojrzenie było nieśmiałe, dłonie zgrubiały, a plecy się przygarbiły. Na krótką chwilę Arnego ogarnęło nieoczekiwane uczucie czułości.

– Co tam robicie, dziewczyny? – spytał łagodnie. Lola szybko odwróciła wzrok, co go zaniepokoiło. Nie chciał jej przestraszyć.

– Nic – syknęła Eva-Britt, stając przed nim z rękami założonymi na piersi, jakby odzyskała część swego dawnego zjadliwego ja. – Poza tym nie masz prawa tak po prostu tu włazić, Arne.

Sposób, w jaki Eva-Britt wymawiała jego imię, zawsze go irytował. Jakby je wypluwała, jakby litery były niesmaczne.

– Mówisz, że nie mam prawa?

Obszedł Evę-Britt i zbliżył się do kuchennego stołu, podniósł jeden z plastikowych kanistrów i powąchał zawartość. Udawał, że nie widział podobnych kanistrów setki razy wcześniej.

– Śmierdzi bimbrem. Wiesz, że to zabronione. Produkcja i sprzedaż. Za to można pójść do więzienia…

Eva-Britt nieco się przygarbiła.

– Lasse jest na padoku – powiedziała trochę za głośno.

– Aha.

– Elita też tam jest.

Arne powoli przykręcił korek i odstawił kanister. Uprzejmie skinął głową Loli, po czym odwrócił się i wyszedł z kuchni.

10

„Wszyscy tutaj są bardzo mili. Mili niemal w jakiś niesamowity sposób, wiesz, trochę jak sąsiedzi na początku Dziecka Rosemary. Teraz się śmiejesz, prawda? Pamiętasz, jak nienawidziłam tych wszystkich starych horrorów, do których oglądania mnie zmuszałaś? Siedziałyśmy na twoim łóżku z laptopem między nami, a ja próbowałam ukryć, jak bardzo się boję. Brakuje mi tych chwil, Margaux. Bardzo za nimi tęsknię”.

Thea i doktor Andersson wsiadają do toyoty. Po drodze do domu mają wstąpić z wizytą domową do Kerstin Miller, która kiedyś była nauczycielką Davida i mieszka w leśniczówce, głęboko w lesie zamkowym. Thea się zastanawia, czy David kiedykolwiek o niej wspominał, ale nie może sobie przypomnieć.

– Jadąc z wizytą domową, trzeba nacisnąć opcję podróży służbowej. – Lekarka wskazuje na GPS na desce rozdzielczej. – Wtedy zapiszą się właściwe dane w dokumentacji. Fundacja lubi na bieżąco śledzić wydatki.

Posapuje trochę z wysiłku, odwracając się przy cofaniu.

– No, poszło naprawdę dobrze – podsumowuje, kiedy wyjeżdżają z parkingu. – Bałam się, że ludzie będą trochę nieśmiali, zwłaszcza wobec osoby z północnej Szwecji, ale rozmawiali z tobą, jakbyście się znali od lat. Będziesz dobrze funkcjonowała w Tornaby, Thea.

Nuci cicho pod nosem, wyraźnie zadowolona z własnej wypowiedzi.

– Nie zawsze zajmowałaś się medycyną ogólną, prawda?

– Nie, przez kilka lat pracowałam jako lekarz medycyny sądowej.

– Aha. Czemu zmieniłaś specjalizację?

Thea wzrusza ramionami.

– Zaprzyjaźniłam się z pewną lekarką, którą poznałam na konferencji, a ona namówiła mnie na pracę dla Lekarzy bez Granic. Przekonała, że powinnam raczej pracować z żywymi ludźmi.

Urywa, nie ma ochoty mówić więcej o Margaux. Sigbritt wydaje się zadowolona z odpowiedzi. Milczy przez pięć sekund i zmienia temat.

– Ingrid i ja chodziłyśmy razem do szkoły. Mówiła ci?

Thea kręci głową.

– Znałam ją i Bertila od dziecka. Ingrid była starościną klasy. Już wtedy wszystkim rządziła. Bertil chodził kilka klas wyżej. Nieźle grał w piłkę nożną. I był przystojny. – Śmieje się. – Przystojny w skali Tornaby. Trochę w stylu Elvisa, z aksamitnymi oczami i falującymi włosami. Dużo dziewczyn się za nim oglądało. Znacznie ładniejszych niż Ingrid. Ale ona po prostu chciała go mieć, a wszyscy wiedzieli, że lepiej jej ustąpić. Nawet Bertil nie miał wiele do powiedzenia. – Lekarka znowu się śmieje. – Byli zresztą jakby stworzeni dla siebie. Mieli równie silną wolę i byli równie ambitni. I odpowiedzialni. Ojciec Ingrid był właścicielem sklepu i prezesem klubu sportowego, a ojciec Bertila – dyrektorem banku i radnym gminy. Taka wiejska śmietanka towarzyska. Ingrid miała dwadzieścia jeden lat, kiedy się pobrali, David urodził się rok później. Lekarka zniża głos. – To był naprawdę trudny poród. Ingrid miała poważny krwotok i o mało nie umarła.

– Ojej, nie wiedziałam.

– Tak, mało brakowało, wiesz. Bertil cały czas siedział w szpitalu. Nie chciał się ruszyć z miejsca, dopóki niebezpieczeństwo nie zostało zażegnane.

– To dlatego David nie ma rodzeństwa?

Doktor Andersson ze smutkiem kiwa głową.

– Lekarze musieli usunąć jej macicę. To przykre, bo wiem, że zawsze chciała mieć dużą rodzinę. Ingrid naprawdę nie było łatwo, powinnaś to wiedzieć.

Odwraca się do Thei i uśmiecha się trochę krzywo, robiąc krótką przerwę, jakby chciała pozwolić jej włączyć się do rozmowy.

– W każdym razie – kontynuuje lekarka, gdy uznaje, że cisza trwa trochę za długo – rodzice Ingrid zmarli, kiedy jej młodszy brat Arne miał trzynaście czy czternaście lat, więc Ingrid i Bertil w zasadzie go wychowywali. Poznałaś Arnego?

– Pobieżnie. Tylko raz go widziałam.

Lekarka lekko przechyla głowę, jakby czekając na kontynuację. Wygląda na trochę rozczarowaną, gdy Thea nic więcej nie mówi.

– Arne jest szczególny. Przez jakiś czas był żonaty z Tajką, którą przywiózł tutaj z jej małym synkiem. Ale zostawiła go i wróciła do Tajlandii. Myślę, że biedak zniósł to dość ciężko.

Wydaje się, że lekarka wyczerpała temat lub właśnie zdała sobie sprawę, że Thea nie poda jej żadnych soczystych szczegółów na temat rodziny Davida, ponieważ milczy przez całą minutę. Wyjeżdżają z wioski inną drogą. Mijają szkołę i boisko. Na łące obok niego zaczęto składać gałęzie na ognisko Walpurgii. Ale ten stos chrustu nie wygląda na przygotowania do zwykłego ogniska. Wzniesiony jest wokół słupka z poprzeczką u góry.

– Co to jest? – pyta Thea, wskazując na słupek.

– Co? A, masz na myśli podpórkę. To na Zielonego Człowieka. Taki lokalny zwyczaj. Niektórzy sądzą, że przybył z Anglii z rodziną Gordonów. Inni twierdzą, że jest znacznie starszy. Być może słyszałaś już o Zielonym Człowieku? – Lekarka nie czeka na odpowiedź. – Co roku mieszkańcy Tornaby spalają na stosie kukłę Zielonego Człowieka. Przygotowują to wspólnie, trochę jak maik na święto lata. Sama zobaczysz. Zwykle Zielonego Człowieka ustawia się kilka dni przed nocą Walpurgii. Właściwie to stary rytuał zapewniający płodność, tak jak palenie ognisk. Spala się to, co stare i martwe, by zrobić miejsce temu, co nowe i żywe.

– W zamkowym lesie jest dąb z twarzą Zielonego Człowieka – oznajmia Thea. – Najwyraźniej wkładano mu do ust małe dary ofiarne.

Lekarka kiwa głową.

– W okolicach Tornaby jest chyba z pół tuzina podobnych drzew. Jak na pewno wiesz, ta sprawa z ofiarami również jest pozostałością po pogańskich wierzeniach. Niektórzy tutaj robią własne małe figurki ludzików z liści i zawieszają na domach przed nocą Walpurgii, by Zielony Człowiek, gdy jedzie na polowanie, nie płoszył zwierząt domowych.

 

Thea przypomina sobie figurkę z gałązek w puszce po farbie.

– Dawno temu – kontynuuje lekarka – czyli na długo przed moim urodzeniem, odprawiano nawet małe ceremonie przy paleniu Zielonego Człowieka. Ludzie wybierali młodą, piękną dziewczynę z okolicy i przed rozpaleniem ognia udawali, że składają ją w ofierze. Ale zdaje się, że ta tradycja zanikła na początku dwudziestego wieku. W domu kultury są stare zdjęcia, które pokazują, jak to wyglądało; może to cię interesuje?

Lekarce przerywa telefon komórkowy. Przez chwilę grzebie w kieszeniach, wkłada do uszu słuchawki i udaje jej się odebrać połączenie.

– Cześć, nie, nie przeszkadzasz. Jesteśmy w drodze do Kerstin Miller.

Thea myśli o opowieści lekarki. Stary obyczaj, figurka z gałęzi i młoda kobieta ofiarowywana na niby Zielonemu Człowiekowi. Wszystko pasuje do przedmiotów, które znalazła w Szubienicznym Dębie. Ale kim była dziewczyna i dzieci na zdjęciu?

Jadą krętą wiejską drogą, tą samą co minionego ranka, mijają zjazd do zamku i po kilku kilometrach wjeżdżają do lasu.

Doktor Andersson nadal rozmawia przez telefon, prawdopodobnie ze swoim mężem. Skręca w lewo w żwirową drogę. Las gęstnieje. Przez baldachim liści widać tylko wąski pas nieba. Z mapy GPS na desce rozdzielczej Thea może odczytać, że wjechały między bagniska po wschodniej stronie fosy. W końcu lekarka odkłada telefon.

– A tak przy okazji, prawie zapomniałam, Thea. Dzwonili z zarządu regionu. Najwyraźniej powstał jakiś problem z twoim PESEL-em.

Thea bierze głęboki oddech i wypowiada standardową odpowiedź.

– Mam zastrzeżone dane osobowe – mówi, siląc się na obojętny ton. Podobnie jak w przypadku słowa „bezdzietny” zazwyczaj wystarcza to, by uniknąć kolejnych pytań. Jednak nie tym razem.

– O, dlaczego?

– Moja poprzednia praca dla Lekarzy bez Granic łączyła się z ryzykiem. Podróże po terenach objętych wojną, działania na rzecz osób prześladowanych z różnych powodów, ryzyko odwetu.

Ta odpowiedź to drugi mur obronny. Niewiele osób pyta dalej. Ale doktor Andersson się nie poddaje.

– Myślałam, że przestałaś dla nich pracować kilka lat temu.

– Rok temu – poprawia Thea.

– A jednak nadal masz zastrzeżone dane? Musiałaś przejść przez coś naprawdę paskudnego.

– Mmm. – Thea odwraca wzrok. Próbuje pokazać mową ciała, że nie chce drążyć tego tematu. Na szczęście lekarka kiwa głową.

– W każdym razie chodziło o to, że nie dało się czegoś wyszukać według twojego PESEL-u i że musisz sama złożyć zaświadczenie o niekaralności. W zasadzie nie wolno ci zacząć pracy, póki to nie zostanie załatwione, więc najlepiej byłoby, gdybyś mogła pojechać do biura regionalnego w Lund jeszcze w tym tygodniu.

– Nie ma problemu. – Thea zmusza się do uśmiechu. Stara się udawać, że to najprostsza rzecz na świecie, co zresztą jest prawdą. Doktor Thea Lind ma czyściutki rejestr, bez najmniejszej skazy.

Droga staje się coraz bardziej kręta, a kałuże wody coraz liczniejsze w miarę zagłębiania się w bagienny las. GPS pokazuje, że okrążyły fosę i jadą wzdłuż kanału w kierunku leśniczówki. Kilkakrotnie mijają studzienki, z których rowy lub małe błotniste strumienie odprowadzają wodę bagienną do kanału na dnie doliny po lewej stronie.

Trudno jest określić szerokość kanału. Zbocza są strome, dolinka pełna zarośli, trzcin i zwalonych drzew, a powierzchnia wody ledwo widoczna. Jeszcze trudniej zobaczyć drugą stronę kanału pod lasem zamkowym. W każdym razie Thea mocno wątpi, czy łodzie spacerowe, które David planuje kupić dla restauracji, mogłyby tam dotrzeć.

Nagle las się rozstępuje, ukazując ładny parterowy biały domek z trzcinowym dachem, szprosami w oknach i pomalowanymi na czerwono okiennicami. Mały pomost wrzyna się w zieloną wodę przy końcu kanału, a za domem, w połowie osłonięte drzewami, dostrzegają stajnię i stodołę.

Obok domu parkuje furgonetka. Barczysty mężczyzna w czapce z daszkiem i kombinezonie stoi na drabinie i maluje szczyt stajni. Tuż nad nim, prawie pod samym dachem, wisi ogromne poroże jelenia. Słońce przebija się przez cienki baldachim liści, nad domem tworzy się dziwna gra cieni i przez krótką chwilę Thei wydaje się, że widzi wielkie, przerażające leśne stworzenie z długimi nogami i rogami na głowie. Widok jest tak realistyczny, że jej serce wykonuje kilka dodatkowych uderzeń. Ale potem mężczyzna się odwraca i iluzja się rozwiewa.

– Hej, J-O! – woła doktor Andersson, kiedy wysiadają z samochodu. Mężczyzna na drabinie nie odpowiada, tylko podnosi pędzel na powitanie. Thea dostrzega nieogoloną, mięsistą twarz.

– Jan-Olof Leander – dodaje lekarka. – Tutejsza złota rączka. Jego matka jest jedną z naszych stałych pacjentek. Jest trochę… – Zanim zdążyła dokończyć zdanie, drzwi do domu otwierają się i wychodzi Kerstin Miller. Jest wzrostu Thei, nieco ponad metr sześćdziesiąt, jej siwe włosy są przycięte na pazia. Ma czerwony nos, na sobie stary zmechacony sweter i niedbale zawiązany szalik. Mimo to Kerstin Miller w jakiś sposób wygląda elegancko.

– Witaj, Thea, jak to miło w końcu się spotkać – mówi. Jako była nauczycielka Davida nie ma widać oporów przed zwracaniem się do jego żony po imieniu. – Wejdźcie, właśnie zaparzyłam herbatę.

– Dziękuję!

Thea robi kilka kroków do przodu i odkrywa, że coś wisi na ścianie domu na prawo od drzwi. Znajoma postać długości pół metra, zrobiona z dwóch splecionych gałęzi.

– Czy to Zielony Człowiek?

Właściwie pytanie jest skierowane do lekarki, ale odpowiada na nie Kerstin Miller.

– Tak. Więc znasz tę legendę. Ciekawa, prawda? Gdy się mieszka samotnie w lesie, trzeba być w dobrych układach z Zielonym Człowiekem. Ostrożność nigdy nie zawadzi. – Kerstin się śmieje.

Starsza pani i lekarka wchodzą do domu, ale Thea nadal stoi na schodach. Wyciąga rękę i dotyka plecionej postaci. Jest większa, a gałązki nadal są zielone, ale nie ma wątpliwości, że została wykonana dokładnie tak samo jak figurka, którą znalazła w puszce.

Przyjdź do kamiennego kręgu o północy. Wiosenna ofiara.

Thea nagle się wzdryga. Cierń ukryty pod liśćmi wbił się w jej palec wskazujący tak głęboko, że ranka zaczęła krwawić. Oblizuje skaleczenie. Potem wchodzi do domu.

11

Noc Walpurgii 1986

Tata jest potwornie niebezpieczny; wszyscy to wiedzą. Zwłaszcza gdy pije. Widziałam, jak bił Evę-Britt i Lolę. Leona też. Biedny Leon… Kiedyś ojciec pobił handlarza końmi, który próbował go oszukać. Skopał go tak, że facet ledwo się ruszał. Eva-Britt zdołała odwrócić uwagę ojca, żebyśmy z Leonem mogli dociągnąć pobitego gościa do jego samochodu. Tata gonił za nim i rozbił kamieniem tylną szybę. – Pewnego dnia Lasse kogoś zabije – szepnęła do mnie Eva-Britt. Może miała rację.

Arne jechał błotnistą drogą prowadzącą na padok. Zaparkował radiowóz tak blisko ogrodzenia, jak tylko się dało.

Lasse stał na środku padoku z długim batem w dłoni, a Elita siedziała na koniu na oklep. Koń miał na imię Bill; był to umięśniony ogier należący do jakiegoś bogatego gościa z okolic Kristianstad – tak mówiła mu Elita. Był czarny jak smoła, z wyjątkiem białej skarpetki na tylnej nodze. Został już prawie ujeżdżony. Arne postawił stopę na dolnej belce ogrodzenia i niedbale oparł się o nie. Elita odziedziczyła oczy po matce, ale nie miała delikatnej urody Loli. Wyglądała wyzywająco. W okolicy nie było mężczyzny, który nie wiedziałby, kim jest Elita Svart, i który nie śliniłby się na myśl o niej, a jeśli któryś twierdził, że jest inaczej, był albo gejem, albo eunuchem, albo po prostu pieprzonym kłamcą.

Lasse strzelił z bata. Elita poganiała ogiera, wbijając pięty w jego boki. Jej długie, ciemne włosy powiewały, a pod obcisłym swetrem kołysały się lekko piersi.

– Dobrze, Elita! A teraz galop!

Elita nadal pośpieszała ogiera. Kopyta łomotały o ziemię, mieszając się z biciem serca Arnego. Bill parsknął, piana wystąpiła mu na pysk.

Mijając Arnego, Elita odwróciła głowę i mrugnęła. Prawie dech mu zaparło.

Po skończonym treningu Lasse wysłał Elitę do stajni z Billem. Potem zbliżył się do radiowozu.

– Proszę, proszę, czy to funkcjonariusz policji Arne Backe? Ładny samochód. Twój?

– Yes!

Arne nie wiedział, dlaczego kłamie ani dlaczego odpowiada po angielsku. Nowo zdobyta pewność siebie nagle go opuściła.

Niegdyś zawsze podziwiał Lassego Svarta. Lasse robił, co chciał, nie pozwalał nikomu ze sobą pogrywać. Poza tym był przystojniakiem, takim, jacy podobają się kobietom. Włosy miał ciemne, oczy brązowe, a na policzku wąską bliznę, jak białą kreskę.

– Wąsy też zapuściłeś – kontynuował Lasse. – I masz spluwę. Jak magnum. Wygląda na to, że mojemu dawnemu pomocnikowi dobrze się powodzi.

Arne skinął głową w sposób, który, jak miał nadzieję, był cool. Lasse wyjął puszkę tytoniu marki Generał, włożył do ust sporą prymkę i wytarł resztki tytoniu ze spodni.

– Przyjechałeś w cholernie dobrym momencie – powiedział, wciskając prymkę pod wargę. – Mój stały kierowca wpadł w tym tygodniu za jazdę po pijanemu. Mam nowy, spory bimbrownik i spragnionych klientów aż do Nedanås. Nikt nie będzie podejrzewał radiowozu. Oczywiście dobrze zarobisz, znacznie lepiej niż wtedy, kiedy dawniej dla mnie jeździłeś.

Poklepał Arnego po ramieniu dłonią ubrudzoną tytoniem. Arne musiał się opanować, żeby nie odskoczyć. Dłonie Lassego były duże i mocne, poznaczone przez lata pracy młotem i obcęgami.

– Mam dzisiaj kilka kanistrów do dostarczenia do Ljungslöv. Planowałem pojechać sam, ale zadzwonił do mnie jeden gość z Reftinge; chce wywiercić nową studnię. Zaproponował podwójną stawkę.

Lasse pochylił się, zniżył głos i złapał Arnego za to samo ramię, które właśnie poklepał.

– Noc Walpurgii to dobra pora na chodzenie z różdżką. Powinieneś wiedzieć, że w dzisiejszy wieczór dzieje się wiele rzeczy. Natura jest głodna, a Zielony Człowiek galopuje przez lasy, więc uważaj, mój mały Arne.

Jak zawsze nie był pewien, czy Lasse kpi sobie z niego, czy nie. Całe to tajemnicze gadanie o mocach przyrody brzmiało jak żart. Jakby Lasse próbował go przestraszyć, tak samo jak on nastraszył dzieciaki na łące. Jednocześnie wydawał się naprawdę poważny. Położył dłoń na ramieniu chłopaka i wbił wzrok w jego oczy.

Od strony bagnisk rozległo się żałosne wołanie. Arne drgnął. Prawdopodobnie jakiś ptak. Co innego mogło to być? Powstrzymał dreszcz.

– Tak czy inaczej, tam są kanistry. Możesz je od razu załadować.

Lasse puścił jego ramię i wskazał na małą szopę, do połowy ukrytą wśród zarośli za padokiem. Arne wziął głęboki oddech, wsunął kciuki za pasek i zakołysał się na piętach.

– Już nie robię takich rzeczy, Lasse.

Lasse Svart drgnął. Zmarszczył brwi i zmierzył Arnego wzrokiem od stóp do głów.

– Nie? Uczciwy się zrobiłeś?

Arne skrzywił się przepraszająco.

– Jestem teraz policjantem, muszę myśleć o tym, co robię.

– Tak mówisz… – Lasse nadal wpatrywał się w niego. W jego spojrzeniu było coś hipnotyzującego, co groziło Arnemu utratą resztek pewności siebie.

Chłopak odchrząknął, starając się nie odwracać wzroku.

– Słuchaj, Lasse, nie mogę…

Głos mu się załamał. Cholera! Ponownie odchrząknął. Był Arnem Backe, funkcjonariuszem policji Arnem Backe.

– To niemożliwe – powiedział spokojniejszym głosem. Wysunął biodra do przodu, kciuki jeszcze głębiej wsunął pod koalicyjkę.

– Jasne, rozumiem.

Lasse machnął ręką z rezygnacją.

– Masz teraz nową pracę, brak ci czasu, by pomagać starym znajomym.

Arne lekko skinął głową.

– Nawet tym starym znajomym, którzy kiedyś tobie pomogli.

Zamiast ulgi poczuł zimną bryłę pod przeponą.

– Starym znajomym, którzy faktycznie pomogli ci znaleźć tę dobrą pracę, z radiowozem i mundurem – kontynuował Lasse. – Kto zeznał wtedy na policji, że Arne Backe absolutnie nie zaglądał do okienek małych dziewczynek, ponieważ pomagał tutaj, w gospodarstwie, kiedy jakiś zboczony kurdupel zakradał się pod domy w Tornaby. Byłoby nieprzyjemnie, gdyby prawda wyszła teraz na jaw. Wystarczy zadzwonić do komendanta policji w Ljungslöv. Nazywa się Lennartson, prawda? To kumpel twojego szwagra, co?

Arne czuł, jak uchodzi z niego powietrze, jak rozluźnia się kołnierzyk mundurowej koszuli, jak pasek zsuwa się z bioder.

– Teraz do roboty – powiedział Lasse, ponownie chwytając go za ramię, tym razem mocniej. – Podjedziesz tym eleganckim radiowozem pod szopę, a potem weźmiesz dwadzieścia pięciolitrowych kanistrów i zapakujesz do bagażnika. Albo zresztą… – Lasse zacisnął wielką kowalską dłoń tak, że Arne skrzywił się z bólu. – Weź dwadzieścia jeden. Możesz zatrzymać ten ostatni ze względu na starą znajomość.

 

Inne książki tego autora