Wiosenna ofiara

Tekst
Z serii: Czarna Seria
Z serii: Kwartet sezonowy #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

„Oczywiście zastanawiasz się, jak sobie radzi Emma? Ucieka, gdy tylko odpinam smycz. Znika w lesie i nie przychodzi, gdy ją wołam. Myślę, że cię szuka, Margaux. Tęskni za tobą. Obie tęsknimy. A ty tęsknisz za nami? Przepraszam, to było głupie pytanie”.

Thea idzie przez bukszpanowy ogród i dalej przez trawnik na tyłach zamku. Emma zna już drogę. Pies gorączkowo szarpie się i ciągnie za smycz. Fosa jest szersza z tyłu zamku. Tworzy długi, wąski staw lub nawet małe jeziorko, przedzielone kamiennym mostem prowadzącym do lasu. Most ma zaledwie kilka metrów szerokości. Został zbudowany na początku dziewiętnastego wieku, zapewne po to, aby hrabiowie mogli jeździć bezpośrednio z zamku do lasu.

Pod mostem woda jest butelkowozielona i gęsta, bo jej powierzchnię pokrywają wodorosty i lepka warstwa glonów. Woda spływa z mokradeł Tornabyträsket i niesie ze sobą zapach, który Thea poznała w innych miejscach. W nigeryjskiej dżungli, na pustyniach Etiopii, na posterunku policji w Solnie i pośród ruin Syrii. Zapach ziemi i drożdży, żelaza i amoniaku, robaków i owadów, które żywią się rozkładającymi się zwłokami.

Theę przebiega dreszcz. Emma prycha, jakby też chciała uciec od tej stojącej wody. Tuż za mostem Thea odpina smycz, a pies pędzi między pniami drzew jak szara strzała. Kobieta podąża ścieżką pod wysokimi koronami drzew i czeka z zapaleniem papierosa, aż zniknie z pola widzenia mieszkańców zamku. Gauloisy bez filtra, które kiedyś polubiła dzięki Margaux i które miała przestać palić zgodnie z obietnicą złożoną Davidowi. Głęboko się zaciąga. Zatrzymuje dym przez kilka sekund, aż zaczyna czuć kłucie w oskrzelach.

„Co jest gorsze niż paląca lekarka? – mawiała Margaux. – Oczywiście dwie palące lekarki!”

Niezbyt mądry żart, ale Margaux zawsze to uchodziło. Wystarczyło, że pochyliła głowę, ukryła wzrok pod prostą jak u dziewczynki z kreskówek grzywką, a parskało się śmiechem.

Dzisiejszy wywiad telewizyjny niepokoi Theę. Próbuje sobie wmówić, że to tylko kilka minut nagrania, że minęło przecież ponad dwadzieścia pięć lat i nikt nie zdoła jej rozpoznać. Poza tym nie miała wyboru. David samodzielnie nie dokończyłby wywiadu. Otwarcie restauracji się zbliża, jej mąż pracuje godzinami, a telefon ciągle dzwoni. Żyje pod ogromną presją. Mimo to Thea jest przekonana, że to nieoczekiwane pytanie wytrąciło go z równowagi.

Pytanie o trzecią martwą dziewczynę, która zginęła dużo później, dziewczynę, o której reporter chciał rozmawiać, zamiast kontynuować słodką i pogodną historyjkę. David nigdy jej nie wspomniał o tej sprawie. Musi znaleźć odpowiednią okazję, żeby go o to zapytać.

Las zamkowy rośnie na niewielkim wzniesieniu ponad okolicznymi bagnami. Skrawek twardej ziemi, na którym drzewa wyrastają większe i żyją dłużej niż w innych miejscach. Fundacja Bokelund przeznaczyła wszystkie pieniądze na odnowienie zamku, a las pozostawiła własnemu losowi. Część położona najbliżej mostu i zamku była kiedyś bardziej podobna do parku, ale żwir w korytarzach został zaatakowany przez chwasty, stare latarnie nie działają i tylko kilka ławek wciąż nadaje się do siedzenia. Nie dlatego, że ktoś je niszczy. Przez niecały tydzień, który tu spędziła, Thea nie widziała w lesie ani jednego człowieka, co może nawet aż tak bardzo nie dziwiło. Tornaby było oddalone o pięć kilometrów, a zamek miał niewielu sąsiadów. Nie prowadziły tu też prawie żadne drogi. Było tak, jakby świat zapomniał o tym miejscu, zostawił jej całe zapuszczone piękno lasu. Baldachim młodych listków jeszcze nie przesłaniał nieba, a światło słoneczne odbijało się w płatkach białych zawilców. Ptaki śpiewały, a koronami drzew lekko poruszał wiatr. Wszystko było oszałamiająco piękne. Jednocześnie zaniedbanie sprawiało nieco melancholijne wrażenie. Czy to dlatego dobrze się tu czuła?

Pochylony słupek z drogowskazami informował, jak daleko jest z powrotem do zamku (pięćset metrów na południe tą samą drogą, którą przybyła), do wioski Tornaby (pięć kilometrów na zachód wzdłuż prawie zarośniętej ścieżki), do kamiennego kręgu, którego jeszcze nie zbadała (sześćset metrów prosto na północ), i wreszcie strzałka w prawo w kierunku ścieżki prowadzącej do kanału (pięćset metrów na wschód). David powiedział, że kanał jest w rzeczywistości szerokim rowem, który ciągnie się około kilometra prosto w las między zamkowym lasem a bagnami i kieruje wodę z mokradeł w dół do fosy. Planował kupić tratwę dla restauracji. Można by nią pływać fosą i kanałem aż do znajdującej się na jego końcu leśniczówki. Thea zastanawiała się, czy gęsta woda i odór mokradeł nie odbiorą gościom apetytu. Ale oczywiście nie wspomniała o tym Davidowi.

Podążała ścieżką na wschód, powoli paląc papierosa, aby wystarczył na jak najdłużej. Po kilku minutach dotarła na polanę. Z jednej strony wznosiło się stare drzewo o sękatym pniu i ciężkich, poskręcanych konarach. Kora była szara, ale słoneczne światło na polanie sprawiało, że wyglądała prawie biało.

Zamiast iść dalej ścieżką, którą zwykle spacerowała, Thea przeszła przez polanę i podeszła do drzewa. Pień miał ze cztery metry obwodu, może nawet więcej. Obok stała brudna tablica informacyjna, której wcześniej nie zauważyła. Thea otarła trochę porostów, żeby przeczytać tekst.

Dąb, Quercus robur. Dąb jest jednym z największych drzew w Skandynawii i występuje od Skanii po Gästrikland. Ten okaz nosi nazwę Dębu Szubienicznego. Nie jest jednak jasne, czy drzewo było rzeczywiście używane do egzekucji. Według badań przeprowadzonych w 1998 roku dąb ten ma ponad dziewięćset lat, zatem oprócz głogu tworzącego gaj obok kamiennego kręgu jest najstarszym drzewem w zamkowym lesie. Bulwiaste narośla na pniu nazywane są obrzękiem pnia lub czeczotą i są prawdopodobnie skutkiem defektu genetycznego, który powoduje, że włókna drzewne rosną w niewłaściwym kierunku w stosunku do pnia drzewa. Około trzech metrów nad pniem znajdują się dwie większe czeczoty i dziupla, które razem przypominają twarz mężczyzny. Ta formacja jest popularnie nazywana Zielonym Człowiekiem i wiąże się z lokalną legendą. Według niej Zielony Człowiek jest duchem przyrody, który w pewne wiosenne noce przybiera ludzką postać i jeździ konno przez lasy, aby wygonić zimę i ciemność. Według tej samej legendy, żeby przyspieszyć powrót życia, należy wkładać do ust Zielonego Człowieka wiosenne dary ofiarne.

Thea powiodła wzrokiem wzdłuż pnia. Kształt opisany na tablicy był łatwy do znalezienia. Dwie owalne bulwy z nabrzmiałymi krawędziami i gładkimi środkami, a pod nimi okrągły czarny otwór. Wyglądało to niezaprzeczalnie jak zniekształcona twarz mężczyzny o pustych oczach i otwartych ustach.

Tuż przy stopach Thei rosną białe zawilce. Nie wiedząc, dlaczego właściwie to robi, zrywa kilka kwiatów i wsuwa je do kieszeni kurtki. Gasi papierosa, stawia stopę na dolnej narośli pnia, odbija się i chwyta go jedną ręką. Nie wspinała się na drzewa, odkąd była mała. Mimo to pamięta technikę, której nauczył ją starszy brat. Trzymać się rękami, odpychać nogami. Jest lekka, ma silne ramiona, barki i plecy. Jasna kora dębu jest szorstka i nierówna, pełna pęknięć i szczelin, w które można wsuwać dłonie. Wspięcie się na wysokość twarzy Zielonego Człowieka nie zajmuje dużo czasu. Wpatruje się w niesamowitą postać o martwych oczach i czuje się dość dziwnie. Co za głupstwa wyprawia? Tego typu pomysły były domeną Margaux. Ona, Thea, kieruje się rozumem i logiką, woli rzeczy, które można zmierzyć i uporządkować. Uwielbia rozwiązywać łamigłówki, badać drogi ewakuacyjne, zawsze ma przy sobie plecak z niezbędnymi rzeczami na wypadek najgorszego. Miała, poprawia się. Dopóki naprawdę nie wydarzyło się najgorsze.

Thea wyjmuje z kieszeni kurtki białe zawilce i wkłada je do ust Zielonego Człowieka. Otwór jest większy, niż się wydawało z dołu, i z łatwością można do niego włożyć całą pięść. Wydaje się, jakby gruby pień był prawie pusty. Wkłada rękę tak głęboko, jak tylko może, zamyka oczy i przywołuje obraz Margaux. Próbuje zobaczyć każdy szczegół jej twarzy. Ciemną grzywkę, ciemne oczy, małe piegi na nosie. Uśmiech.

Thea wrzuca białe zawilce do wnętrza drzewa.

Za powrót życia.

Wiatr szarpie drzewami, zgina ich wierzchołki i unosi z ziemi martwe jesienne liście. Niesie woń elektryczności i burzy. Thea drży.

Gdzieś głęboko w lesie Emma zaczyna szczekać.

3

Noc Walpurgii 1986

Drodzy Czytelnicy! Każda historia powinna mieć początek, środek i koniec. To jest początek mojej historii. Nazywam się Elita Svart. Mam szesnaście lat. Mieszkam na farmie głęboko w lesie pod Tornaby. Kiedy będziecie to czytali, nie będę już żyła. Ale opowiadajmy wszystko od początku, dobrze?

Szef warsztatu robił sobie z niego jaja. Arne Backe zrozumiał to niemal natychmiast. Gruby skurwiel przechylał się przez kontuar i gadał tak głośno, że jego dwaj pomocnicy, którzy w pewnej odległości wymieniali olej w volvo 245, z pewnością słyszeli, o czym była mowa.

– Mówiłeś, że jak się nazywasz?

– Aspirant Backe, numer służbowy dwadzieścia dziewięć siedemdziesiąt jeden, policja w Ljungslöv. Mam odebrać radiowóz.

Arne przygładził wąsy gestem, który, jak sobie wyobrażał, nadawał mu wygląd kogoś starszego i bardziej doświadczonego.

– Tak mówisz. – Majster przeciągnął tłustym paluchem wskazującym po linijkach notatnika. – Radiowóz policyjny z Ljungslöv. Naprawdę go potrzebujecie? Myślałem, że tam w tym błocie przeważnie jeździcie traktorami.

Arne słyszał, jak dwaj gówniarze smarujący volvo cicho zarechotali, ale się nie odwrócił. Zamiast tego zastukał w ladę.

– Kluczyki. Śpieszę się.

– Śpieszysz się? Do czego? Do obory krowy doić? A może pomagasz komisarzowi Holmérowi znaleźć mordercę Palmego?

Znów rozległ się śmiech, tym razem głośniejszy. Mechanik wyprostował się, sięgnął po kluczyki do samochodu i demonstracyjnie położył je na blacie.

 

Najwyraźniej miał zamiar przeciągać całą sprawę jak najdłużej. Arne był przyzwyczajony do tego, że ludzie się z niego nabijali. Miał dwadzieścia dwa lata i był najmłodszy w komisariacie w Ljungslöv. Żółtodziób, któremu wolno było tylko robić kawę, siedzieć w recepcji i załatwiać sprawunki. Szef policji Lennartson niechętnie zorganizował mu podwózkę do Helsingborga po nowy radiowóz. Lennartson zawsze miał szczególny wyraz twarzy, gdy ich spojrzenia się spotykały. Była to mieszanina irytacji i niechęci, którą Arne widywał zbyt wiele razy. Nic nie mógł poradzić na to, że tak działa na ludzi.

Zacisnął zęby. Latem na komisariat przyjedzie kilku więcej świeżo upieczonych policjantów, a wtedy on wzniesie się o jeden szczebel w hierarchii. Będzie patrolował ulice jak prawdziwy policjant. Do tego czasu po prostu trzeba akceptować sytuację. Znosić grymasy Lennartsona i przytyki innych kolegów. Ale bydlak z warsztatu i jego dwaj pomocnicy byli gównianymi cywilami i nie mieli żadnego prawa robić sobie jaj z prawdziwego gliniarza.

Arne Niedorajda, tak go nazywali w szkole. Śmiali się z jego słabych ocen, z tego, że był kiepski w piłce nożnej, z tego, że się urodził, gdy jego rodzice byli już niemłodzi. Czasami sugerowali, że jego starsza siostra jest w rzeczywistości matką, chociaż Ingrid miała zaledwie dwanaście lat, kiedy Arne przyszedł na świat. Bez względu na to, ile razy bił się z innymi chłopakami, ile ciosów zadał lub otrzymał, dalej się z niego wyśmiewano. Nawet kiedy dorósł. Ponieważ nie był wystarczająco dobry, by służyć w wojsku, ponieważ nie mógł utrzymać pracy, ponieważ nigdy by go nie przyjęto do policji, gdyby jego szwagier Bertil nie grywał w brydża z Lennartsonem.

Arne Niedorajda.

– Pokwituj tutaj!

Tłuścioch podsunął mu poplamiony zeszyt i przymrużył oko, jakby Arne był smarkatym chłopcem na posyłki, a nie policjantem w mundurze.

– To ten saab z tyłu. Tylko bądź tak dobry, Backe, nie jeźdź nim po polach.

Arne nabazgrał swój podpis i chwycił kluczyki.

Dwa gnojki w najlepsze wlewały olej do silnika volvo 245. Pojemnik ze zużytym olejem stał na małym wózku na podłodze. Jeden z chłopaków miał długie włosy z kolorowymi pasemkami, a drugi kolczyk w uchu. Ani chybi pedały. Byli niewiele starsi od Arnego, ale uważali, że mają prawo się z niego nabijać. Kiedy przechodził, wyprostowali się i wykrzywili gęby w głupawych uśmiechach. Prawdopodobnie zastanawiali się nad odpowiednią odzywką na pożegnanie.

– Będziecie musieli wyszorować podłogę – powiedział Arne, zanim któryś z nich zdążył otworzyć usta. Kopnął mocno wózek z olejem i posłał strumień lepkiej cieczy na stopy chłopaków.

Potem poszedł ze śmiechem do radiowozu, wskoczył do niego i odjechał.

Był to saab 900 turbo. Miał na liczniku zaledwie parę tysięcy kilometrów i wciąż pachniał nowością. Mocna bryka, o mocy stu siedemdziesięciu pięciu koni mechanicznych.

Przy zjeździe na szosę dwadzieścia jeden Arne włączył niebieskie światło i sygnał dźwiękowy, po czym przyśpieszył do ponad stu osiemdziesięciu. Cieszył się, gdy inni kierowcy zjeżdżali na pobocze, żeby go przepuścić. Nadal widział przed sobą, jak te dwa gnojki ślizgały się z butami pełnymi oleju, podczas gdy majster ryczał jak mors cierpiący na zatwardzenie.

Po raz pierwszy od bardzo dawna Arne był w dobrym humorze. Jakby coś się w nim rozjaśniło. Mógł jeździć tym samochodem, jak i dokąd chciał. Lennartson był rolnikiem amatorem i przez cały tydzień ględził o swojej maciorze, która w każdej chwili mogła się oprosić. Prawdopodobnie pojechał już do domu, nie mając pojęcia, gdzie jest Arne. Dopóki będzie się trzymał na pewną odległość od Ljungslöv, nikt się nie dowie, co robi z radiowozem, byle tylko odstawił go do garażu jutro przed ósmą rano, zanim otworzą komisariat.

Arne zobaczył drogowskaz na Tornaby i zwolnił. Najwyższy czas, aby ludzie zobaczyli jego nowe ja. Nowego Arnego Backe.

4

„Zastanawiasz się, czy wciąż śni mi się ten sam koszmar. Bardzo chciałabym powiedzieć, że nie, bo nie chcę, żebyś się o mnie martwiła. Czuję się dobrze, Margaux. Już o tym nie rozmawiajmy, dobrze?”

Huk rozbrzmiewa w głowie Thei. Zeskakuje z łóżka, rzuca się na podłogę i obejmuje głowę rękami.

Szpital polowy w Idlib. Wybuchy bomb beczkowych, które rozrywają budynek i ludzi w nim przebywających. Zakopują wszystko i wszystkich pod osuwiskami. Betonowy pył grozi jej uduszeniem. Musi wstać, włożyć kask. Musi znaleźć Margaux, musi się stąd wydostać…

David staje w drzwiach. Porusza ustami, ale ona nie słyszy, co mówi. Jej umysł jest nadal w zburzonym szpitalu. Przedziera się przez gruzy, ruiny, potyka się o zwłoki…

Teraz czuje ręce męża na ramionach. David delikatnie nią potrząsa. Koszmar zwalnia uścisk i Thea odzyskuje słuch.

– Thea – mówi cicho David. – Obudziłaś się?

Udaje jej się skinąć głową i jednocześnie zauważa, jak jest ciemno. Zgasła nocna lampka led w gniazdku ściennym przy drzwiach, przez okna nie dostają się żadne światła z zewnątrz. Jest tylko słaby blask księżyca, który sprawia, że twarz Davida wydaje się kredowobiała.

Mąż przyciąga ją do siebie. Dopiero wtedy zdaje sobie sprawę, że cała drży. Na początku tylko trochę, potem coraz bardziej; zaczyna szczękać zębami, z trudem utrzymuje pionową pozycję. Klatka piersiowa się kurczy, oddech staje się płytki.

– Spokojnie – mruczy jej do ucha David. – Po prostu uderzył piorun. Jesteś bezpieczna, Thea. Oddychaj spokojnie.

Stara się postępować zgodnie z jego radą. Bierze głęboki wdech i przytula się do niego tak mocno, jak tylko może. Ucisk na klatkę piersiową znika, drżenie się uspokaja, w miarę jak koszmar znika z pamięci.

– Wszystko w porządku?

Kiwa głową, odsuwa się i ociera ostatnie łzy nadgarstkiem.

– Muszę iść do zamku – mówi David. – Prąd wysiadł. Pójdziesz ze mną?

Thea znowu kiwa głową. Absolutnie nie chce zostać sama w ciemności.

– Czy wiesz, gdzie są płaszcze przeciwdeszczowe? Leje.

Idzie za nim do salonu, po drodze wypija w kuchni szklankę wody. Od razu zdaje sobie sprawę, że czegoś brakuje.

– Widziałeś Emmę?

– Prześliznęła się obok mnie, kiedy otworzyłem drzwi frontowe.

– Kiedy?

– Zaraz po tym, jak uderzył piorun. Wyjrzałem, żeby zobaczyć, czy światła w zamku się palą, a ona przepchnęła się obok mnie. Wszędzie jest ciemno.

David wydaje się bardziej zaniepokojony zamkiem niż psem. Jego komórka zaczyna dzwonić.

– Firma ochroniarska – mówi, odwracając się, by odebrać telefon.

Thea otwiera drzwi frontowe. Deszcz bije o żwir i kamienne płytki przed wejściem.

– Emma! – krzyczy i zdaje sobie sprawę, że jej głos nie dociera nawet na podwórze.

– W zamku włączył się alarm przeciwpożarowy i włamaniowy – mówi David. – Prawdopodobnie zwarcie. Musimy natychmiast tam iść. – Wyciąga latarkę z szuflady.

– Ale Emma…

– Na pewno znajdziemy ją po drodze. Chodź!

Otwiera szeroko drzwi i biegnie pochylony w stronę samochodu. Po kilku sekundach wahania Thea wkłada buty i kurtkę i idzie za mężem. Wozownię oddziela od zamku tylko dwieście metrów żwirowej drogi. David wciska gaz do deski, kierując jedną ręką i gryząc paznokieć kciuka drugiej. Thea rozgląda się za Emmą, obawiając się, że przypadkiem mogą ją przejechać. Ale suczka była bezpańskim psem, pociesza się. Wie, że samochody są niebezpieczne.

Zamek wygląda na jeszcze ciemniejszy niż ich mały domek, jakby wysokie mury, wieże i stromy dach bardziej pogłębiały mrok.

David hamuje przed wejściem do kuchni we wschodnim skrzydle. Trzyma latarkę w ustach, walcząc z zamkami. Dźwięk syreny alarmowej odbija się od kamiennych ścian.

– W kuchni jest awaryjne światło. Po prostu idź za światłem! – krzyczy David przez ramię, po czym znika na schodach do piwnicy. Thea cieszy się, że nie poprosił, aby z nim poszła. Jej mąż wie, że nienawidzi piwnic. Ich stęchłego zapachu, poczucia osaczenia i ciemności. Nienawidzi ciemności.

Podąża za słabym światłem awaryjnym, włącza je i biegnie przez przejście, które prowadzi do dużej jadalni. Może Emma pobiegła w stronę mostu i lasu zamkowego? W takim razie mogłaby zobaczyć ją z tylnego tarasu.

Syrena alarmowa nagle cichnie. Jadalnia jest ciemna i pusta. Nowe stoły i krzesła nadal stoją w kącie. Ściany pokryte są złoconymi panelami, które niedawno oczyszczono. Thea kieruje lampę na malowidła na suficie. Motywy greckie, młode kobiety w lesie, ubrane w długie tuniki. Wokół nich krążą mityczne istoty, satyry, centaury i inne, których nazw nie zna. Kilka drzew wygląda jak żywe istoty. Thea myśli o twarzy na Szubienicznym Dębie. O Zielonym Człowieku, któremu ofiarowała białe zawilce. Idiotyczny pomysł.

Otwiera oszklone drzwi. Wydaje się, że ulewa trochę osłabła, zmieniła się w zwyczajny wiosenny deszcz. Naciąga kaptur kurtki i wychodzi na taras. Oświetla lampką awaryjną niskie bukszpanowe żywopłoty w ogrodzie i dalej, za trawnikiem.

– Emma! Emma!

Nagle błyskawica oświetla cały ogród. Niebieskawobiały rdzeń z czerwonymi krawędziami przecina ciemność i zapada w las po drugiej stronie fosy. Huk jest prawie jednoczesny i tak potężny, że Thei zapiera dech.

Koszmar powraca. Fala uderzeniowa, panika, niemożność utrzymania się na nogach, duszności. Całe ciało znów zaczyna się trząść. Kuca, pochyla głowę, próbuje spokojnie oddychać. Wdech, wydech, wdeeeech, wyyyyydech…

Coś dotyka pleców Thei. To Emma. Pies wtyka nos w jej dłoń i cicho skomli. Przyciąga zwierzaka do siebie i, co dziwne, Emma nie protestuje, ale stoi nieruchomo i pozwala się objąć.

Krople deszczu dostają się pod kurtkę.

Thea nadal oddycha głęboko, powoli i po kilku minutach atak paniki ustępuje. Rękawem kurtki ociera łzy i krople deszczu.

– Spokojnie, psinko – mamrocze do ucha Emmy. – Zaraz będzie lepiej. Musimy tylko trochę poczekać.

Kątem oka widzi migoczące światło. Pojawiło się w oknie zachodniego skrzydła. Przez krótką chwilę myśli, że to David. Ale on nie ma dostępu do zachodniego skrzydła, a nawet gdyby miał, nie dotarłby tam w tak krótkim czasie. Ponadto blask jest zbyt słaby i niespokojny jak na światło latarki.

Ktoś stoi w jednym z okien. Niewysoki człowiek ze świecą w ręku, na wpół schowany za zasłoną. Ich oczy spotykają się poprzez strugi deszczu.

Thea rozpoznaje w jego spojrzeniu to, co widzi w lustrze w łazience każdego ranka i wieczora.

Żal i smutek.

Mężczyzna lekko kiwa głową, po czym zdmuchuje świecę i znika w ciemności.

5

Noc Walpurgii 1986

W Tornaby nikt nie może uciec przed przeszłością. Wszystko się powtarza, tylko twarze są nowe. Jak jeden długi rytuał. Ale dziś wieczorem wszystko się zmieni. Wszystko jest w ruchu, Natura jest głodna, a Zielony Człowiek galopuje przez lasy. Słyszycie, jak się zbliża? Słyszycie, jak szepcze moje imię?

Elita Svart, Elita Svart…

Arne skręcił do Tornaby, opuścił boczną szybę radiowozu i wysunął łokieć na zewnątrz. Jechał celowo powoli, pozdrawiając każdego napotkanego lekkim skinieniem głowy. Ku swemu zdziwieniu wszyscy odpowiadali na jego pozdrowienia: właściciel sklepu z narzędziami, malarz, pretensjonalna urzędniczka z poczty. Ludzie, którzy kiedyś nigdy by mu się nie odkłonili. Zawrócił i powtórzył rundę jeszcze parę razy. Następnie zaparkował przed bankiem i wysiadł z samochodu. Stały tam dwa inne auta: zielony land rover hrabiego i biały pikap należący do administratora zamku Erika Nyberga.

W normalnej sytuacji Arne nie wszedłby do środka. Od dzieciństwa bał się Rudolfa Gordona. Starsze dzieci straszyły się nawzajem opowieściami o tym, jak hrabia je przeganiał, kiedy bawiły się w lesie w pobliżu zamku, jak szczuł je psami i gonił za nimi na koniu. Niektóre dzieciaki twierdziły nawet, że w noc Walpurgii widziały hrabiego przejeżdżającego przez las zamkowy w stroju Zielonego Człowieka tylko po to, by straszyć ludzi. Ale ani żadne opowieści, historie o duchach, ani gderliwi starzy faceci nie byli w stanie przerazić nowego Arnego Backe. Włożył furażerkę, poprawił białą policyjną koalicyjkę i wkroczył do banku.

Trzej kasjerzy, którzy pracowali dla Bertila, podnieśli wzrok zza oszklonego kontuaru. Lekko drgnęli w sposób, który jeszcze bardziej poprawił i tak już dobry humor Arnego.

– Cóż, jak leci, panowie? – powiedział swoim najbardziej dojrzałym głosem. Wsunął kciuki pod koalicyjkę i zakołysał się na piętach, tak jak robili to starsi policjanci.

– Dziękuję, dobrze – wymamrotały gryzipiórki prawie że chórem.

– To doskonale – odparł Arne. – Jest dyrektor?

 

– Ma spotkanie – powiadomił kasjer, który siedział najbliżej.

Arne przybrał surową minę służbisty, którą ćwiczył przed lustrem.

– M-myślę, że spotkanie właśnie się skończyło – dodał kasjer i nacisnął przycisk otwierający przejście. Arne wkroczył za kontuar. Wiedział, dokąd iść, wielokrotnie odwiedzał tu szwagra. Biuro Bertila, pokój o trzech dużych oknach wychodzących na główną ulicę, znajdowało się na piętrze. Mężczyzna zastanawiał się, czy powinien wbiec lekko po schodach, czy też iść ciężkimi, miarowymi krokami. Wybrał to drugie, czując, jak kasjerzy śledzą go wzrokiem.

Drzwi do biura szwagra były otwarte. Bertil, hrabia i Erik Nyberg stali na zewnątrz. Wyglądało na to, że wkrótce się pożegnają. Arne jeszcze bardziej spowolnił kroki.

– Zatem tak – usłyszał głos Bertila. – Dzisiaj jest ostatni dzień kwietnia, więc umowa najmu musi zostać wypowiedziana teraz, jeśli nie chce pan czekać przez kolejny miesiąc.

– Panie Eriku, czy mógłby pan być tak dobry i to załatwić? – Głos hrabiego brzmiał nosowo, głoskę „r” wymawiał w sposób typowy dla wyższej sfery.

– Pojadę tam dziś po południu – odpowiedział zarządca.

– Może lepiej nie jedź sam – odezwał się Bertil. – Lasse Svart nie będzie zbyt ucieszony wypowiedzeniem umowy.

To nazwisko sprawiło, że Arne uważniej nadstawił uszu.

– Wiem, jak sobie radzić ze Svartem – odrzekł krótko Erik Nyberg. – Ale wezmę ze sobą Pera. Chłopak musi się nauczyć, jak dawać sobie radę w życiu.

– Słyszałem, że Per nie poszedł do szkoły muzycznej – powiedział Bertil.

– Nie. – Erik Nyberg wymienił szybkie spojrzenia z hrabią. – Uznaliśmy, że to nie był dobry pomysł. Lepiej, żeby został w domu i nauczył się przyzwoitego zawodu.

– Tak… Pójdziemy już. Dziękuję za pomoc, panie Bertilu – zakończył hrabia. Trzej mężczyźni uścisnęli sobie dłonie, odwrócili się w stronę schodów i dopiero teraz zauważyli Arnego. Hrabia rzucił mu szybkie spojrzenie. Rudolf Gordon zbliżał się do siedemdziesiątki, był wysoki i szczupły, miał ostre rysy i głęboko osadzone oczy. Erik Nyberg był niższy o głowę i miał ogorzałą, surową twarz, której Arne mu zazdrościł, tak samo jak podniszczonej zamszowej marynarki.

– Witam panów – powiedział, starając się zachować poważną minę, kiedy obaj mężczyźni go mijali. Ku jego zadowoleniu odpowiedzieli mu skinieniami.

– Cześć, Arne. – Bertil nie wydawał się zakłopotany, raczej trochę zaskoczony. Arne się wyprostował. Znowu zakołysał się na piętach, podczas gdy jego szwagier mierzył go wzrokiem od stóp do głów.

Bertil był piętnaście lat starszy i odkąd Arne skończył dziesięć lat, był dla niego jak starszy brat. Byli tego samego wzrostu; mimo to po raz pierwszy w życiu Arne poczuł, że nie musi spoglądać w górę, aby napotkać wzrok szwagra.

– Miło, że stróż porządku przychodzi z wizytą. Właź. – Bertil odsunął się trochę na bok i zaprosił go ruchem ręki. – Siadaj!

Arne opadł na jeden ze skórzanych foteli, które stały w rogu pokoju. Kabura pistoletu otarła się mu trochę o biodro. Poprawił ją. Na środku stołu stało duże pudełko cygar. W popielniczce leżały trzy niedopałki. Bertil otworzył szafkę, wyjął kryształową karafkę i dwie koniakówki. Postawił wszystko na stole.

– Chlapniemy sobie i zapalimy, co? Tylko obiecaj, że nic nie powiesz Ingrid.

Arne otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale słowa utknęły mu w gardle i musiał zadowolić się krótkim skinieniem głowy.

– O co chodziło? – spytał, kiedy zapalili cygara i pociągnęli po łyku koniaku. – Z hrabią i Erikiem Nybergiem? Usłyszałem coś o Lassem Svarcie.

Bertil wypuścił słup szarego dymu w kierunku sufitu. Przez chwilę się zastanawiał.

– To właściwie poufna sprawa… – Urwał, zdjął okruszek tytoniu z języka i pochylił się do przodu. – Hrabia otrzymał ofertę na ziemię wokół Czarnej Zagrody. Armia chce powiększyć poligon. Płacą naprawdę dobrze za podupadłą farmę i kilkadziesiąt akrów bagnisk.

Arne poczuł, jak duma rozpiera mu piersi. On i Bertil byli teraz równi! Rozmawiali o poufnych sprawach jak nigdy dotąd.

– O, cholera! To Lasse Svart wyleci na zbity pysk. – Arne uśmiechnął się, ale w następnej sekundzie zdał sobie sprawę, co to oznacza. – W takim razie, gdzie się podzieje jego rodzina? – dodał tak szybko, że zakrztusił się dymem cygara.

Bertil wzruszył ramionami.

– Nie wiem. To jest problem Lassego. Ale zdziwiłbym się, gdyby ktoś w okolicy chciał mu coś wynająć. Mam na myśli jego reputację. Prawdopodobnie najlepsze dla wszystkich byłoby, gdyby Lasse po prostu zabrał swoje kobiety, spakował manatki i zniknął.

Arne starał się zachować obojętną minę. Poufna atmosfera nie była już tak satysfakcjonująca jak przed chwilą. Wiedział dlaczego. Kto był powodem.

Elita Svart.

Inne książki tego autora