Wiosenna ofiaraTekst

Z serii: Czarna Seria
Z serii: Kwartet sezonowy #4
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1 Okładka

2  Strona tytułowa

3  Spis treści

4  Strona redakcyjna

5  Prolog

6  1

7  2

8  3

9  4

10  5

11  6

12  7

13  8

14  9

15  10

16  11

17  12

18  13

19  14

20  15

21  16

22  17

23  18

24  19

25  20

26  21

27  22

28  23

29  24

30  25

31  26

32  27

33  28

34  29

35  30

36  31

37  32

38  33

39  34

40  35

41  36

42  37

43  38

44  39

45  40

46  41

47  42

48  43

49  44

50  45

51  46

52  47

53  48

54  49

55  50

56  51

57  52

58  53

59  54

60  55

61  56

62  57

63  58

64  59

65  60

66  61

67  62

68  63

69  64

70  65

71  66

72  67

73  68

74  69

75  70

76  71

77  72

78  73

79  74

80  75

81  76

82  77

83  78

84  79

85  80

86  81

87  82

88  83

89  84

90  85

91  86

92  87

93  88

94  89

95  90

96  91

97  92

98  Epilog

99  Przypisy końcowe

Tytuł oryginału: Våroffer

Redakcja: Jacek Ring

Projekt okładki: Tomasz Majewski

Zdjęcia na okładce: © Ludovico Visconti/EyeEm/GettyImages,

© Rekha Arcangel/Arcangel

Zdjęcie autora: © Thron Ullberg

Korekta: Słowne babki, Beata Wójcik

Copyright © Anders de la Motte 2020

Published by agreement with Salomonsson Agency

Copyright © for the Polish translation by Milena Hadryan, 2021

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2021

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN: 9788381432788


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Moim czytelnikom,

dzięki którym mam najlepszą pracę na świecie

Tornaby i Ljungslöv to miejsca fikcyjne. Podobnie jak Reftinge w Końcu lata, Nedanås w Jesiennej zbrodni i Vedarp w Zimowym ogniu są związane z okolicą, w której się wychowywałem w północno-zachodniej Skanii.

Najokrutniejszy miesiąc to kwiecień. Wywodzi

Z nieżywej ziemi łodygi bzu, miesza

Pamięć i pożądanie, podnieca

Gnuśne korzenie sypiąc ciepły deszcz.

T. S. Eliot, Jałowa ziemia,

tłum. Czesław Miłosz

Prolog

19 maja 1986

Kiedy tylko Stefcio wjechał na mokradła, zaczął myśleć o martwej dziewczynie. Nie można było tego nie robić. Wiadomość przesłana przez głuchy telefon, który zaczął działać już rankiem pierwszego maja, zdążyła podczas ostatnich tygodni wielokrotnie obiec okolicę. Wypełniła mu głowę przerażającymi obrazami, przed którymi nie sposób było się obronić.

Nieruchome ciało na ofiarnym głazie w kamiennym kręgu. Biała sukienka, rozpuszczone włosy. Niegdyś tak piękna twarz okryta zakrwawioną chustką, jakby ten, kto odebrał jej życie, nie chciał potem spojrzeć jej w oczy.

 

Większość mieszkańców Tornaby miała już całkowitą pewność co do tego, kto ją zamordował, a także co do tego, że wszystko było okropną, lecz nie skomplikowaną historią. Tragedią rodzinną. Ale byli i tacy, którzy szeptali, że w noc Walpurgii zdarzyło się coś zupełnie innego. Że może nawet Zielony Człowiek1 sam przybył po swoją wiosenną ofiarę.

Stefcio wzdrygnął się, chociaż od dawna nie wierzył w opowieści o duchach. Bagienny las gęstniał po bokach wąskiej żwirowej drogi, szorował po lakierze auta długimi zielonymi paluchami. Ze wszystkich terenów wokół pałacu Stefan najbardziej nie cierpiał bagien. Wilgoć, odór zgnilizny. Nasiąknięte wodą podłoże, które czasem utrzymywało człowieka, by w następnej chwili wciągnąć buty tak głęboko w błoto, że dorosłemu mężczyźnie trudno było wydostać się o własnych siłach. „Bagna to ziemie Zielonego Człowieka – mawiał zawsze dziadek. – Ludzie powinni trzymać się od nich z daleka”. Ten przesądny stary zrzęda miał rację, przynajmniej w połowie.

Żwirowa droga, którą jechał Stefcio, prowadziła na najdalszy skraj mokradeł. Do Czarnej Zagrody, gdzie niegdyś mieszkała zabita dziewczyna. Nie dawniej niż miesiąc temu Stefan podwiózł ją do przystanku autobusowego. Siedziała w jego pikapie na przednim siedzeniu, tuż obok niego. Nie mówiła dużo, wyglądała na zamyśloną. Przyglądał się jej ukradkiem, obserwował jej ruchy, jej twarz. Nie wiadomo skąd ogarnęło go uczucie, którego nie potrafił wytłumaczyć.

Był żonaty, miał dwie córeczki, dom, samochód i dobrą pracę. Cenił to wszystko, ale akurat w tej chwili, kiedy siedział obok pięknej dziewczyny, wydało mu się to balastem. Życie miał już uporządkowane. Było długą, przewidywalną podróżą bez najmniejszej odrobiny czegoś pociągającego, zabronionego, co promieniowało z jego pasażerki. Nawet tym pachniała. Słodko i kwaskowato, jak świeżo rozwinięte kwiaty bzu. Ten zapach wzbudzał tęsknotę. Pożądanie.

W pewnym momencie, kiedy odwróciła wzrok, był bardzo blisko wyciągnięcia ręki, żeby jej dotknąć. Jakby lekkim dotknięciem mógł wziąć udział we wszystkim, co stracił. W ostatniej chwili się powstrzymał, ale uczucie straty prześladowało go jeszcze przez kilka dni.

Żwirowa droga stawała się coraz gorsza, im dalej wjeżdżał na teren mokradeł; starał się ominąć najgłębsze dziury. Zgodnie ze spisaną umową Lasse Svart miał utrzymywać drogę w dobrym stanie, ale oczywiście to ignorował. Lasse przez lata mógł liczyć na to, że hrabia nigdy nie znajdzie innego dzierżawcy, że nikt nie będzie zainteresowany kilkunastoma akrami podmokłego lasu. W Czarnej Zagrodzie mógł robić prawie wszystko, co chciał. To było jego małe królestwo, z dala od wszelkich praw, zasad i ciekawskich oczu.

Ale to było przed nocą Walpurgii. Zanim szesnastoletnią córkę Svarta znaleziono martwą na kamieniu ofiarnym, wokół którego ziemia była zryta odciskami kopyt.

Podczas nocy Walpurgii granica między życiem a śmiercią jest najcieńsza. Wszystko jest w ruchu, Natura jest głodna, a Zielony Człowiek galopuje przez lasy.

Stefcio stłumił kolejny dreszcz.

Las się skończył i samochód wjechał na błotnisty dziedziniec Czarnej Zagrody. Trzy zrujnowane budynki przycupnęły w ciemności pod drzewami, jakby próbowały się ukryć. Wśród pokrzyw stały zardzewiałe narzędzia rolnicze.

Odwiedzał Czarną Zagrodę już kilka razy, zwykle w towarzystwie administratora zamku Erika Nyberga, i za każdym razem wybiegało im na spotkanie stado rozszczekanych terierów, zanim jeszcze zdążył zatrzymać samochód. Teraz nie pojawiły się żadne psy. Wszystko tchnęło ciszą i spokojem. Nawet ptaki szczególnie nie hałasowały, mimo że był wiosenny poranek. Na podwórku panowała dziwna, przytłaczająca cisza.

Stefcio stał przez kilka minut przy samochodzie. Wsunął pod wargę prymkę tytoniu i czekał, aż Lasse lub jedna z jego kobiet wyjdzie z domu i zapyta, czego do cholery chce. Ale wszystko było ciemne i ciche. Czerwony pikap Lassego zniknął, nie było go ani na dziedzińcu, ani w bramie wjazdowej. Starego, brudnego forda, którym jeździły kobiety, też nie dostrzegł. Spojrzał na zegarek. Wpół do ósmej rano. Kto wyjeżdżałby tak wcześnie?

Kątem oka zauważył jakiś ruch. Mały piesek wyglądał zza węgła kuźni. Młody psiak, prawie szczeniak.

– Chodź tu! – powiedział Stefcio, nie wiedząc dlaczego.

Pies zrobił kilka ostrożnych kroków do przodu. Trzymał nisko głowę i prawie czołgał się po ziemi, podkuliwszy ogon lękliwie pod siebie. Potem nagle zatrzymał się i zastygł, jakby coś usłyszał.

Stefcio odwrócił głowę, ale w budynku wciąż było ciemno i cicho. Kiedy ponownie spojrzał w kierunku psa, już go nie było. W połowie betonowych schodów do domu zdał sobie sprawę, że frontowe drzwi są uchylone. Stał na schodach, nie wiedząc, co robić. Na ścianie obok wejścia wisiała półmetrowa figura wykonana z plecionych zielonych gałązek. Jego dziadek robił podobną co wiosnę i wieszał na drzwiach wejściowych, aby Zielony Człowiek odjechał w noc, nie zatrzymując się przy domu.

– Dzień dobry? Jest tam kto?

Słowa odbijały się od ścian budynków i wracały zniekształconym echem, jakby w rzeczywistości był to głos kogoś innego. Kogoś, kto obserwował go z ciemności, spomiędzy zieleni. Naśladował go, drażnił się z nim. Stefcio ponownie spojrzał na paskudną postać z gałązek i przez krótką chwilę był bliski tego, by zejść ze schodów, wskoczyć do samochodu i odjechać. Najwyżej powie Erikowi Nybergowi, że nikogo nie zastał w domu i że odczyt tego cholernego wodomierza musi poczekać.

Ale był dorosłym mężczyzną, który miał zadanie do wykonania, a nie chłopczykiem bojącym się opowieści o duchach.

Zapukał we framugę.

– Halo! – krzyknął ponownie. – Jest tam kto? Tu Stefcio z zamku.

Nikt nie odpowiedział. Cisza panująca w domu sprawiła, że poczuł się jeszcze bardziej nieswojo. Koszula przykleiła mu się do pleców. Wziął głęboki oddech. Zapukał po raz drugi, tym razem mocniej. Otworzył drzwi całkowicie i wszedł do holu. W domu dziwnie pachniało. Stęchłą, zwierzęcą wonią, której nie sposób było określić.

– Halo?

Zajrzał do kuchni. Na stole kuchennym stały używane talerze, szklanki i sztućce dla trzech osób. Wśród resztek jedzenia brzęczały muchy. Jedno z krzeseł było przewrócone. Odwrócił się. Za drzwiami po drugiej stronie korytarza dostrzegł równo zaścielone łóżko.

– Halo?! – krzyknął, tym razem w kierunku piętra.

Nadal nie usłyszał odpowiedzi. Uczucie niepokoju wzrosło, ale opanował się i wszedł po stromych schodach. Stopnie zaskrzypiały pod jego butami.

Na piętrze było ciemno. Po lewej stronie zobaczył sypialnię z podwójnym łóżkiem, równie starannie zasłanym jak to na parterze. Drzwi po prawej były zamknięte. Minęło kilka sekund, nim zdał sobie sprawę, że nie pomalowano ich na jednolity zielony kolor, jak mu się wydawało w pierwszej chwili, lecz pokryto starannie wykonanym wzorem w liście. Wyglądały prawie jak dzieło sztuki.

Pokój Elity, napisane było pięknymi, ozdobnymi literami na wysokości oczu. To tutaj mieszkała. Elita Svart. Wiosenna ofiara. Stefcio położył dłoń na klamce; wydawało mu się, że słyszy własne serce, którego uderzenia odbijają się echem w całym domu. Miał zamiar zrobić coś zakazanego, wejść do świata, do którego tak naprawdę nie miał dostępu. Nieproszony gość, intruz.

Potem zobaczył kolejny napis na drzwiach. Małe, niezgrabnie nabazgrane litery, które prawie wtopiły się w tło, ale stały się wyraźniejsze, gdy jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności.

Natura jest głodna, a Zielony Człowiek galopuje przez lasy.

Jednocześnie odkrył coś innego. Pośród namalowanych liści kryła się wielka, niesamowita męska twarz. Nagle zrozumiał i zrobiło mu się zimno. Nie wiedział dlaczego, ale uczucie było tak silne, że podniosły mu się włosy na karku i dotknęły kołnierza koszuli. Coś się wydarzyło w tym domu. Coś złego, co sprawiło, że Lasse Svart i jego kobiety zerwali się od kolacji, popędzili do samochodów i odjechali w środku nocy. Coś, co miało związek z martwą szesnastoletnią dziewczyną na zimnej skale i z widmowym jeźdźcem, który galopował przez las.

Stefcio puścił klamkę i pokonał schody w trzech skokach.

Przebiegł przez hol, wyskoczył na zewnątrz i pognał do samochodu.

Uruchomił silnik, ruszył i nie spoglądał w lusterko wsteczne, aż był absolutnie pewien, że Czarna Zagroda zniknęła w zieleni.

1

„Cześć, Margaux, tu Thea. Przepraszam, że dawno nie dzwoniłam. Wiele się zmieniło. Ale teraz David i ja jesteśmy na miejscu, w Skanii. Możemy rozpocząć nowe życie. To będzie nowa historia, szczęśliwsza niż ta poprzednia. Przynajmniej taką oboje mamy nadzieję”.

Nagranie z kamery drona zaczyna się od zbliżenia bramy zamkowej i wspaniałych kamiennych schodów. Następnie kamera oddala się powoli, aż wreszcie widać cały zamek. Duża część centralna z dwoma dobudowanymi skrzydłami, które sprawiają, że budynek wygląda z góry jak wypukłe H. Biała, świeżo otynkowana elewacja, zielony miedziany dach, wozownia i stajnia nieco dalej w prawo, za wschodnim skrzydłem. Fosa za skrzydłem zachodnim. Potem głos spikera.

Zamek Bokelund jest położony około czterech kilometrów od małej miejscowości Tornaby w gminie Ljungslöv, w północno-zachodniej Skanii, niedaleko południowego krańca Söderåsen. Zamek jest jednym z najstarszych w Skanii. Jego historia sięga XIII wieku. Obecny główny budynek w stylu francuskiego neorenesansu został zbudowany około 1880 roku, ale pozostałości starego zamku nadal można zobaczyć w lochach, w których zachowała się jedna z cel więziennych.

To ostatnie stwierdzenie jest nieco przesadzone. Nikt tak naprawdę nie wie, do czego służyło małe, sklepione pomieszczenie w piwnicy. Ale David miał rację; trzeba przyznać, że cela więzienna w lochach brzmi znacznie lepiej niż piwniczna spiżarnia.

Kamera drona oddala się jeszcze trochę, tak że widać zieloną fosę otaczająca wyspę zamkową, aleję, która od południa łączy zamek z główną drogą, i wąski kamienny most na północy, prowadzący do lasu zamkowego. Na wschodzie majaczą mokradła.

Zamek Bokelund znajduje się na wyspie otoczonej fosą, która powstała w XVII wieku, kiedy odprowadzano wodę z pobliskiego bagniska Tornabyträsket. Bagno, które jest jednym z największych mokradeł w Skanii, to obszar o bogatej florze i faunie, objęty programem Natura 2000.

Teraz cięcie; filmik pokazuje jelenie w świetle słońca, paprocie, mech, ważkę tańczącą nad stojącą wodą, klucz gęsi na tle błękitnego nieba. Powrót do nagrania z drona. Nowy najazd kamery, tym razem z góry na dół, w odwróconej wersji pierwszego ujęcia, tak że na końcu znów ukazują się schody zamku i obszerny ganek, na którym stoją David i ona.

Od 1996 roku zamek jest własnością Fundacji Bokelund i jest przez nią zarządzany. Fundację założył hrabia Rudolf Gordon, ostatni prywatny właściciel zamku. Fundacja Bokelund jest jedyna w swoim rodzaju; jej celem jest promocja okolic Tornaby i ich mieszkańców. Fundacja finansuje m.in. linię autobusową i etat lekarza rejonowego, a także przyznaje stypendia. Zamek został niedawno odrestaurowany i przywrócony do dawnej świetności.

Klip się kończy.

– Co o tym sądzisz? – David wygląda na pełnego entuzjazmu, ale też zdenerwowanego. – Wywiad zrobimy za chwilę i dokleimy na końcu.

– Niezłe – mówi Thea i na widok miny Davida natychmiast żałuje wyboru słowa. – Profesjonalne – dodaje. – Bardzo profesjonalne.

David wygląda na bardziej zadowolonego. Zamyka laptopa i kładzie go na kamiennej balustradzie.

– Właśnie dostałem to od producenta. – Wskazuje na niskiego mężczyznę w czapce z daszkiem, który stoi w pewnej odległości i rozmawia z kamerzystą i operatorem dźwięku. – Zostało trochę dokumentów i muzyka, ale dołoży się to po wywiadzie. Myślę, że będzie świetnie. Żeby tylko pogoda się utrzymała.

Spogląda stroskany na niebo. Jest upalnie jak na drugą połowę kwietnia i świeci wiosenne słońce, ale na horyzoncie zaczęły pojawiać się pasma szarych chmur.

– To musi być perfekcyjne – mamrocze David, chyba bardziej do siebie niż do niej. Thea kładzie mu dłoń na ramieniu.

– Będzie dobrze, nie denerwuj się.

David kiwa głową, uśmiecha się trochę krzywo. Ma na sobie śnieżnobiały strój szefa kuchni. Jego siwiejąca broda jest starannie przystrzyżona wzdłuż linii żuchwy, a jasne włosy zaczesane do tyłu. Podchodzi do nich kobieta z kosmetyczką przypiętą do paska.

– Dzień dobry. Chciałabym przypudrować panu czoło.

– Jasne, oczywiście.

Charakteryzatorka jest około trzydziestki, prawdopodobnie jakieś piętnaście lat młodsza od Thei i Davida. Całkiem atrakcyjna. Nie tak dawno temu David starałby się ją oczarować swoim pełnym pewności siebie wilczym uśmiechem, któremu tak trudno się oprzeć. Ale teraz nie jest swoim zwykłym ja. Od czasu do czasu nieświadomie przygryza paznokieć kciuka, tak że koniuszek palca robi się czerwony. Wizażystka musi się mocno napracować, aby zamaskować błyszczący pot na jego czole. Odwraca się do Thei.

 

– Czy pani też będzie udzielała wywiadu?

– Nie – przerywa David. – Moja żona jest trochę nieśmiała.

Mruga do Thei, jakby chciał powiedzieć, że wszystko w porządku. Że skończyli się o to kłócić i szanuje jej odmowę wystąpienia w telewizji. Ale Thea wie, że to nieprawda.

– David, możesz tu przyjść na chwilę?! – woła producent. Thea przysuwa się do ściany. Najbardziej chciałaby zbiec ze schodów i schować się w wozowni, byle dalej od kamery. Ale reportaż telewizyjny to wielka sprawa dla zamku, więc Thea musi być na miejscu i okazywać zainteresowanie.

– Jak leci? – pyta ktoś z tyłu.

– W porządku. – Thea próbuje ukryć zaskoczenie.

Matka Davida, mimo swoich sporych wymiarów, ma niezwykły talent do podkradania się niezauważona. Ingrid jest wysoka, ma nieco ponad metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, a więc jest o dziesięć centymetrów wyższa niż Thea. Proste plecy, szerokie ramiona, żadnego przygarbienia, które zwykle pojawia się wkrótce po osiągnięciu wieku emerytalnego. Stalowoszare włosy są krótko ścięte, spojrzenie zza okularów bystre i przenikliwe.

– Pogoda chyba się utrzyma. Całe szczęście.

Thea kiwa głową w odpowiedzi.

– O której jutro przyjedzie doktor Andersson?

Szybka zmiana tematu rozmowy. To typowe dla Ingrid.

– O dziewiątej – odpowiada Thea, chociaż jest absolutnie pewna, że Ingrid doskonale zna jej harmonogram zajęć.

– I obwiezie cię po okolicy. Pokaże ci przychodnię i wyjaśni, jak wszystko działa.

To stwierdzenia, nie pytania.

– Mhm.

– Sigbritt Andersson jest znakomitą lekarką rejonową – kontynuuje teściowa. – Bardzo zasłużoną dla Tornaby.

Thea czeka na spodziewane zastrzeżenie. I zgodnie z oczekiwaniem takie się pojawia.

– Ale Sigbritt od dziecka była ciekawska. Musisz trochę uważać, co przy niej mówisz. Rozumiesz, co mam na myśli? Zwłaszcza jeśli chodzi o sprawy prywatne.

Ingrid milczy zaledwie tyle sekund, ile potrzeba, by móc ponownie zmienić temat.

– Słyszałam, że przestałaś brać leki. Cieszę się, że wracasz do zdrowia.

Thea nie odpowiada. W duszy dziękuje Davidowi za tę małą niedyskrecję.

– David i ty potrzebujecie siebie nawzajem.

Ingrid kiwa głową do swojego syna, gdy ten rozmawia z producentem i reporterem, który ma przeprowadzać wywiad.

– Musicie dojść do siebie, oderwać się od tego wszystkiego, co było.

Wciąż kiwa głową, jakby potwierdzając to, co powiedziała.

– Nawiasem mówiąc, przygotowuję listę gości na kolację inauguracyjną. To smutne, że twoich rodziców już z nami nie ma.

Nowy temat rozmowy wydaje się niewinny, ale z Ingrid nigdy nic nie wiadomo.

– Tak – odpowiada Thea. Kłamstwo jest dobrze przećwiczone i nawet nie wydaje się kłamstwem. Ingrid dotyka jej ramienia.

– Powinnaś wiedzieć, że Bertil i ja uważamy cię za naszą córkę.

Ten gest zaskakuje Theę, nie wie, co ma powiedzieć. Z Davidem spotykali się od czasu do czasu przez kilka lat, ale małżeństwem są dopiero od listopada. Spotkania z teściami może prawdopodobnie policzyć na palcach jednej ręki. Ingrid Nordin raczej nie jest osobą, która okazuje emocje lub uznanie.

– Jak się czuje dzisiaj Bertil? – Thea ratuje się pytaniem.

– Dobrze. Chciał przyjechać, ale był trochę zmęczony. Zaraz zaczną. – Ingrid wskazuje na ekipę telewizyjną.

David ustawił się w tym samym miejscu na podeście, w którym zakończyło się nagranie z drona. Reporter, który miał przeprowadzić z nim wywiad, był młodym mężczyzną o śnieżnobiałych zębach, ubranym w obcisły garnitur. Wyglądał na zbyt ambitnego, żeby pracować nad takimi słodkimi reportażykami. On sam też chyba tak myślał, sądząc po jego mowie ciała i zirytowanych spojrzeniach, które od czasu do czasu rzucał producentowi.

Pierwsze pytanie brzmi jak zaczerpnięte z programu sportowego.

– Proszę mi powiedzieć, panie Nordin, jakie to uczucie wrócić w rodzinne strony po ponad dwudziestu latach sukcesów jako kucharz, szef kuchni i restaurator w Sztokholmie?

Thea już zna odpowiedź. Przygotowywali się z Davidem do tej rozmowy prawie tydzień. Mimo to czuje się niespodziewanie zdenerwowana.

– Oczywiście fantastyczne – mówi David. – Zamek Bokelund to wspaniałe miejsce na restaurację. Bardzo się cieszę, że mogę promować moją rodzinną okolicę i skandynawskie tradycje kulinarne. To dla mnie naturalny krok, o którym marzyłem od wielu lat.

David kończy wypowiedź uśmiechem, który sprawia, że wydaje się promienieć pewnością siebie. Jest bardzo ważne, by ta część historii dobrze zabrzmiała. David to wielki syn tej okolicy, który triumfalnie wraca do domu, aby przyciągnąć turystów i letników. Nie jest restauratorem o zniszczonej reputacji, który został po cichu zmuszony do zamknięcia swoich lokali i ucieczki na południe z podkulonym ogonem.

– Więc za tym projektem stoi pan i dwoje pana przyjaciół z dzieciństwa?

Thea oddycha z ulgą. Dziennikarz trzyma się uzgodnionych kwestii. David również odczuwa ulgę.

– Zgadza się. Jeanette Hellman i Sebastian Malinowski. Sebastian jest jednym z założycieli firmy informatycznej Conexus, a Jeanette ma za sobą długą karierę w branży finansowej. Wszyscy dorastaliśmy w Tornaby i postrzegamy restaurację jako szansę na zrobienie czegoś pozytywnego dla naszych ukochanych rodzinnych stron.

Oho! Kto napisał mu tę kwestię? To nie ty, prawda, ma chère?

Głos Margaux rozbrzmiewa nie wiadomo skąd. Thea się wzdryga, powstrzymuje odruch rozejrzenia się wokół siebie. Wie, że Margaux oczywiście nie może tu być. Ale ma rację. To sformułowanie o ukochanych rodzinnych stronach to zdecydowana przesada.

– To wspaniała okazja – kontynuuje David, odpowiadając na pytanie, które Thea przegapiła. – Jesteśmy niezmiernie wdzięczni Fundacji Bokelund, która odnowiła zamek i zainwestowała w restaurację. Przygotowała grunt, że tak powiem… – Śmieje się. Thea zerka na teściową, która jest całkowicie skoncentrowana na rozmowie. David nie wspomina, że jego matka jest prezeską fundacji. Ingrid stoi za większością rzeczy, które dzieją się w okolicy, także za tym wywiadem dla telewizji.

David się rozkręca. Głos ma mniej napięty, uśmiech staje się coraz bardziej spontaniczny. Thea też się trochę rozluźnia.

– Czy w zamku jest jakiś duch? – słyszy pytanie reportera.

Margaux ponownie pojawia się w jej myślach. Tym razem Thea ją widzi. Krótko przycięta grzywka, brązowe oczy, lekko skrzywiony przedni ząb, do którego zawsze dociska język, zanim się uśmiechnie.

– Oczywiście, że tak – mówi David. – Nawet dwa. W połowie osiemnastego wieku młoda kobieta utonęła, przechodząc po lodzie przez fosę. Według legendy szła z zamku na sekretną schadzkę z synem leśniczego. Pod koniec dziewiętnastego wieku inna młoda kobieta spadła z konia w zamkowym lesie podczas polowania w dniu świętego Huberta i złamała kark. Podobno czasami można usłyszeć obie dziewczyny galopujące nocą po lesie. To znaczy, jeśli wierzy się w baśnie.

Reporter kiwa głową z zainteresowaniem.

– Ale jest też prawdziwa historia, prawda? O trzeciej dziewczynie, która zginęła. Mam na myśli „wiosenną ofiarę”.

Uśmiech Davida zastyga. Thea widzi, jak jej teściowa prostuje plecy.

– Tak, to smutna historia. Może nie powinniśmy… – David rozgląda się niepewnie, patrzy najpierw na Theę, a potem na producenta.

– Kamera stop!

Producent odchodzi z dziennikarzem nieco na bok. Wydaje się, że zaczynają dyskutować z irytacją. David gryzie paznokieć, jego czoło lśni. Thea podchodzi do niego i bierze go za rękę. Jest gorąca i spocona.

– Co się stało?

Jej mąż kręci głową.

– Nic. Po prostu trochę się speszyłem.

Charakteryzatorka pojawia się ponownie i pudruje mu czoło. Rozmowa między producentem a reporterem trwa.

– Czemu?

Thea słyszy głos reportera.

– Historie o prawdziwych zbrodniach są o wiele bardziej interesujące. Widzowie to uwielbiają, nie rozumiem, dlaczego nie mielibyśmy…

Producent przerywa mu, mówi coś, co sprawia, że reporter odwraca się i ze złością zbiega ze schodów.

David ściska jej dłoń. Ingrid podchodzi do producenta i wymieniają kilka krótkich zdań.

– Powtarzamy wszystko – mówi producent i macha do operatora. – Ja będę zadawał pytania. Zaczynamy od nowa. Trzymamy się tego, co uzgodniliśmy. W porządku?

David sztywno kiwa głową. Thea puszcza jego rękę i szybko wychodzi z kadru.

– Dobra, jedziemy.

Producent zadaje to samo wstępne pytanie, co poprzednio, a David natychmiast się zacina. Powtarzają kwestie kilkakrotnie, ale restaurator stracił koncentrację. Odpowiedzi brzmią mechanicznie i nienaturalnie, a jego urok osobisty przepadł całkowicie. Thea widzi, jak producent spogląda na zegarek, a potem w niebo, po którym sunie w ich kierunku szare pasmo chmur.

– Robimy krótką przerwę. Napij się wody, Davidzie.

Producent i Ingrid naradzają się ponownie. David popija wodę z butelki. Charakteryzatorka powraca do nierównej walki z potem na czole.

– Wszystko poszło w cholerę, zanim na dobre zaczęliśmy – mamrocze mężczyzna.

Thea ponownie bierze go za rękę.

– Naprawisz to. Po prostu spróbuj się odprężyć.

– Nie potrafię. Musimy to zrobić w inny sposób.

David ściska jej dłoń, patrzy na nią błagalnie i lekko unosi brwi, żeby zrozumiała, o co mu chodzi.

– Nie poradzę sobie bez ciebie, Thea. Proszę…

Kobieta przełyka ślinę, próbując ocenić ryzyko.

Ingrid przerywa jej myśli.

– Tak, Thea. Peter i ja rozmawialiśmy o tym, że byłoby dobrze, gdybyś również wystąpiła w wywiadzie.

Wskazuje na producenta.

– Lojalna, wspierająca żona, nowa lekarka rejonowa i tak dalej.

Thea czuje, że wszyscy na nią patrzą. Żołądek staje się zimną kulą, w ustach zasycha. David ponownie ściska jej dłoń. Coraz mocniej, aż nie może już tego znieść. Bierze głęboki oddech.

– Okej – mówi i prawie natychmiast żałuje, że to zrobiła. Ale teraz jest już za późno. W jej głowie znów rozbrzmiewa schrypnięty głos Margaux.

Wszyscy mamy swoje upiory, Thea. Niektórzy mają ich więcej niż inni.

Daleko, za ciemniejącym szarym pasmem na horyzoncie, słychać groźny pomruk nadciągającej burzy.

Inne książki tego autora